...

...
M.

poniedziałek, 11 maja 2015

Maj ;]


Dziś powtórnie zdawałam Multiselect do Policji.
Zadzwonili do mnie parę dni temu z propozycją, że mogę go powtórzyć, bo minęło już prawie 12 miesięcy odkąd do niego ostatnio podchodziłam.
Wprawdzie telefon odebrałam na pół śpiąco, na pół gorączkująco, ale udało mi się dogadać w kwestii terminu i godziny.
Tak więc dnia dzisiejszego wstałam przed piątą i w asyście wspierających mnie rodziców pojechałam do Zaczernia.
I wiecie co?
Nie stresowałam się i nie przejmowałam ani jednej chwili.
Podeszłam do tego jeszcze bardziej na luzie niż w zeszłym roku.
Nie boję się wyniku, bo jaki by nie był - i tak będzie dobrze, skoro mam milion pomysłów na siebie.
Przeraża mnie coś innego.
Przeraża mnie, że ten czas tak zasuwa...
To już naprawdę rok?
Już rok?

Dopiero polazłam biegać przed testem psychologicznym i użarł mnie kot.
Dopiero jeździłam do Łańcuta szczepić się na wściekliznę (dzięki czemu miałam przynajmniej wymówkę, że nic nie jem i tylko śpię... Teraz to już słabiej przechodzi, skoro żaden biały kitel nie ładuje mi co parę dni zastrzyku ;P).
Dopiero biegałam swoją ulubioną trasą w Rzeszowie, poznając mnóstwo ludzi.
Dopiero byłam w Lublinie na szkoleniu, które przypominało wczasy integracyjne.
Dopiero planowałam wakacje, rozglądałam się za wakacyjną pracą, zabierałam do zbierania materiałów do pisania pracy.
Dopiero myślałam: "Jeszcze rok studiów przede mną".
Dopiero byłam w kilkuletnim związku i byłam typową ciepłą kluchą, do wszystkiego podchodzącą emocjonalnie.
Dopiero miałam swojego dziecko - szynszylka, którego potrzeby były najważniejsze, a ja umiałam się dla niego bezinteresownie poświęcić i przestać na chwilę być egoistką.
Dopiero oszczędzałam każdy grosz i znałam wszystkie szmateksy w okolicy.
Dopiero marzyłam o pisaniu, szukałam jakiś konkursów, wydawnictw, szans na zabłyśnięcie.
Dopiero bałam się egzaminów podczas letniej sesji.
Dopiero był maj zeszłego roku.
Dopiero były zeszłe wakacje...

Tyle się od tej pory zmieniło.
Właściwie to wszystko się zmieniło.
Wybawiłam kolejną czwórkę, piątkę (?) dzieci jako babysitterka.
Wyjechałam pierwszy raz do Zakopanego (Jesus, w wieku 23 lat... A morze wciąż czeka na mój podbój ;D).
Zmieniłam mieszkanie.
Zerwałam z chłopakiem.
Przez sto dni (z haczkiem ^^) bawiłam się w singielkę.
I w treningi z Mel B ;P.
Szarpnęłam się na karnet(y) na siłownię.
I na parę innych, droższych rzeczy, jak ciuchy, ciuchy i ciuchy...
Znalazłam pracę w przedszkolu.
Dorywcze prace w roli niani i korepetytorki.
Nowego chłopaka.
Nowych znajomych.
Nowe wyzwania.
I nowe problemy ;].
Straciłam szynszylka.
Zyskałam dużo innych rzeczy.

Niektóre punkty mojego życia wciąż są tak stałe i niezmienne, że pewnie na Ziemię musiałby spaść meteoryt, żeby coś uległo zmianie.
Dalej dużo czytam i mam bzika na punkcie pożyczania, oglądania, kupowania książek.
Dalej dużo piszę.
Dalej jestem wegetarianką.
Dalej uważam, że powinnam trochę schudnąć i dalej pilnuję tego, co jem.
Dalej lubię burzę.
Dalej szukam nowych pomysłów na ćwiczenia.
Dalej kupuję głównie bluzy i buty do biegania.
Dalej chciałabym podróżować.
Dalej mam zajawkę na wszystko, co miętowe.
Dalej boję się wpadki, głębokiej wody i pająków.
Dalej jestem miła i uśmiechnięta, choć teraz też złośliwa i cyniczna.
Dalej śpię w ciągu dnia, choruję i biorę antybiotyki, obiecując sobie, że to ostatni raz.
I dalej myślę sobie: "Ciesz się chwilą, bo za chwilę minie od niej rok".

Tak naprawdę, choć wydaje się, że cały czas biegam, lawiruję między nauką, a zarabianiem pieniędzy, to wciąż udaje mi się znaleźć chwilę czasu.
Na aktywność fizyczną.
Na pasje.
Na przyjaźnie.
Na rodzinę i bliskich.
Na oglądanie filmów wieczorem.
I na spanie w ciągu dnia ;P.
Mimo, że sprawiam wrażenie osoby, która nie zatrzymuje się ani na chwilę - ja naprawdę zatrzymuję się bardzo często.
Choć z moim temperamentem, charakternością i energicznością ciężko jest utrzymać mnie w jednym miejscu, ja swoje miejsce znam.
I choć biegam, łapie każdą fuchę, jaka mi wpadnie w ręce i wydaję na pierdoły więcej kasy niż kiedykolwiek indziej, po raz pierwszy zdaję sobie sprawę z tego, czym jest praca, obowiązki i pieniądze.
I chociaż mój organizer z kotem Simona jest zapełniony po brzegi notatkami, a z tygodnia na tydzień i miesiąca na miesiąc mam kolejne deadliny czy to na gruncie prywatnym czy zawodowym, przestałam już planować i organizować swoje życie.

Wiem niby, że muszę się obronić, pomyśleć co po studiach, co dalej robić, ale...
Póki co - jest maj.
Bez kota, bez szczepionek, bez biegania po Krakowskiej i bez szkolenia w Lublinie.
Bez szykowania prezentu na trzecią rocznicę chodzenia, bez jeżdżenia z szynszylem do weta i bez szukania noclegów w Zakopanem.
Jest maj rok później.
Z chłodnymi dniami, noszeniem parasolki do pracy i padaniu na łóżka w ubraniu po męczącym dniu.
Z nową energią, nowymi zadaniami, nowymi ambicjami i nowymi ludźmi w otoczeniu.
Z większym cynizmem, większą ilością jadu w swoich słowach, większym dystansem do życia i większą odpowiedzialnością.
Z miejscem w głowie, żeby za rok o tej porze napisać: "Pamiętam, jak rok temu w maju...".



PS Albo to rozwiązywanie testów na Multi wymęczyło mi szare komórki, albo spanie w ciągu dnia rozleniwiło i nastroiło sentymentalnie, albo to wina pogody/samopoczucia/fazy cyklu.
Jedno jest pewne - jest wielki kubek z Liptonem i cytryną, są miętowe dresy i szara bluza w gwiazdki, jest cisza, spokój, przelewanie się wody w moim brzuchu i stukot palców na klawiaturze. Mmm... ;] ^^.
I domowe zdjęcie w domowych pieleszach z domowym kubeczkiem z domkiem Krecika i mój przeterminowany kalendarz z kotami, w którym piszę, nie przejmując się, że daty nie zgadzają się z dniami tygodnia ;).



 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz