...

...
M.

sobota, 18 lipca 2015

Na desperata ;P

Myślałam, że przez miesiąc spokojnie obejdę się bez Internetu.
"Maila sprawdzę sobie na telefonie, a na bloga wrzucę coś przed pracą, korzystając z komputera w pokoju nauczycielskim" - myślałam utopijnie.
Chciałam przygotowywać się do obrony, a potem ćwiczyć, pisać i czytać. I tak w kółko.
"Do biegania nie potrzebuję neta. Do czytania książek i pisania w Wordzie ani tyle".
Taaa...
Jasne.

Pierwszego samotnego dnia w Rzeszowie wyczerpałam limit transferu na telefonie, słuchając do oporu muzyki i ćwicząc z Mel B. na You Tube.
Dwa kolejne dni gryzłam paznokcie z nerwów, że chcę wysłać CV, a nie mam skąd.
Komputer w pracy zmulał do tego stopnia, że myślałam, że się rozpłaczę, a kiedy w końcu zatrybił, odcięło m Internet...
Po czterech dnia bez możliwości sprawdzenia poczty, bez wejścia na bloggera, bez sprawdzenia wiadomości na fb, bez filmików z Mel B. i bez muzyki stwierdziłam, że jednak nie dam rady.
Ale skąd wziąć Internet na niecały miesiąc?
Kto da mi taką umowę?
Postanowiłam więc dołączyć się jakiejś sieci.
Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić.
Sieci, które wyszukał mój laptop były sieciami firmy, pubu i jeszcze czegoś, czego nie mogłam zidentyfikować.
W czwartek po pracy uzbroiłam się więc w żelazne nerwy i słodki uśmiech.
Biuro było zamknięte.
Może to i dobrze.
Pub za to otwarty.
Zanim powiedziałam o co mi chodzi, zanim młoda narzeczona nowego właściciela zrozumiała, z czym przychodzę... Koniec końców okazało się, że owa narzeczona i tak hasła nie zna, ale mogę podejść do właściciela kamienicy i eks właściciela pubu.
Ponieważ byłam dość zdesperowana, poszłam.
Niestety w kamienicy zastałam tylko mnóstwo pozamykanych drzwi i dwa przerośnięte koty.
Na szczęście żaden mnie nie pogryzł, bo obawiam się, że szczepionka na wściekliznę z poprzedniego roku już nie działa.
Spuściłam zrezygnowana głowę i poczłapałam do swojego bloku.
Pechowo mieszkają w nim sami starsi ludzie, ale czasami zdarzyło mi się widzieć jakieś młodsze osoby, kiedy wracałam z wieczornego biegania.
Zaczęłam więc pukać w drzwi na chybił trafił.
Zero odpowiedzi.
Zero odpowiedzi.
Zero odpowiedzi...
Albo nikogo nie było w domu albo staruszki czające się pod drzwiami obczajały mnie przez judasza i dochodziły do wniosku, że to dziewczę w czarnym T - shircie, szarych szortach, Air Maxach i rozpuszczonych włosach, które miały być wyprostowane z pewnością należy do jakiejś sekty albo zbiera jakieś podejrzane podpisy...
Jakież było moje zdziwienie, kiedy w ostatnim możliwym mieszkaniu zastałam młodą dziewczynę z czarnymi kreskami na powiekach.
Powiedziałam, o co mi chodzi, a ona szybko zrozumiała wagę problemu jakim jest brak połączenia z siecią.
Podała mi swoje wi fi, więc pognałam do siebie sprawdzić, czy takową odbieram.
Odbierałam.
Chwyciłam więc pod pachę notes, portfel i awaryjne Merci.
Po chwili miałam już hasło i nie miałam czekoladek.
Nowo poznana sąsiadka nie chciała pieniędzy, więc zapewniłam ją o dozgonnej wdzięczności i pouśmiechałam się uśmiechem Królowej Wdzięku.
Wpadłam na mieszkanie, wpisałam hasło i...
I nic.
Nie poszło.
Zamrugałam oczami.
Może się machnęłam?
Wpisałam drugi raz iiii...
Poszło.
Ufff.
Ulga.
Kamień z serca.
Radość.
Przedwczesna, jak się po chwili okazało...
Połączyłam się na jakieś dwie minuty.
Potem znów mnie odcięło.
Ręce mi opadły.
Humor opuścił.
Sprawdziłam połączenie.
Nie łapałam już tej sieci!
Awrrrrr!
Wyszłam przed mieszkanie.
Jest zasięg.
Podłączyłam się.
Net hula.
Weszłam do mieszkania.
Nie ma połączenia.
Wkurzona usiadłam na progu.
Jest zasięg.
Przesunęłam się o pięć centymetrów w głąb mieszkania i zamknęłam drzwi.
Nie ma...
Modląc się, żeby nikt nie wyszedł z mieszkania (na szczęście mieszkam na ostatnim piętrze, a moimi sąsiadkami są rzadko wychodzące z domu starsze panie) zasiadłam na schodach i szybko sprawdziłam pocztę i fb.
Wiedziałam jednak, że na dłuższą metę tak się nie da.
Jak miałam pisać bloga? Na schodach?
A ćwiczenia z Mel B. wykonywane na klatce schodowej zapewne zostałyby potraktowane jako pierwsza oznaka szaleństwa...
Do tego zaczęła mi właśnie padać bateria, a niestety nie miałam w pobliżu kontaktu.
Modląc się więc w duchu o powodzenie przedsięwzięcia złapałam padającego laptopa i zamknęłam się w mieszkaniu.
Ulokowałam się na łóżku w takim miejscu, gdzie na mój gust mogłam być najbliżej mieszkania, które było pode mną.
Przybrałam pozycję bojową...
Jest!
Jest zasięg!
Eureka ;)
Słaby, bo słaby, ale... ;)
Kontaktu też blisko nie miałam, więc siedząc na łóżku wykrzywiona jak pokraka, robiłam co miałam robić i jednocześnie buforowałam filmiki, z którymi miałam zamiar poćwiczyć, uważając na naszpanowany do granic możliwości kabel...
Pod koniec dnia bolało mnie wszystko.
Kark, głowa, plecy, mięśnie.
Ale byłam usatysfakcjonowana, bo rozesłałam CV i coś tam popisałam.


Wczoraj też było dość zabawnie.
Internet co chwilę mi się odłączał.
Najchętniej robił to w momencie, kiedy chciałam wysłać płodzony przez pół godziny mail z załącznikiem...
Czasami było tak, że odbierałam muzykę ze Spotify, a nie mogłam się zalogować na pocztę.
Czasami wszystko hulało, a czasami nie działało NIC.
Moja cierpliwość była więc wystawiana na ciężką próbę...


Dziś za to jestem w swoim domku.
Internet śmiga wyśmienicie i nie muszę się wyginać, żeby korzystać z laptopa.
Szkoda tylko, że dzięki zakupom, porządkom i wyjazdowi do domku do Zawozu nie mam czasu, żeby z niego skorzystać ;P.


PS Miłego weekendu wszystkim! ;]

http://likely.pl/zdjecie/620819/dziewczyna-z-laptopem

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz