...

...
M.

wtorek, 29 września 2015

Koszmarny ;)

Był szalony, był Świra, był zły i był dobry.
A wczoraj był koszmarny ;).
Dzień, rzecz jasna.
Nie bez powodu całą chłodną niedzielę przeparadowałam w niebieskiej bluzie "Delete Mondays" ;).
Szczególnie kiedy w niedzielne popołudnie uzupełniałam 17 arkuszy ocen, zamiast wgłębiać się w "Gwiazd naszych winę", którą radośnie zaczęłam i nie wiem, kiedy skończę ;]


Co więc takiego koszmarnego wydarzyło się wczorajszego poniedziałkowego dnia?
W sumie...
Nic takiego.
Nie zaatakował mnie wielki pająk, nikt mi nie nabił guza (sama też sobie nic nie nabiłam), nie przytyłam (:D), nie wpadłam po autobus, z nikim się nie pokłóciłam.
Miałam za to młyn.
Młyn, dosłowny młyn.

Przygotowywanie się do zajęć.
Kserowanie materiałów na zajęcia wyrównawcze.
Robienie u fotografa zdjęcia ze spuchniętymi oczami (spojówki? tusz? laleczka voodoo?).
Spotkanie z opiekunką stażu.
Praca.
Dyżur na korytarzu.
Odbieranie i rozdawanie dzieciom "Domowniczków".
Przypominanie dzieciom, żeby przyniosły kasę za książki.
Zamawianie sałatki na obiad, żeby zjeść coś treściwego (:D).
Spotkanie z rodzicami w sprawie pasowania na ucznia.
Szybkie zakupy, żeby mieć coś zielonego do zjedzenia.
Korki z nowym uczniem.
Szukanie tokena do banku w poremontowym pokoju.
Szukanie peseli, dat urodzenia, telefonów członków mojej cudownej rodzinki.
Potwierdzanie uczestnictwa na weekendowym kursie i zgłoszenie faktu swojej bezmięsności ;P.
I nieszczęsna papierologia.
Papierki przewalały się wszędzie.
No a gwoździem programu był papierkowy pech.
Machnęłam się w ważnej ankiecie, mama zapomniała mi wydrukować nową wersję, koleżanka nie miała tuszu w drukarce, kolega nie miał przy sobie telefonu, kiedy dzwoniłam po ratunek...
Musiałam pisać konspekt i przygotowywać się do wtorkowego prowadzenia zajęć, na których miał być dyrektor i opiekunka stażu, a ja biegałam i szukałam kogoś z drukarką.
Kolega choć ochoczo mi druknął co potrzebowałam, to niestety nieświadomie wybrał inną wersję. Papiery od uczynnej koleżanki (;**) wyszły jak z młyna (w sensie - białe...), do znajomego gnałam koło dziesiątej w nocy i ostatecznie targana wyrzutami sumienia huśtałam na kolanach jego najmłodszą pociechę, kiedy drukarka mozolnie wypluwała trzynaście moich kartek...
Do jedenastej uzupełniałam, co miałam uzupełniać.
Potem luknęłam na swój konspekt.
Następnie poczytałam fragment: "Plastusiowego", co by wiedzieć, jakie mam zadać pytania dzieciom, kiedy dyrektor będzie słuchał każdego mojego słowa.
A na koniec padłam w pościel, kręciłam się w niej do pierwszej, obudziłam po piątej, a koło szóstej przyszła do mnie sfochana siostra, obrażona na cały świat, a zwłaszcza na kota, który nasikał jej do łóżka ;P.
Z tego wszystkiego spałyśmy słodko pod jedną kołdrą, tuląc się do siebie z zimna, następnie przegoniłam kotkę, która namiętnie wbijała pazurki w moją NOWĄ, niespełna miesięczną kanapę, zostawiając na niej ślady swoich przebrzydłych pazurków, a potem musiałam opuścić swoje rozkosznie rozgrzane ciepłem mojej podręcznikowo 36,6stopniowej siostry, wstać, gnać drukować konspekt i biec na dyżur, lekcję i lekcję, na której miałam gości.
Wyżej wspomnianego dyrektora i opiekunkę stażu.
No a po hospitacji (zakończona sukcesem, choć nikt mi uśmieszku do dziennika nie wpisał ;P) pobiegłam coś druknąć (...), chrupnęłam zbożowego batonika bez cukru, przepiłam sokiem i pognałam z rodzicami na Rzeszów.
Po drodze odbierałam niepokojące (papierologia!) telefony, burzące mój spokój i chwilowy brak problemów, na miejscu latałam po biurowych pokojach i strzelałam raz po raz kulturalnym uśmieszkiem pt. "Nie wiem jak się nazywam, a mam załatwić coś ważnego".
Z całego tego misz - maszu nabawiłam się mdłości, które zwalczyły upolowane na szmatach ciepłe jesienne sukienki (czarna, szara), botki (szare szmaciaki), Intimissinowe szorty, które uwielbiam za swą zwyczajność, naleśniki ze szpinakiem i truskawkowe smoothie z imbirem ;)
W aucie wykonałam sześć telefonów do znajomych, zdając im obiecane relacje, co, jak etc.
Po Rzeszowie wpadłam do domu, rzuciłam zakupy do pokoju, przeprowadziłam lekcję angielskiego z małoletnim, poleciałam do kuzynki, która jutro ma mi odebrać nową papierologię, co bym się nie nudziła, pogadałam z babcią, a teraz padłam.

Siedzę, pije herbatę z sokiem malinowym, cytryną i Amolem i nie mam siły nawet machnąć nogą.
Już wiecie, czemu koszmarny? ;P








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz