...

...
M.

piątek, 28 listopada 2014

Hulaj duszo... ! ;)


To był dobry tydzień ;).
Jeden z tych, które mogę postawić sobie jako wzór postępowania na całe studia ;P.
WRESZCIE skończyłam zamulać, chorować i hibernować, a zaczęłam żyć ;). 
(Co nie znaczy, że nie zdarzy mi się drzemeczka w ciągu dnia i momenty lenistwa z książką ;P).

W poniedziałek ambitnie pojechałam na japoński, choć nie miałam ochoty na naukę. Zwłaszcza szlaczkowatego i skomplikowanego języka...
Ponieważ nie było mnie na ostatnich zajęciach, skwapliwie korzystałam z udzielanych szeptem rad koleżanki z ławki, bo za cholerę nie wiedziałam, co do czego ;P.
Ale grunt, że JAKOŚ wybrnęłam i że nasz sympatyczny japoński nauczyciel kiwał głową i uśmiechał się, zamieniając swoje oczy w jeszcze mniejsze niż zwykle szparki ;).
Niestety nie wiem czy nie zrezygnuję z tych zajęć, bo kolidują mi z innymi, a japoński z dwojga złego wydaje mi się mniej ważny...

We wtorek poszłam na poranny wykład i na wszystkie ćwiczenia…
(Miejsce na pełne podziwu oczy, oklaski i fanfary ;P).

Na wykładach nie czytałam książki (siedziałam w pierwszym rzędzie z racji tego, że wykłady były łączone, nie mogłam znaleźć przyzwoitego, skrytego miejsca ;P), tylko wdzięcznie słuchałam i notowałam treść slajdów w zeszycie.
(Miejsce na owacje na stojąco ;P.)

Wieczorem poszłam do kina z przyjaciółką (trzecia część „Igrzysk śmierci”) i nie dałam się namówić na żadną kawę, ciastko ani lody (choć to ostatnie może powinnam była, bo gardło mnie boli już trzeci dzień ;P), za to kupiłam sobie miesięczny karnet na siłownię w Fitness For Life ;].
(Skandowanie tłumu ;P).

W środę wstałam przed siódmą (!) i już o wpół do ósmej (!!!) machałam nogami i rękami w porannym zestawie ćwiczeń kontrolowanym przez trenerkę.

Oooo ;P.
I tu się zdziwiłam ;P.
Z jednej strony myślałam, że takie ćwiczenia (jakieś banalne kroczki, słony, ćwiczenia na piłce i na macie) będą lajtowe, więc planowałam, że później pójdę jeszcze na bieżnię.
Ale gdzie tam ;P. 
Byłam mokra, czerwona i obolała, więc poszłam nie na bieżnię, a do szatni, doprowadzać się do porządku, a potem do domu na śniadanie.
Cieszy mnie jedynie fakt, że dałam radę ćwiczyć przez godzinę bez żadnej przerwy, ani na chwilę nie zostając w tyle, a wręcz – robiąc niektóre rzeczy za szybko, jak to ja, a miałam przecież długą przerwę w ćwiczeniach i równie długi okres rekonwalescencji po chorobie.

Później – uwaga, uwaga! – usiadłam przy laptopie obłożona książkami, które trzymam w domu prawie pół roku iiii... napisałam pięć stron pracy magisterskieeeej!!! ^^.
Pierwsze pięć stron ;P.
A tak mnie wciągnęło, że nie chciałam się oderwać od ekranu ;).
Potem poszłam na zajęcia (na których czytałam ;D :D. Pewne rzeczy się nie zmieniają…), a wieczorem wybyłam z dziewczynami na urodzinową domówkę.
Z domówki większą grupą przeszliśmy do Szafy, z Szafy do Grandu. Miliśmy bilety na wejście do ośmiu klubów, skorzystaliśmy z dwóch ;].
O ile w Szafie były wygodne i miękkie sofy (nie, nie szafy ;P), o tyle był mały parkiet i pląsało po nim stanowczo za mało ludzi. Choć i tak nie przeszkodziło nam to w tańczeniu ;P
W drugim klubie z kolei był dziki tłum.
Dziki był też wrzask i gorąc, ale było suuuper ;).
Dość mocno zaschło mi gardle, bo tańczyłam prawie cały czas, a nie kupowałam piwa ani nic innego do picia. Po pierwsze wypiłam jednego Reddsa na domówce, a po drugie… Wiecie, ile piwo ma kalorii, a ile wydałam na karnet…? ;P. No właśnie ;).
Wybawiłam się, wyszalałam.
Do mieszkania chciałam wrócić o 1, wróciłam przed 4 ;P.
Padłam jak długa w pościel, jak tylko się umyłam.
I spałam do dziesiątej ;P.

Po to, żeby rano obudzić  się z obolałym brzuchem (ćwiczenia), żebrami (?), nogami (tańce, hulanki, swawole) i gardłem ;P.
Chrypiałam jak zawodowa pijaczka, więc trochę martwiłam się o wydajność swojego głosu podczas konferencji, ale okazało się, że niepotrzebnie.
Trema, którą miałam kilka dni przed konferencją też dziwnie zniknęła, jak wyszłam na środek.
Zaczęłam od przedstawienia się i rzucenia anegdotki, potem przeczytałam wstęp i doszłam do wniosku, że nie chce mi się czytać i wolę dopowiadać coś od siebie albo mówić całkiem sama.
Tak więc jestem z siebie bardzo dumna, bo zawsze to większa wprawa w wystąpieniach publicznych.
Przyda się jak wydam swój bestseller. Haha... ;>.
Niestety nie wszystko było idealnie i było parę momentów tego okropnego "eeee" i zamotania się w zbyt wielokrotnie złożonym zdaniu ;]. Ale przecież nie wszystko musi być perfekcyjne ;).

Dziwnym trafem opowiadając o głodzeniu się, strasznie zgłodniałam ;P.
Po wystąpieniu pobiegłam więc do spożywczaka, gdzie obkupiłam się w soki i owoce.
A wieczorem pojechałam na zumbę ;P.
Szczerze mówiąc nie podobała mi się aż tak jak ta, na którą chodziłam w swojej miejscowości, ale było okej. Chwilę jeszcze poćwiczyłam na orbitreku i wróciłam na mieszkanie.
Na mieszkaniu koleżanki przyjmowały gości, więc razem z chłopakami obejrzałyśmy "Bez litości". Na szczęście oglądałam ten film trzeci raz, więc wiedziałam kiedy schować się pod kocyk, żeby uniknąć "scen" ;).

A dziś rozbój w biały dzień ;P.
Nie dość, że szaleństwo zakupowe (dwie godziny na szmateksach i w Galerii...), to jeszcze szaleństwo fitnessowe ;P.
Ćwiczyłam na orbitreku, rowerku, bieżni i dwóch sprzętach, których nie umiem nazwać ;D. Nieco ponad godzinkę.
Wszystko to z sympatyczną, nowo poznaną koleżanką, która mocno mnie zmotywowała, mówiąc ile schudła na samej siłowni ;P.
Teraz tylko czekać aż ja będę wyglądać jak Little Miss Fitness ^^.
Zastanawia mnie jedynie, czemu TYLKO ja zawsze wyglądam jak upiór po treningu...?
Jakoś nie widzę, żeby inni ćwiczący mieli buraczany kolor twarzy i włosy mokre od nasady pod końcówki...
Po ćwiczeniach trudno jest mi się poznać w lustrze ;P. Wyglądam okropnie. I w tym momencie nie przesadzam ;P.
Przydałoby się tylne wyjście z Galerii, żeby nikt nie musiał mnie oglądać w takim stanie.
Ale nie - musiałam przedefilować przez cały obiekt, żeby z niego wyjść ;P. 
A potem iść kilka ulic z wzrokiem wbitym w ziemię... ;P.

Nie mniej jednak siłownia - świetna rzecz i karnet uważam za zakup miesiąca.
A w tym miesiącu duuużo kupowałam...;/ / ;]  (niesmak łamany na kołtuńskie zadowolenie ;P) 

Teraz na miłe zwieńczenie tygodnia odstawiłam domowy taniec radości pt. "Hula hop i początek weekendu" przy otwartym oknie i zasiadłam przy ławie z kubkiem herbaty i laptopem. Niestety szynszyl zaczął biegać mi po klawiaturze, próbując mi chyba napisać "Hej, zajmij się mną, zamiast blogiem" , więc wracam do swoich domowych zajęć.

Ale mimo to jestem bardzo usatysfakcjonowana.
Fajnie znów mieć cały czas zajęcie i prowadzić bardziej intensywne życie niż siedzenie w domu i pilnowanie godzin zażycia lekarstw ;P.


PS Tak na marginesie - to chyba tylko ja mogę iść na imprezę, na której nie piję, a tańczyć jakbym była pijana, następnego dnia ochrypnąć, ale mimo to z pasją wygłosić referat na konferencji, wydać mnóstwo oszczędności na ciuchy, marudząc, że nie mam pieniędzy i nie ćwiczyć miesiąc, a potem kupić karnet i chodzić na treningi codziennie ;P.


http://likely.pl/zdjecie/120565/dziewczyna-smiejaca-sie
 




 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz