...

...
M.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Za czysto ;)

To, że nie piszę, wcale nie oznacza, że wpełzłam pod kołdrę i opłakuję śmierć szynszyla...
Po prostu jak zawsze - nie mam czasu.

Ogólnie jest już prawie normalnie.
Wróciłam dawna "ja".
Znów jestem pogodna i wesoła, znów się śmieję i myślę pozytywnie.
Co nie znaczy, że nie bywają momenty, kiedy w oczach zabłyszczą mi łezki, a w moim gardle nie pojawia się wielka klucha, której nie mogę przełknąć.
Póki co miałam tak dwa razy.
Na siłowni, kiedy ćwiczyłam uda i w domu, kiedy miałam sprzątać klatkę Borysa.
Co innego sprzątać osikane troty, kiedy mój budrys biega radośnie po pokoju, zabierając mi łopatkę i rozsypując świeże troty, a co innego robić to, kiedy wiem, że już więcej nie wpadnie z impetem w worek z karmą i nie przyjdzie na  moje kolana, szukając pocieszenia...

Weekend nie był więc super udany.
Dom bez Borysa jest za cichy, pokój za pusty.
I zdecydowanie za czysty...
Klatka została wywieziona na taras.
Wciąż nie przekonałam się, żeby ją wymyć...
Jej miejsce zajęły sprzęty do ćwiczeń.
Oddałabym je za darmo, w zamian za klatkę z żywą zawartością ;).

Wchodząc do domu po przyjeździe z Rzeszowa myślę - "Pójdę nakarmić Borysa".
Wchodząc do pokoju, dziwię się, widząc pustkę w miejscu, gdzie stała jego klatka wielkości niemowlęcego łóżeczka, bo mój mózg chyba wypiera wiadomość o jego śmierci.
Powrót do domu stracił na wartości, odkąd nie muszę wracać, żeby się nim zajmować, brać do weterynarza, bawić się z nim, kiedy pakuję się do Rzeszowa...
Brakuje mi szelestu, kiedy zakopywał się w troty, brakuje brzęczenia o pręty klatki, tarmoszenia poidełkiem, odgłosu gryzienia drewnianych półek, od którego puchły uszy.
Wszystkiego mi brakuje...
Wiem, że od razu mogłabym kupić sobie szynszyla.
Albo nawet dwa, pięć, osiem szynszyli
Ale to nie będzie TEN szynszyl.
Nie będzie taki psotny, humorzasty, obrażalski i wymagający...
Nie będzie myślał, że ma na imię "pycha, pycha" i nie będzie wchodził mi pod bluzę...
Przykra prawda...


Na szczęście mam zajęcie.
Mam pisanie, które mnie odrywa.
Mam pracę, która absorbuje.
Mam psa, który też wymaga troski.
No i mam K.
Zakatarzonego, ospałego po lekach K., który pobił mnie w rekordzie chorowania ;P.
I którego nijak nie umiem zagonić do lekarza...

W ten weekend byliśmy na mrożonej kawie (faza, pobudzenie, hiperaktywność), na pizzy (takiej zielonej, z brokułami ^^) i na dwóch szybowiskach. Żeby pooglądać starty i lądowania, wdrapać się do wyciągarki i popodglądać kolegę K. przy pracy i żeby zobaczyć, z jaką fascynacją K. obserwuje wszystko, co lata ;].

A poza tym...
Zaczęłam bawić dziecko jako niania. Kolejny niemowlak - 11 miesięczny, słodki.
Płeć żeńska, brązowe oczka, cztery ząbki... ;).
Póki co 1-2 dni w tygodniu.
Bo nie wyrobię ;P.
Mam dużo do pisania i jeszcze więcej do poprawiania.
Mam też ostatni tydzień karnetu na siłownię, potem planuję zacząć biegać.

Wstałam dziś przed szóstą, więc mam ochotę walnąć się w kimono, a wiem, że mam milion innych rzeczy na głowie...
Spoglądam na lakiery do paznokci poukładane na półce i myślę, że chciałabym pomalować sobie pazurki i u rąk i u nóg.
Dla odpoczynku, dla komfortu, dla własnej satysfakcji.
Zamiast tego zakładam skarpetki.
I miętowe dresy.

Idę pisać.
Choć to niezbyt dobre określenie ;P.
I chociaż tyłek już mi ścierpł od siedzenia, mimo, że siedziałam na łóżku... ;P.


PS Czy Wam też wydaje się, że ten tydzień będzie bardzo, bardzo krótki? ;]



http://www.moaa.pl/10-rzeczy-ktore-czynia-mnie-szczesliwa-na-co-dzien-w-domu/



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz