...

...
M.

piątek, 25 września 2015

Szalony dzień

Mam meble.
Koniec świata - mam meble! ;]
Pół wieczoru pucowałam, czyściłam, zdmuchiwałam z nich pył i odkurzałam pokój, a drugie pół układałam ciuchy w szafie.
Pierwsze pół wieczora pracowałam w ciszy czterech ścian, drugie - trajkotałam z psiapsiółą, której nie przeszkadzało siedzenie na fotelu, wkoło którego walały się majtki i prześcieradła.
Szafa jest wypicykowana i zapełniona po brzeg.
Trochę rzeczy się w niej nie zmieściło i pewnie dzięki naturalnej selekcji łaszki te zostaną wyoutowane z mojego pokoju.
Obawiam się jedynie, że moja "biblioteczka" też się nie zmieści na regale, choć półki zajmują większą część ściany.
Ogólnie jednak jestem bardzo na plus, choć moje konto nie może powiedzieć tego samego ;).

W zasadzie to dziś miałam szalony dzień i teraz marzyłam tylko o thrillerze Cooka, przez który brnę już miesiąc (jak nie lepiej), a który poza biznesowymi fragmentami, bardzo mi się podoba.
Pewnie dzięki bohaterce o nietypowym imieniu Pia, jej reaktywnym zaburzeniu przywiązania, chłodnym sposobie bycia i specyficznym podejściu do życia.
A może dlatego, że lubię thrillery i lubię Cooka.
Niestety jak wszystko inne Cook zginął w bałaganie.
Może przez nowe meble, stosy ciuchów, przez które musiałam się przekopać, a może przez to, że pięć minut przed korkami z angielskiego wrzuciłam wszystkie klamoty do garderoby, a zamiast pilnować, gdzie dałam książkę, ja pilnowałam, żeby panowie montujący mi mebelki, nie zdeptali mi kota.
Za wielki dzisiejszy sukces wychowawczy w sprawowaniu opieki nad niezależną kotką uważam to, że położyłam ją na fotelu i leżała na nim do czasu, do kiedy nie owinęłam się w kocyk i nie odpaliłam laptopa, bo wtedy oczywiście od razu do mnie przydreptała ;). Jednak fakt, że zgodziła się na moją propozycję spania był znamienny, szczególnie zważywszy na to, że miała wszystkie łapki sprawne i zdrowe, co też właśnie pokazuje, bawiąc się moim kablem od ładowarki.
Przezornie odłączyłam ją od prądu.
Ładowarkę, nie Kiarę.
Kiara to żywioł, jak ja ;).

Widzę, że motam tak konkretnie jak można tylko przed dwudziestą trzecią ;)
Miało być o szalonym dniu...

Rano była gonitwa, bo miałam zastępstwo na ósmą.
Potem kursy - dyrektor - pokój nauczycielski - klasa - dom - praca mamy, czyli papierologia, dzięki której może uda mi się pojechać na szkolenie do Mszany Dolnej.
Wracając z pracy zajechałam do sklepu meblowego, spytać właściciela sklepu kiedy działamy.
W sumie to miałam zamiar skoczyć do Sanoka po zapas mleka sojowego (zaczęło lepiej schodzić, odkąd Kiara i Pedro roszczą sobie prawa do resztek moich płatków), a potem zająć się przygotowywaniem do zajęć, ale kiedy szef wszystkich szefów powiedział, że za pół godziny przyjadą montować meble - od razu pognałam do domu.
Po kartę do bankomatu.
Żeby zapłacić za meble.
A potem długa - do miasta.
Cudem udało mi się znaleźć miejsce parkingowe blisko bankomatu (i cudem nie zapłacić za trzyminutowy postój), niestety cudu brakło przy wybieraniu pieniędzy.
Okazało się, że mam blokadę na pewną sumę.
A ja chciałam ją przekroczyć.
Lipa, lipa, lipa! - mruczałam sobie pod nosem, wyjeżdżając sfrustrowana z parkingu.
Cyfry przeskakiwały na zegarze, a ja miałam dychę w portfelu.
Pojechałam więc do banku.
Szybko udało mi się wybrać pieniądze, szybko pojechałam do domu.
Zdążyłam nawet wziąć szybki (zimny) prysznic i zjeść pół obiadu, zanim przyjechała ekipa.
Na szczęście chwilę się spóźnili.
Potem było bieganie, bo jedzenie, sprzątanie i mycie naczyń, robienie kawy, pilnowanie kota, uciszanie psa.
Uczeń, który przyszedł na lekcję angielskiego został dziesięć minut dłużej, bo dwa razy musiałam go zostawiać i lecieć na sygnale do panów od montażu.
Pies zdarł sobie gardło szczekając na panów za każdym razem, kiedy wychodzili i wchodzili do domu.
A kot jak to kot - spał i nic go nie ruszało... ;).


Ja też idę spać, bo noc, a póki co senności u mnie brak.
Napawam się widokiem zarysu mebli w zaciemnionym pokoju i zapachem nowości, który wydzielają.
Pies charczy przez sen, kot dokazuje, nie wykazując odrobiny zmęczenia.
Kręcę obolałym karkiem i rozlewam szeroki uśmiech na ustach...
Jest coś miłego ;)

Dobranocnych snów!

PS Dziś akcja - książki na półki. Nos już mi spuchł od kurzu, a w pokoju jak był, tak jest bałagan... ;]



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz