...

...
M.

piątek, 18 września 2015

Pół żartem, pół serio o... przyzwyczajeniach ;)

Przez ponad dziesięć lat pilnowałam jak stróż, żeby zawsze mieć zamknięte drzwi od pokoju.
Czy był dzień, czy była noc.
Drzwi były zamknięte, bo klatka z szynszylem była otwarta.
A w nocy wolałam dmuchać na zimne i nie narażać Borysa na pożarcie przez psa i kota.
Teraz nie ma już szynszyla, za to jest kot.
I otwarte na oścież drzwi.
W ciągu dnia, wieczorem, w nocy.
Ciągle.
Bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy Kiara zechce do mnie przyjść się przytulić albo kiedy przytulanie jej się znudzi i będzie chciała zmienić miejscówkę.
Na początku było mi ciężko zasnąć, bo słyszałam telewizor z pokoju rodziców.
Teraz otwarte drzwi stały się czymś normalnym.
Prawie nigdy ich nie zamykam i nie wiem, jak mogłam spędzać czas zamknięta w czterech zielonych ścianach.

Pierwsze dni remontu chodziłam jak struta.
Brak swojego miejsca, brak swoich rzeczy, brak książek.
Niemożność znalezienia niczego, bałagan.
Dziś siadam na nowym fotelu albo na sofie i zupełnie nie przejmuję się, że wkoło mnie są pościele, ciuchy i hantelki, a za nocny stolik służy mi stoper.
Odruchowo sięgam do właściwego worka z ciuchami, wiem, gdzie w stosie pudełek znaleźć ołówek, a gdzie kalendarz.
Stawiam na stoperze kubek z herbatą i książkę, którą aktualnie czytam.
I zupełnie nie przeszkadza mi brak mebli, a wręcz cieszy przestrzeń i miejsce w pokoju.

Kiedy przestałam ćwiczyć przez ciągnącą się infekcję, byłam strasznie zła, że nie mogę się wyżyć na macie ani kręcąc hula hopem.
Po kilku dniach rozsiadałam się na łóżku z kubkiem pełnym herbaty i laptopem, a wyjście na spacer z psem stało się zbyt wymagające.
Jak już skończyłam brać leki, a ból pleców poszedł w niepamięć, z dnia na dzień zaczęłam znów ćwiczyć ponad godzinę dziennie, bez zakwasów, bólu czy zmęczenia.
A dziś już poszłam biegać.

Przyzwyczaiłam się, że nie mam już szynszyla, za to mam kota.
Że w niedzielne wieczory nie muszę się pakować i jechać do Rzeszowa.
Że mieszkam w małym miasteczku, a nie w dużym mieście.
Że pracuję w szkole, nie w przedszkolu.
Że chodzę do pokoju nauczycielskiego, piszę czerwonym długopisem, korzystam z WC nauczycieli i chodzę po schodach nie zwracając uwagi na właściwy kierunek, a nie chodzę do szkoły z plecakiem i nie odrabiam zadania domowego... ;)
Przyzwyczaiłam się już praktycznie do wszystkiego.
Nawet do tego, że słyszę czasami, że pracę załatwiła mi mama, bo przecież pracuje w gminie.
I aż ciśnie mi się na usta, że obrotna z niej babeczka, skoro załatwiła mi też trzy lata stypendium rektora, trzy publikacje i pracę w anglojęzycznym przedszkolu w Rzeszowie.
Nie ma to jak praca w gminie małego miasteczka :P. Wszystko się da zrobić ;P.



Bo do wszystkiego przyzwyczaić się można.
Prędzej lub trochę później.
Czasem od razu, czasem po paru miesiącach.
Niemniej jednak wszystko z czasem powszednieje i nawet najgorsze, najmniej miłe i najtrudniejsze zmiany w końcu zostają przez nas zaakceptowane.
Szkoda tylko, że wtedy zanika obiektywizm i że nie wiadomo już, czy coś jest dla nas dobre, czy po prostu przyzwyczailiśmy się do danej sytuacji.
Teraz tylko pytanie, kiedy ja się przyzwyczaję do wszystkich zmian, które już się zaczęły i które się zaczną.
Chyba, że będą na tyle kulturalne, że nie zaczną mi mieszać w uporządkowanym i spokojnym ostatnio życiu i że nawet jeśli coś się zmieni, to tylko na lepsze ;)


PS Cykl - M. rozważna i melancholijna na jasień uważam za rozpoczęty ;P.





 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz