...

...
M.

sobota, 20 czerwca 2015

(Ri) p(r)ostuję ;]

Pierwsze słowa tego wpisu miały być sprostowaniem poprzedniego.
Dlaczego?
Bo usłyszałam od kogoś, że niektórzy z Was mogli poczuć się urażeni prześmiewczym tonem i dosadnością wpisu.
Rozumując w ten sposób - i owszem, poczułam coś na kształt wyrzutów sumienia.
Zanim więc napiszę cokolwiek - przeproszę.
Absolutnie nie chciałam nikogo urazić i szczerze przepraszam, jeśli tak się stało.
Nie taki był zamiar i celem postu nie było obrażanie ani urażanie.
Nikogo.

Po dwóch dniach doszłam jednak do wniosku, że choć spuszczę nieco z tonu i przeproszę, to nie będę się kajać ani usuwać tamtego wpisu.
Post był o bierności. O BIERNOŚCI.
O biernej postawie, która z góry zakłada, że nic się nie uda i nic nie ma sensu.
O osobach, które nie wyślą ani jednego CV i nie spytają nikogo o pracę, nie poproszą o pomoc, nie będą pracować za najniższą krajową i nie będą się wysilać.
O tym był wpis.
Nie o tym, żeby samotne matki niepełnosprawnych dzieci zakładały własne firmy...
Nie było tam nic o tym, że kalectwo to pikuś i że można żyć normalnie mimo choroby, bo nie wiem, jak to jest być niepełnosprawną i to oczywiste, że nie mogę mówić o czymś o czym nie mam pojęcia.
Mówiłam, że niektórzy osiągają niemożliwe mimo kalectwa.
Mówiłam, że niektórzy wychodzą z biedy, bo próbują coś zmienić.
Mówiłam, że zawsze można próbować, żeby przynajmniej mieć to uczucie, że robimy wszystko co możemy, żeby zmienić to, co nas drażni.
Na początek, żeby zmienić nastawienie.
I mieć choć odrobinę chęci.
Nie celowałam w matki, studentów, niepełnosprawnych...
Kurde.
Wytknęłam bierność tym, którzy nie mają w życiu celu i którzy nie robią nic, żeby to zmienić ;P.
Mimo to dziękuję za krytykę, bo ona jest jak najbardziej mile widziana, jeśli mogę się dzięki niej czegoś dowiedzieć i nauczyć.
Nie muszą mnie wszyscy głaskać po główce, nie wszyscy muszą się zgadzać, nie wszyscy muszą mnie lubić ;). Takie rady są przynajmniej konstruktywne.
Za dużą liczbę wejść, lajki, przyznanie racji i udostępnianie dziękuję.
Przynajmniej ulżyło mi, że wpis nie uczynił samego zła ;].
A swoją drogą - chciałam mówić głośno to muszę ponosić tego konsekwencje.
Wyrażając swoje (często kontrowerysyjne) zdanie, trzeba liczyć się z tym, że nie każdemu się to spodoba ;).

Nie wiem więc czy źle się wyraziłam czy może niejasno to opisałam.
Nie chciałam też zupełnie wpadać w mentorski, wszystrowiedzący ton, bo jeśli mogę czegokolwiek uczyć to tylko dzieci liczenia kasztanów, a i to nie wiem, czy po pół roku pracy w przedszkolu jestem już nauczycielką z prawdziwego zdarzenia ;).
Nie chciałam nikogo pouczać, instruować ani niczego nie nakazywać - tylko (dość mocno - to prawda) zmotywować.
Mogę być łagodna i słodka dla dzieci i zwierzaków.
Nie umiem niestety zatrzepotać rzęsami i powiedzieć: "Ojej, tak mi przykro, że nie masz żadnego celu. Może złapmy się za ręce i poszukajmy rozwiązania".
No niestety ;).
Pewnie byłabym kiepskim doradcą albo trenerem, bo wolałabym zmotywować lekko kogoś przyciskając i raczej powiedzieć "Ogarnij się i zacznij działać", a nie: "Masz rację. Życie jest do d. ".
I nie - nie krzyczałam na młode mamy, niepełnosprawnych ani załamanych niemożnością znalezienia pracy, tylko tych, którzy tej pracy nie szukają, a narzekają.


Na pewno też nie powinnam generalizować i na pewno nie wiem, jaką kto ma sytuację, choć - Wy tego na dobrą sprawę nie wiecie też o mnie ;).
Swoją drogą - mój przykład, który podałam też wcale nie wynosi mnie na piedestały i jeśli myślicie, że "mi się udało"- też jesteście w błędzie.
Pracuję na umowę zlecenie i pieniądze, które zarabiam, pewnie ledwo wystarczą mi na opłacenie mieszkania i wyżywienie, kiedy przestanę korzystać z pomocy rodziców.
To, co zarobię dodatkowo - jako niania czy copywritterka będzie efektem ślęczenia przed laptopem w wolnym czasie albo biegania z językiem na brodzie z pracy do pracy ;).
Do Policji najprawdopodobniej się nie dostanę, chyba, że jakimś cudem dostanę nagle gratisowo parę punktów więcej.
I co?
I nic.
Trochę mi smutno.
Trochę przykro.
Trochę jestem zawiedziona.
Trochę zła - bo w końcu dwukrotnie zdałam Multiselect i rozmowę, a tu lipa.
Ale wiem też, że zawsze mogę spróbować kolejny raz albo... Poszukać innej pracy ;).
Wiadomo - może nie od razu coś znajdę. I może nie od razu będę zarabiać 3 000.
Na pewno nie będę bierna i na pewno wyślę jakieś CV i popytam o pracę znajomych, zanim zacznę marudzić i mówić: "Życie jest bez sensu" ;).
Koniec.
Sprostowania ;).


Tak poza tym to ostatnio nie mogę spać z podekscytowania, że część obowiązków mam już za sobą.
Pierwszy wieczór, kiedy nie musiałam pisać pracy ani się uczyć był tak wspaniały, że nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić.
Przeczytałam książkę jednym tchem ("Zostań, jeśli kochasz"), spędziłam trzy godziny wisząc na telefonie i rozmawiając z przyjaciółkami, siostrą, mamą, chłopakiem i wszystkimi, którzy się napatoczyli pod rękę :P.
Odwiedziłam w sklepie koleżankę, spełniłam swoją fantazję i wyszorowałam łazienkę (:D), kupiłam prostownicę (włosy ze strachu już się same zaczęły prostować), szarpnęłam się na kawę z Orlenu, po której byłam tak pobudzona, że dla rozrywki przeskakiwałam przez kuchenną wyspę w kuchni.
Upiekłam nawet ciasto z jabłkami i rabarbarem i zaczęłam jeść domowe obiady ;P.
W sumie to już akurat śmieszne nie jest, bo oduczyłam się trawić ciepłe posiłki i każdy obiad kończy się póki co bólem brzucha, ale... ;)
Sama jestem sobie winna. Trzeba było jeść raz na czas coś innego niż grahamkę z Bieluchem i pomidorem albo sałatkę grecką.
Na nikogo już nie warczę, nie irytuję się i nie złoszczę.
Mam wręcz wrażenie, że zagłaskałabym wszystkich na śmierć i tak - przytulam się z mamą, zaczepiam z tatem, psa noszę na rękach po domu, do siostry się szczerzę, do kuzyna lepię, a cioci słodzę.
Do K. nie dziubdziam, ale nie gryzę, jak on to robi, więc też jest lepiej ;).
Choć teraz musiałam go na chwilę przegonić z pokoju, bo nie mogłam się skupić na pisaniu, kiedy zaglądał mi przez ramię.

Tak więc - nie gniewajcie się, jeśli dotknął Was wpis, bo naprawdę nie taki był mój cel ;P.
I nie myślcie, że mam etat, ubezpieczenie i super perspektywy, bo póki co wciąż jestem na etapie prac dorywczych ;).


PS A oto Pedro, moja dłoń i ciasto rabarbarowo - jabłkowe. Ktoś chętny?




1 komentarz:

  1. Ale placuch! Zjadłbym :O Podziel się!

    OdpowiedzUsuń