...

...
M.

wtorek, 2 czerwca 2015

Słodko, miło, pastelowo ;)

Na stole równiutko ułożony stosik książek z metodologii.
Obok notes z odręcznie napisanymi hipotezami i problemami badawczymi.
Do pracy idę dopiero za godzinę.
I zamiast wziąć się do nauki, siedzę rozwalona na krześle z mokrymi pasmami włosów, spływającymi mi na plecy i przegryzam zielone jabłko.
Dla urozmaicenia podtapiam czasem cytrynę w nowym, zdobycznym kubku i właściwie na tym kończy się moja aktywność.
Ogólnie to pewnie nakrzyczałabym sama na siebie, kopnęła się w leniwy tyłek (* ostatnio znów męczony przez ćwiczenia z Mel B. ;D) i zagoniła do pisania pracy.
Niestety nie mam na to sił.
No i z krzykiem też mogłoby być różnie, bo przez weekend straciłam głos... ;).

Dziś zdawałam pierwszy w tej sesji egzamin, więc przez weekend głównie robiłam notatki, bawiłam się w podkreślanie najistotniejszych informacji kolorowymi pachnącymi zakreślaczami i gryzłam paznokcie, żeby zdać i mieć jeden punkt z listy do odhaczenia.


 









No, a oprócz tego pracowałam.
Napomknęłam już gdzieś ostatnio, że dostała mi się fucha weselnej niani, prawda?
Ogólnie - świetna sprawa.
Szybki zarobek, praca z dziećmi.
Nieprzespana noc, ale przecież młoda jestem, nie muszę tyle spać ;P.

W sobotę wieczorem ogarnęłam się więc (genialnie godzinę po prysznicu i godzinę przed wyjściem zachciało mi się hula hopić i to tak intensywnie, że byłam czerwona jak burak...) polałam twarz zimną wodą i wyszłam przed dom z parasolką i torbą wypełnioną Babysitterowskim Ekwipunkiem.
Kierowca zgarnął mnie z ulicy, zawiózł do hotelu i...
No właśnie.
I ;).
Wydawało mi się, że nie będę pokazywać się gościom weselnym, tylko wejdę chyłkiem do pokoju, przebiorę dziecko i siebie w piżamki i będziemy czytać bajki w łóżku.
Nie zakładałam więc żadnej kreacji, ani nawet czegoś ładniejszego, tylko jasne dżinsy, morelową bluzę z kapturem i biało -  miętowe adidasy.
Wyglądałam jak amerykańska opiekunka do dziecka z amerykańskiego filmu w białych bucikach, pastelowych ubrankach i wysokim kucyku huśtającym się wdzięcznie na czubku głowy.
No bo - hello - miałam spędzić noc w pokoju z małym dzieckiem!
Proste, że wolałam spakować ciepłe skarpetki i wygodne miękkie kapcie niż coś eleganckiego... ;].
Żeby dojść do pokoju, musiałam przecisnąć się koło sali pełnej ludzi, ale myślę, że nikt nie zwrócił na mnie większej uwagi.

Przywitałam się ze śliczną panną młodą, wyściskałam Małą.
W pokoju moja podopieczna dwulatka od razu dała z siebie ściągnąć białą kreację, zmienić pieluchę i wcisnąć do buźki smoczek.
Sama wpełzła pod kołdrę i zamknęła oczka.
Przynajmniej na chwilę ;).
Potem trochę się przebudziła i musiałyśmy zabawić się w proces - butla z mlekiem, uspokajanki, bajka na You Toube (Dobranocny Ogród - aż czułam, jak mój mózg piszczy z bólu), smoczkowanie i głaskanie.




 









Kiedy W. zasnęła, wgapiałam się w nią upojnym spojrzeniem, a w nozdrza wciągałam słodki zapach czystego małego dziecka w świeżo wypranych bodach.
Zrobiło się tak kojąco cicho, spokojnie i przytulnie.
Ja w pastelowej bluzie, Mała w białych bodach w kolorowe groszki, puszysty kocyk, smoczek z owieczką.
I wtedy ktoś zapukał do drzwi ;).

Piętnaście minut później miałam już dwójkę dzieci i bardzo niewiele miejsca na wielkim, małżeńskim łożu ;).
Do 2-latki dołączył jej 3-letni kuzyn, krągły i pulchny jak bączek, z lubością ciągnący mnie za sznurki od bluzy i chichoczący radośnie, kiedy łaskotałam go po wystającym brzuszku.
Dzieciaki leżały w pościeli, rozkosznie mrucząc i ssając namiętnie smoczki.
I zakrawałoby to wręcz na niemalże rodzinną sielankę - niania, dwójka maluchów, szelest pampersów, gdyby nie...
To cholerne zimno!!! :)
Mimo ciepłej bluzy i kapci z pomponami, ja trzęsłam się z zimna.
A zapach dziecięcego mydła i odgłos ciamkania smoczków wcale tego nie niwelował...
Nie wiem, czy budynek był tak wychłodzony, czy może klimatyzacja działała tak sprawnie... Jedno wiedziałam na pewno - zaczynałam powoli przymarzać ;).
Zostawiłam więc maluchy pod opieką cioci i nie bacząc na swój mało oficjalny strój - wyczłapałam w szarych kapciach na hol.
Uruchomiłam wszystkie zmysły, żeby znaleźć automat ze wrzątkiem i po chwili już miałam go na oku.
Na sali.
Koło gości.
W samym centrum wydarzeń.
Przybierając niemrawy uśmiech na blade wargi zaczęłam sunąć wyluzowanym krokiem ku stolikowi, zastanawiając się, jak wielu gości zdobędzie się na wysiłek zwrócenia uwagi na pastelową nianię w domowych kapciach.
Niestety kilku zwróciło...
Ale kiedy do filiżanki zaczęła spływać gorąca ciecz, a ja z radością zaczęłam podtapiać we wrzątku saszetkę Liptona, było mi kompletnie obojętne, czy ktoś na mnie patrzy.
Potem grzejąc ręce na gorącym płynie wróciłam do pokoju.
Położyłam się koło posapujących przez sen dzieci i...
Leżałam.
Dzieciorki mruczały, świszczały i ciągły smoczki na wyścigi.
Zwykle niemowlaki miętolące "pipę", "cymulka", "dudusia" , tudzież "monia" uważałam za urocze.
Ale kiedy zostałam otoczona przez maluchy zasysające je tak, jakby miało od tego zależeć ich życie, w uszach wibrował mi dźwięk mlaskanej gumki, a uchwyt smoczka odbijał się od tarczki z denerwującym rytmicznym klikaniem, zaczęłam zagryzać zęby na kołdrze.
Poza tym było w miarę spokojnie.
W sensie - nie musiałam nosić skrzynek, szorować podłogi, użerać się z klientami...
Mogłam leżeć.
W łóżku.
W piżamie.
Z zamkniętymi oczami.
W miarę cichym, przytulnym (i okropnie wyziębionym) pokoju.
Jednak opieka nad dziećmi to stała czujność.
Zwłaszcza, kiedy to nie nasze dzieci i kiedy śpią na wysokim dorosłym łóżku.
Mała rzucała się na wszystkie strony jak szczupak i na każdy jej ruch zrywałam się i biegłam na drugą stronę patrzeć, czy nie zbliża się niepokojąco do brzegu.
Młody kaszlał, miauczał przez sen, prosił o picie, kopał.
Mnie najczęściej ;).
Oboje sapali, syczeli na siebie, kiedy jedno wsadziło drugiemu piąstkę do oka i walczyli o terytorium, piszcząc i wiszcząc na spaniu, gdy znaleźli się za blisko siebie.
Ogólnie byłam więc wymęczona psychicznie, rozdrażniona ciągłym czuwaniem i zrywaniem się i potwornie, potwornie śpiąca.
Bo jak to tak?
Miękka (zimna!) pościel.
Przytłumiony blask mdławej lampki.
Oddechy śpiących dzieci...
I niemożność zmrużenia oczu? ;]
To takie nienaturalne...
Na szczęście nad ranem zostałam pozbawiona jednego dziecka i wtedy odpłynęłam w ramiona Morfeusza.
Po szóstej obudziło się moje - niemoje dziecię, a kiedy dostało butlę z mlekiem, wtuliło się we mnie i zasnęło.
Nigdy w życiu nie spałam tak dobrze jak wtedy, po czuwającej boleśnie nieprzespanej nocy, kiedy pod głową czułam miękkość poduszki, a w swój policzek miałam wtuloną małą głowkę, pachnącą dziecięcym szamponem.
Mmmm...
Zapachniało mi macierzyństwem, obowiązkami, troskami i zmęczeniem.
A potem pieniędzmi i wolnością, kiedy wróciłam do domu.
Do Mel B., nauki na egzamin, jedzenia makaronu ze szpinakiem i swoich spraw ;).





                                                                                  ***



Znów bezczynnie siedzę.
Stosik książek niezmiennie leży na stole.
Włosy lepią się do czoła, bo właśnie wróciłam z zumby.
Jabłko zjedzone, sok wypity, witamina C zażyta.
Chrypię tak samo jak chrypiałam, może nawet bardziej przez nawijanie do dzieci.
A pisać nie chcę mi się też tak samo, jak mi się nie chciało ;P.


PS Ładny kubek? ;)

















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz