...

...
M.

sobota, 10 października 2015

"Lucecita, wróć!" - czyli dlaczego nie lubię melodramatów ;]

Jeśli jeszcze tego nie wiecie (a w sumie byłoby ciężko, bo pisze o tym średnio raz na miesiąc. Chyba liczę na jakiś koszyk owoców obwiązany ładną atłasową wstążeczką ;P), w lutym stuknie mi dziesięć lat bycia wegetarianką.
Jako jedząca inaczej od prawie dekady, zdążyłam się już nasłuchać wielu ciekawych rzeczy i odpowiedzieć na milion dociekliwych pytań.
Niektóre pytania mnie śmieszą, inne drażnią.
Na niektóre szkoda mi strzępienia języka, więc załatwiam je w ulubiony sposób.
Ciętym językiem, ironią i żartem.

"O Jezu. To co Ty właściwie jesz?", najczęściej zbywam odpowiedzią: "Nic. Odżywiam się energią słoneczną".
Jak widzę zero błysku zrozumienia w oczach, dodaję jeszcze, że najgorzej mam w miesiące zimowe. Wtedy muszę czerpać energię z kosmosu albo brać dobrą energię od ludzi pozytywnie nastawionych do życia.
Tu na ogół miny są bezcenne.
Zwłaszcza, kiedy pytający do promyczków szczęścia nie należy ;P.

Czasem słyszę pytania o dzieci.
Trochę mnie one dziwią, bo gdzie się nie rozglądnę - ani jednego dziecka. Przy torebce nie dynda mi smoczek, w pokoju łóżeczka ani widu ani słychu.
Brzucha ani tyle.
Co ma więc piernik do wiatraka?
Niestety nie chce mi się silić na tłumaczenie i rozkminianie: "Co by było gdyby...", więc najczęściej mówię: "W tym miesiącu okres dostałam w terminie, potencjalną ciążą będę się martwić za miesiąc" i tym samym przeważnie ucinam dyskusję.
Przecież nikt nie będzie zadawał mi krępujących pytań odnośnie mojego cyklu miesiączkowego albo życia osobistego, bo to nieładnie, natrętnie i w ogóle nieprzyzwoicie ;).
"Ojej, twój chłopak/ przyszły mąż/ partner ma/będzie miał/ P-R-Z-E-W-A-L-O-N-E!" - stwierdzają inni z politowaniem. I naciskiem na ostatnie słowo, dla podkreślenia jego ważności.
Na razie nie mają niestety kogo żałować, ale zawsze mogą sobie gdybać.
Przecież kiedyś w końcu doczekam się swojego rycerza na koniu, drugiej połówki jabłuszka czy "Tego Jedynego", który ostatecznie skona z głodu, czołgając się do lodówki ze słowem "kiełbasa" na ustach.
No ba.

Ogólnie...
Ogólnie chodzi o to, że nic mi nie robią takie pytania, bo... Mi jest naprawdę dobrze jako wegetariance.
A ja lubię jak mi jest dobrze.
Coś w tym dziwnego? :)
Czuję się świetnie, mam energię, dobry humor i czyste sumienie.
Nie czuję się jak anemik, mogę śmiało mówić: "Kocham zwierzęta" i nie usłyszę, że jestem hipokrytką (chyba, że ktoś się przyczepi, że mam skórzane buty, bo nerka nerką, pęcherz pęcherzem, ale moje skórzane buty też mnie mierzwią ;>), jem na co mam ochotę i nikt nie wtrąca mi się w garnki.
Drobne niedogodności jak fakt zgłaszania swojej bezmięsności przy okazji wyjazdów, wycieczek i wesel albo czyjeś czepianie są naprawdę niczym szczególnym.
Grunt, że jestem zadowolona, usatysfakcjonowana i zdrowa.
I że to moja decyzja.

Jeśli jeszcze tego nie wiecie, od niedawna jestem singielką.
I jako odmawiająca zobowiązań matrymonialnych również bywam czasem męczona zbytnią dociekliwością.
Niektóre pytania mnie śmieszą, inne drażnią.
Na niektóre szkoda mi strzępienia języka, więc załatwiam je w ulubiony sposób.
Ciętym językiem, ironią i żartem.

Troskliwe: "Jak się z tym czujesz?" na ogół wywołuje u mnie dziwną konsternację.
"Jak zimna, wredna Królowa Lodu. Zerwałam, jest mi z tym dobrze, jestem o wiele spokojniejsza i nie robię z tego taniego melodramatu"  - mówię najczęściej zgodnie z prawdą.
I wtedy mam okazję zobaczyć, jak szybko i ilukrotnie mogą powiększyć się czyjeś oczy ;).
No bo jak można nie podniecać się faktem zakończenia związku?
Jak można nie robić z życia kolejnego odcinka telenoweli pt. "Lucecita, wróć!"?
Nie lubię melodramatów. Nigdy ich nie lubiłam.
A wprowadzanie ich w życie uważam za żałosne łamane przez śmieszne.
Kolejne pytanie: "Jak sobie z tym radzisz?" znów jest dość problematyczne.
Bo jak można zwyczajnie odpowiedzieć: "Nijak. Żyję dalej"?
Przecież po związkach trzeba rozpaczać, rozważać wszystkie swoje słowa, decyzje i czyny.
Szlochać po nocach, tonąć we łzach, pro...
E.
Bez przesady.
Chyba, że to tylko ja jestem taka... racjonalna, żeby nie powiedzieć, że zimna.
I absolutny hicior: "Na pewno jeszcze znajdziesz (w tym momencie zagryzam zęby bardzo, bardzo mocno...) Tego J-E-D-Y-N-E-G-O/ swoją prawdziwą miłość'/ mężczyznę Ci przeznaczonego" (rzucone melodramatycznym tonem).
Jak zaczynam się śmiać, dowiaduję się, że jestem dziwna, jak parskam śmiechem - słyszę, że straszny ze mnie cynik. A właściwie to cynka. W sumie płci nie zmieniałam ;].

Taa...
Może nie jestem zbyt romantyczna, może nie ufam facetom, może żadnemu Amorowi nie udało się wcelować w moją pupę strzałą nasączoną eliksirem miłosnym.
A może po prostu nie daję się ponieść.
Bo dla mnie miłość to nie uczucie, tylko decyzja.
Chcę z kimś być, bo jest mi z tym kimś dobrze. Ten ktoś mnie szanuje, akceptuje i lubi spędzać ze mną czas.
Nie  - nie "kocha do bólu", nie "pożąda do szaleństwa" i nie "usycha z tęsknoty".
Nie czuję się z tym kimś ograniczana, uwiązana, stłamszona i sfrustrowana.
I mimo całej presji, żeby było och, ach, łał i w ogóle cacy, nie mam zupełnie parcia, żeby brać udział w takim love story...

Żeby nie przeciągać.
Wpis miał skończyć się otwarcie, żebyście sami wyciągnęli wnioski.
Ale nie zrobię tego, bo możecie ich czasem nie wyciągnąć i lipa ;P.
Znów będzie melodramat, a ja w końcu nie wytrzymam i jak nie podpasi mi pytanie, dla zasady kogoś ugryzę (a jak już też kilkakrotnie wspominałam - szczepionka na wścieliznę skończyła mi się w maju ;D), żeby dał sobie wreszcie spokój z tanimi tekstami.

A teraz cofnijcie się trochę, odszukajcie fragment o wegetarianizmie i zróbcie mały miszung w zdaniu zaczynającym się od "Ogólnie... Ogólnie chodzi o to, że nic mi nie robią takie pytania, bo... Mi jest naprawdę dobrze jako..." i kolejno: zmieńcie sobie co trzeba na "singielce", a przymiotniki w przedostatnim wierszu tego fragmentu na "wolna", "bezpieczna", "spokojna".
I dodajcie na koniec "to też była moja decyzja".

Podsumowując...
Jestem cyniczna.
To fakt.
Jestem wredna - a jakże.
Jestem zimna - w końcu temperatura 34,7 to raczej bez szału, no nie? ;]
Jestem mocno stąpająca po ziemi - pewnie dzięki wygodnym (miętowym ;P) Air Maxom.
Człowiekiem też jestem.
Nawet jak nie jem mięsa i nie marzę o pierścionku odbijającym świetlne refleksy i białej sukni.
A facetów lubię. No lubię ich przecież ;).
Acz głupieć z "miłości" nie zamierzam.
Wariować, szaleć, usychać - ani tyle.
Można żyć bez faceta i naprawdę nie ma co się nadmiernie ekscytować jego brakiem.
A można też dojść do wniosku, że wystarczy ktoś względnie normalny, który i nas uzna za względnie normalnych, dołoży się do tego szczyptę feromonów, żeby oboje względnie normalnych podeszło sobie zapachowo, a przy tym tych dwoje wyżej już wspomnianych względnie normalnych będzie miało o czym rozmawiać, a wpólnie spędzony czas będzie ich cieszył, a nie męczył i już - voila - można żyć.
Nawet długo i szczęśliwie.
I nie melodramatycznie ;)

PS A zamiast wypłakiwać się w czyjś rękaw, chętnie poszłabym na piwo. I mogę obiecać, że będę się zachowywać jak względnie normalna i że nie zjem żadnego faceta. W końcu wegetariance nie przystoi... ;]











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz