...

...
M.

poniedziałek, 27 października 2014

Pazurki ^^

Jak na osobę, która lubi wszystkich i wszystko i która zwykle ma zajebisty humor, posiadam całkiem pokaźny zbiór rzeczy, które niesamowicie mnie irytują.
Są to*
- zbyt wysoka temperatura podczas snu,
- głośne reklamy w radiu, zamiast głośnej muzyki,
- ostre zapachy,
- mocne łaskotki,
- zgrywanie się aktorek podczas mówienia,
- mdłości (obojętnej etiologii),
- nachalne męskie spojrzenia, kierowane w stronę dekoltu,
- spuszczające się pająki...

* kolejność przypadkowa.

Irytuje mnie też całkiem sporo ludzkich zachowań.
Fałsz - to na początek.
Gderanie (zwłaszcza, kiedy towarzyszy mu podniesiony o dwa tony głos).
Zadawanie zbyt wielu pytań - w tej dziedzinie ostatnimi czasy wyspecjalizowała się moja mama. Fakt - niepotrzebnie rozmawiałam z nią prawie o wszystkim, ale to nie powód, żeby męczyć i dręczyć mnie pytaniami, kiedy nie wykazuję chęci do zwierzeń...
Zawracanie głowy. Szczególnie kiedy jestem czymś zajęta.
Nadopiekuńczość (nie mylić z subtelną troską).
Namawianie do jedzenia (tego czego nie lubię) i picia większych ilości % niż chcę.
Krytykanctwo.
Pustactwo.
Próżność.

Frustruje mnie jeszcze parę innych rzeczy i zachowań, ale zdecydowanie najgorzej jest wtedy, kiedy wszystko na raz się skumuluje i muszę porządnie się zmotywować, żeby nie rzucić w kogoś czymś ciężkim i masywnym... ("Jeśli chcesz iść do Policji nie możesz być karana..". "Jeśli chcesz pracować z dziećmi, nie możesz być karana..."). Taaa... M. i jej perfekcyjna sztuka wizualizacji... ;).

Pechowo dziś miałam właśnie taką wielką kumulację nieprzyjemnych zdarzeń.
I to akurat teraz, kiedy dopiero co rozstałam się z chłopakiem, kiedy z niecierpliwością i stresem czekam na odpowiedź w sprawie wysłanego CV, kiedy znajomy narobił mi nadziei, że w przyszłym roku szykują się przyjęcia do Policji i kiedy przynajmniej raz w ciągu dnia mam ochotę wlać sobie w usta kieliszek czystej, żeby oszukać ból wyżynającej się niesfornej ósemki.
Awrrrr...
Nie dość, że przeziębienie ciągnie się drugi tydzień, więc brzuch mam już obolały od napinania mięśni podczas kaszlu, że zażywanie syropu kończy się odruchem wymiotnym (bo jest ohydnie słodko - gorzki, gęsty i imbirowy... ;/), że kroplomierz w kropelkach na odkrztuszanie jest jakiś trefny i pół godziny potrząsam butelką, żeby wydusić z niej 80 kropli (!!!), że mam nos piekący od smarkania i krwotoków spowodowanych smarkaniem, że w nocy nie spałam od 3 do 6, bo średnio się śpi z otwartymi ustami (o obawie, że wejdą mi tam pająki nie wspominając), że przez katar męczy mnie wejście po trzech schodach i że praktycznie nie jem, bo ciężko mi oddychać przy zatkanym nosie i otworze gębowym załadowanym żarciem, to jeszcze Toś dała mi się we znaki, marudząc, płacząc i nie śpiąc praktycznie cały dzień (bawiłam ją 7 godzin, z czego spała pół godziny...). Jej braciszek z kolei chciał, żebym się nim zajmowała i płakał, że chcę bajkę o cyt. "no takich fajnych... Mama wie, jakich" i brzuch bolał mnie z tego samego powodu co co miesiąc, a ja niestety nie mogłam zwinąć się w kłębek pod kocykiem w groszki, z kubkiem herbaty, szynszylem w roli termofora i książką.
Byłam więc zmęczona, smutna, sfrustrowana, chora, zła, poirytowana, głodna i obolała.

Kiedy wyszłam od Małej, marzyłam tylko o tym, żeby wrócić do domu i zrelaksować się, nie słuchając niczyjego płaczu i zawodzenia.
Niestety w domu zostałam zrugana za wszystkie czasy, bo wg żeńskiej części mojej rodziny ośmieliłam nie pozamiatać podłogi przed wyjściem do pracy, tym samym zostawiając w domu nieprzeciętny syf. Na nic się zdały moje tłumaczenia, że specjalnie, by uniknąć podobnych nalotów, przed pracą latając z językiem na brodzie zamiatałam, mimo, że cały poranek poprawiałam referat i dokańczałam prezentację na studia. Ale co to kogo obchodzi... Przecież starania, deadliny, zaliczenia i stypendia naukowe są nieważne...
Plus - czepianie się, jeszcze raz czepianie, pyskówki, podniesione tony, syczenie, warczenie...



Aaaajj... ;>.

Z tego wszystkiego miałabym ochotę zjeść coś słodkiego na poprawę humoru, ale nie mam w domu szarlotki, a z racji lęku o przytycie i tak nie mogłabym zjeść niczego, co nie jest beztłuszczowe, bezcukrowe i bezsmakowe ;P.
Chciałabym pobiegać, żeby się wyżyć, ale dyszę po przejściu 100 metrów z wózkiem, więc z czym do ludzi? ;P.
Chciałabym gdzieś z kimś pójść, ale nagle wszyscy znajomi nie mają czasu, a faceci, którzy podrywali mnie, kiedy byłam zajęta, zniknęli gdzieś, niczym wessani w czarną dziurę.

Uhhh.
Przynajmniej trochę się wyżyłam stukając energicznie w klawiaturę...
No nic. Może hula hop i słuchanie RMFki wytrzęsie ze mnie emocje ("M. nie słuchaj tak głośno muzyki!!!"), długi prysznic zmyje frustracje ("M. nie wychlapuj wszystkiej wody!!!"), a dobra książka (thrillerek z barwnymi i dokładnymi opisami seksu) na pewno odwróci uwagę od faktu, że od ponad tygodnia zasilam grono singielek... ;P.



PS Ktoś ma dla mnie coś na poprawę humoru? :P. Wyjście na piwo? Pożyczenie książki? Dobry film? Rozmowa? ;P. Biorę wszystko ;).

http://www.kobieta.pl/drukuj/artykul/zimne-stopy-i-rece/

1 komentarz:

  1. Nalewka Rodziców i rozmowa! Zapraszam w środę wieczorem! Będę już w domu :D

    OdpowiedzUsuń