...

...
M.

czwartek, 18 grudnia 2014

Przedświąteczne (nie)rozleniwienie ;]

                                                                         ***



Środa:

Boli mnie brzuch.
Bolą mnie uda.
Bolą łydki.
I bolą ramiona ;].
Wszystko mnie boli! ;P.
Ale w taki sposób, w jaki lubię.
Potreningowy ;P.
Dostałam od znajomego wejściówkę do Calypso, więc wczoraj chętnie skorzystałam z możliwości poćwiczenia u konkurencji.
Czułam się trochę jak VIP, kiedy prywatna konsultantka i prywatny trener prowadzili mnie wzdłuż i wszerz siłowni i pokazywali kolejno wszystkie sale, miejsca i sprzęty ;].
Oczywiście nie omieszkałam popróbować wszystkiego po trochu ;P.
Zrobiłam więc sobie trening obwodowy, ćwicząc na kilku różnych sprzętach, potem przez godzinkę popedałowałam na zajęciach z cyclingu (muzyczka, zgaszone światła, kolorowe blaski – prawie jak na dyskotece ;P).
Następnie poszłam na TABATĘ iii… zostałam jeszcze na ćwiczeniach na płaski brzuch ;).
W efekcie spędziłam na siłowni prawie trzy godziny.
I wreszcie byłam porządnie wyćwiczona.
Choć nie do końca zmęczona ;P.
Bo paradoksalnie, nawet jeśli jestem mokra i czerwona, wcale nie czuję, że mam dość.

Właściwie to ostatnio rzadko kiedy czuję się tak porządnie wymęczona, żeby padać z nóg.
Ale jednak jakieś męczące efekty są, bo znów zaczęłam chodzić spać koło jedenastej, a nie o 1 ;P.
I nie budzę się tak często jak zwykle ani nie gadam przez sen...
Na szczęście, bo biorąc pod uwagę fabułę moich nocnych rozkminów, strach się bać co mogłabym pierdzielić na spaniu ;P.

A dziś mimo problemów z wygramoleniem się z łóżka, poszłam rano na basen, żeby poćwiczyć nogi, poprawić wydolność płuc i przełamać wodne lęki ;).
W końcu Święta za pasem i  kilka razy dziennie obiecuję sobie, że podczas przerwy świątecznej będę ambitnie uczęszczać na basen… 
A póki co sama myśl, że mam wejść na głębszą wodę napawa mnie paniką ;P.

Nie dygresując…
Niesamowicie się cieszę z tych częstych wizyt na siłowni i na basenie.
Spotykam strasznie dużo fajnych osób, spędzam miło czas i dzień leci mi błyskawicznie, więc nie mam czasu na nudę.
Ogólnie to czas przecieka mi przez palce jak woda i nie wiem, jakim cudem wciąż gdzieś gonię i na nic nie mam czasu ;).
To jest dopiero fenomen.
Nie mieć pracy, nie mieć faceta, mieć mało zajęć na uczelni, nie oglądać seriali i nie siedzieć przez TV, a nie mieć czasu na przeczytanie książki ani na spotkanie z koleżanką ;).
W ten piątek wracam już do domu i z niemałym przerażeniem zastanawiam się, jak upchnę wszystko do toreb…
Muszę w końcu zabrać książki do pisania pracy (nie wiem, czy kiedykolwiek znajdę czas, żeby ją napisać ;D), ciuchy, bo mam tu większość fajnych rzeczy, rzeczy do prania…
Najchętniej wzięłabym też nowy wysoki kubek, bo uwielbiam z niego pić, ale to byłoby już lekkie przegięcie ;P.
Planuję jeszcze wybrać się na małe przedświąteczne zakupy, bo kończą mi się podstawowe kosmetyki, a może uda mi się upolować coś na świątecznym szale promocji.
No i chcę się od święta szarpnąć na tofu i wędlinę sojową. Niech się nazywa, że dbam o pełnowartościową dietę wegetariańską i nie jem samych warzyw i owoców ;].




                                                                          ***


Czwartek: 

Już mnie nic nie boli, bo zakwasy zabiłam ćwiczeniami ;P.
Godzina zajęć z instruktorem (z Bosu, z piłką i na macie), pół godziny na bieżni i pół na sprzęciorach, co by poczuć to przyjemne pulsowanie mięśni ;] (i pot spływający po czole ;D :D).
Zakupy też już zrobione. Tofu i sojowe pasztety pysznią się w lodówce między roszponką, a szczypiorkiem.
I jestem już częściowo spakowana (tzn. wrzuciłam do torby rzeczy do prania i kilka książek ;P).
Na dodatek pomalowałam na czerwono wszystkie dwadzieścia paznokci, byłam na Wigilii z Koła Naukowego (na które wiecznie nie mam czasu ;P), spotkałam się z koleżanką na herbatce i dostałam książkę ze swoją publikacją o nastoletnich rodzicach.
Uf ;).


O, a w sobotę idę bawić Toś, która dwa dni temu skończyła osiem miesięcy ;].
Ale spokojnie, spokojnie.
Z pewnością napiszę raport o jej rozwoju, stanie uzębienia i umiejętności pełzania/raczkowania ;).


Choć nie czuję jeszcze w ogóle świątecznego nastroju, powoli wprowadzam się w bożonarodzeniowy klimat.
Kupiłam sobie ciepłe skarpetki z czerwono - świątecznymi wzorkami, jabłkowo - cynamonową świeczkę i bamboszkowate kapcie (kolejne do pantoflowej kolekcji ;P).
I jeszcze zamówiłam sobie bluzę pod choinkę (miętową ^^).
Nie ma to jak akt samolubstwa przed rodzinnymi świętami ;D ;D ;D.
Żeby nie było, to pożyczyłam wesołych świąt portierowi na uczelni i instruktorowi fitness, pouśmiechałam się ładnie do pań w sklepie...
A teraz obijam się na maksa, zamiast szykować na wyjście z dziewczynami z mieszkania ;P.

O, i obrałam sobie trzy mandarynki, wciąż uważając na pazury, choć malowałam je dwie godziny temu ;P.
Ale mi jakoś zapach mandarynek nie przywodzi na myśl Świąt... Za często je chyba jem ;P.

 


PS A Wy czujecie w ogóle, że Święta za pasem? ;P.

http://maz-zona-i-pies.blogspot.com/2013_01_01_archive.html


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz