...

...
M.

piątek, 3 lipca 2015

W sensie... ;]

"Ożesz... Omm... Naprawdę aż TYLE?!".
Mniej więcej tak reaguję, jak widzę Wasze wejścia po moich wybitnie natchnionych wpisach.
Czasami mam wrażenie, że macie radar na zwierzenia.
Zawsze po jakimś szczerym wyznaniu, które wypływa jakoś tak samo z siebie, mój blog przeżywa zatrzęsienie.
Przynajmniej w porównaniu ze zwykłymi, tradycyjnymi postami ;>.

Bywają momenty, że mam ochotę założyć równoległego, bardziej prywatnego bloga, na którym napisałabym wszystko to, czego tu nie wypada ;).
Mimo wszystko są rzeczy, o których nie wszyscy muszą wiedzieć ;).
Obawiam się tylko, że ktoś z Was rozpoznałby mój charakterystyczny styl i szybko pokojarzył fakty.
Na ogół nie myślę co piszę tylko dokonuję szybkiej cenzury, dzieląc swoje przeżycia na "przyzwoite, do przekształcenia w coś humorystycznego" i "nieprzyzwoite, nadające się tylko do mojej wiadomości", po czym resztę traktuję dość ulgowo i właściwie w ten niefrasobliwy sposób bycia zdradzam Wam dużo faktów ze swojego życia.
Z szaro - miętowymi obsesjami na czele ;P.

Taaa, trochę ponarzekałam w poprzednim wpisie - przyznaję bez bicia.
Ale to tylko dlatego, że strasznie chcę się nauczyć mówić, co myślę. Co jest bardzo trudne...
Naprawdę ;P.
Jestem raptus.
Do tego raptus z charakterkiem.
Mam swoje "ale", jestem uparciuch, jestem mały diabełek.
Jak coś mi nie pasuje, chcę mówić o tym głośno.
Niestety - choć dla każdego wskazane byłoby mówić to, co myśli naprawdę, ludziom ciężko jest zrozumieć, że ktoś kto mówi coś głośno, jest szczery, a nie wredny.
I że czasem lepiej usłyszeć złośliwostkę niż fałszywe pochlebstwo ;).

Tak poza tym to...
Zadomowiłam się w domu na całego ;].
Serio.
Już mi nic nie przeszkadza ;P.
A jak przeszkadza - powoli się do tego przyzwyczajam, traktując to jak kolor swoich oczu i kształt nosa.
Czyli jak coś, na co nie mam wpływu ;).

Co jest wspaniałego w byciu w domu?
To, że jestem naprawdę u siebie.
W ciągu tego tygodnia odwiedziłam babcię (1:0 dla mnie w odmawianiu jedzenia krakersików), ciocię - babcię (1:1; nie zjadłam maślanych ciastek z cukrem, za to obejrzałam "Wspaniałe stulecie"), starsze ulubione małżeństwo (1:0, ja im dałam kalendarz, oni mi nic nie wcisnęli, więc choć raz nie byłam skrępowana, że nie dość, że są biedni, to jeszcze dają niejedzącej słodyczy czekoladki ;P), przyjaciółkę (0:1 dla niej za celne uwagi...).
Z Pedrowatym chodzę na spacery kilka razy dziennie. I nie - nie jest to szybka rundka po okolicy.
Codziennie spotykam mnóstwo znajomych, sąsiadów, okolicznych dzieci, które zabieram na spacer z psem.
Czytam książki (wciąż głównie podczas bawienia dziecka/czekania na poczekalni u lekarza etc.), ale częstotliwość jest większa, więc i tempo pochłaniania całkiem przyzwoite.
Mam swój pokój, swój azyl, swoją prywatność.
Jeśli jeszcze tego nie mówiłam - jestem TOTALNIE zbluzowana, zasidasowana i zdresowana. Totalnie ;).
Codziennie dzwonię do kogoś znajomego i poświęcam mu więcej niż pięć minut w drodze do pracy ;).
Gotuję i jem naprawdę mega zdrowo. Chociaż o tym kiedy indziej ;P.
Ćwiczę, ale nie przeginam.
Nadużywam zwrotu: "W sensie..."
I gorączkuję ;D.
Taaa... Królowa Lodu po tygodniach zimnych dłoni i temperatury oscylującej między 34, a 35 stopni, wraz z katarem i bólem głowy doczekała się wreszcie upragnionej gorączki będącej znakiem, że jej organizm podejmuje starania obronienia się przed infekcją, a nie czeka na podany na tacy antybiotyk ;D.
Ach, gdybyście widzieli moją uszczęśliwioną i usatysfakcjonowaną minę, kiedy termometr wskazał prawie 37 stopni, podczas gdy zwykle zobaczyć u mnie 36 to cud ;P.

Ogółem więc wszystko układa się znakomicie.
Najbardziej boję się tylko jednego.
Powrotu ;].
Za tydzień muszę wrócić do Rzeszowa.
Do pustego mieszkania, czwartego piętra, klitkowatej kuchni.
Wczoraj byłam w Rzeszowie autem.
Sama. Pierwszy raz ;).
Droga upłynęła mi genialnie.
Głośna muzyka, kiedy tylko miałam na to ochotę, skakanie po stacjach radiowych na światłach, zajeżdżanie na CPN bez niczyjego marudzenia, skupienie i równocześnie relaks, totalne wyluzowanie, płynna bezstresowa jazda.
Choć Rzeszów powitał mnie korkiem, w którym stałam prawie godzinę i koszulka z Małą Mi zaczęła mi się po pewnym czasie lepić do pleców, a uda do siedzenia, i tak nie miałam powodów do narzekań.
Załatwiłam, co miałam załatwić, poszłam na obiad do wegańskiego baru, kupiłam sobie smoothie (o tak, za tym będę tęsknić ;D) i wieczorem wróciłam do siebie.
W  ulubionych wygodnych dresach "do jazdy" (mega miękkie, mega szare, mega wygodne), z zimną wodą z lodówki i wyśmienitym humorem ;).
I w takim samym humorze, bez szarych dresów i bez gorączki (krótko coś się broniłam, bo znów wróciłam do starych dobrych 34 z haczkiem ;P), za to z porządnym francuskim thrillerem i swoim stosem poduszek i koców żegnam się z Wami i życzę równie miłego wieczoru jak mój ;).





http://www.wachamksiazki.pl/obrazek/2334/czytanie-w-lozku


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz