krzyżem


Kiedy moja mama była mała, zamiast modlić się na mszy świętej, podśpiewywała sobie pod nosem o łąkach i górach. Była czwartym dzieckiem swojej matki nauczycielki, i mojej babci chyba już brakło weny na katolicyzm wysokiego lotu.

Ja, jako jedno z najmłodszych wnucząt, od dziecka nasiąkałam modlitwą. Dodatkowo, ciociobabcia była zakonnicą, więc mogłabym sobie wykleić pokój świętymi obrazkami, gdybym tylko zechciała. Nowenny, litanie, wrzucanie na tacę grosika za grosikiem - a to tylko kilka z obowiązków. Lawą płynąca wizja piekła i niebiański obraz Boga w chmurach. Cotygodniowe uczestnictwo we mszy, ze sprawdzaniem obecności i testem wiedzy. Dobrze, że babcia nie wiedziała o czym jest Harry Potter, bo inaczej nigdy nie kupiłaby mi pierwszych dwóch części ;).

Wyrosłam więc na rozmodloną nastolatkę, która dwukrotnie podchodziła do uczęszczania na oazę. Raz w wieku 11 lat, innym razem w 15stej wiośnie życia. A niby nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki ;)))). Modliłam się rankami, wieczorami czytałam Pismo Święte. Kiedy moja siostra wydawała dolary na studniówkową sukienkę, ja kupiłam wielką niebieską Biblię (którą mój szynszyl obgryzł w bardzo ładne, katolickie ornamenty. Przez chwilę myślałam, że firmamenty). Wymodliłam sobie w ten sposób męża, bo miałam przepis od cioci z Ameryki (całkowicie polska receptura ;)). I nawet jak już zmieniłam plan, uznałam, że wcale nie chcę męża, tylko pracę i kasę, Bozia wiedziała że ma mi podsunąć w Warszawie mojego M. Plus dwa koty - te to akurat były w scenariuszu. Na osiemnastkę zaś dostałam od babci kartonik z wymalowanym zawijasami moim nazwiskiem i notką, że od tej pory misjonarze we Francji, Afryce i jeszcze gdzieś nie pamiętam gdzie, będą się za mnie modlić. DOŻYWOTNIO. Tak więc generalnie to ja bym nie musiała się modlić sama w ogóle. Mam od tego swoich (kupionych) ludzi. A jednak gen modlitewny, tak głęboko zakorzeniony dalej we mnie tkwi...


Jak kot chadzałam różnymi ścieżkami, choć ślub akurat wzięliśmy przed ołtarzem i to przy zerowym nacisku. I nawet dostaliśmy nowe Pismo Święte, edycja ślubna obrączki plus. I mieszkaliśmy cztery lata trzydzieści metrów od kościoła - nagrywałam widok zimą (śnieżyca) i jesienią ("Kolorowy taniec liści"). Bardzo często na niego spoglądałam. Przez to nasze okno.


Ostatnio było jak było. Niełatwo, niesłonecznie, nie do końca. Więc w co poszłam? No poszłam w modlitwę. A jak już wspomniałam; potrafiłam być rozmodlona. Oczy też mam takie dość marzycielsko naiwne, buzia dzierlatki i dwa dołki w policzkach - etiologia: pocałunek aniołka.

Tak więc mam już swoją małą ekipkę. Obligatoryjnie modlę się do Rity, Tadka i paru innych świętych. Plus moi wykupieni misjonarze. Nie chce wiedzieć ile zapłaciła im babcia. Jak jeszcze powiedziała, że ja jestem wege i mam super zdrowy styl życia więc mogę dożyć setki, to pewnie całkiem popłynęła…  

Nie weszłam jeszcze na wyższy level z różańcem. Bo w sumie nie mam w domu różańca. Mama ma kolekcję z całego świata - nasza ciocia (ta z dobrymi przepisami na życie) już o to zadbała. Ale mama mi żadnego nie da. "Jak się daje krzyż, to jakby się komuś życzyło niesienie krzyża!" - mawia. Mogłabym sobie w sumie sama jakiś różaniec wziąć (wiem, że w domu są różne; małe, duże, na palec, na rękę), ale to by była kradzież, czyli w sumie grzech.

Ale dla chętnego nic trudnego, więc i bez różańca się modlę. Modlę się przy kawie, modlę się w malinach, modlę na spacerze. W pracy jeszcze nie wpadłam na to, żeby zasnąć przy biurku i na złapanie przez szefa wybełkotać "W imię ojca i syna, Amen!", ale zmyślna ta sztuczka, zmyślna.


<<<<<<<<<

- Będę leżeć krzyżem - wymyśliłam wczoraj, grubo po 23, kiedy nie mogłam zasnąć.

Będę leżeć krzyżem. Będę.

"Tak. Będziesz, I zaraz złapią Cię korzonki, lumbago i zapalenie pęcherza".

(Tu musiałam poszukać zrobić pisarski research chorób w Googlu i oto jak Google mi poradził:

"Jeśli leżenie krzyżem jest elementem praktyki duchowej lub liturgicznej (np. podczas święceń kapłańskich czy wielkopiątkowych), warto zadbać o izolację od zimna (np. dyskretny podkład pod szaty) oraz starać się rozluźniać mięśnie oddechowe, aby nie pogłębiać napięcia w kręgosłupie. "

I wiecie, co? Ma to sens.

Ale ja w ogóle nie chodzę do kościoła. Nie mogę! Zamarzłabym tam! 

Ostatnio byłam w skansenie. Poranek, las. Chryste - rano nie mogłam znaleźć termy więc miałam tylko wełniany sweter i czapkę. Tak; kolejne kilka dni smarkałam w malinową herbatkę, a jakże! Ja wszędzie marznę. W domu, w pracy, na polu, w przychodni. Ręce jak lody, nogi w ogóle bez krążenia. W lecie upały to się nie da ubrać w kombinezon i pojechać, teraz - jak wyżej. Poza tym mam obawy, że jakby padło słowo klucz „antykoncepcja” albo „życie” to mogłabym czasem wywrócić oczami. Albo trzasnąć drzwiami. Albo wyjść. Zostaje mi miętowe radyjko, ale dziwna sprawa. Jak słucham na BookBeacie Pottera, to mi zakłóca religijny sygnał. Hm.

"Kto śpiewa, modli się dwa razy!" - przypominam sobie zryw mamy, jak sobie przypomniała, gdzie jej parafia.

Taaa... Głos zdarty po pięciu dniach w szkole, uszy już i tak niedosłyszą, ogłuszone decybelami z korytarza. Jeszcze się śpiewać zachciało.



Poleżałam na kolcach - trochę jak krzyżem; wypiłam herbatkę z miodem - ręce nadal stal i lód, zrobiłam sobie owsiankę z malinami na kolację. 

Odkładam hajs, żeby sobie w listopadzie urządzić pielgrzymkę do OBI na kurację światłem, nakupić bransoletek z różowego złota i parę nowych książek. 

Gdyby czasem same modły nie pomogły ;) 


Komentarze