...

...
M.

czwartek, 16 lipca 2015

Wieści z frontu ;]

Obroniona na piątkę! ;).
To na początek.
Upojona ulgą i wolnością - to po drugie.
Przepełniona niepokojem pomieszanym z dawno nie odczuwanym uczuciem wyluzowania – to na dokładkę.

Ostatnie dni minęły upłynęły mi w dziwnym stylu.
W niedzielę wróciłam do Rzeszowa.
Mieszkanie było puste, zakurzone i duszne po kilku tygodniach bez mieszkańców.
Od razu wzięłam się za wietrzenie, ogarnianie tego co mogłam ogarnąć bez odkurzacza, zakładanie nowej pościeli i rozpakowywanie ubrań, książek i jedzenia.
Kolejne dwa dni upłynęły mi prawie błogo.
Sama. W cichym mieszkaniu. Bez Internetu. Bez współlokatorek. Bez nadmiaru pracy.
I bez odkurzacza ;P.
Co akurat cieszyło mnie najmniej.
Do przedszkola chodziłam na trzecią i spędzałam w pracy tylko trzy godziny.
A przed i po pracy?
Próbowałam zmusić się do czytania materiałów na obronę i nauki.
Ale nie przemęczałam się zbytnio – o nie ;P.
Nużyło mnie czytanie o pragmatycznych ujęciach pracy i więziach społecznych, więc przeważnie zasypiałam nad notatkami.
Trochę więc czytałam i podkreślałam markerami co ważniejsze treści, trochę kimałam, robiąc sobie ze sterty kartek zaimprowizowane posłanie.
Jak byłam już całkiem wymęczona pseudo nauką – brałam się za odstresowujące pisanie.
Albo gotowanie.
Albo bawiłam się w prysznice, peelingi, prostowanie włosów i balsamowanie, na co mogłam poświęcić więcej czasu niż zwykle, bo nie biegałam z uczelni do pracy.
Wieczorami spacerowałam, robiąc sobie godzinne nawet przechadzki po Rzeszowie.
A potem prysznic, piżama, książka i psioczenie na niepoodkurzany dywan, który wywoływał u mnie kichanie ;).

W środę miałam obronę.
Czy się stresowałam?
Trochę na pewno.
Ale szczerze mówiąc czasami czuję większy ucisk w żołądku na myśl, że muszę ubrać bikini idąc na basen ;P.
Do obrony starałam się podejść na luzie.
W końcu coś tam uczyłam się przez te pięć lat. Chodziłam na zajęcia, przygotowywałam się do egzaminów
Wiedziałam, o czym mowa na wykładach nawet jak podczytywałam książki pod ławką.
Zaliczałam kolokwia, zdawałam egzaminy.
Miałam kilka rozmów o pracę, testy do Policji, obronę licencjatu, jakieś wystąpienia.
Czego miałam się bać?
Tylko tego, że jednak dopadnie mnie stres albo że nie siądą mi pytania.
Stres mnie nie dopadł, pytania podeszły.
Albo ja je podeszłam ;P.
Bo na tyle wyczerpująco odpowiedziałam na trzy, że nie dostałam czwartego, najgorszego ;P.
A potem było jedno wielkie odetchnięcie.
Wyszłam z sali, zdałam koleżankom relację jak było, uspokoiłam je i pocieszyłam, że obrona to nic strasznego.
Nonszalancko zsunęłam ze stóp granatowe eleganckie buty i usiadłam po turecku na krześle z ciekawym thrillerem w dłoni.
- Nie wierzę, że to robisz – zaśmiała się koleżanka.
- Przecież jestem już wolna – wyszczerzyłam się w odpowiedzi, podwijając pod tyłek stopy w rajstopach, w których zaczęło mi się robić oczko, czym nieszczególnie się przejęłam.

Po wręczeniu komisji prezentów, sprytna Magister M. korzystając z chwilowej nieobecności kolegi w sali, w której spięte i zestresowane studentki czekały na swoją godzinę zero, zrobiła sobie parawan z koleżanek i zdjęła z siebie skromną granatową sukieneczkę pożyczoną specjalnie na tę okazję od przyjaciółki. Potem wskoczyła w dresową kieckę i białe trampki, dzięki czemu nie nabawiła się odcisków i nagniotków. No i śmigała po mieście jak luzara, a nie jak sztywniara w grzecznej sukience, w której wyglądała jak połączenie pensjonariuszki z uczennicą szkółki niedzielnej ;].
Następnie był obiad z promotorem (medaliony z cukinii i szpinakowe risotto dla wegetariańskiej Miss M.), sesje zdjęciowe, na których mrużyłam oczy (po co brać okulary przeciwsłoneczne, lepiej dźwigać parasolkę…), dwa 2% Radlerki w pubie (zero zawrotów głowy, zero objawów fazy… Hm…), jedzenie szarlotki o dziewiątej wieczorem (nic zielonego w menu), wreszcie powrót do domu przed północą.

Dziś za to rozkoszuję się wolnością.
Miałam zostać w łóżku do oporu, ale wiercący za ścianą robotnicy i głód ściskający trzewia nie dały mi zbyt długo pospać.
Zwinęłam włosy w luźny koczek, ubrałam okulary i trochę zbyt obszerne niebieskie szorty i zbiegłam po schodach, żeby iść do sklepu.
Grając na nosie diecie kupiłam sobie bułkę i serek.
Zjadłam w pokoju, w którym przewalały się sukienki, rajstopy, legginsy, dresy, książki, kartki i kubki.
Potem zaległam na sofie i czytałam książkę, udając, że nie rusza mnie burdel wkoło.
Chciałam pożyczyć odkurzacz od sąsiadki, ale pechowo nikogo nie było w mieszkaniu.
Oczka mam podkrążone i opuchnięte, włosy przetłuszczone i prześmierdnięte dymem z papierosów.
Stopy obolałe od wczorajszych koturnów i łażenia po mieście.
A twarz tak promienistą i uśmiechniętą, że uśmiechem mogłabym zarazić wszystkich wkoło.
Wreszcie jestem wolna!!!! ;]
Czujecie to?! ;D ;D :D


PS A teraz wolna M. idzie pod prysznic i...  do pracy ;P ;];];].


http://likely.pl/zdjecie/2142/dziewczyna-w-kwiecistej-sukience-z-trampkiem-w-reku

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz