...

...
M.

piątek, 15 maja 2015

Pół żartem, pół serio o... dorosłości ;]

Wiedziałam, że to się kiedyś zdarzy.
Zastanawiałam się, kiedy nadejdzie ten moment, ale prawdę mówiąc - nie sądziłam, że stanie się to tak szybko.
Myślałam, że może za parę lat, może za jakiś czas...

A tu bach.
Ostatni rok studiów.
Pierwsza praca na umowę.
Śmieciówka, bo śmieciówka, ale jednak...

I nagle dociera do mnie, że nie jest już tak jak rok temu.
Że nie lecę już do domu za każdym razem, kiedy odwołają nam zajęcia.
Nie zjeżdżam do domu w piątek po pierwszych zajęciach.
Większość ubrań może i wciąż piętrzy się w szafie mojego pokoju w domu, ale są to głównie rzeczy "po domu" - wyświechtane, z przetartymi kolanami i dziurą w kroku.
Wszystko mam tu. W Rzeszowie.
Całą baterię kosmetyków.
Książki, z których na bieżąco korzystam i które czytam.
Ulubione ubrania i te ciuchy, które noszę najczęściej.
Większość butów.
Kurtek.
Leków.

Bo prawda jest taka, że teraz mieszkam w Rzeszowie.
W domu jestem gościem.
Wpadam do niego w piątkowy wieczór, zamieniam dwa słowa z rodzinką i idę spać.
Następnego dnia lepię standardowo pierogi, sprzątam dom, zrobię co muszę, pojadę na zakupy i spotkam się z koleżanką/znajomymi/ciocią.
W niedzielę większość czasu przeważnie spędzam z K.
I tak teraz więcej czasu siedzimy w moim domu. Był czas, że CAŁY weekend siedziałam u niego.
Mimo to, że co weekend jestem w domu, nie czuję tego, że wracam.
Wracam, kiedy widzę tabliczkę "Rzeszów".
Wracam, kiedy w niedzielę wieczór szykuję ubrania, żeby w poniedziałek iść na 7 do pracy.
Wracam, kiedy organizuję sobie bawienie dziecka jako niania i sprawdzam plan zajęć na uczelni.
Wracam, będąc tu...

Dlaczego tak się stało? Co się zmieniło?
To, że kończę studia?
Że mam pracę?
Że mogłabym mieć jeszcze kilka innych zajęć, gdyby nie studia i chroniczny brak czasu?

Wydaje mi się, że śmierć szynszyla też miała tu duże znaczenie.
W końcu leciałam do domu jak na skrzydłach, żeby się nim zająć.
Pierwsze co robiłam, wchodząc do domu to gnałam na górę do pokoju, żeby go pomiziać za uchem.
Sobota to był dzień wyjazdu do Sanoka.
Do weterynarza, na cokilkutygodniowe przycinanie zębów.
Było sprzątanie klatki, wybieg Borysa ciągnący się przez pół dnia, wynagradzanie mu samotnego tygodnia.
Teraz nie czuję się już tak potrzebna.
Pies? Lata sobie wkoło domu.
Jeść da mu mama, na spacer też ona go weźmie.
Domownicy też mają swoje życie.
Każdy ma swoją pracę, zajęcia, znajomych.
Wszyscy gdzieś wychodzą, wszyscy się mijają.

To nie tak, że nie lubię jeździć do domu.
Ja kocham tam wracać.
Widzieć drewniane ogrodzenie i niewielki żółty domek.
Słyszeć szczekanie Pedra, który nawet po kilku latach od przygarnięcia wciąż obszczekuje "swoich".
Jeść przy wyspie w kuchni, czytać w salonowym fotelu z nogami na poręczy.
Pić herbatę na tarasie przed domem.
Spać we własnym łóżku (z którego odpadają listewki i czasami śpię powykrzywiana jak es flores).
Przebywać w swoim pokoju z zielonymi ścianami, pluszową pandą przy łóżku i regałami pełnymi książek, które przeczytam pewnie na emeryturze.
Chodzić spacerkiem po swoim mieście, kupować bułki u znajomych pań ekspedientek, rozmawiać ze starszymi paniami, byłymi nauczycielkami, koleżankami...
Brać psa na długi spacer i zagadywać się z sąsiadami. Zaglądać do wózków i głaskać bobasy koleżanek po pulchnych stopkach. Gawędzić o grządkach, zdrowiu i pogodzie.
Sączyć wolno herbatkę u cioci.
Droczyć się z kuzynem...
Być ze "swoimi" u "siebie".

Mimo to wiem, że już raczej marne szanse, żebym wróciła na stałe do domu.
Za niedługo skończę studia i wtedy całkowicie zajmę się pracą.
Może zostanę w Rzeszowie, może wyjadę do innego miasta, może nawet do innego kraju.
Kto to wie jak się wszystko potoczy?
Ale chyba minęły już te lata, kiedy siedziałam w domu przez wakacje i czytałam książki, machając nogami.
Chyba nie wrócą już te chwile, kiedy spędzam wieczory w swoim łóżku albo oglądam filmy z siostrą.
Raczej nie będę już siedzieć na garnuszku rodziców i chodzić bawić okoliczne dzieciaki za parę groszy, żeby kupić sobie kilka par koronkowych stopek i dresy u Chińczyka.

Z jednej strony fajnie, że kończę studia, fajnie, że mam pracę i fajnie, że dałam sobie radę w większym mieście.
Ale to tylko tyle.
To tylko jest "fajne".
A fajne to mogą być spodnie na wystawie, film, na którym nie ziewamy i książka, podczas czytania której nie zasypiamy.

Rzecz w tym...
Problem w tym, że trochę się tego boję.
I chociaż ostatnio zrobiłam się odważniejsza, twardsza, bardziej wyszczekana i samodzielna, to jednak... Czasami chciałabym się cofnąć w czasie ;).
Najciekawsze jest jednak, że nie potrafię wskazać odpowiedniego momentu, do którego chciałabym się cofnąć.
Nie do dzieciństwa i nie do gimnazjum.
Nie chciałabym już być dzieckiem.
Podlotkiem zestresowanym dojrzewaniem ani tyle.
Liceum?
Nieee... Wtedy też byłam gówniarowata.
Pierwsze lata studiów?
W sumie?
Ale w zasadzie... Eee... Nie były aż takie znowuż kolorowe.
Magisterka???
Taaa.
Magisterka rok temu.
Tfu - półtora.
Jesień, kolorowe drzewa na mojej cichej uliczce, studia, pisanie, kochana współlokatorka, która szybko awansowała na przyjaciółkę, masakrowanie maty z Chodakowską...
Na usta ciśnie mi się też - "I Borys", ale nie chcę uchodzić za dziecinną.
Ale jak sobie dobrze przypomnę, jak wysilę mózg i wrócę myślami do zeszłego roku - wiem, że nie było wcale aż ta idealnie i wiem, że teraz trochę idealizuję ten okres.
Przecież kłóciłam się z ówczesnym chłopakiem, wiecznie cierpiałam na brak kasy, nie miałam swojego laptopa, chciałam mieć pracę, szynszyl ciągle mi chorował, ja sama też chodziłam częściej do lekarzy niż na imprezy...
Tak więc z drugiej strony - bo jak zawsze musi być i druga strona, teraz pod pewnymi względami mam lepiej.
I to, że w szafie zamiast byle jakich ubrań kupionych na wyprzedaży mam lepszej jakości rzeczy, które otulają mnie miękkością kiedy je ubieram to akurat najmniej ważna rzecz.
Choć skłamałabym, mówiąc, że nie jest ona miła ;P.

Teraz mam więc więcej na koncie, ale i mniej luk w książkowym kalendarzu.
Dawniej miałam dni podzielone na "uczelnię" i "wolne".
Teraz mam "Uczelnia", "Praca 1", "Praca 2", "Praca magisterska", "Inne".
Teraz mam więcej znajomych - w tym koleżanki i kolegów z pracy.
No bo właśnie - mam pracę ;D.
Myślałam, że mi to przejdzie, ale wciąż wyszczerzam się, kiedy to słowo prześlizguje mi się przez gardło.
Idę do pracy.
Muszę iść do pracy.
Jutro pracuję.
Jestem w pracy.
Wracam z pracy.
Kołtuński uśmiech wpływa mi na usta za każdym razem, kiedy o tym mówię.
I muszę się pilnować, żeby nie przyjmować wtedy głupkowatego wyrazu twarzy ;).
Nie sądziłam, że stanę się takim pracusiem, wypełniającym sobie grafik od rana do wieczora, ale coś w tym jest.
To uczucie bycia potrzebnym, ważnym i spełnionym.
Satysfakcja.
Wyzwanie.
Powód, by rano wstawać.
Motywacja do zmian, motor do ulepszania się.
Pieniądze... Te nieszczęsne pieniądze, za które nie kupi się szczęścia, spokoju, zdrowej nerki czy życia, ale rachunki też się same nie zapłacą, a smoothie i warzywka z nieba nie zlecą...
Niestety ;P.

Zdaję sobie też sprawę, że pewne rzeczy już nie wrócą.
Szynszyl cudownie nie odżyje.
Mama nie pogłaska mnie po głowie i nie powie :"Nic się nie martw, ja to załatwię".
Nie będę już tylko studiować i tylko odpoczywać.
Chwytam życie w garść, ale w garść chwytam też dorosłość.
Nad głową jak neon świeci mi "WOLNOŚĆ!", ale jak mu się lepiej przyjrzeć, zaczyna trzaskać i strzelać, a potem gaśnie po to, żeby zaświecił się napis "ODPOWIEDZIALNOŚĆ".
I chociaż oglądając zdjęcia, czytając swoje stare wpisy albo po prostu - wspominając - mam gulę w gardle, to jednak wiem, że to minie.
I że to całkowicie normalne.
Bo przyzwyczaję się i do tego, że nie mam swojego łóżka w swoim pokoju.
I rodziców, którzy dadzą mi kasę...
Ale przeraża mnie też jeszcze jedno.
To, że mam dwadzieścia cztery lata to pikuś, bo w Air Maxach i bluzie z kapturem wyglądam na mniej niż 18, ale...
Kurczę.
Chyba to jest ten czas, kiedy myśli się o życiu poważniej.
Kiedy trzeba dokonywać wyborów.
Myśleć, zanim coś się zrobi.
Podejmować mądre decyzje.

O żeniaczce i rodzeniu dzieci nic nie mówię ;P.
Chociaż będę bardziej zadowolona, kiedy dostanę okres w terminie... ^^.

No.
W każdym razie - dziś po pracy, z której pobiegłam do drugiej pracy, postanowiłam nie lecieć na łeb na szyję na autobus.
Wróciłam na mieszkanie.
Zjadłam.
Ubrałam się w domowe ubrania.
Wzięłam ulubiony, nie domowy kubek.

I postanowiłam nie jechać dziś do domu.
Nie mam na to siły, nastroju, ochoty.
Wiem, że K. już tęskni i że chciałby się spotkać.
Wiem, że mama chciałaby pogadać.
Wiem, że siostra chciałaby się wyżalić.
Ale wiem też, że chcę odpocząć.
Sama.
W "swoim" mieszkaniu.
Po ciężkim dniu.
Ciężkim tygodniu.
Po pracy ;).
Napisać długi, refleksyjny wpis.
Wyciągnąć nogi na stole.
Poczytać książkę w łóżku.

I poczuć się jak swoja u siebie ;).
Bo bez szynszyla, mamy za ścianą, siostry, wpadającej z impetem do pokoju, plakatu kota na ścianie i tablicy korkowej też jestem u siebie...
Przecież w przedpokoju stoi sześć par butów ;P ;) ;) ;).


PS M., robisz się ostatnio strasznie sentymentalna ;P. Albo przestaniesz zanudzać czytelników albo oni przestaną Cię czytać ^^. Ale nie, nie. To tylko "ta" pogoda. Albo "ten" dzień cyklu. Wiadomo ;).







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz