...

...
M.

sobota, 19 września 2015

Kopniaki ;)

Czasami, nie za często, bo nie za często, ale czasami zdarzały mi się chwile zwątpienia.
Myślałam, że coś jest bez sensu, że coś nie jest warte mojego wysiłku.
Na co to wszystko i po co tak się spalać.
Nie opłaca się tyle ćwiczyć, bo jakoś waga nie leci.
Nie warto tak się starać, bo nikt tego nie docenia.
Nie wolno wychylać się ponad normę, bo i po co.
Efekty swoich działań widziałam bardzo rzadko.
Mimo to nigdy się nie poddawałam.
Czy chodziło o siłownię, pisanie referatów naukowych czy pisanie w ogóle, sprzątanie w domu czy pracę - przeważnie dawałam z siebie, ile mogłam.
Dla siebie.
Dla satysfakcji robienia czegoś dobrze.

Jasne - czasami było mi przykro.
Że wypacam z siebie siódme poty i nic.
Że piszę i piszę, a nic z tego nie mam.
Że latam po domu z miotłą, a mama twierdzi, że jest bałagan.
I że spalam się w pracy, a koleżanka dostaje etat...

Nie jestem typem szczególnie przejmującym się głupotami.
Już nie.
Ogólnie przestałam się już niezdrowo podniecać i emocjonować.
Chyba, że po kawie albo procentach, a ani jednego ani drugiego nie piję zbyt często.
Nie wierzę w obietnice, nie daję się wykorzystywać, (za)często unoszę się ambicją, prawie nigdy nie płaczę, przez facetów ani tyle.
Były jednak dni, kiedy czułam żal.
Żal, że ktoś nie zauważa moich starań.
Nie mnie, moich zamkowych kolczyków czy nowych butów, tylko starań właśnie.
Zagryzałam wtedy zęby i myślałam, że najważniejsze, żebym ja czuła się dobrze z tym, co robię. Żebym nie miała uczucia, że robię coś po łepkach.

Na chwilę obecną mogę śmiało stwierdzić, że wszystko wróciło do mnie z podwójną siłą.
Może i nie mam takiej wagi, jaką chciałabym mieć, ale mam dobrą kondycję i dużo osób mówi mi, że jestem silna jak na swoje gabaryty i że mam wyćwiczoną, umięśnioną sylwetkę.
Referaty, nad którymi psioczyłam i zasypiałam, dały mi publikacje i stypendium naukowe, które właśnie pożytkuję na remont pokoju.
Mama ostatnio przyznała, że odkąd jestem w domu, widzi, że codziennie jest sprzątane ("Choć i tak nie jest idealnie..."  - musiała dodać, bo by nie przeżyła ;P).
Za każdym razem, kiedy zaczynam się zastanawiać, po co się tak wynaturzam i prowadzę bloga, ktoś mówi, że mnie czyta i że zawsze wchodzi na bloga, jak dodaję coś nowego.
Jak uda mi się zrobić coś dobrego, po jakimś czasie dobro do mnie wraca.
I nawet jeśli robię coś bezinteresownie, mam z tego jakieś korzyści.

Dziś dostałam esemesa od mamy dziecka z przedszkola, gdzie pracowałam.
Przedszkola, które uwielbiałam, przedszkola, w którym byłam w swoim żywiole.
Choć czasami dochodziły do mnie pogłoski, że dzieci często o mnie mówią i że rodzice mnie lubią, to nigdy nie dostałam takiego namacalnego kopa uznania.
Nie poczułam go zwłaszcza wtedy, kiedy dostałam propozycję śmieciówki, a ktoś inny dostał etat...
Wtedy był żal, była nawet złość o miesięczne chodzenie za free, za łapanie wszystkich zastępstw kosztem uczelni i czasu wolnego, za przeziębioną nerkę, bo nie miałam czasu o siebie zadbać, za jedzenie bułki z serkiem na obiad...

Wszystko do czasu esemesa.
Smsa, który nasłodził mi i podniósł poziom satysfakcji.
Smsa, dzięki któremu zapomniałam o wszystkich poświęceniach, staraniach i robieniu wszystkiego, żeby tylko dzieci były szczęśliwe, nawet kosztem swojego czasu, energii, zdrowia.
Smsa, którego zostawię sobie w pamięci telefonu, żeby pocieszać się nim, jak nie będę miała energii znów się starać.

I wiecie co?
Chociaż i bez tych namacalnych korzyści wiedziałam, że warto dawać z siebie 100% to dziś wiem to na pewno.
Jeśli mogę Wam więc radzić, radzę - nie przejmujcie się tym, że nie widać efektów Waszej pracy i nie denerwujcie się, że ktoś Was nie docenia.
Bo nigdy nie jest tak, że starania zostają zapomniane.
One tylko czekają, żeby zostać zauważone i żeby przyjść do Was w chwili, kiedy o nich zapomnieliście, dając Wam płynną energię jak energy drink w czyichś słowach.
I dają wtedy taką siłę, że można góry przenosić i przepływać rzeki, nawet jeśli jak ja pływa się "upośledzoną" żabką ;].
A nawet, jeśli - jak każdemu, bo każdy jest tylko człowiekiem - zdarzy się jakieś potknięcie czy porażka, takie drobne "kopniaki" wyciągają nas z dziury szybciej niż zdążymy zarejestrować fakt, że do niej wpadliśmy.
I dają mega, mega satysfakcję, większą niż wszystkie nagrody tego świata razem wzięte ;)

PS A jak dawno Was ktoś nie kopnął, to kopię Was ja w podziękowaniu za to, że tu wchodzicie i że czasem niespodziewanie ktoś się do mnie odzywa, mówiąc coś miłego na temat bloga.
Wybaczcie, że nie kajam się i nie tonę w dziękczynnych słowach, ale zdecydowanie wolę "kopniaki" niż "dziamdziaki"  ;]






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz