...

...
M.

sobota, 25 lipca 2015

Ósemki... ;]

Myślałam, że będąc sama w Rzeszowie odpocznę i będę miała mnóstwo czasu.
Że zrobię wszystko co chciałam zrobić, spotkam się ze wszystkimi, z którymi miałam się spotkać, a do tego nadrobię zaległości w lekturze, pisaniu i oglądaniu filmów bez lektora.
A gdzie tam ;P.
Przy ośmiogodzinnym systemie pracy, braku neta i ciężkim do zniesienia upale jest to naprawdę ciężkie do wykonania ;).
Popołudnia są wprawdzie do mojej dyspozycji, ale zanim doczłapię do mieszkania, wdrapię się na czwarte piętro, zdejmę z siebie klejące się od upału ubrania, solidnie wymoczę się pod chłodnym prysznicem, połażę po pokoju w ręczniku i nawodnię organizm kilkoma szklankami wody z cytryną to okazuje się, że za chwilę już jest wieczór i pasuje poćwiczyć albo pobiegać, a nie czytać, pisać czy nie daj Boże wychodzić z domu i zabawiać kogoś błyskotliwą konwersacją.

W tym tygodniu "biegałam" jakieś trzy razy.
Wyglądało to mniej więcej tak, że maszerowałam raźnym krokiem (próbując ignorować to, że nawet wtedy pot rosił mi czoło), czasami tylko pozwalając sobie na bieg i to w spowolnionym tempie, jakby chodnik uciekał mi spod stóp.
Czekając aż zelżeją upały musiałabym biegać koło 23, a wtedy nie zdążyłabym się doprowadzić do porządku i wyspać przed porannym wstawaniem do pracy.
No właśnie.
Poranki.
Moja nowa zmora ;)
Pierwszego dnia ośmiogodzinnego dnia pracy wstałam prawie bez problemów.
W pracy było całkiem znośnie dzięki klimatyzacji, dzieci były w miarę grzeczne, a dzień upłynął szybko i dość przyjemnie.
Drugiego dnia ósemek nie mogłam się pozbierać z łóżka, do łazienki szłam jak naćpany zając, a do pracy człapałam ociężale jak słoń z nadwagą. Po pracy byłam może ciut bardziej zmęczona, ale też do przeżycia.
Trzeciego dnia byłam tak nieprzytomna, że pierwsze co zrobiłam w pracy to zamówiłam sobie kawę.
Mocną, czarną kawę z ekspresu.
Pobudziła mnie na tyle, że przeżyłam dzień z tą rozwrzeszczaną brygadą małolatów.
Dzień czwarty także zaczęłam od kawy. I to pitej tak łapczywie, że wylądowała na mojej białej bluzce z Małą Mi (i napisem: "Twarda babeczka").
Trzy wielkie plamy po kawie wyglądały średnio estetycznie, zwłaszcza, że jedna z nich wylądowała na lewej cycce...
Tak więc jak na "twardą babeczkę" przystało, zawołałam trzylatka, który jako jedyny przyszedł do przedszkola na siódmą, wzięłam go ze sobą do łazienki i produkując mnóstwo piany za pomocą dziecięcego mydła w płynie zaczęłam spierać plamy.
Wielkie brązowe placki zeszły całkiem szybko, za to suszarka do rąk odmówiła mi posłuszeństwa i kilkanaście następnych minut witałam dzieci i ich rodziców w połowicznie mokrej koszulce ;).
Czego na szczęście nie było szczególnie widać, bo jak już wspomniałam koszulka była biała.
I wyglądała raczej na pomiętą, niż mokrą ;).
Dzień wlekł mi się strasznie powoli, a dzieci dawały w kość.
W ogóle nie słuchały, a wszystko to co robiły nie mieściło się w żadnych granicach ludzkiej tolerancji.
W grę wchodziło więc ciągnięcie się za włosy i robienie sobie lejców z warkocza koleżanki, chodzenie parami do jednej toalety, namaczanie jednorazowego ręcznika i zatykanie nim kranu, wrzucanie klocków między leżaki, przytulanie się do tego stopnia, że tulące się dzieci podduszały się wzajemnie, osłabione brakiem tlenu potykały się o swoje nogi i spadały na dywan, gdzie tuliły się dalej, stanowiąc zagrożenie dla dzieci, które biegały.
Te które biegały w nosie miały przestrogi, chętnie robiły sobie slalom z klocków, a jeszcze chętniej przeszkody z krzeseł.
Jeszcze inne dzieci straszyły rybki w akwarium, wchodziły na biurko nauczyciela i chciało uciekać z sali.
Nie mówiąc o tych dzieciakach, które lubią się porobić w majtki, kiedy nie mają majtek na zmianę i o tych, które oprócz tego, że zwalą kupę w majtki i nie mają gaci na zmianę, nie przyznają się do tego postępku tylko chodzą z nią (w sensie kupą) do czasu, aż jej (ekhm) nie zwącham i wtedy muszę ją zdrapywać z dziecięcych tyłków...
Pozostała reszta dzieciarni (ta, która nikogo nie biła i nie zabijała mnie zapachem zawartości swoich fig w kolorowe groszki od H&M) krzyczała, piszczała, hałasowała i kompletnie nie słuchała co się do niej mówi...
Dzień piąty upłynął pod znakiem dwóch kaw, bo inaczej się nie dało.
Kawa dostarczyła mi wystarczająco dużo energii, żebym mogła podczytać książkę podczas drzemki Maluchów i sama przy tym nie zasnęła. Szczęśliwie tego dnia zostałam oddelegowana do innej sali, żeby położyć spać trzylatki. Najchętniej sama położyłabym się z nimi na niebieskich leżaczkach i przykryła kraciastym kocykiem. I wcale by mi nie przeszkadzało, że nogi mi wystają i że kocyk jest za cienki...

Wychodząc w piątek z pracy byłam więc tak uhahana, że prawie zapomniałam przebrać futrzaste kapcie pieski na trampki ;P.
Na mieszkanie szłam niesiona energią ze świadomości nadchodzącego weekendu.
Wróciłam do domu autobusem, w którym spałam jak mops na swojej torbie, nie przejmując się, że przez opasłe tomiszcza książek i prostownicę torba nie spełnia wymogów miękkości.
Sanok przywitałam z rozwalonym koczkiem, włosami sterczącymi każdy w inną stronę i plecami lepkimi od potu.
Kiedy szłam do samochodu (rodzice po mnie przyjechali :) ), zataczałam się pod ciężarem bagaży i ocierałam pot płynący po nosie, a jak weszłam do swojego chłodnego pokoiku, miałam ochotę całować podłogę ;].

Najpiękniejsze zaś w dzisiejszym dniu jest to, że mam Internet ;P.
W Rzeszowie nie mam tego luksusu, więc mogę zapomnieć o siedzeniu na łóżku półnago z laptopem na kolanach.
Myślę, że gdybym wyszła na schody w majtkach albo w ręczniku sąsiedzi, którzy w 85% składają się z ludzi starszych natychmiast wezwaliby Policję za moje gorszące ich zachowanie ;).
Muzyki też nie mogę słuchać, bo nie mam skąd jej wziąć, więc na ogół spędzam czas w ciszy.
Nie jest to jakoś straszne uciążliwe, bo w pracy zedrę sobie gardło, usiłując zapanować nad dzieciarnią, więc taka chwila wytchnienia bez gadania i bez hałasu jest jak najbardziej mile widziana.
Problem jedynie w pisaniu bloga, bo wyjście na próg mieszkania i szybkie sprawdzenie statystyk jest milsze niż ślęczenie na schodach i pisanie albo publikowanie wpisu, kiedy zasięg oddala się coraz bardziej, a ja muszę schodzić na boso po schodach i szukać połączenia...

Co mnie bardzo zaskoczyło - niespodziewanie podskoczyły mi statystyki, choć przecież nic nie pisałam i nie wrzucałam linków na fb.
Oczywiście jak to ja - w pierwszej kolejności zamiast się cieszyć, ja zaczęłam się martwić.
O co chodzi? Kto tak szubruje archiwum? Ktoś umieścił gdzieś linka i mam nowych czytelników? Ktoś zaczął mnie śledzić i za niedługo wyskoczy na mnie z lodówki? ;P.
No cóż.
Taka lekka obsesja.
Ale to norma.
Podobnie jest z książką.
MARZĘ, żeby ją wydać.
Od zawsze chciałam napisać i wydać książkę. Taaa, marzyłam też o dwójce dzieci, wycieczce do Paryża i założeniu przedszkola i moje aspiracje się zmieniły, ale marzenie o byciu pisarką nigdy mi się nie znudziło.
Tylko, że co?
Oczywiście w równym stopniu co CHCIAŁABYM coś wydać, BAŁABYM się tego ;)
Samego faktu, że wydam książkę, tego, jak zostanie przyjęta, tego kto ją przeczyta (i moja szurnięta wyobraźnia podsuwa mi obraz 80-letniej cioci, niewinnej uczennicy z angielskiego, pani z dziekanatu albo dyrektora z liceum) albo że nie przeczyta jej nikt i że zgnije na półkach w jakimś zapleśniałym podrzędnym magazynie.
Nie mniej jednak blogowe wejścia, które przeważnie są dwucyfrowe, ale przeważnie bliżej im do dwudziestu niż do stu, nagle podskoczyły do 95. Potem, kolejnego dnia było ich 66, później ponad 70, znów koło 60, 80 i ponownie 90 z haczkiem.
Nie mam pojęcia, skąd ten boom na mojego bloga.
Miewałam już takie zrywy większej niż zwykle popularności, ale było tak wtedy kiedy wrzuciłam jakiegoś roznegliżowanego mięśniaka albo słodkiego bobasa, opublikowałam mocny i podtekstowy wpis albo zgłosiłam się do blogowego konkursu.
Rekordowe wejścia bez powodu się nie zdarzały.
Aaa, jeszcze jedyną możliwością (oprócz stalkingu i inwiglacji) jest lajkowanie i komentowanie linków wrzucanych na facebooka. Wtedy więcej osób zauważa wpis i wchodzi na bloga.
Taka teoria.
No cóż.
Mi pozostaje się tylko cieszyć, że mam motywację do pisania (przy braku netu równa się to frustracji, ale co tam ;P) i starać nie schizować, traktując to jako przygotowanie do tego, że jeśli kiedyś coś wydam, będę bardziej przygotowana na krytykę ;).
No i oczywiście zamiast się martwić, zacząć się ślinić na myśl, że ktoś tam we wszechświecie mnie kocha (a jak nie mnie to przynajmniej to co robię za pomocą mózgu, palców i klawiatury ;]).
Pozdrawiam, życzę miłego weekendu i przepraszam za brak dostawy nowych wpisów, ale - sami wiecie, jak to jest -  telepatycznie wpisu w Internecie nie umieszczę...

PS Nie wiem czy widzicie, ale na ostatnim zdjęciu mam na sobie spódnicę ;P. Oczywiście jest ona szara (jak 3/4 mojej nie - miętowej części w szafie) i sportowa jak 99% wszystkich moich ubrań, ale myślę, że to, że mam na sobie coś innego niż szorty lub dresy zasługuje na uznanie ;] ;P.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz