...

...
M.

piątek, 22 maja 2015

Pół żartem, pół serio o... atrakcyjności ;]

Ten tydzień jest dla mnie niezłą próbą.
I nie - nie chodzi tu o pracę, studia, piętrzące się projekty czy grafik wypełniany powoli egzaminami.
W tym tygodniu uczę się na nowo siebie.
Uczę się zwalczania swoich kompleksów.
Próbuję je zaakceptować.
No i przede wszystkim zastanawiam się nad swoją kobiecością.

A wszystko to z dość banalnego powodu.
Z racji "zapalonych" spojówek nie mogę się malować.
Nie mogę, nie chcę i nie umiem tego sobie zrobić.
Wystarczy, że codzienne sytuacje (i nagle czytanie, wytężanie wzroku, słońce i wiatr stają się wrogami...) zmuszają mnie do odliczania minut, kiedy zafunduję sobie krople do oczu.
I najśmieszniejsze jest to, że nie aż tak bardzo drażni mnie pieczenie czy swędzenie, co... upokarza brak makijażu.
Choć w sumie cały mój szumnie określany mianem "makijażu" Sposób M. Na Urodę to aż tusz do rzęs, to bez niego czuję się...
No właśnie.
Gorsza.
Brzydsza.
Młodsza w ten zły, gówniarowaty sposób.

No i cholernie zawstydza mnie fakt, że nie mogę schować się za firanką gęstych, czarnych rzęs...
Czemu?
Nie mam zielonego pojęcia.
Przecież to tylko tusz! Czarne mazidło, którym co rano pokrywam rzęsy, nie roztkliwiając się zbytnio nad tą czynnością.
Nie kupuję drogich tuszów (tuszy?), nie noszę ich zawsze przy sobie.
Może i staram się wymieniać je co jakiś czas (jak już zaczynają dość mocno przysychać i kapiel we wrzątku przestaje na nie działać), ale nie mam jakiejś obsesji na ich punkcie.
Mimo to pomalowane rzęsy coś mi dają.
Więcej pewności siebie.
Świadomość, że moje małe oczka wyglądają na nieco większe.
Nadzieję, że jasne rzęsy przestają razić swą jasnością.

Nigdy nie miałam na sobie pudru, podkładu czy fluidu.
Podobnie jak szminki, różu czy bronzera.
Lakiery do paznokci kolekcjonuję póki co na półce, a pomalowane pazurki są dla mnie oznaką, że miałam wystarczająco dużo czasu na pracę, naukę, pisanie, czytanie i ćwiczenia, skoro znalazłam chwilę na taki zbędny luksus jak lakierowanie paznokci.
Odświeżający prysznic, balsam do ciała, umyte, rozczesane włosy, nawilżone pomadką usta, wyszorowane i wynitkowane zęby, antyperspirant, dezodorant, perfuma i tusz.
Tylko to mi jest potrzebne, żeby czuć się komfortowo.
A teraz, bez tego ostatniego, jakże niezbędnego do poczucia własnej wartości Jaśnie Pana Tuszu, muszę jakoś zrekompensować sobie braki ;).

W poniedziałek ubrałam więc sukienkę.
Dresową, bo dresową, ale sukienkę ;).
We wtorek kupiłam okulary przeciwsłoneczne.
Żeby nie drażnić spojówek, żeby nie męczyć oczu.
Okulary kupiłam u optyka, za całkiem przyzwoitą cenę jak na okularki z filtrami i polaryzacją.
Ale nie to jest najważniejsze.
Najciekawsze jest to, że okulary są... bordowo białe ;).
Kurczę.
Ja i takie kolory?!
Chryste...
W sumie nie miałam zbyt wielkiego wyboru, bo wśród okularów w dziecięcych (...) rozmiarach nie było za wiele (tych pomarańczowych i fluo zielonych nie wliczam...) fasonów do wyboru.
Mi chodziło głównie o ochronę dla oczu.
Ale mimo to - przecież okulary mogą zmienić twarz o 180 stopni.
Wolałam więc zmienić ją na plus... ;].
Przymierzając czerwono - białe okularki byłam baaardzo sceptycznie nastawiona.
Ale kiedy okazało się, że łączą w sobie coś stonowanego, szalonego, eleganckiego i idealnie dopasowanego równocześnie, a przy tym nie zjeżdżają mi z nosa przy każdym skinięciu głową... Kupiłam je z marszu.
Wprawdzie uważam, że szkła mogłyby być nieco większe, żeby jeszcze bardziej zasłonić oczka przed światłem (wściekliznowy światłowstręt, jak słowo daję ;P), ale nie ma co się czepiać.

Kolejnym szaleństwem było kupienie czegoś, co pozwoliło mi poczuć się lepiej i pewniej bez makijażu.
Nie, nie ciuchy - mam ich wystarczająco sporo.
I nie - nie biżuteria. Oryginalne kolczyki i nieodłączna ważka dyndająca na łańcuszku mi wystarczą.
Postanowiłam odmienić się czymś innym.
Zapachem ;) ;) ;).

Od kilku lat byłam wierna zielonej herbacie.
Początkowo takiej za dychę z kiosku, potem Elisabeth Arden kupowanej prawie zawsze na wyprzedaży.
Orzeźwiający, lekko cytrusowy świeży zapach leżał mi jak żaden inny.
Żadne kwiatowe, ciężkie, przytłaczające, omdlewająco słodkie czy dziewczęce perfumy do mnie nie przemawiały.
Do czasu aż jakieś dwa tygodnie temu przypadkiem zostałam zmuszona przez kilka godzin chodzić w bluzie wypachnionej nie moimi perfumami.
Ommm...
Czułam się dobrze jak nigdy wcześniej.
A potem, kiedy zdjęłam bluzę, czułam się jeszcze lepiej, bo włosy i kark przeszły mi tym zapachem, który lekko przytłumiony i delikatniejszy - był jeszcze bardziej kuszący.
Przez kilka dni żyłam obsesją na punkcie tego zapachu.
Wcale nie pomógł mi fakt, że dowiedziałam się, jakie to perfumy.
I wcale nie pomagały racjonalne argumenty typu: "Masz już swój zapach" i "Jego dwie prawie pełne stumililitrowe butelki stoją na twojej półce".
Gdzie tam!
W głowie wciąż miałam ulotne wspomnienie TEGO zapachu i wiedziałam, że w końcu nie wytrzymam i kupię tę perfumę.
To jest właśnie minus posiadania oszczędności.
Brakuje racjonalnego argumentu na wyperswadowanie sobie kupienia czegoś, co jest w zasadzie frywolną zachcianką ;].
Odczekałam parę dni.
Odmówiłam parę zaklęć, mających na celu odgonienie ode mnie tego dziwnego pociągu w stronę czegoś tak ulotnego jak zapach.
A potem poszłam do drogerii i kapnęłam kroplę testera na nadgarstek...

Uiszczając opłatę za perfumę byłam tak zadowolona, że dziwię się, iż facet w kasie nie wezwał ochrony z obawy przed naćpaną klientką ;].
Oczywiście bardzo rozsądnie kupiłam największą, najdroższą, 200 ml perfumę...
Idąc do domu całą drogę wąchałam skropiony testerem nadgarstek.
Napawałam się tym zapachem.
Podniecałam.
I przede wszystkim cieszyłam ;).

A dziś w 100% się nim otulam.
Czuję się bardziej wypoczęta, zadowolona i co dość dziwne - pewniejsza.
Psiknięte rano włosy pachną do teraz.
A ja podniecam się tym faktem, jak murzyn bateryjką ;P.
Ale perfuma to jedno.
Reszta przed nami...
Nie śpicie jeszcze? ;P.

Nie wiedziałam, że przez głupie spojówki i nową perfumę coś mi kliknie w głowie, przestawiając się na właściwe miejsce.
A wskoczyło ;).
Bo choć zawsze stawiałam na naturalność, błyszczyk zastępowałam szczerym uśmiechem, a cienie do powiek - błyszczącymi radością oczami, to jednak dążyłam do tego, żeby wyglądać atrakcyjniej.
Siłownia. Ubrania. Codzienne mycie włosów.
Nawet te głupie lakiery, oliwki do podniszczonych skórek od paznokci czy balsam ujędrniający.
Nie powiem, że byłam niewolnikiem prostownicy czy eye linera, ale - chciałam wyglądać dobrze.
Bo dobrze równa się ładnie.
Łamane przez atrakcyjnie ;P.

Często plułam sobie w brodę własną ignorancję w kwestii szpilek, sukienek, dobrze dopasowanych ubrań czy dodatków.
W sumie wiedziałam, że włożenie nawet dwunastocentrymetrowych szpilek nie robi z kobiet bogiń seksu, ale...
Równocześnie uważałam, że kobieta seksowna to kobieta choć trochę zrobiona.
I nie - nie mam na myśli silikonowych cycków, botoksowych policzków, wypełnionych ust czy tapety...
Kreska na powiece. Fajne ciuchy. Dobre buty. Delikatny makijaż. Zadbane dłonie. Szczupła sylwetka. Modna fryzura.
To według mnie było zmysłowe.
To było kobiece.

A teraz?
A teraz myślę, że nieważne jest jak wyglądamy i co mamy na sobie, tylko jak się z sobą czujemy.
Bo możemy mieć równiutkie, porażające śnieżną bielą ząbki w szeroko rozciągniętym uśmiechu pełnych, malinowych ust.
Możemy mieć wyraźne kości policzkowe, odpowiednio wysokie czoło, nosek zadarty pod właściwym kątem i fryzurę, w której każde pasemko idealnie się układa.
Długie i szczupłe palce z paznokciami o idealnym kształcie, twarz o doskonałym owalu, oczy o perfekcyjnej oprawie, kolorze i stopniu nabłyszczenia.
Ciało bogini, bez jednego włoska, krostki, zmiany czy defektu, biust o idealnym rozmiarze, nogi niebotycznej długości i do tego zgrabniutkie stópki.
Rzeczy markowe od bielizny po opaskę do włosów, najlepszy puder i oszałamiające spojrzenie wymalowanych oczu, ale...

I tak najważniejsza jest pewność siebie.
To, jak się czujemy w swoim ciele.
I to, jak podchodzimy do tego, jak wyglądamy.
Bo chociaż symetryczna twarz i proporcjonalne ciało są uważane za ładne, nikt nie określi ładnymi osób, które wiecznie przykrywają się grubą warstwą pudru, które tłumią swoją naturalność sztucznością i chowają się za kurtyną idealnie wymodelowanych włosów.
I możemy zazdrościć innym dziewczynom jabłuszkowatych tyłków, wąskich bioder i prostych włosów, ale tak naprawdę to co może nas odróżnić od innych to naturalność, poszerzona o subtelny element umiejętnego podkreślenia urody.
Do tego "to coś", które ma każdy z nas (ciężko te "cosie" wymienić bo rozciągają się one od trzech piegów na nosie, przez zmysłowe pieprzyki, drobne dłonie, zabójczy uśmiech, dołki, drobne asymetryczności, przerwy między jedynkami i jasne plamki na ciemnych tęczówkach po błyskotliwość, poczucie humoru, umiejętność robienia ruloniku z języka, śpiewanie piosenek po portugalsku i sypania żartami), uśmiech, odpowiednie nastawienie i poczucie, że jesteśmy wystarczająco dobrzy tacy jak jesteśmy i już  mamy + 10 do atrakcyjności bez szpilek i torebki od Gucciego ;).
Niezależnie od tego czy mamy pulchną czy kościstą sylwetkę, płaski lub imponujący biust, ciało gładkie czy z rozstępami, a zęby bijące bielą czy w kolorze kości słoniowej.


A chociaż wiem, że jak powieki trochę mi sklęsną, a oczy przestaną dawać czadu pieczeniem i łaskotaniem - znów machnę je tuszem i chociaż zapewne jeszcze kupię nie jeden i nie dwa nowe ciuchy, lakiery do paznokci i odżywki do włosów, to na pewno nie będę się już oceniać przez pryzmat tego, że nie mam na sobie zbyt wiele makijażu, a w mojej szafie ze świecą szukać gustownych ubrań wśród sportowych bluz i bawełnianych T - shirtów.
I nie będę zadręczać się wmawianiem sobie, że nie jestem wystarczająco kobieca, bo nie mam stu par butów, nie noszę małych czarnych, garsonek ani podkładu.

Postaram się też nie zamartwiać zakrzywieniem nosa, owalem twarzy, wielkością biustu, długością nóg, kształtem paznokci czy wypukłością kolan.
Bo czuć się pewnie, w czyichś oczach oznacza "wyglądać atrakcyjnie".
A nietłumienie urody, tylko tę urodę podkreśla.
Niezależnie od tego, czy ktoś używa tuszu do rzęs czy nie ;D.
I jeśli przypadkowo, całkiem niespodziewanie i nieoczekiwanie przybłąkał się tu jakiś osobnik płci męskiej i przypadkowo, całkiem niespodziewanie i nieoczekiwanie doczytał ten wpis do końca (;P), niech puknie się dość mocno w czółko, jeśli leci na w 99% zrobione i mocno wytapetowane laski ;].
Bo plastikowe mogą być zabawki, a sztuczne kwiaty, jeśli mamy uczulenie na te żywe.
Wszystko inne lepiej wygląda w oryginalne.
Niezmienione, niepoprawione, nieoszlifowane.
No, chyba, że w stopniu minimalnym ;).
Kropka.




1 komentarz:

  1. Wszystko fajnie... ale gdzie zdjęcie nowych okularów? I informacja, jakie to perfumy?:P (no chyba, że czegoś nie doczytałam, wybacz;)

    OdpowiedzUsuń