...

...
M.

sobota, 20 września 2014

Rodzinka.pl

Równy tydzień temu w sobotę, o godzinie 4 nad ranem, wyjechałam z rodzicami na weekend do Milówki.
Wróciłam w niedzielę wieczorem i już od poniedziałku dałam się porwać w zwyczajny, zwariowany tydzień ;).
Najpierw Rzeszów - czyli poszukiwanie mieszkania. Cały dzień stracony, nic nie załatwione.
We wtorek bawienie Małej od rana do 5, a od 6 nocka u 8 - latka. Bo przecież lubię sobie brać na głowę więcej niż jestem w stanie udźwignąć, si? ;P. A godzina to dużo czasu, żeby wrócić do domu, zjeść coś w locie, przebrać się, wymyć i iść na kolejne 12 godzin do kolejnego dziecka ;P.
Środa pod znakiem niemowlaka, tekstów i zumby.
Czwartek tylko niemowlak. Wow. Czułam się prawie jak na wakacjach :D.
W piątek z kolei bawiłam Małą do 4. Potem zawiozłam z mamą auto do mechanika. Następnie odwiedziłyśmy znajomą rodziny i jej syna, któremu porażenie mózgowe nie przeszkadza w próbie łapania mnie za kolanko i śmianiu się, kiedy mówię coś zboczonego. A po powrocie do domu miałam jeszcze pięć minut czasu. W sam raz, żeby spakować szczoteczkę do zębów i piżamkę i wybyć do B. na nockę.

Za to dziś odpoczywam.
Wolna sobota ;P.
Jak to pięknie brzmi :D.
Z wielką przyjemnością kupiłam sobie rano świeże bułeczki. Powoli przeżułam śniadanie, nie zerkając nerwowo na zegarek. Sprzątnęłam naczynia z suszarki, umyłam podłogi, ulepiłam z mamą pierogi. I o dziwo odpoczęłam sobie przy tych czynnościach ;P. Przyjrzałam się wreszcie doczyszczonym na błysk meblom w salonie (firma sprzątająca była chyba dwa tygodnie temu, ale co tam...) Przypatrzyłam nowo pomalowanym ścianom, żeby wyrobić sobie zdanie, czy kolor mi się podoba, czy nie. Wreszcie miałam czas, żeby pobyć w domu. Bo ostatnio zdecydowanie więcej czasu spędzam poza nim. Nie gotuję, nie jem i nie śpię u siebie.
A to Rzeszów, a to Warszawa. Wesele = hotel. Zakopane. Milówka. I te nocki u Dzieciaka... Wczoraj była już ostatnia. Gdyby nie to, że nie lubię piosenki Maleńczuka, nuciłabym sobie wczoraj do poduszki "Ostatnią nockę", kiedy zapłakany i zasmarkany B. (mama kazała mu czytać lekturę do szkoły, a on biedny nieszczęśliwy chciał oglądać SpongeBoba... ;D) usnął wreszcie w gwiaździstej pościeli.
Ostatnia nocka ;). I wreszcie skończy się bieganie od dziecka do dziecka. Teraz zostaje mi tylko Toś. I to też ostatnie dni, bo w październiku wracam na studia.

Trochę żałuję, bo fajnie jest obserwować, jak zmienia się niemowlak.
Parę dni temu Toś skończyła pięć miesięcy.
Przewraca się już na boki, co nieco utrudnia przewijanie, bo kiedy ja odwracam się po pampersa, ona zwiewa mi na brzuszek i muszę się sporo nagimnastykować, żeby ubrać jej pieluszkę. Jeszcze bardziej muszę się namęczyć, żeby JĄ ubrać. Na szczęście mam w tym już taką wprawę, że mogłabym ubierać niemowlaki na wyścigi. Bach, bach, body, zatrzaski, śpiochy, pajacyki, troczki, wstążeczki... Wszystko robię mechanicznie i pewnie gdyby ktoś związał mi oczy, nie miałabym  żadnych problemów z najbardziej skomplikowanymi guziczkami i sznureczkami ;).
Butla powoli ustępuje miejsca słoiczkom. Oczywiście mleko dalej jest nr 1, ale do łask wchodzą też marchewkowe przecierki i zupki jarzynowe. Jedzenie łyżeczką nie przypomina już bitwy na jedzenie. Duża część papki wciąż ląduje na śliniaku, bujaczku i rączkach Toś, ale zdecydowana większość zostaje w brzuszku. O ile nie zostanie zwrócona na nowe śpioszki albo moją bluzkę ;P.
Razem z mamą i babcią, uczymy Małą zasypiać w łóżeczku.
Z niebieską pościelką w pieski, przy wtórze smętnych dźwięków pozytywki. Wychodzi różnie. Czasem usypianie kończy się płaczem i braniem na ręce, a czasem Toś zasypia niemalże bez wysiłku.
Codziennie chodzimy na dłuugie spacery. Piękne słoneczne dni nie pozwalają nam siedzieć w domu dłużej niż jest to konieczne. Właściwie to wracamy do domu tylko wtedy, kiedy Toś krzyczy z powodu pustego brzuszka albo pełnej pieluszki ;).
Teraz oprócz parku i Plant, zabieram Małą do warzywniaka, do biblioteki i do sklepu komputerowego. Czyli tam, gdzie aktualnie muszę podejść coś załatwić lub tam, gdzie wysyła nas jej mama.

Codziennie lepiej organizuję sobie czas i jestem w stanie ugotować, zjeść obiad i nawet sprzątnąć po sobie, kiedy Mała śpi, a chodzenie do łazienki, kiedy nie śpi przestało być luksusem ;P.
Po prostu robię na podłodze Mini Kojec z kocyka i poduch, kładę Młodą na brzuchu w otoczeniu gryzaków, grzechotek i pacynek i spokojna o jej bezpieczeństwo śmigam do kibelka, nawet jeśli marudzi i płacze. Wiem, wiem. Wyrodna niania stawiająca dobro swojego pęcherza wyżej niż potrzeba bliskości u bobasa. Ale czasem tak trzeba ;P.

Codziennie z uśmiechem na twarzy i nowymi plamami śliny na bluzce wychodzę z pracy.
Codziennie zanudzam rodzinę i znajomych opowieściami z cyklu "A Toś potrafi już...".
I zawsze robiąc wpis obiecuję sobie, że nie będę pisać jak młoda mamcia, a zawsze robię coś zupełnie odwrotnego i dzięki temu wszyscy znacie Toś lepiej niż mnie ;D.

Wypieram z pamięci wszystkie chwile, kiedy nie miałam już sił, kiedy Toś płakała, a ja bezradnie nosiłam ją, aż do uczucia omdlenia rąk.
Zamiast pamiętać złe chwile, magazynuję w głowie miłe momenty.
Głośny śmiech Małej, kiedy stałam z nią przed lustrem i robiłam głupie miny.
Jej chichot, gdy skradałam się do wózka na spacerze.
Pierwsze próby przewracania.
Zabawne minki.

I paradoksalnie wiem, że będę tęskniła nawet za tymi wszystkimi niemowlęcymi zmaganiami z Toś.
Z wychodzącymi boleśnie ząbkami. Z zatykającym się smoczkiem od butelki. Z niechęcią Małej do jedzenia owoców. Z pluciem, ulewaniem, zużywaniem połowy opakowania chusteczek, żeby ją wyczyścić bez wsadzania jej pupy do umywalki, z płaczem, usypianiem, marudzeniem...
 
Mama Malutkiej mówi, że mi zazdrości. Że też wróciłaby chętnie na studia. Że nie ma ani chwili czasu dla siebie przy dwójce małych dzieci.
No cóż.
Wiem coś na ten temat, bo na tych wakacjach "miałam" już czwórkę dzieciaków ;P. I powoli dochodzę do wniosku, że mózgi Bezdzietnych z Wyboru jednak nie zostały opanowane przez kosmitów ;). Bo mimo entuzjazmu, jaki wykazuję do dzieci, jestem tak psychicznie i fizycznie zmęczona, że mając wybór, nie zafundowałabym sobie takiego trybu życia na chwilę obecną ;). Zdecydowanie bardziej wolę studia, pisanie pracy magisterskiej, dawanie korepetycji, żeby mieć swój grosz i szukanie pracy niż hajtanie się i zakładanie rodziny ;).





Moja siostra wyjechała dziś rano do Białki Tatrzańskiej na weekend z kuzynką i koleżanką.
Rodzice za parę godzin idą do BDK na spektakl teatralny.
W. ma służbę.
A ja mam laby ;P.
I cieszy mnie to tak, że zaraz zacznę lewitować w powietrzu ze szczęścia ;D.
Jedyne co dziś muszę to posprzątać Borysiastemu w klatce.
Poza tym zero obowiązków. I same przyjemności.
Czytanie. Pisanie. Spacer z psem. Dłuuuuga kąpiel. I może nawet pokuszę się o takie luksusy jak malowanie paznokci i nakładanie maseczki na twarz ;P. Ha ;P.

No, a teraz Milówka. Tzn. skrócony opis zeszłego weekendu ;P.

Zawsze zazdrościłam ludziom dużych rodzin.
I nie chodziło mi o codzienne mieszkanie z pięciorgiem rodzeństwa.
Raczej miałam na myśli spotkania w rodzinnym gronie, święta obchodzone z wielkim hukiem, gwar, rozmowy, zgiełk i masowe przygotowywanie posiłków.
No i właśnie taki weekend miałam okazję przeżyć tydzień temu ;).
Łącznie była nas cała piętnastka ;).
Było więc życzliwe powitanie, było mnóstwo ściskania, śmiechu, radości.
Wspólne grzybobranie (zakończone wylądowaniem mojego szanownego tyłka w krzakach jeżyn i pokiereszowaną przez ostre kolce dłonią), wspólne pichcenie, wspólne grillowanie.
Karaoke, procenty, oglądanie meczu bez oglądania meczu (czyli śledzenie tabelek z wynikami na necie i głośny doping z machaniem biało czerwoną flagą włącznie ;D).
Robienie milionów zdjęć i gadanie, gadanie, gadanie.
Poznałam dziewczynę mojego kuzyna, złapałam lepszy kontakt z ciociami, które widuję raz do roku.

Było super ;).
Oby więcej takich spotkań ;).
Nawet jeśli kończą się one sześciogodzinnym powrotem do domu ;D. I powrotem do codzienności, powrotem do problemów ze znalezieniem mieszkania i  powrotem do miłosnych dylematów... ;].



PS Jeśli popatrzycie na wstęp postu, może dostrzeżecie, że wpis miał być całkowicie poświęcony Milówce ;P. Ale oczywiście wyszło jak zwykle. Długo, codziennościowo i dygresyjnie. Tak więc chcąc nie chcąc klikam "opublikuj" i idę się obijać ;P. Aaach, weekend w domku. Przewidywalnie, ale jakże przyjemnie ;]. Miłego dnia Wam życzę ;). I dla tych zmęczonych mnogością bodźców - równie spokojnego i całkowicie pozbawionego wrażeń jak mój :D.



http://www.humor.sadurski.com/Obrazki/Fotozarty/18/5071/0/


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz