...

...
M.

poniedziałek, 18 maja 2015

Zapaleniec ;]

Bilans tego weekendu przedstawia się następująco:

- napisane kilka stron metodologii do pracy magisterskiej z książek pożyczonych tylko na chwilę z czytelni, co sprowadzało się do "wyciągania" z nich informacji w biegu, na szybko i poniekąd na oślep, bez zakładek indeksujących, zakładek, karteluszek i planu. Czyli tak, jak nie lubię pisać rzeczy, których nie pisze z głowy,
- trzy wielkie kubki czarnej herbaty z cytryną, które wchłonęłam jak gąbka podczas pisania. Sama nie wiem jak to się dzieje, że pisanie czegoś bardziej wymagającego niż lanie wody na blogu jest tak wyczerpujące jak tabata ;P.
- zero gotowania, więc w efekcie jedzenie jedzenia, którego z zasady nigdy nie jem, bo:
a) zawartość zieleniny jest mniejsza niż 30% objętości,
b) zawartość tłuszczu/węglowodanów jest większa niż 10%,
c) zjedzenie tych produktów wiąże się z licznymi schizami i nałogowym przeglądaniem się w lustrze, czy aby nie zaczęłam nagle tyć. Najlepiej już w trakcie gryzienia, połykania, ewentualnie trawienia ;),

- domowe porządki, które zajęły nieprzyzwoicie dużo czasu i sprzątanie pokoju, w którym w następny weekend przy dobrych wiatrach spędzę dwie godziny,
- wizyta w cukierni z koleżanką i jej dziecięciem, które musiałam do siebie przekonać, jako iż z dziecięciem tym spędzę kolejny weekend. Na weselu. Jako niania ;],
- niezbyt długa jazda na motorze z K. w sobotni wieczór i rozdarcie emocjonalne, kiedy w niedzielę wygoniłam go w trasę, a sama ślęczałam nad problemami badawczymi i hipotezami...
- niepokaźny siniak w dolnym lewym kwadrancie brzucha, poobijane biodra i kolana, zakwasy w udach i pośladkach, czyli - półtora godziny słuchania muzyki do zumby w asyście wypustkowego hula hopa. Oczywiście sińce nie wzięły się z samego słuchania ;),
- zabawa w Najgorszą Córeczkę Roku i zabawa w Najlepsza Córeczkę Roku, czyli zabawy, których nie lubię i to wcale nie dlatego, że nie jestem ani grzeczna ani niegrzeczna, a dlatego, że rola rodzinnego mediatora, jaka przypadła mi w udziale nie jest chyba tym, co mnie kręci...
- miętowa (!!!) bluzka z Małą Mi, którą wypatrzyłam sobie w swoim rodzimym miasteczku na wystawie i którą już dziś - w słoneczny, pracowity poniedziałek - nabyła dla mnie moja mamcia ;]. Dodam tylko, że T - shirt jest w rozmiarze S i kosztował zabójcze 18 zł ;),
- skoro o ciuchach mowa... Przez weekend także szarpnęłam się na ciuchowe zakupy. Tak więc moja szaro - miętowo - granatowo - łososiowo - stonowana szafa poszerzyła się o szare szorty (typu GenialnyTyłekOdZaraz), granatową dresową sukienkę z białymi napisami (i już widzę oczami mojej bujnej wyobraźni tę sportową sukienkę, te białe trampeczki i te białe zamkowe kolczyki w uszach ;P), miętową (...) koszulkę z białym napisem (nieważne jakim, grunt, że jest mięta) i nieśmiertelną, standardową i bardzo przewidywalną czarną bluzkę z kotem Simona, co oznacza, że mam już trzy bluzki z wizerunkiem tego kocura i każda jest w przewidywalnym kolorze, od bieli, przez szarość, po czerń  ;),
- zapalone spojówki, czyli coś, co początkowo uznałam za niechęć do pisania pracy (dziwnym trafem oczy zaczęły mnie piec, kiedy odpaliłam laptopa i zaczęłam mozolnie stukać), a co okazało się stanem zapalnym w pełnej postaci. Przyczyna jest mi jeszcze nieznana. I pewnie taka pozostanie, bo nie znajdę zapewne czasu na lekarza. Nie wiem czy to alergia, uczulenie na któryś kosmetyk czy jak zwykle - jakiś mały nosiciel z przedszkola. Chociaż moja paranoiczna część twierdzi, że wie, jak to się stało. Jak zwykle - niepozornie. Wylewnie powitałam w drzwiach jakieś dziecko, trzymające się kurczowo nóg rodzica. Przyjmując profesjonalną minę i rozlewając na twarzy wyrozumiały uśmiech wyperswadowałam dziecku schowanie się do matczynej torebki i pójście z nią do pracy. Następnie zachęciłam delikwenta do wejścia do sali, rejestrując równocześnie, że ma czerwone i szkliste oczka. Następnie obiecałam sobie uważać na potencjalną wylęgarnie zapalenia spojówek, po czym:
a) potencjalny nosiciel uparł się, żeby siedzieć koło mnie na dywanie podczas sprawdzania obecności i dopiął swego, przywierając do mnie ciałkiem, głaskając mnie po rękach i tuląc się do mojego boku,
b) ponieważ reszta potencjalnych nosicieli innych infekcji równie intensywnie pragnęła mojej bliskości i obsiadła mnie jak mrówki, załzawiony delikwent zajął miejscówkę na kolanach,
c) choć załzawiony potencjalny nosiciel cały dzień trzymał się z daleka, a ja unikałam patrzenia w jego stronę i co chwilę myłam ręce...

... następnego dnia obudziłam się z zaropiałymi oczami. Ta daaam. Koniec historii.
Chociaż w sumie przyczyna chorych oczu wisi mi i powiewa. Bo grunt, że swędzi, piecze, boli i wku***a niemiłosiernie. Powieki są opuchnięte - i to zarówno te górne, jak i dolne. Pod oczami cienie. Oczy galeretowatej konsystencji (na oko, bo nie dotykałam ;P), nadmiernie błyszczące, nadmiernie załzawione. A - i czerwone, oczywiście. Tzn. jak się zaglądnie pod powiekę, bo białka są dzięki Bogu białe ;]. Wydawać by się mogło, że nie jest tak źle, ale skoro wzdrygałam się na widok tuszu i cały dzień chodzę au naturel, oznacza to, że zapalenie przejęło poziom hard level. Bez pomalowanych rzęs czuję się  masakrycznie, bo przez spuchnięte oczy wyglądam jak ropuszka. Niestety - możliwość wielokrotnego przepłukiwania oczu kolejnymi ampułkami z solą fizjologiczną i zakraplanie kropli z poprzedniego zapalenia brzmi chwilowo bardziej pociągająco niż możliwość pomalowania rzęs tuszem. Równie pociągająco brzmi "chłodny wiatr owiewający oczy" i "zimna woda spływająca kaskadami po powiekach", ale choć pozornie woda i wiatr przyniosłyby ulgę, niesione przez podmuchy pyły, pyłki i paprochy plus chlorowana, twarda woda przyniosłyby mniej więcej takie korzyści jak smarowanie powiek miętową pastą do zębów...

I tyle.
Z weekendu ;).
Z nie-weekendu w sumie nic ciekawego.
Dziś wstałam o 6 (taa, jasne, bez żadnych problemów ze zwleczeniem się z łóżka), na 7 powlekłam się do pracy. Trzy po miałam już pierwszego ucznia. Wertując podręcznik nauczyciela sączyłam miętową herbatę, a malując dziewczynkom koniki, próbowałam tę miętę dopić, zanim całkowicie wystygnie. Po pracy (czyli po 10)  pobiegłam do domu, żeby zgarnąć książkę i wodę. W drzwiach wpadłam na pomysł popatrzenia na zegarek i z euforią stwierdziłam, że mam kwadrans czasu na MPK-a. Walnęłam się więc na łóżko i tak walnięta leżałam. Chwilę. Bo po chwili wstałam, poszłam do łazienki, żeby zalać oczy pełną ampułką drogocennej soli i zakroplić je kroplami. Mam nadzieję, że ściany w bloku są na tyle grube, że nikt nie słyszał westchnień ulgi i rozkoszy, kiedy moje oczy wyrażały pełnię szczęścia przy pomocy moich ust. No i oczywiście poszłam na ten autobus, a potem do mojej - niemojej małej O., która ucieszyła się na mój widok i nie płakała, kiedy jej mama wyszła z domu. Opis mojej nowej - nienowej roli niani strzelę Wam kiedy indziej, bo nie będę przeciągać, zanudzać tych, którzy weszli tu przez wzgląd na zdjęcie dziewczyny na łóżku, no i oczka znów zaczynają mnie szczypać, więc chyba muszę popodlewać je solą i stłumić na chwilę kroplami.
A potem wciągnąć się w książkę, którą dziś czytałam na ławce, przyjmując najbardziej wydziwione pozy, jakie może przyjąć niania czytająca książkę przy śpiącym dwie godziny ( :D) dziecku.
I wziąć prysznic, żałując, że nie mam dziecięcego ronda kąpielowego (czy jak to to się zwie), żeby woda nie zalewała mi oczu ;).

Kurczę. Ale mimo wszystko to był miły poniedziałek ;).
Wprawdzie nie udało mi się zjeść obiadu, a tylko kanapkę z Wasy z serem i pomidorem w domu, przepijaną zimnym liptonowskim earl greyem w domu Małej i grecką + pomidora z mozzarellą na obiadokolację, a po pracy - wróć - pracach oczywiście musiałam swoje odespać i dwie godziny spędziłam w rozbebeszonym łóżku, w rozbebeszonej pościeli, więc wstałam po osiemnastej z watą w ustach i piaskiem w oczach i oczywiście "nie zrobiłam nic konstruktywnego".
Nie zdołałam też zmobilizować się do Mel B. (pff), biegania (jeszcze dłuższe "pffffff") ani nawet do zakupów (niezbędne małe buteleczki z życiodajnym, zamulającym i niwelującym burczenie w brzuchu truskawkowym smoothie z Biedronki, chustecznik z chusteczkami w wygodnym pojemniku do wyciągania, wafle ryżowe i perfuma, na którą choruję, ach jak choruję).
Udało mi się jedynie zaścielić pobieżnie łóżko, przygotować ciuchy na jutrzejsze wykłady, odkurzyć mieszkanie i zrobić wpis przy jaśminowej herbacie.
I dobrze.
Mam cały tydzień na działanie.
Poniedziałki stanowczo się do tego nie nadają. Zwłaszcza, kiedy wstaje się o szóstej, pracuje do czwartek i śpi do siódmej ;).





http://likely.pl/zdjecie/764154/lezaca-dziewczyna-zaslaniajaca-oczy



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz