...

...
M.

sobota, 10 maja 2014

Mrrrrau! Czyli pół żartem, pół serio o... (przeczytajcie, to się dowiecie ;P)



                                                               
         Kiedy w niedzielę wieczorem zawitałam do Rzeszowa, wiedziałam, że to będzie ciekawy tydzień. Miałam masę zajęć i załatwień. Niestety pewnych rzeczy się nie spodziewałam…. Co wydarzyło się w tym tygodniu? Och. Całkiem spor.

To, co było przewidziane i to co zrobiłam według planu:

- zadzwoniłam do Sanoka w sprawie konferencji (30 maj „Dziecko w świecie mediów”). Chciałam dopytać, czy jeśli jestem niepijąca kawy, niejedząca ciastek i odmawiająca spożywania mięsa, to czy mam wnosić opłatę konferencyjną za kawę, ciastka i obiad. W sumie nikt nie potrafił mi odpowiedzieć na to pytanie, ale okej.

- wypełniłam i wysłałam swoje zgłoszenie na wyżej wymienioną konferencję, 

- ściągnęłam, druknęłam, wypełniłam, podbiłam w Dziekanacie, zeskanowałam i wysłałam formularz na szkolenie w Lublinie ( 20 – 23 maj, doradztwo zawodowe). Mam nadzieję, że uda mi się tam dostać. Nigdy nie byłam w tamtych okolicach, no i temat warsztatów brzmi zachęcająco,

- umówiłam się do chirurga naczyniowego (na przyszły tydzień),

- umówiłam się na test psychologiczny do Policji z Zaczerniu (na piątek),

- byłam na kursie wizażu (czwartek, piątek), na którym zachwycano się moją gładką i marchewkową cerą (^^), gdzie poznałam fajne, sympatyczne dziewczyny i gdzie zostałam dorwana w szpony specjalistek od makijażu. Po raz pierwszy w życiu zostałam tak wymalowana. W dodatku „wieczorowo” .Hm. Mam być szczera? Wyglądałam… ładnie… Ale – wolę siebie au naturel ;]. Dobrze wytuszowane rzęsy w zupełności mi wystarczą. Nawet z „lekkim” podkładem, czułam się inaczej. A jak już doszły cienie, pudry i NieWiemJakieInneMazidła – poczułam się strasznie przytłoczona ich nadmiarem. No i mój W. też stwierdził, że woli jak moje powieki nie błyszczą się jak brokatowa bombka na choinkę. Poza tym dziwnie się czułam, idąc ulicą. Kiedy szłam na kurs, miałam tylko pomalowane oczy. Jedyną dodatkową ozdobą był uśmiech i truskawkowe kolczyki. Wracając – czułam się jak pstrokata pisanka. Choć według dziewczyn makijaż był delikatny, ja czułam się wypindrzona. A delikatnie to się poczułam, jak zmyłam z siebie wszystkie warstwy mleczek, baz, podkładów i pudrów. To tyle w tym temacie, że nowoczesne pudry i fluidy są oddychające…

To, czego się nie spodziewałam, a co się wydarzyło:

- nie poszłam na juwenalia, bo następnego dnia miałam test u psychologa. A wiadomo – nieprzespana noc, zmęczenie, tłum podpitych studentów… To było rozsądne myślenie, prawda? Rozsądek podpowiedział mi też, żebym się zrelaksowała. Postanowiłam więc wybrać się na wieczorną przebieżkę. I znów – odpowiednio dobrane buty. Rozgrzewka. Zabranie kluczy. Napisanie chłopakowi eska, że idę biegać. Wzięcie ze sobą koleżanki z mieszkania… No właśnie. Zwykle biegam sama. Chyba, że się do kogoś doczepię. Tym razem pobiegłam z A. stałą trasą Jałowy – Centrum Snu. 
            W drodze powrotnej A. trochę się zmęczyła (choć w sumie ja też byłam lekko zdyszana). więc przeszłyśmy do spaceru. Kiedy na naszej drodze pojawił się kudłaty szaro -  biały kociak, nie wyczułam żadnego zagrożenia. Nie poczułam go też, gdy kociak zaczął się do nas łasić. Po babsku zaczęłyśmy się roztkliwiać, że jest słodki i cudowny i pochyliłyśmy się, żeby go pozimiać. Głaskałyśmy go w najlepsze, kiedy w momencie, gdy mówiłam do współlokatorki „Uważaj, żeby Cię nie podrapał”…

- poczułam, jak ostre niczym szpilki ząbki kiciusia zaciskają się na mojej prawej dłoni.

- zachowując zimną krew wróciłyśmy do mieszkania. Zadzwoniłam do znajomej higienistki, ona do córki pielęgniarki. Kazały dzwonić na pogotowie. Wykręciłam 999, porozmawiałam z bardzo kompetentną i konkretną babką („Czy doszło do przerwania ciągłości skóry? Czy są ślady? Czy rana krwawi? Czy kot był pani znany?”), dowiedziałam się, że mam szybko zgłosić się na pogotowie chirurgiczne, więc…

- … spytałam A. czy ma ochotę potowarzyszyć mi w spacerku na pogotowie i ruszyłyśmy na Jagiellońską. W sumie w szpitalu ludzie trochę dziwnie na nas patrzyli. Obie normalnie wyglądające, nie powłóczące nogami, nie kulejące, nie kuśtykające, nie krzywiące się z bólu. Zadowolone, uśmiechnięte. Plus mój strój – różowo szare sportowe adidaski, czarne dresy, niebieska koszulka ze Smurfem (zdążyłam tylko przebrać przepoconą koszulkę, zanim poszłyśmy na izbę przyjęć…), zielona bluza (pierwsza lepsza zdjęta z półki) i torebka na ramieniu. Poza tym…

- na korytarzu panowała strasznie nerwowa atmosfera i ludzie byliby w stanie wydrapać drugiej osobie oczy za miejsce w kolejce. Kiedy zadzwonił do mnie mój chłopak, stałam właśnie na poczekalni. Nie powiedziałam mu gdzie jestem, uspokajając go tylko, że „Tak, skończyłam już biegać” (co by się nie martwił, że jest po 22, a ja się szwendam po ulicy. W końcu byłam całkiem bezpieczna na pogotowiu… ),

- w pokoju nr 13, moje dwa odbite kocie ząbki zostały przemyte wodą utlenioną (w mieszkaniu też to zrobiłam), zdezynfekowane Octaniseptem, zawinięte gazą z Rivanolem i bandażem, a prawe ramię ukłute zastrzykiem przeciwko tężcowi,

- dostałam skierowanie do Poradni Chorób Zakaźnych  („rana kąsana prawej dłoni przez kota nieznanego”) i wróciłyśmy z A. do mieszkania. Odwiązałam rękę, wykąpałam się, zadzwoniłam do W. (zero słowa o tym, co się stało), z pomocą koleżanki ponownie zawinęłam dłoń w bandaż, przez godzinkę czytałam książkę, a po 23 – tej poszłam spać,

- koło pierwszej obudził mnie dźwięk domofonu. Ktoś wciskał go raz po raz, następnie dzwonił przeciągle, a na koniec wydzwaniał melodyjkę, która pewnie sprawiłaby, że się uśmiechnę, gdyby nie to, że :

a) spałam,

b) pół wieczoru spędziłam na pogotowiu,

c) następnego dnia miałam mieć Multiselect i rozmowę z psychologiem…

- wychyliłam się z okna, żeby odpierdzielić śmiałka, który odważył się przerywać mój sen, ale okazało się, że…

-… to tylko koleżanka moich współlokatorek, która przyjechała do nich na juwenalia, zapomniała kluczy. Naburmuszona otworzyłam biednej sierotce i sama jako jeszcze biedniejsza sierotka walnęłam się do łóżka…

PS Okej. Na dziś tyle Dalsza część tej opowieści jest już napisana, więc w odpowiednim czasie (co by wzbudzić w Was trochę emocji) dowiecie się jej zakończenia.
A jeśli myślicie, że bieganie po pogotowiu, bo chapsnął mnie kotek jest przesadą, to poczytajcie co nieco o wściekliźnie, która jest nieuleczalna i kończy się śmiercią...


 
http://www.pcchz.pl/index.php?ID=64


 
http://www.likely.pl/zdjecie/636795/kotek-ze-slicznymi-oczami

2 komentarze:

  1. „rana kąsana prawej dłoni przez kota nieznanego” - the best! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. aaaa! i całe szczęście, że mój Picasso jest ci znany! :D

    OdpowiedzUsuń