poniedziałek, 14 maja 2018

Niebieski wpis

Blue, Blue, Blue.
W mojej głowie tylko Blue :)
Blue stanowi centrum naszego wszechświata.
Pierwszym zadawanym pytaniem kiedy wpadamy do domu jest:"Gdzie jest Blue?", a przez telefon "Co robi Blue?".
Pierwsze po przebudzeniu to Blue, a przed zaśnięciem też Blue.
Kot zdominował nasze życie, a ja jestem z tego mega zadowolona :)

Mamy go nieco ponad tydzień, a już nie pamiętam jak było wcześniej.
Póki co rozrywek z nim związanych mamy mnóstwo, a przyjemności jeszcze więcej.
Ja mam urlop, łącznie 11 dni wolnych, przeznaczonych na oswajanie i dopieszczanie Blue.
Tak, wzięłam dwa dni urlopu na kota ( ;)) reszta mi się dostała.
Mam więc całkiem sporo czasu na poznawanie go, zapoznawanie z mieszkaniem i cieszenie się tym, że jest malutki, bo rośnie z dnia na dzień.

O ile w jego pierwszy dzień u nas był wycofany i przestraszony, a pierwszą noc słodko spał w legowisku koło nas, tak później każda noc i każdy dzień były inne.
W nocy Blue spał, albo nie spał, wchodził za sofę i trzeba było w nocy odsuwać kanapę, żeby go wydobyć, spał całą noc sam w salonie albo całą noc z nami w łóżku. Spał też między nami, między naszymi poduszkami, pod moją poduszką i na poduszce Mateusza. A bywało też, że nie spał i musiałam brać kocyk, poduszkę i z kotem po pachą iść spać do drugiego pokoju, żeby się Mateusz wyspał. Było też nocne karmienie, nocne czyszczenie kuwety i nocne zabawy. Podczas tego ostatniego przeczytałam nawet 3/4 "Dziewczyny z pociągu" i tak mnie wciągnęło czytanie, że kot spał rozciągnięty na kanapie, a ja czytałam do czwartej.

W ciągu dnia za to Blue śpi bardzo chętnie.
Nie mamy sumienia go budzić, ale popołudniami zaczynamy go bardziej aktywizować.
Ogólnie Blue jak to koty mają w zwyczaju, upodobał sobie swoje miejscówki. I nie są to legowisko, drapak czy kocyk.
Nasz kot śpi na oparciu kanapy, na fotelu (najlepiej jak jest na nim zawieszony ręcznik, żeby mógł pod nim harcować i spod niego wyskakiwać) i na taborecie. Ostatnio także w naszym łóżku i na poduszce u Mateusza. Nie śpi w swoim koszyczku, podobnie jak zamiast bawić się na drapaku, bawi się na lampie, a zamiast jeść z porządnych ceramicznych miseczek za trzy dychy woli jeść z podstawek pod doniczki (od 40 groszy do złotówki), bo są płytkie i nie musi w nich moczyć wąsów.
Karmę za to je chętnie z górnej półki, a będzie jadł z jeszcze wyższej, bo nas weterynarz oświecił, co jest dobrą marką, a co ma dobry skład.
Ja jednak wychodzę z założenia, że jak się ma zwierzątko, zwłaszcza takie typowo domowe, wychuchane to się na nie chucha i kupuje to, co najlepsze.
Jak czegoś nie zje to nie zje, jak jedzenie za długo leży to je bez żalu wywalam, jak coś lubi to mu kupuję.
Czasami mam wrażenie, że właściciele zwierzaków obchodzą się z nimi lepiej niż niektórzy rodzice, dając dzieciom śmieciowe żarcie, wmuszając w nie jedzenie co by się nie zmarnowało (albo patrz: Jedz, bo za darmo dajo!) albo żałując mu czegoś. Dla mnie od początku było jasne, że nie będę odświeżać szafy na wiosnę, wymieniać telefonu (chociaż jak wrócę do pracy i okaże się, że mogę rozmawiać tylko na głośnomówiącym to lipa, wyświetlacz i pęknięty ekran mam od tak dawna, że już nie pamiętam od kiedy :D) ani kupować sobie pierdół, bo stokroć bardziej wolę kupić coś kotu. Nasz kot ma większość rzeczy z asortymentu dziecięcego, bo dziecięce zabawki czy kocyki są często lepszej jakości, no i są ładniejsze. A generalnie Blue to nasze pierwsze wspólne dziecko ;)
To taka typowa przypadłość bezdzietnych, mieszkających razem par. Traktowanie zwierzaka jak dziecka. I to takiego rozpuszczonego dziecka.
Nie działo się tak, kiedy mieliśmy swoje zwierzaki. Tak, ja kocham golden retrivera Mateusza (nawet zajmowałam się nim przez parę dni), on uwielbia mojeee, eee, mojego psa (kotkę uważa za pomiot szatana...). Ale jak już mieszkamy razem i decydujemy się na wspólnego zwierzaka, któremu razem wymyśla się imię i kupuje gadżety to jest coś innego.
No i cóż. Mamy narady jaką karmę kupować i ile jej zamówić, w terminarzu zapisujemy datę szczepień, razem jeździmy do weterynarza. Do tego mamy żeńsko - męski podział prac. Ja piorę i prasuję kocyki, żeby nie śmierdziały płynem do płukania (bo przecież kot nie lubi mocnych zapachów), a Mateusz składa transporterki i drapaki z elementów. On kota rozbawia, a ja go tulę.
Tulę, miziam, noszę i karmię. Tak, karmię. Mięsną karmą ;D.
Szybko więc stałam się kocią mamą i wreszcie doczekałam się tego, czego zazdrościłam mamie, a co przytrafia się dopiero wtedy kiedy samemu wstaje się w nocy do zwierzaka, porcjuje się palcem mokry mus dla kociąt albo sprząta kupę z kuwety. To, że kot traktuje mnie jak swoją pańcię, chodzi za mną krok w krok, smyra mnie noskiem o nos i szczerze uwielbia, za to karmienie i sprzątanie właśnie.
No i mam to, o czym tak marzyłam. Kocyk, książka i KOT. Wieczór, herbata i KOT.
Boże, jakie to cudowne. A myślałam, że nie będzie mi to dane, bo Mateusz tak skwapliwie zapewniał, że wszystko tylko nie kot.
A tu proszę. Składam pranie, a kot podrzuca w górę zrolowane skarpetki i chowa się między kupkami prania. Idę do toalety, a kot truchta za mną. Wchodzę do domu, a kot leci się przywitać, mrucząc i miziając mnie nosem o policzek. Siadam z laptopem na kanapie, a on przychodzi koło mnie. Rano się budzę, a on się przeciąga słodko i mruczy. No bajka, po prostu bajka.



PS Blue jest u nas prawie trzy tygodnie, a ja mam jednak ten nowy telefon :). Wszystkie zdjęcia poniżej są zrobione starą (spękaną ;P) Lumią (*spękaną, bo spękaną, ale zdjęcia robi dobre ;>). Aaa, wróć, część może być zrobiona Mateuszowym edgem, ale to mało ważne. Najważniejsze jest to, że Blue rośnie jak szalony (bo żre jak szalony), więc już się troszkę zmienił, ale nie martwcie się. Nowe zdjęcia są robione z częstotliwością milion na minutę :)














































wtorek, 1 maja 2018

Blue

- Nigdy nie będziesz mieć kota - zakomunikował mi mój chłopak pół roku temu.
- Nie cierpię kotów. Nie zgodzę się na kota. Albo ja albo kot - powiedział wtedy.

Teraz siedzi na kanapie, zerka na naszego kota i mówi do niego, żeby przyzwyczajał się do imienia.
Sprezentował mi rocznicowy prezent przed rocznicą.
Pierwsza rocznica ślubu jest papierowa, przyjmijmy więc, że rocznica niechodzeniowo - mieszkaniowa jest futrzasta.
Futrzaste szczęście jest białe, z szarymi łapkami, uszkami i ogonem.
Waży 0,7 kg.
Ma niebieskie legowisko, niebieskie oczy i niebieskie imię.
Bo na imię ma Blue :)



                                                                   ***
Moja kotka urodziła dwa tygodnie temu cztery małe cudowne kotki.
Dowiedziałam się o tym siedząc w szpitalu.
W szpitalu wylądował mój niezdarty Mateusz, któremu nie mogliśmy zedrzeć anginowej czterdziestostopniowej gorączki przez trzy dni.
Anginę złapał w piękną pogodę. Był okazem zdrowia, kiedy ja zdychałam na przyniesione od dzieci jelitówki, grypy i zapalenia ucha zimą.
Zimą miauczałam Mateuszowi o kota, wpadając w depresyjne ciągi wieczorami i nocą.
Wieczory i noce spędzałam zamiast w pracy - w domu, za to sama.
Sama być wcześniej chciałam, ale z kotem.
Kot urósł dla mnie do rangi dobra największego, życiowego celu i marzenia do spełnienia lata temu.
Latem, na początku znajomości powiedziałam Mateuszowi, że nie będę gotować mu mięsa i że nie chcę mieć dzieci. O kocie mówiłam. Ale czy aż tak, że bez niego zginę? Nie wiem.
Nie wiedziałam też czym jest życie z facetem i czym jest związek.
Związek polega na kompromisach i negocjacjach wobec czego ani jedno ani drugie nie myśli o rozmnażaniu, ja pichcę mięso, a Mateusz z rodziny kotów odkrył ragdolle.
O ragdollach nie miałam pojęcia, a niby taka ze mnie kociara.
Kociarz się zrobił z Mateusza, kiedy dowiedział się, że ragdolle to koto - pieski, przyjazne, przymilne i piękne.
Piękna była chwila, kiedy Mateusz stwierdził, że życie jest za krótkie, żeby odmawiać sobie szczęścia.

++++2 (*Blue). Szczęście zdarzyło się po nieszczęściu. Kiedy wróciłam do domu płacząc, że na moich oczach auto zabiło kota i zbierałam go z ulicy, a on konał mi na rękach, Mateusz rzucił hasło, że kupujemy ragdolla.
Ragdolla mieliśmy kupić za jakiś czas, jak się jakiś ragdoll trafi.
Trafił się za dwa tygodnie, pod warunkiem, że decyzja zostanie podjęta w ciągu chwili.
Chwilę później w mieszkaniu była już kuweta rozmiaru XXL, miski i legowisko.
Dzień po przyjściu zamówienia, siostra oznajmiła mi, że nasza kotka ma paskudną ropiejącą ranę na łapie, która brzydko wygląda i cyt. "chyba" się spodziewa.
Nie spodziewałyśmy się, że trzy dni później urodzi.
Urodziła. Cztery małe koty...




Ragdolla mieliśmy zaklepanego na majowy weekend.
Miał już parę tygodni, szare wstawki w białej sierści, imię w mojej głowie i wyprawkę w miętowej torbie na prezenty.
Wtedy pojawiła się obawa, że mnie zabiją. Wszyscy po kolei.
Tato, że Mateusz kupił mi kota, a w domu są kocięta.
Teściowie, kiedy dowiedzą się, że wpuszczamy do mieszkania potencjalnego drapacza mebli i pasożyta.
Kiarka, że nie wezmę kociaka od niej tylko kupię wychuchanego synka do chuchania tylko dlatego, że jest z natury spokojny i mało kłopotliwy.
Mateusz, jeśli kot będzie sikał gdzie popadnie, miauczał dzień i w nocy i ostrzył pazurki na drzwiach w wynajmowanym mieszkanku.
A ja osiągałam właśnie pełnię szczęścia.
Komplet kociego ekwipunku w mieszkaniu, oglądanie zabawek i kocyków dziecięcych dla kociaka, cztery oseski w domu. Pełnia szczęścia.

dduuuuuuuuuxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxjjjjjjjjjjjjjjjjjjjj-------------------------------------------/999999999999999999999999999999999999999999999999999999999999999999999999222200444444444444444444444777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777777-------7


Tak. To też był Blue...




















Ekhm. I wtedy łapa Kiary zaogniła się, więc zabraliśmy ją do weterynarza.
Łapa wymagała zabiegu, a zabieg narkozy.
Po narkozie nie mogła karmić, a jak nie mogła karmić - skazała kocięta na butelkę, a moją mamę i siostrę na nocne wstawanie i karmienie.
Karmiłam kocięta z doskoku, bo doglądałam w tym czasie chłopaka w szpitalu.
Nie wszystkie kotki załapały o co chodzi z jedzeniem z butelki. Były malutkie jak szczurki, ale ich wola życia była ogromna. Jeśli nie widzieliście małych kociąt, które próbują ssać butelkę chociaż nie potrafią, które krzyczą głośno, że są głodne to powiem Wam, że widok jest bezcenny. I nie wiem, naprawdę nie wiem, jak można utopić kotki. One już po urodzeniu zaczynają miauczeć, wić się, szukać sutka i zaciskać łapki. Nie wiem, naprawdę nie wiem jak można walczyć o prawo do życia nienarodzonego, krzyczeć pod sejmem i modlić się pięć razy dziennie, a potem wrzucać żyjące już koty do wiaderka z wodą. Albo mówić, że aborcja to zło, zło, zło, ale krzywdzenie żywych zwierząt jest normalne. Ja jestem nienormalna. Ja uważam, że często wolę zwierzęta od ludzi...
Po dwóch dniach dostałam telefon, że dwa kotki nie przeżyły.
Strata była okropna. Kiedy walczy się o kocięta, karmi je i ogrzewa, ich strata boli mimo, że żyły krótko.
Miałam spieprzony cały dzień i drżałam o resztę kociąt.
Został nam rudy i szary kociak.
Wydawały się być silniejsze i mocniejsze. Karmienie, termoforek z wodą, masowanie brzuszków... Wszystko, żeby było dobrze.
Nie udało się. Po tygodniu został jeden kociak. Ten, który urodził się ostatni i który wydawał się nam najsłabszy. Zwykły, mały burasek, który podbił nasze serce.
I o ile wcześniej zastanawiałyśmy się, komu oddamy kotki, teraz z góry wiadome było, że nikomu  nie oddamy szarego kota.
Szaraczek jest regularnie karmiony, masowany, dopieszczany i doglądany.
Z naszych obliczeń wynika, że dzieciaki Kiary były wcześniakami. Może przez tą zranioną łapę, może o prostu same z siebie. Na pewno nie pomogło też to, że Kiara nie mogła ich sama karmić.
Teraz trzymamy kciuki, żeby Precel (od pierwszego dnia w preclowatej pozycji) przeżył.
Ma śliczne rysy kociej twarzyczki, rośnie jak zwariowany, wisi pół dnia przy cycu, wygląda jak mała kluska. Oczu jeszcze nie otworzył, czekamy na tę chwilę z niecierpliwością.
Kiara karmi już sama.
Mamy nadzieję, że jednego synka wykarmi.








































Nasz "synek" :) śpi na oparciu kanapy.
Transport przespał, u weterynarza pomarudził, w domu poszalał i przespał całą noc.
Nie chciał wejść do łóżka, nie budził się, nie łaził po mieszkaniu.
Wie, do czego służy kuweta, z pasją wysypuje z niej żwirek.
Jest bezbłędnie rozkoszny i mega słodki.
Figluje, je, śpi.
My jesteśmy wyspani, zadowolenie i kompletnie zakochani.
Wygląda jak puszysta zabawka, nie płacze, nie trzeba mu dawać cycka ani przewijać. Je sam, sam się myje, a kupę sam zakopuje w żwirku. Jeszcze trochę i nauczy się ją pakować w worek i wyrzucać do śmieci ^^. Mnie nie boli żadna część ciała, nie mam baby bluesa ani sześciotygodniowego celibatu.
Tak.
Właśnie o takim dziecku marzyłam ;)

PS "Teraz ludzie pewnie powiedzą - patrz, powaleni, zamiast se dziecko zrobić to kota kupili, pff" - mówi Mateusz, a ja wywracam oczami za każdym razem kiedy ktoś zachodzi w ciążę, myśląc: "Nie ma co robić tylko dzieci rodzić, pff" ;)