...

...
M.

sobota, 2 maja 2015

Majówka ;]

Przedłużyłam sobie weekend majowy ;].
To plus.
Minus - jestem na antybiotyku.
Znowu...

Zaczęło się w poniedziałek - od bólu głowy.
Pospałam chwilę.
Tzn. jakąś trzygodzinną chwilę ;].
Później poszłam na zumbę.
I oczywiście - nic mi nie było.
Skakałam, tańczyłam i o głowie nie myślałam.
Przypomniałam sobie o niej dopiero, jak wróciłam do domu i nie mogłam trafić kluczem do dziurki, bo taka byłam zamroczona.
Po wyjątkowo krótkim prysznicu poszłam spać (o wyjątkowo wczesnej godzinie 22 ;D), a rano nie wstałam.
Ani na zajęcia o 8. Ani na zajęcia o 9.30. Ani w ogóle nie wyściubiłam nosa z łóżka przed 13 ;].
Potem jakoś się zwlekłam, zaszalałam i wypiłam truskawkowe smoothie z Biedronki na śniadanioobiad, wzięłam prysznic i poszłam do pracy.
I znowu - przeszło prawie całkowicie.
Szczególnie, kiedy wszystkie te skrzaty lepiły się, właziły na kolana i absorbowały uwagę.
A wieczorem znów byłam słaba jak mytka i znów nie zrobiłam nic konstruktywnego ;D.

Punktem kulminacyjnym był środowy ranek, kiedy to jednak musiałam zwlec się z łoża przez ósmą, bo miałam mieć uczennicę na korki.
A że zbliżają się matury - nie mogłam jej odmówić.
Tak więc udzieliłam lekcji angielskiego w spodniach od piżamy i ciepłym dresie, szczękając zębami i pocąc się jak mysz ;D.
A potem wysłałam maila do dyrektorki przedszkola i zadzwoniłam po swojego osobistego kierowcę.
Tatę ;P.
Który - rzecz jasna - przyjechał po swą młodszą latorośl i zgarnął ją do domu.
A właściwie to do lekarza.
Całą drogę w aucie przegorączkowałam i przespałam, a u lekarki o mało nie zsunęłam się z krzesła jak sflaczały zegar Salvadora Dali ;).
No i skończyłam z antybiotykiem, probiotykiem, goryczą w ustach, brakiem apetytu, mdłościami i brakiem sił.
O ;P.

Ale w sumie tylko jeden dzień była masakra.
W dzień, kiedy wróciłam do domu.
Słaba, rozmemłana, rozpalona (nie, nie tak...) i nie do życia.
Spałam pół dnia, gorączkowałam pół nocy.
Pobiłam swoje rekordy, osiągając 39,5 stopni... ;]
Dziś już jest lepiej.
Nie do końca idealnie, ale ujdzie.
Oczywiście jak tylko poczułam się ciut lepiej, nie mogłam usiedzieć na tyłku, więc poszłam do znajomych z dziećmi...
Do cioci...
I na spacer z psem... ;].
Oczywiście nie przemęczam się i nie ćwiczę... Bo rodzice stoją nade mną z batem i zabraniają ;D.




A ja ich choć raz słucham.

Choć nie wiem, na jak długo ;P.

Kurcze, jak już znajdę trochę czasu i się obronię, będę musiała pomyśleć o jakieś kuracji wstrząsowej. Jakiś mix domowych sposobów na odporność ;P.
Bo męczy mnie to wyjątkowo... ;]

W sumie to z jednej strony jak zwykle - jest choroba, jest slow.
Czas na siedzenie w fotelu z mamą, gadanie z siostrą, droczenie się z tatem.
I nawet na objedzenie cioci z kapuśniaku i łazanek (* co uprawiedliwiam niejedzeniem od trzech dni i gwałtowną zachcianką na kwaśne ;P).
Na wypożyczenie trzech książek w bibliotece.
Na robienie pierogów z kaszą gryczaną.
Na gadanie z dawno nie widzianymi znajomymi przez telefon i na czacie.
Na opłakiwanie szynszyla i oglądanie miliona jego zdjęć...

No.
I tyle w sumie.
Reszty robić nie mogę, bo kręci mi się w głowie.
Taki to interes z chorowaniem w długi weekend...

PS 20 000 wejść na bloga ;). Cieszy, ach jak cieszy ;].

http://fizyka.ukw.edu.pl/?attachment_id=1551





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz