...

...
M.

wtorek, 9 czerwca 2015

Taki typ osoby... ;)

Zawsze obiecywałam sobie, że najważniejsi będą dla mnie ludzie.
Że zawsze będę mieć czas dla bliskich, rodziny, znajomych.
Że nigdy nie postawię pracy, pieniędzy i obowiązków ponad przyjaźń.

A teraz grafik wypełniłam od góry do dołu czym?
Pracą.
Pracą w przedszkolu, pisaniem pracy, nauką do egzaminu i bawieniem dzieci.
Biorę na głowę więcej niż mogę udźwignąć.
Z jednej pracy biegnę do drugiej.
A wieczorami nadganiam naukę.

W sumie nie mam ani trudnej sytuacji finansowej ani rodziny na utrzymaniu.
A mimo to nie umiem odmówić, kiedy ktoś proponuje mi bawienie dziecka.
Biorę nadgodziny w przedszkolu, choć często muszę urywać się z zajęć na uczelni, żeby iść do pracy.
Czasem gonię z językiem na brodzie z uczelni do przedszkola.
Na obiad jem brzoskwinię, jogurt albo grahamkę.
Wracając do domu kupuję jedzenie, którego nie mam czasu jeść, a przy sklepowej kasie układam listę rzeczy do zrobienia wieczorem.
Książki czytam na przerwach między zajęciami na uczelni albo jak dziecko, które bawię śpi.
Wieczorami uczę się, piszę pracę i staram się nie zwariować.
Jak widzę znajomy numer na wyświetlaczu, mam ochotę nie odebrać, choć nigdy nie miałam takich pomysłów...
Zastanawiam się, czy nie zacząć wymyślać jakichś innych wymówek, bo "idę do pracy" i "jestem zajęta" brzmią jak nudny, wyświechtany frazes.

Chciałam odwiedzić niepełnosprawną koleżankę na wózku i wziąć ją na spacer, jak będzie ładna pogoda.
Chciałam pójść do cioci - babci, żeby poćwiczyć zdolność asertywnego odmawiania, kiedy będzie wciskać we mnie bajgle i bajaderki i poszczypywać mnie po policzkach.
Chciałam umówić się z przyjaciółką, wyjść gdzieś ze znajomymi niekoniecznie dlatego, że wyjeżdżają na Florydę.
Chciałam poczytać książkę, leżąc na łóżku i machając nogami, a nie równocześnie bujając niemowlaka w wózku.
Chciałam wziąć psa na długi spacer, bo jak mnie widzi w domu przelotem, wariuje ze szczęścia, a ja zamykam mu drzwi przed nosem pokoju i idę pisać pracę albo lecę bawić dziecko...

Nauka też nie jest już dla mnie numerem jeden.
Uczę się, chodzę na zajęcia, jakoś zaliczam (ostatnio egzamin na trzy i pół... ), ale to nie to samo.
Mam jeden zeszyt do wszystkiego.
Jestem niezorientowana, a wszyscy o wszystko mnie pytają.
Nie jestem aktywna na zajęciach, bo nie chce mi się gadać, udzielać ani błyszczeć.
Okej, może już wyrosłam ze zbierania piątek dla samej idei zbierania piątek.
Ale w tym ostatnim semestrze mogłabym w sumie odpuścić sobie taką gonitwę z pracą.
Zwłaszcza, że nawet nie mam czasu wydać pieniędzy, które zarabiam, bo wolny czas skurczył się do prysznica, biegania po nocy, jedzenia na stojąco i robienia pośpiesznych wpisów na bloga...

Strasznie chcę więc już być po skończeniu studiów i po obronie.
Bóg jeden wie, jak bardzo tego chcę ;).
Problem w tym, że już dziś wiem, że nawet jak nie będę musiała się uczyć, znajdę kolejne dzieci do bawienia i inne zajęcia, żeby wypełnić organizer drobnym maczkiem obowiązków.
I problem w tym, że chociaż jestem zmęczona, mam podkrążone oczy i zewsząd słyszę komentarze, że schudłam w ten niezdrowy, nieładny sposób - to ja to... lubię.
Lubię gonić, biec, lecieć, pędzić.
Lubię, bo gdybym tego nie lubiła, to bym tego nie robiła ;).
I w ten oto sposób po niecałym pół roku pracy stałam się takim człowiekiem, jakim nigdy nie chciałam być...
Osobą, która za chwilę napisze do chłopaka esemesa, że nie zadzwoniła w drodze z pracy, bo odreagowywała hałas w przedszkolu i która teraz zasiada na łóżku w otoczeniu notatek.
Osobą, która nie znajdzie w tym tygodniu czasu dla znajomych.
Osobą, która na pierwszym miejscu postawi obowiązki.
Choć nigdy nie chciała tego robić, a teraz zrobi to z pełną tego świadomością...






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz