...

...
M.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Halo, podłoga...? ;]


Wkoło mnie pudełka, torby i reklamówki.
Zza łóżka pozbawionego pościeli wylazły dwa kurzowe koty.
Szafki puste.
Półki wyczyszczone.
Książki spakowane.

Przede mną talerz ze stygnącą kaszą i warzywami.
Przeżuwam powoli brokuły, które stają mi w gardle.
Smętnym wzrokiem patrzę na walizki, z których wysypują się kartki i długopisy.
Nie mam siły nabić marchewki na widelec, ułożenie książek w torbie stało się wyzwaniem stulecia.
Nieee!
Nie tak miało być!


Ogólnie ten tydzień miał być moim ostatnim tygodniem na rzeszowskiej Legionów 16.
Później miałam mieć wolne do końca sierpnia i ten czas miałam spędzać w domu.
Od września miałam zacząć nową pracę.
W tym tygodniu chciałam się więc wyluzować, spędzić czas tak jak lubię, spotkać się ze znajomymi.
W piątek po pracy miałam się zacząć pakować, w sobotę wyprowadzić.
Na spokojnie, w miłej atmosferze, do wtóru muzyki sączącej się ze Spotify.
Niestety…

Poniedziałek był całkiem miły.
Trochę pisania, trochę pracy, trochę luzu przy herbatce z koleżanką.
Od rana miałam mdłości i dokuczał mi ból głowy, ale zepchnęłam je na dalszy plan.
A potem przyszedł wieczór.
I gorączka.
Wiecie już, że jestem typem niskotemperaturowca, prawda?
Że u mnie 34,7-35,2 to norma, a powyżej 36 to już jak stan podgorączkowy.
Wieczorem temperatura podskoczyła mi do 36 z haczkiem, ale nie przejęłam się tym zbytnio.
Potem głowa zaczęła mi pękać na pół i w końcu kapitulując wzięłam tabletkę.
Poszłam spać przed dziesiątą, bez ćwiczeń, bez długiej kąpieli i bez czytania.
Obudziły mnie dreszcze.
Tak silne, że skakałam w pościeli.
Termometr pokazał 37 stopni, a ja dygotałam jak w febrze.
Zapadłam w ciężki, gorączkowy sen.
Obudziłam się po trzeciej.
Ponad 38 stopni. Dla osoby, dla której normą jest 35 – to już porządne rozpalenie.
W głowie karuzela, w skroniach ćmi, czoło rozpalone, a ogólne odczucie to takie, że ktoś wali mi w łeb młotkiem.
Błądząc dłonią po szafce natrafiłam na pusty kubek.
Wstałam powoli i zaczęłam iść do kuchni.
Miałam takie zawroty głowy, że szłam jak pijana.
W kuchni chwyciłam za butelkę z wodą, nalałam trochę do kubka, sięgnęłam po tabletkę i…
Obudziłam się na podłodze.
Ciut zdziwiona, że leżę na zimnych płytkach między ladą, a koszem na śmieci.
Nie wiem, ile czasu spędziłam na podłodze.
Nie wiem jak spadłam i czy miałam na tyle przytomności umysłu, żeby zamortyzować upadek.
Raczej tak, bo guzów brak ;P.
Podłoga była mokra od wylanej wody, ja byłam mokra z potu.
Włosy były wilgotne  jak po umyciu, piżama lepiła mi się do ciała.
Oblepiły mnie mokre kosmyki włosów, zimny wilgotny materiał przylgnął do ciała i znów zaczęłam się trząść.
Ledwo wstałam, nieprzytomnym wzrokiem rejestrując przewrócony kubek i wylaną wodę.
Zażyłam tabletkę, poszłam do łazienki.
W lustrze zobaczyłam trupiobladą twarz.
Wróciłam do łóżka.
Nie mogłam się rozgrzać mimo skarpetek, ciepłej piżamy, polarowej bluzy, szlafroka i kołdry.
Gorączka telepała mną do rana.
Po ósmej obudziły mnie trzy esemesy, ciężka głowa i uczucie pływania we własnym pocie.
Po prysznicu byłam świeża i pachnąca przez jakiś kwadrans.
Później znów zalały mnie siódme poty, robiąc z włosów niewyżyniętą ścierkę i spływając zimnymi strumieniami po kręgosłupie.
Mdłości i ból głowy prześcigiwały się w uprzykrzaniu życia.
Żołądek przyjął jedynie kaszkę na wodzie.
Potem walnęłam się na łóżko i spałam tak przez pół dnia.
Do pracy szłam ponad pół godziny, a sekretarka widząc, że moja twarz przybiera zielono – przezroczysty koloryt, krople potu roszą moje czoło w tempie godnym pożałowania, a na koszulce zaczynają rozlewać się plamy potu mimo klimatyzacji – kategorycznie nakazała wracać do domu.
Szłam powoli, śmiejąc się ironicznie, że nigdy tak mocno nie czułam swoich perfum, jak wtedy kiedy gorączkowe poty spotęgowały zapach od Calvina Kleina.
Na mieszkaniu musiałam odpocząć po katorżniczej wspinaczce na czwarte piętro.
Ugotowałam sobie obiad, zjadłam marną odrobinę.
Padłam, pospałam, wstałam.
Zaczęłam się pakować i sprzątać mieszkanie.
A teraz zasiadłam na kanapie z laptopem.

Chwilowo przestałam się zalewać potem, więc może za chwilę wezmę prysznic.
Przeraża mnie burdel na dywanie i fakt, że będę musiała w końcu spakować resztę rzeczy.
W głowie wciąż się mąci, żołądek dalej ściska.
Temperatura spadła do przyzwoitych 35,6, a twarz z zielonego przybrała lekki żółtawy odcień.
Po wizji słuchania muzyki i tańczenia po mieszkaniu ze ścierką nie pozostało nawet wspomnienie.
Jestem słaba, jestem rozgoryczona, jestem zła, zmulona i spocona.
Tylko Klein wciąż pachnie tak samo ładnie, jakby za doskonały dowcip uważał fakt, że choć ledwo żyję, pachnę jak świeży fiołek...

http://likely.pl/zdjecie/282162/dziewczyna-siedzaca-na-podlodze




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz