...

...
M.

wtorek, 21 lipca 2015

Naturlich ;P



Dziwnie jest pisać wpis, kiedy nie wie się czy uda się go opublikować.
Mam „ograniczony” zasięg.
W praktyce oznacza to, że nie mam Internetu.
Albo jak chwilę go mam, to za chwilę już nie.
Awrrr!
Rozdrażniło mnie to jeszcze bardziej niż swędząco – bolesne ukąszenia bąków rozsiane po całym ciele, z których jedno na łydce jest wielkości kurzego jaja…

Ogólnie weekend miałam bardzo wakacyjny.
W sobotę oblewałam obronę w domku nad jeziorem.
Było kameralnie, rodzinnie i bardzo przyjemnie.
Dziwnym trafem wszyscy w okolicy domku, gdzie stacjonował mój wujek z ciocią wiedzieli, że się obroniłam i wszyscy na każdym kroku mi gratulowali. Nie mówiąc już o tym, że wszyscy mieli pretekst, żeby oblewać moje zdrowie ;).
Ogólnie to nikt nie zwracał się do mnie inaczej jak „Pani Magister”, co było równie miłe, co śmieszne.
Zostałam uraczona upichconym przez wujka wegetariańskimi warzywkami z grilla (szacun, wujciu, szacun :D), wyszalałam się na zaimprowizowanym parkiecie i wyćwiczyłam nogi na rowerku wodnym.
No i wspaniale się wybawiłam przy dwóch niskoprocentowych piwach i znajomych w wieku moich rodziców, z którymi dogadywałam się świetnie, nawet kiedy przerwałam cykl przebojów Czerwonych Gitar, włączając „Don’t” Eda Sheerana  ;).
Byłam na tyle rozfazowana, że tańczyłam do disco polo i kiwałam się do góralskich hitów, a na tyle trzeźwa, że nic nie wylałam, nie zrobiłam nic głupiego i nic nie zniszczyłam ;).
W niedzielę z kolei byczyłam się nad rzeką.
I pytanie – czy tylko ja i moja rodzina robiąc sobie wypad nad rzekę mamy jakieś dziwne perypetie czy wszyscy tak mają? ;P
Chciałabym powiedzieć, że nad wodą było słodko, miło i uroczo, że urządziliśmy sobie rodzinny piknik, ja opaliłam się na złoty brąz, a mój pies łowił w rzeczce kamienie.
Ale nie.
Tak niestety nie było ;D.
To znaczy – było fajnie.
Miałam gazetki (nie czytałam), książkę (niet), repelent przeciw komarom (na bąki chyba nie działa), krem z filtrem (pewnie dlatego mnie nie opaliło), owoce (rozmiękły się) i basenowe klapki (po tym jak z głośnym plaśnięciem wpadłam nimi w błoto raczej nie będę mogła wziąć ich na basen, nawet jeśli wyczyszczę je ryżową szczotą…).
Miałam nawet majtki na zmianę, bo znając moje szczęście mogłam wylądować dupą w wodzie (nie przydały się) i wafle ryżowe, żeby uzupełnić energię straconą na ciągnięcie materaca pod prąd (nie miałam na nie ochoty ;P).
Leżałam błogo na słonku, nie przeszkadzała mi zamulona woda, chlapałam nogami w wodzie i odganiałam od siebie bąki (jak widać bardzo skutecznie…).
Nie pływałam, bo woda była albo za płytka albo za głęboka (…), podryfowałam sobie jedynie na materacu, przeważnie szorując nim po kamieniach albo panikując, kiedy nie widziałam dna.
I to było naprawdę fajne.
Naprawdę…
Ale potem poczułam „uroki” łona natury…
Ciało szybko zaczęło mnie swędzieć od ugryzień i brudnej wody, strój śmierdział mokrym psem, a włosy wodorostami.
Woda była chłodna, więc co chwilę chciało mi się sikać, a sikanie w krzakach traci swój urok kiedy kończy się pięć lat ;P.
Jednak prawdziwą atrakcję zapewnił mi mój pies.
Ogólnie to Pedro bał się zamoczyć łapy, więc na ogół dreptał sobie po brzegu i chłeptał wodę z kałuż.
Kiedy jednak z drugiego brzegu przypłynęła do nas gęś, ochoczo rzucił się do wody, zapominając, że się jej boi. Wody. Nie gęsi ;P.
Gdy zaczęłam biec (super się biega przez rzekę, doprawdy…), żeby ocalić gąskę przed uduszeniem, mój Pedro wykazał się znakomitym wręcz pływaniem w stylu „na pieska”.
Ledwo udało mi się oderwać żądnego krwi kundelka od przerażonej gąski…
Fuczała na mnie z wyraźnymi pretensjami, co Pedro zagłuszał głośnym dyszeniem.
Niestety krnąbrna gąska, choć została pozbawiona jednego pióra z ogona, nie wykazywała chęci powrotu do siebie.
Stwierdziła, że na naszej wysepce jest całkiem fajnie i gęgając zaczęła przechadzać się koło nas, brodząc w ciepłej wodzie.
Niezbyt ucieszyło to mojego tatę, trzymającego na smyczy szamoczącego się psa, który charczał i dyszał, a w wytrzeszczonych oczach wymalowany miał mord.
Razem z mamą doszłyśmy więc do wniosku, że to my musimy zająć się odpędzeniem ptactwa, ale zanim to zrobiłyśmy, pocykałyśmy sobie parę zdjęć.
W końcu gąska była taka ładna, biała, młodziutka i oswojona…
Sesja chyba też się gąsce spodobała, bo ani tyle nie chciała nas opuścić, nawet kiedy mama zaczęła profesjonalnie zaganiać ją na drugi brzeg.
Koniec końców tato musiał zapiąć Pedrowatego na smycz i ciągnięty jego siłą (ma coś z huskiego albo alaskana, innej opcji nie widzę…) szedł za gęsią, aż ta z poirytowaniem trzęsąc kuprem popłynęła do siebie.
Jak już uspokoiłam się ze śmiechu (mój tato w slipkach prowadzący na smyczy szamoczącego się psa, który poluje na pływającą sobie beztrosko gęś) próbowałam jeszcze chwilę nacieszyć się wycieczką.
Niestety kolejny bąk, który ugryzł mnie w pośladek zdecydował o szybkim powrocie do domu, wzięciu gorącego prysznica, umyciu włosów pachnącym szamponem i wyłożeniu się na sofie z thrillerem.
Bez bąków.
Bez wody.
Bez mułu.
I bez gęsi.
Amen.

 

 
http://pl.hdlandscapewallpaper.com/sentymentalny/

1 komentarz: