...

...
M.

sobota, 8 listopada 2014

Nadgorliwa - wstrzemięźliwa ;P

Mówią, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu.
I chyba dobrze mówią ;P.

Dziś pokarało mnie za udawanie "caaałkiem zdrowej" i rano dla odmiany nie mogłam wstać z łóżka.
Zmobilizował mnie tylko antybiotyk (wspaniała motywacja, doprawdy...), a po połknięciu tabletki, walnęłam się ponownie między poduchy.
Godzinę później zmotywował mnie głód.
Głód + brak apetytu to zaskakujący fenomen ;P.
W brzuchu burczy, robi się słabo z powodu spadku cukru we krwi, ale na widok jedzenia robi się niedobrze.
Nie ma się ochoty na NIC.
Dosłownie.
Wszystko obrzydza, nawet ulubione produkty.
W sumie moją dietę i tak trudno nazwać bardzo wyszukaną, ale teraz przechodzi już ludzkie pojęcie.
Za to liczbą wypijanych herbat mogłabym zadziwić niejedną osobę ;P.

Tak więc rano, kiedy wreszcie wstałam, tradycyjnie, jak to w sobotę - chwyciłam się za miotłę.
Problem z tym, że podejrzanie mocno kręciło mi się w głowie i ogarniała mnie dziwna słabość za każdym razem, kiedy musiałam zrobić krok.
"Może lepiej nie zamiataj" - powiedziała mama.
W innym przypadku bardzo chętnie przystałabym na taką propozycję, ale nie teraz.
Nie, kiedy wyglądam jak zdechlak i co gorsza, kiedy czuję się jak zdechlak ;P.
Tak więc powolutku, z nóżki na nóżkę, wlekłam się za miotłą i wymiatałam śmieci z prędkością, z jaką spasiony, stary żółw konsumuje listki. Czyli dość flegmatycznie ;D.
Kiedy (pół godziny później ;P) zaczęłam zamiatać kuchnię, rodzice i siostra zaczęli mi utyskiwać, że trzymam miotłę pod złym kątem, że zostały mi dwa śmiecie po prawej i jeden kurzowy kot po lewej stronie, i że ogólnie to powinnam przejść Błyskawiczny Kurs Miotłowania, bo to sprzątanie idzie mi jak krew z nosa...
Popatrzyłam na nich spod byka, otrzepałam miotłę, pomogłam lepić pierogi i zaczęłam się zbierać do Toś.
W sumie wczoraj kilka razy zmieniałyśmy z jej mama umówioną godzinę, więc kiedy dotarłam do drzwi, przysłowiowo pocałowałam klamkę.
W domu nie było żywej duszy i z błyskawicznej rozmowy telefonicznej dowiedziałam się, że nikogo nie będzie w nim przez najbliższe pół godziny.

Wsadziłam ręce w kieszenie i wymaszerowałam na ulicę.
Zrobiłam rundkę po mieście, pooglądałam świecące pustkami ulice.
Zero życia, zero ruchu.
Zero zajęcia.

Postanowiłam więc odwiedzić babcię - ciocię.
Otworzyła drzwi, zanim podniosłam rękę, żeby zapukać kołatką.
Uściskała mnie, machając w moją stronę różańcem.
"Modlę się. Chodź, odmówimy razem różaniec" - powiedziała entuzjastycznie.
Ekhm.
Siedziałam smętnie przy stole i nawet nie miałam siły mamrotać zdrowasiek.
Nie, żebym na ogół miała coś przeciwko bezmyślnemu powtarzaniu jednego zdania jak mantry, w nadziei, że odpuszczę sobie wszystkie grzechy.
Skądże znowu ;P.
Smętnie mieszałam też w herbacie, widząc jak cioteczka krząta się i wykłada przeze mną kilka rodzajów ciastek z groźnym spojrzeniem, mówiącym "O, ale dzisiaj to już MUSISZ coś u mnie zjeść"...

Potem powłócząc nogami poszłam do Toś i tam spotkała mnie miła niespodzianka ;).
Najpierw Mała tak się ucieszyła się na mój widok, że o mało nie wyskoczyła tacie z rąk.
Jedzenie spałaszowała w takim tempie, że ledwo wyrabiałam się z ładowaniem kolejnej porcji zupki do jej wygłodniałej paszczki.
Kimnęła przy butli, zasnęła po trzech sekundach w huśtawce.
Spała ponad półtora godziny, dając mi czas na jedzenie, czytanie, a nawet spanie ^^.
Potem wygłupiałyśmy się na łóżku - Toś śliniła pościel i z fascynacją patrzyła na kolejne mokre plamy na poszewce, a ja łaskotałam ją po stópkach.
Wtedy niestety dobra passa się skończyła i Młoda zaczęła dokazywanie pt. "Baw mnie, bo jak nie, wkrótce cała okolica dowie się, jak mi źle".
Przeniosłyśmy się na podłogę, gdzie sfrustrowana brakiem możliwości dosięgnięcia smoczka Toś, pełzała zamiast do przodu to do tyłu, ślizgając się na wypolerowanych panelach.
Potem były wygłupy przed lustrem.
Chodzenie po całym domu.
I nieodzowne parapetowanie.
Na koniec poćwiczyłam swoje zdolności onomatopeiczne, piejąc, mrucząc, mucząc i prychając, podczas czytania "Wiejskiej zagrody" z cyklu "Maluszek i przyjaciele", a Toś otwierała szeroko oczka i buźkę, pokazując, że mimo kilkutygodniowych płaczów i marudzeń, wciąż świeci bezzębnymi dziąsłami ;).
Do samochodu wracałam zadowolona i wypoczęta, kopiąc przyjemnie szeleszczące liście, równocześnie bawiąc się w kieszeni przyjemnie szeleszczącym banknotem ;).


                                                                             ***
Wchodząc do domu, od progu zostałam zobowiązana do bycia kierowcą. Czekałam w samochodzie kilka piosenek zanim mama dostatecznie się wypindrzy, następnie odwiozłam rodziców na imprezę, słysząc przy tym komentarze na temat swojej jazdy.
Dostałam zgodę na pożyczenie auta do Sanoka, słysząc, żebym jechała powoli i nie wydała zbyt wielu pieniędzy.

Dobrze, że jazda i głośna muzyka kojąco wpływają na zszargane krytyką nerwy ;P.
Nakupiłam sobie zapas owsianek i mandarynek, które jako jedyne nie powodują u mnie (jeszcze ;P) mdłości.
Po powrocie do domu dobrodusznie wzięłam Pedra na spacer, bo warował przed drzwiami, przebierając niecierpliwie łapkami.
Na spacerze odetchnęłam głęboko, bo było przyjemnie ciepło i równocześnie rześko.
Wtedy dopadł nas deszcz.
Lekki, bo lekki, ale wciąż mokry ;P.
Kiedy zarzuciłam na siebie czerwony kaptur płaszczyka, zobaczyłam, że idzie na nami jakiś wielki pies, kołysząc się majestatycznie na długich wyżłowatych nogach.
Starając się iść równym krokiem, ciągnęłam Pedra, któremu zachciało się wąchać każdy napotkany kwiatek. Albo raczej to, co zostawiły na nim inne czworonogi ;P.
Pies snuł się za nami jak cień, co wyglądało dość upiornie w połączeniu z pustą aleją z powiewającymi łysawymi drzewami i mdławym blaskiem latarni.
Psia menda lazła za nami całą drogę, do domu wróciłam więc spocona z nerwów, ale i zadowolona z wysiłku i szczypty adrenaliny.

A teraz skończyła mi się faza nadgorliwości.
Nikomu już nie będę robić dobrze i nikogo nie będę zabawiać, podwozić ani wyprowadzać ;P.
Zasiadłam w swoim pokoju z dwoma pękatymi kubkami herbaty i szynszylastym na kolanach.
A wieczór planuję spędzić kolejno - w kabinie prysznicowej, łóżku i w thrillerze.
Tzn. nosem w thrillerze i z głową w chmurach ;).


Aaaa... Odnośnie wstrzemięźliwości... Wreszcie nauczyłam się nie wpychać tam, gdzie mnie nie potrzebują, zlewać tych, którzy zlewają mnie i lekceważąco podchodzić do porażek.
Hmm ;).


PS Tylko czy dodawanie codziennych wpisów to nie czasem zbytnia nadgorliwość i czy nie oznacza to, że powinnam zrobić się trochę bardziej wstrzemięźliwa w pisaniu...? ^^.


http://fajwokloki.pl/forum/viewthread.php?thread_id=89



1 komentarz: