...

...
M.

wtorek, 7 lipca 2015

Zły dzień ;>

Mam zły dzień. Choć odkąd zaczęłam pisać, chyba zrobił się ciut lepszy ;P.

Jeśli chodzi o mnie, kiedy mówię, że mam "zły dzień", dosłownie oznacza to, że jest on zły.
Albo raczej - że JA jestem zła.
Bo nie chodzi w nim o pecha albo o niefortunne koleje losu.
Nieee.
Pogoda, dzień tygodnia, godzina, poziom testowania wytrzymałości moich nerwów przez rodzinkę, złe nowiny, samopoczucie, brzydki wygląd -  też nic z tych rzeczy.
Jestem po prostu dla zasady zła. Bez konkretnego powodu.
A może wręcz dlatego, że cały świat zamiast wspierać mnie i dawać powody do złości, bombarduje moją rozeźloną osobę miłymi rzeczami.
I tak:
Budzę się wyspana, w pamięci wciąż mając miły (choć niezbyt realny...) sen.
Budzę się sama z siebie, nie męczona przez natarczywy dźwięk budzika.
Przeciągam się w łóżku, wstaję z niego dlatego, że chcę, a nie bo muszę.
Waga wskazuje pożądane cyferki, lustro ukazuje zaspaną, ale ładną buźkę.
Nie jestem tak głodna, że próbuję gryźć łyżkę, ale też nie mdli mnie na widok jedzenia.
Owsianka nie jest glutowata ani bezpłciowa, a smaczna i sycąca.
Maliny nie spleśniały przez noc, banan nie zczerniał.
Zlew jest pusty, suszarka do naczyń też.
Tusz idealnie pokrywa rzęsy. Nie ma grudek, powieki nie brudzą się, nie szturcham się w oko, nie mam czarnej smugi na policzku.
Twarz jest bez jednej skazy.
Zero wyprysków, zero kołtunów na włosach.
Jak na złość ;P.
Szukam sobie, szukam.
Czego by się tu przyczepić? Na co uwziąć?
Rodzinka jest przesadnie miła, pies wachluje ogonem na prawo i lewo i nawet o dziwo cicho oddycha, więc nie mogę go opierdzielić, że robi mi przeciąg machając językiem.
W domu jest rześko i chłodno, ale też jasno dzięki wpadającemu przez okno słońcu.
I nawet lekka warstewka kurzu na meblach wygląda swojsko i przytulnie.
Nie ma na co się złościć, jak słowo daję!
Więc złoszczę się na to, że chcę, a nie mam powodów do złości.
O ;P.

Stara zmulająca drukarka przez chwilę odmawia posłuszeństwa, ale po piętnastu minutach i kilku puszczonych z moich ust wiązankach - wypluwa z siebie kartki z pożądaną treścią.
Bluzka leży na mnie jak druga skóra, legginsy wyglądają lepiej niż zwykle.
Patrzę w lustro i jestem zła, że tak dobrze wyglądam, skoro tak źle się czuję.
Bo czuję się źle!
Chociaż nic mnie nie boli. Ani głowa, ani gardło ani nadgarstek.
Wciskam sobie pięść w brzuch, ale nawet jajnikowi nie chce się zareagować.
Chodzę po domu jak burza, zrzucam z siebie bluzkę, zrzucam legginsy.
Wywalam na środek pokoju pół zawartości szafy, czując lekką ulgę po zrobieniu na podłodze mega miszungu.
Ostatecznie zakładam tę bluzkę i te spodnie, które miałam na sobie na początku, wsiadam do auta, wkurzając się, że tak ładnie i zgrabnie wyjechałam z podjazdu, choć na spokojnie nigdy mi nie wychodzi tak perfekcyjnie i oddychając głęboko, wyjeżdżam na ulicę.

Brak miejsc do parkowania na chwilę daje mi pretekst do narzekania, ale już - już ktoś tam czuwa, żebym czasem nie mogła się powkurzać i ta daaam - jest miejsce jak ta lala.
Wprawdzie w pełnym słońcu, ale na pierwszorzędnym miejscu i na tyle duże, żebym nie musiała się gimnastykować przy celowaniu.
Choć dzień zapowiada się upalnie, wszyscy są jakoś dziwnie uprzejmi i radośni.
I nawet słyszę komplement, że schudłam, co mnie dla zasady drażni ;].
Droga na Sanok upływa w idealnym spokoju.
Zero wzmożonego ruchu, korków, nerwowych kierowców.
Światła na mój widok zmieniają się na zielone, jakbym dzięki zielonemu blogowi miała patent na zielone, pieszy nie wciskają się na przejście, auta nie trąbią jak szalone.
No bajka, po prostu bajka...
Co mnie oczywiście wkurza ;P.
Wreszcie jedna głupota, jedna mała pierdółka.
Fajna piosenka w radiu, ulotne wspomnienie, orzeźwiający łyk wody z lodówki, nowy thriller prosto z biblioteki, sorbet porzeczkowy w rożku.
I już, teraz, nagle, w tej sekundzie wszystko... mija.
Cała złość się rozchodzi, znika napięcie, odchodzi w zapomnienie ta dziwna złość i nerwy.

Z uśmiechem i wdziękiem pytam o drogę, z uśmiechem i wdziękiem wręczam sekretarce swoje CV, z uśmiechem i wdziękiem wracam do auta.
Nawet z uśmiechem i wdziękiem kleję się do siedzenia, a potem z uśmiechem i wdziękiem przebieram się w szare szorty i szary podkoszulek w łazience na CPNie, balansując na jednej nodze i wycierając mokre plecy ręcznikiem jednorazowym.
Jadę w ciemnych okularach, przy otwartych na fulla oknach, wydzierając się na cały głos: "Jutro znowu gonić, biec, latać ponaaaaad".
Szczerzę się do swojego odbicia i truskawkowych kolczyków w uszach.
Włosy wirują mi wkoło głowy, wyplątawszy się z misternie ułożonego kucyka.
I dziwię się, czemu przed chwilą byłam taka zła.

Przez miasto idę jak Promyczek Szczęścia, rozdając uśmiechy jak klown balony.
Nikt by nie wpadł na to, że dziś mam z zasady zły dzień, bo nie wyglądam na złą.
Do czasu, kiedy coś nie spowoduje, że przypomnę sobie, że drzemie we mnie mały złośnik, który tylko czeka na reaktywację.
Sama jestem w szoku jak potrafię zachować twarz i stalowe nerwy.
Sama jestem w szoku jaką jestem ostoją spokoju, kiedy delikatnie zapalam zapłon i wyjeżdżam z parkingu.
Jestem w szoku, że nie rzucam ziemniakami, kiedy obieram warzywa.
Kiedy gotuję, jem, myję naczynia, przecieram blaty.

A potem wpadam jak bomba do swojego pokoju i robię sobie ostrą terapię trzygodzinnego sprzątania, podczas której zrzucam z szaf książki rozkoszując się ich łomotem na panelach, następnie układam je od największej do najmniejszej na półkach, segreguję ciuchy i odkurzam przestrzenie za biurkiem i łóżkiem, co na ogół świadczy o:
a) dużej ilości wolnego czasu,
b) dużym stopniu wkurzenia.,
c) chorobie,
układam, sprzątam i czyszczę wszystko co można ułożyć, posprzątać i wyczyścić i biegam z językiem na brodzie szukając sobie zajęcia.

Półki lśnią, umyte trzykrotnie wodą z mydłem.
Podłoga lśni i dodatkowo pachnie cytrusowym płynem.
Pościel poskładana, prześcieradło wygładzone, poduszki ułożone w szeregu.
Chustecznik jest ustawiony pod właściwym kątem, pudełka z biżuterią tworzą skomplikowaną kompozycję, frotki do włosów ładnie komponują się z lakierami do paznokci, a notesiki i zakładki ozdabiają biurko.
Pluszowe pandy patrzą na mnie dziwnym wzrokiem, skulone pod pochyłym sufitem poddasza, kiedy wyrównuję do linii poskładane w równiutki stos zeszyty.
A ja ociekam potem, brudem, kurzem i pyłem.
No i złością.
Wreszcie mam ku niej powody, bo jestem głodna, zmęczona, zgrzana i lepka od potu.
Ale powoli, z każdym oddechem przesyconym pyłem ze starych książek czuję się lepiej.
Czuję się wypompowana i wiem, że całkiem pożytecznie się wyżyłam.
Czuję też uzasadnioną potrzebę zapełnienia brzucha i wzięcia nieprzyzwoicie długiego prysznica, co też robię, wsuwając dwie miski zimnego mleka sojowego z musli z kawałkami truskawek, a potem tak długo mydlę się ulubionym żelem pod prysznic, że nogi grzęzną mi w gęstej pianie.
Po włosach spływają mi kaskady gorącej wody, głowę opieram o płytki, oddycham, wyciszam się, uspokajam...


A teraz siedzę rozkoszna i pachnąca na pufie, z nogą założoną o nogę i głową wspartą na łokciu.
Oczka mam słodkie i niewinne, tusz zmyty ciepłym wacikiem z mleczkiem.
Ubrałam zwiewną białą i półprzezroczystą sukienkę, rozpuściłam włosy, chodzę boso.
Rusałka, jak słowo daję.
Ale czasem lepiej jej nie rusać.
Taka skromna rada ;).




PS Wpis i zły dzień były wczoraj. Dziś rozpiera mnie energia po miłym dniu i poznaniu sympatycznych osób, a także endorfiny po wyciśnięciu ósmych potów w nagrzanym powietrzu robiącym z pokoju saunę, a ze mnie zmokłą kurę ;). Ale czasem złośnica ze mnie nieprzeciętna, nie da się tego ukryć ;P.

http://maccsa.bloblo.pl/pokaz/218766,dzieci

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz