...

...
M.

środa, 10 czerwca 2015

Co mówi się na głos...?

Szczycę się tym, że mówię to, co myślę.
G. prawda.
Nie mówię.
Szczycę się tym, że jestem szczera.
G. prawda. Zbyt wiele rzeczy ukrywam, zbyt wiele boję się powiedzieć na głos.
Szczycę się tym, że umiem nazwać swoje uczucia.
Tak.
To prawda.
Tylko co z tego, skoro nie umiem ich wypowiedzieć na głos...?


Wiem dobrze, czego chcę i na ogół staram się do tego dążyć.
Ale sama.
Po swojemu.
Nie dopuszczając do siebie nikogo.
Nie dając nikomu prawa wstępu do swoich uczuć i myśli.


Myślicie, że mnie znacie, bo dzięki blogowi wiecie o paru moich przyzwyczajeniach czy zainteresowaniach?
Bo wiecie, że mam zimne stopy i lubię czytać książki?
Oświecę Was.
Nie wiecie o mnie nic ;).
Skąd to wiem?
Bo znamy kogoś tylko na tyle, na ile ten ktoś chce dać nam się poznać.
A ja nie chcę dać się Wam poznać.
I Wy też nie chcecie poznać mnie.
Wchodzicie, czytacie, śmiejecie się albo i nie.
Jeśli jesteście ze mną blisko - napiszecie esemesa albo pogawędzimy spotykając się przypadkowo na deptaku.
Jeśli nie - przelatujecie pobieżnie tekst.
Bez refleksji, bez zastanowienia, bez chęci wnikania w to, co miałam na myśli.
I dobrze.
Bo tego właśnie chcę i tego właśnie oczekuję.
No i tak właśnie piszę - luźno, lekko, banalnie.
Dlaczego?
Żeby nie robić wrażenia, że może być coś, o czym chcę, a nie umiem napisać.
Ale pisanie to jedno.
Nie muszę się ze wszystkiego zwierzać. Nie musicie o wszystkim wiedzieć.
Problem w tym, że nie umiem też mówić tego, co chcę.
A to już potrafi utrudnić życie...

To takie dziwne uczucie.
Chcę, a nie mogę.
Wiem, jak sformułować wypowiedź, wiem, jak ubrać ją w słowa, ale w którymś momencie słowa zamierają mi w gardle i nie mogą pójść dalej...
Próbuję więc znów.
To, co chcę powiedzieć pcha się w górę.
Po chwili zaczyna drgać mi niebezpiecznie blisko języka.
Już myślę, że zaraz wyleci mi z otwartych ust gwałtownie jak fala powodziowa, ale w ostatniej chwili łapię te słowa i przełykam.
Tak jak przełyka się zbyt duży kawałek jedzenia.
Z niechęcią.
Z bólem.
I z niesmakiem, że kłamię, choć nie powiedziałam ani słowa.


Choć nie milczę, nie umiem mówić głośno.
Choć chcę coś powiedzieć, nie mogę przepuścić tego przez gardło.
Choć mówię dużo, nie mówię tego, co chcę.
Zupełnie jakbym związała sobie gardło na supeł, zainstalowała w głowie pudełeczko "cenzura" i dodatkowo wyświetlała w głowie milion opcji: "CoByByłoGdyby?", które ostatecznie przekonują mnie, że pewnych rzeczy nie mówi się na głos.
A szczególnie, jeśli dotyczą one uczuć i myśli.

Nie pomaga tu ani alkohol ani sympatia do kogoś ani zaufanie.
Nad tym wszystkim stoi strach, a ja sama zbyt mocno się kontroluję.
Swoje myśli i uczucia trzymam dla siebie.
I choćbym chciała coś z nimi zrobić, nie potrafię.
Im bardziej ktoś próbuje, tym mocniej zatrzaskuję wieko jedynej możliwej drogi, z której mogłyby wylecieć słowa, gdybym jakimś cudem postanowiła je wypowiedzieć.
A czasami ktoś komu chciałabym coś powiedzieć zwyczajnie nie wpadnie na pomysł, że mogę coś przed nim ukrywać, bo gdyby wiedział, pewnie nawet nie musiałabym się martwić, że nie mówię tego głośno, bo przecież sam wiedziałaby co czuję...

Nie wiem, czy istnieje możliwość nauczenia się mówienia tego, co się chce powiedzieć.
Pewnie nie.
Do tego chyba wystarczy odwaga.
Kiedyś myślałam, że jestem odważna.
Ale odważni ludzie nie boją się powiedzieć czegoś na głos, nawet jeśli muszą potem ponieść tego konsekwencje.
Nie jestem więc odważna.
Co jedynie - twarda i silna.
Bo wolę zaparcie brnąć w ślepą uliczkę milczenia, zaciskając usta i ciskając oczami gromy.
Żyć z wiedzą, że wiem, co czuję, ale wiedzieć też, że nie powiem tego głośno, bo jestem zbyt dumna, zbyt harda, zbyt zawzięta.
Zbyt tchórzliwa.
I nawet jeśli to milczenie będzie mnie gniotło i kłuło - nie pozbędę się go, bo wolę zasłonić się zasłoną milczenia i zasznurować usta niż ulżyć sobie wypowiedzeniem tego na głos.

A ponieważ zdaję sobie sprawę, że nikt nie jest wróżką, nikt do mnie nie zadzwoni i nie powie: "Wiem, co masz na myśli".
Nikt tego nie zrobi, bo nawet jeśli to wie albo ma podobne myśli, nie będzie chciał wypowiadać ich na głos.
W końcu nie jestem w tym sama, prawda?
Nie byłoby tylu kłamstw, oszustw, zranionych serc, niespełnionych uczuć, zerwanych przyjaźni i zawodów miłosnych, gdybyśmy potrafili mówić głośno, o tym co myślimy.
To tylko w filmach wszyscy wszystkich rozumieją, wszyscy się kochają i prawie zawsze są happy endy.
A życie to nie jest niestety film.
Nikt nie przeczyta naszych zwierzeń w dymku nad głową i nikt nie szarpnie się na przeczytanie z góry ustalonego scenariusza.
I dlatego wolę książki.
Najlepiej jeśli mają otwarte zakończenie, które można dowolnie interpretować.
Albo zatrzasnąć w połowie i samemu dokończyć sobie rozdział... ;)


PS Jeśli myślicie, że dzwoniąc do mnie i wypytując, o co chodzi dowiedzie się czegoś - jesteście w błędzie ;P. Ale jeśli jakaś myśl nie może wyjść Wam z głowy, chcecie komuś o czymś powiedzieć albo bijecie się z uczuciami, bojąc się do nich przyznać - nie milczcie. Może i ja to robię, ale ja leczę zęby bez znieczulenia i zwijam się z bólu, krzywiąc się na widok tabletek, bo lubię grać twardzielkę ;]. Wy nie musicie być tacy durni ;).










 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz