...

...
M.

środa, 22 lipca 2015

Przykro... ;]

"Środa minie, tydzień zginie" - jak mówi przysłowie.
Jeśli tak to trochę szkoda.
Bo ten tydzień jest całkiem w porządku.
Pracuję, obijam się, nie mam nic do nauki, a moje jedyne obowiązki to ścielenie łóżka, mycie naczyń i szykowanie ubrania do pracy.

Do przedszkola chodzę na rano i pracuję na ósemki.
Z jednej strony super, bo jestem wolna o 3 albo o 4, z drugiej kiepsko, bo poranne wstawanie mnie zabija.
Nigdy nie byłam typem osoby długo wylegującej się w łóżku.
Zawsze wstawałam szybko i głównie zawracałam komuś głowę, bo tłukłam się jak Marek po piekle, nawet kiedy starałam się być cicho ;).
Teraz, chociaż nie mam już żadnych problemów z zasypianiem i nocnym wybudzaniem (* wyłączając sobotnią noc, kiedy obudziłam cały dom krzykiem i trzęsłam się na całym ciele, choć za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, co mi się śniło ;P) i śpię naprawdę spokojnie, pechowo w ogóle się nie wysypiam.
Przestawiam budzik trzy razy i zamiast wstać wpół do, zwlekam się z łóżka o 7.
I wyglądam wtedy jak zombie ;).
Prysznic wcale mnie nie budzi, śniadanie odbiera zamiast dodawać energii.
Do pracy idę ziewając, a koło pierwszej/drugiej marzę o drzemce.
Dziś byłam tak padnięta, że dzień zaczęłam od kawy.
I to jakiej! Czarnej z ekspresu. Mocnej jak diabli. Gorzkiej jak piołun. Ciemnej jak smoła ;].
W swoim oddechu czułam gorzki zapach kofeiny i wcale nie byłam zbyt pobudzona.
Po prostu zaczęłam lepiej funkcjonować i zrobiłam się bardziej wydajna ;).

Jutro idę do pracy na siódmą i już mi się robi słabo, jak pomyślę sobie, że muszę wstać o szóstej, żeby wziąć prysznic, umyć głowę, zjeść i się ogarnąć.
Chciałabym też dziś pobiegać, ale póki co jest duszno i parno, a jeśli znów pójdę biegać o dziesiątej, położę się po północy...
Jedynym plusem upałów jest to, że większość dnia siedzę w klimatyzowanym budynku i że w dusznym mieszkaniu jestem sama, więc mogę paradować w sportowym topie i bokserkach.
No i mogę wskakiwać pod prysznic, kiedy tylko chcę :).

Coś jeszcze?
Spotykam się powoli ze znajomymi, z którymi miałam się spotkać, ale bywają takie dni, kiedy jestem zbyt zmęczona i znużona gorącem, żeby ruszyć się gdziekolwiek dalej niż po szampon do włosów do drogerii...
Aaa... I po dniu smutnym, refleksyjnym, radosnym, dobrym, złym i udanym dziś mam dzień przykry.
Jest mi przykro. Tak ogólnie.
Nie stało się nic strasznego, może po prostu trochę się zawiodłam.
Może poczułam się niedoceniona.
I parę drobiazgów uprzykrzyło mi życie ;P.
Wycofali z obiegu mój ulubiony morelowy szampon.
Wkurzyłam się, kiedy widziałam, że idąca przede mną dziewczyna z rozpuszczonymi włosami,  okularami przeciwsłonecznymi wielkimi na pół twarzy, która szła w butach na koturnach o mało nie spowodowała skrętu szyi u dwóch mijających nas facetów i czterech kierowców.
Wkurzyło mnie NIE to, że nie patrzą na mnie, bo ja nie oceniam się przez pryzmat podziwu w oczach kogoś, kto patrzy mi wszędzie tylko nie w oczy.
Wkurzyło mnie to, bo laska miała straszny cellulit, obwiśniętą skórę, ocierające się o siebie uda i usta wielkie jakby co rano pompowała je pompką.
Wkurzyło mnie to, że mimo wszystko faceci lecą na takie dziewczyny, które czują się boginiami zakładając najkrótsze szorty, najwyższe buty i najgłębsze dekolty świata.
O, i jeszcze moja rodzinka zapomniała o moich imieninach.
A potem dowiedziałam się z boku, że ktoś inny wie lepiej, co czuję i dlaczego tak jest...
I nie chce mi się pisać, a akurat mam na to czas ;).
Wrzucam zdjęcie Sierotki M. piszącej na klatce schodowej. I gęsi na życzenie czytelniczki ;) ;*.





















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz