...

...
M.

sobota, 23 sierpnia 2014

PółNocki ;]

          W końcówce ostatniego wpisu wspomniałam o moim psie – uciekinierze, który podczas spaceru zbiegł z alei ze smyczą w pysku, si?
Mówiłam, że Pedro niczym lew polujący na antylopę, pognał za kotem na łąkę?
No właśnie...
Na łąkę, a z łąki na działkę sąsiada.
I prawie powiesił się na smyczy, bo jego wyrodna właścicielka zostawiła go na pastwę losu ;/.
Ajaj...
Byłam pewna, że nie reaguje na wołanie, bo ma mnie w d. i siedzi pod drzewem, pilnując kota.
Po paru minutach wołania, i nerwowego tuptania na chodniku, odwróciłam się na pięcie i wróciłam do domu.
Zostawiłam tylko otwartą bramkę dla Sierściucha.
Napisałam artykuł, dokończyłam wpis.
A Pedra wciąż nie było.
Wyszłam na zewnątrz, wołając go, coraz bardziej zaniepokojona.
Zrobiło się ciemno i jeszcze bardziej ponuro niż było.
Szłam ulicą, pocierając zmarznięte dłonie.
Struchlałam, kiedy usłyszałam piszczenie i skamlenie, dobiegające gdzieś z jakichś chaszczy.
Brzmiało, jakby mój Futrzasty miał kłopoty...
Wróciłam się biegiem po latarkę i gnałam co tchu, czując jak wali mi serce.
Zaczęłam poważnie panikować, kiedy pies przestał reagować na moje wołania.
Kiedy nie dawał znaku życia, nie dość, że miałam strach koło tyłka, to jeszcze szukałam go na oślep.
Nie mogłam go zlokalizować, bo nie miał przypiętego GPS-a, a nie miałam noktowizyjnych okularków.
Chcąc wbiec między drzewa, wpadłam do jakiejś wanny, wypełnionej ohydną, śmierdzącą wodą.
Wyskoczyłam z wody jak Filip z konopi, nie zwracając uwagi na wodę chlupiącą w adidasie i na ciągnący się za mną niezbyt miły zapaszek ;P.
Nie przejmowałam się, że choinki orają mi twarz, że wpadam w pajęczyny...
Pedro leżał skulony na ziemi, ze smyczą poowijaną wokół wszelkich możliwych obiektów (deski, drzewa) z miną pod tytułem „Tylko na mnie nie krzycz”.
Ufff...
Nawet nie wiecie, jak się ucieszyłam na widok tych przestraszonych ślepków ;P.
Odplątałam go, wykazując się przy tym wielką odwagą, bo obok smyczy siedział WIELKI pająk kątnik. I był żywy, bo widziałam jak się ruszał... ;/.
Ale w takich sytuacjach pewnie nie bałabym się nawet tarantuli ;P.


Koniec końców – Pedro radośnie pobiegł do domu, calutki mokry, bo ostatnie dni były deszczowe. Ja byłam mokra, bo wpadłam do jakiegoś gó***, ale byłam przeszczęśliwa, że nie uśmierciłam psa.
Buty, legginsy i stopki, które podtopiłam w tej brei, moczyły się all day, all night i wciąż nie mogłam wykurzyć z nich tego odoru ;P. Na szczęście obfite polewanie ich Kokosalem i potraktowanie ich wodą ze szlaucha pomogło wydusić z nich wszelkie resztki cuchnącej wody ;P.

Teraz Pedro, uratowany przeze mnie po raz drugi, nie odstępuje mnie na krok. Chodzi ze mną nawet do łazienki. A ja oczywiście mu na to pozwalam ;P. Wczoraj wpuściłam go do łóżka, kiedy czytałam książkę, a dziś wzięłam go ze sobą do cioci, gdzie pracowicie robiłyśmy soki malinowe i ogórki małosolne. Tzn. kto robił, ten robił. Ja podkradałam maliny i oblizywałam palce z czerwonego soku ;P.

Poza tym wczoraj byłam na „północce” u Toś. W sensie bawiłam ją od 20.30 do 1.30.
Ajć!
Dzięki Bogu, że nie mam w domu niemowlaka ;P.
Taż, wyglądałabym przecież jak zombie ;P.
Pomijając fakt, iż Mała zaczęła się kręcić i przebudzać, kiedy ja słyszałam jeszcze tupot obcasów jej mamci na schodach, to spała grzecznie do wpół do 1.
Ale jej nadopiekuńcza i hipochondryczna niania i tak biegała do jej pokoiku co 5, 7, 15 minut, żeby sprawdzać, czy bobas oddycha, czy nie przytulił się noskiem do poduszki, czy śpi, czy nie płacze etc.
Biegłam na każde kwęknięcie, stęknięcie, wyplucie smoczka, szelest pościelki w baranki.
W sumie nie wiem, czy jej kręcenie się po łóżeczku jak naćpany żółwik i miauczenie małego kotka zaowocowałoby płaczem i lamentem, czy też może takie jojczenie na śnie to u niej normalka, jednak nie chciałam tego sprawdzać ;P.
Po przebudzeniu, wzięłam ją na ręce, i wymasowałam okrągły brzuszek, bo Mała płakała, podkurczając żałośnie nóżki.
Nuciłam, kołysałam, przytulałam, żeby ją uspokoić.
Najbardziej rozśmieszyło mnie zachowanie Małej, kiedy podeszłam z nią do lustra. Toś zaczęła się głośno i radośnie śmiać do swojego odbicia, choć wciąż krzywiła buźkę z bólu. Śmieszne są małe dzieci ;P.
Później pielucha, zmiana mokrych śpioszków, butla, herbatka, lulanie, usypianie.
I powrót jej rodziców ;).
Tak więc było całkiem spokojnie i bezstresowo.
Płakała dosłownie chwilkę i to prawie na pewno z powodu brzuszka (bolącego i pustego ;P), więc musiałam tylko nosić, tulić, miziać i pocieszać, szykując równocześnie flaszkę z mlekiem.
Bajka.

Siedząc (kiedy nie biegałam do łóżeczka...) w salonie przy lampce moich pracodawców, przeczytałam do końca thrillerek medyczny (wreszcie i nareszcie!), którego nie mogłam skończyć w tygodniu, bo na spacerku z wózkiem a to Toś żądała uwagi, a to noszenia na rękach, albo jak spała to ja co chwilę sprawdzałam, czy nie jest jej ciepło, zimno, niewygodnie, źle, czy oddycha, nie leży na nosku etc...
Wiem, wiem ;P.
Hipochondryczę.
Ale to nie moje dziecko!
Jestem za nią odpowiedzialna ;). Muszę się trząść jak nad drogocennym kryształem ;).
Ba – nawet bardziej.
Jak nad żywym skarbem ;).

A w domu też nie mam kiedy czytać, bo zumba, bieganie, W., teksty i blog ;P. No. I mamy winowajcę ;]
Teraz za to zaczęłam czytać książkę Cecilii Ahern (autorki „PS Kocham Cię”) i póki co, bardzo mi się podoba ;).

A dziś normalny dzień sobotni, upływający pod znakiem 3XP. Porządki. Pranie. Pierogi.
Aaach, idę wreszcie walnąć się na łóżko z książką i Boryskiem...
Eeee... Zapomniałam, że wyprałam pościel. I że Borysek ślini się gorzej niż niemowlak, a w domu nie mam tetrowych pieluch ani śliniaczków... ;P.
No i wieczorem randka z W., więc pasuje mi wyszukać jakąś kieckę i pomalować pazurki.

Ale to nic.
Jutro poczytam.
Choć jak znam życie, wymyślę sobie jakąś wycieczkę, spotkanie ze znajomymi, bieganie, basen albo coś innego i znów książka pójdzie w odstawkę ;P.
Norma ;).

PS Udanego weekendu ;)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz