...

...
M.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Po ;)

Kurczę.
Nie wiem od czego zacząć ;)
Na ogół nie mam tego problemu i nie wiem, jak się rozwiązuje kłopot z brakiem właściwego pomysły na wstęp.
Chętnie zaczęłabym od początku, ale pogubiłam się w wydarzeniach.
Co było najpierw...?

Chyba gorączkowe pakowanie bez robienia listy (niczego mi nie brakło), nerwy, pech i opóźniony piątkowy wyjazd.
Potem dłużąca się droga, słońce palące w oczy i spanie na fotelu pasażera na poduszce Little Miss Naughty.
Szukanie czegoś do zjedzenia w przydrożnym grill barze i ostateczne znalezienie kawałka pleśni na fecie, która - choć w sumie była zielona - nie została przeze mnie skonsumowana.
Brak chęci robienia przykrości miłej właścicielce i dojście do wniosku, że niezbyt wiele zielonożerców jada w grill barze, stąd łatwo wyjaśnić nieświeżość sera ;).
Sensacji żołądkowych brak.
Pewnie dlatego, że sałatka została przepita gorącą herbatą i wyżerającą wszystko Colą.
Potem było szukanie noclegu i formułka: "Dzień dobry, szukam dwóch pokojów dwuosobowych na dzisiejszą noc, czy mają państwo wolne miejsca?" , którą po kilku telefonach klepałam jak zacięta płyta.
Wreszcie znalezienie tanich, acz czystych i przytulnych pokoi (mogę spać w każdych warunkach, przecież mówiłam, że nie księżniczkuję ;P), z wspólną kuchnią wyposażoną jak trzeba, a nawet z łazienką przy pokoju i białymi ręcznikami ;).
Prysznic, wieczorny wypad po jakieś żarcie (miętowy zestaw do manicure/pedicure, dwa lakiery do paznokci, żel pod prysznic o oszołamiającym zapachu - mniam :P), szybka wizyta u wujków i powrót na kwaterę.
Prysznic, brak chęci na sen, czytanie książki, inne.

Rano śniadanie, czytanie, pisanie. Czyli prawie jak w domu ;].
Prysznic.
Znów czytanie, znów pisanie. Peeełnia szczęścia ;P.
Przygotowania do wesela polegające na umyciu włosów i pozwoleniu im schnąć na wolnym powietrzu i pomalowaniu rzęs.
Znów prysznic. Trzeciokrotny.
Nic nie dający, bo upał i duchota robiła prysznic na bieżąco ;P.
Dotychczas taki detoks miałam na siłowni, ostatnim czasem wystarczy siedzieć, żeby czuć się jak na bieżni ;).
Miętowa sukienka - pierwsza tak dopasowana i krótka kreacja ;).
Szukanie właściwego kościoła, utrzymywanie powagi na nabożeństwie (mam wrażenie, że tylko ja chichotałam do drżenia ramion i nie rozumiem, czemu innych nie śmieszyło to co mnie...).
Atakujący i zacinający deszczyk, przechodzący w bombardujący wystrojonych gości deszcz.
"Biały Dom" i białe obrusy, czekające na obiad.
Goście, równie mokrzy co głodni.
Wegetariańska zupa krem, która o mało nie trafiła do na oko siedmioletniego chłopca, bo moim rodzicom zachciało się przemieniać karteczki z imionami ;].
W zasadzie wegański obiad, który o dziwo dostałam jak VIP pierwsza, po raz pierwszy w życiu nie śliniąc się z głodu, kiedy inni kończą jeść ;).
Deser, z którego zjadłam zielony listek. Niestety nie mięty ;].
Królowe parkietu czyli ja, moja mama i ciotka, próbujące rozruszać czekające aż się ściemni towarzystwo.
Wygłupy, szaleństwa, wino, śpiew do zdarcia gardła i skakanie w butach na obcasach.
Wjazd sałatek, które po raz pierwszy zaspokoiły moje wymagające podniebienie ;).
Ból stóp, zmasakrowane palce, akcja - szukanie balerinek w bagażniku.
Zabawa ile tylko miałam sił ;).
Zdrowy, mocny sen w hotelowym łożu.
Szwedzki stół na śniadanie, herbatowanie w ogródku.
Wizyta u wujka, uczenie K. imion wszystkich członków rodziny i powiązań między nimi.
Poprawiny - czyli znów wypasiony obiad, znów taniec od pierwszych taktów melodii, znów wygłupy, znów dobra zabawa. I dla odmiany niebieska sukienka ;)
Kuzynka, pytająca, czy nie myślałam o napisaniu i książki i mój wyszczerz na ten komentarz ;] ;] ;]
Pożegnania, całusy, przytulasy.
Kraków Balice.
Euforia przy kupowaniu książki za ostatnie pieniądze w portfelu (Camilla Lackberg "Pogromca lwów") i czytanie na terminalowej ławeczce przy szmerze głosów obcokrajowców.
Zabranie mamy K. z lotniska, jedzenie greckiej (bez pleśni ;P) i bułki z mozzarelą w aucie.
Przymulanie, spanie, momenty ożywienia, dalsze spanie.
Powrót do domu po pierwszej, świętowane protestem w rozpakowywaniu i rześkim prysznicem.
Noc w swoim łóżku, z którego nad ranem odpadły trzy listewki, powodując "lekkie" zapadnięcie się materaca, ale wcale nie zaburzając błogiego snu i dalej utwierdzając mnie w przekonaniu, że nie ma to jak w dooooomu! ;]



http://tohavefabulousday.blogspot.com/2014/08/mietowy-dzien.html


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz