wtorek, 18 września 2018

Flaminga brak

Kocham jesień.
Zawsze mam niedosyt lata, bo musiałabym mieć dwa miesiące wakacji (za rok, za rok!), wczasy w ciepłych krajach jednorazowo i basen na podwórku na co dzień, podwórko z własnymi malinami, własne podwórko, dmuchanego flaminga we własnym basenie i cały czas pomalowane paznokcie (nie tylko na L4), żeby nie czuć summertime sadness, ale kocham jesień.
Nawet jak co roku kiwam głową, że znów nie nosiłam połowy swoich letnich ubrań, nawet jak kupię (jak tego lata) milion sukienek, a ubiorę każdą jeden raz to nie żałuję.

Co roku mam inną misję jesień.
Była misja świetlne kulki (cotton ballsy), była misja kot (Kiarka), była misja książki, bluzy, kocyki, dyniowa zupa. Teraz są swetry.
Jako fanka bluz mało mam w mojej szafie swetrów. W tamtym roku kupiłam poncho. Śliczne, szare, mało praktyczne na co dzień.
W tym roku ocipiałam na punkcie sweterków.
Zawsze marzy mi się też jesień z internetu, czyli wprowadzenie w życie tych pięknych zdjęć z instagrama i postów o jesieni - brodzenie w liściach, koszyk z jabłkami z sadu, kot zwinięty w precel, poranna mgła, picie kawy z widokiem na ogród. Trawa udeptana kaloszami, pies z mokrym od brudnej kałuży brzuchem, spiżarka z własnoręcznie zebranymi owocami w słoikach, naklejki "home made" na każdym słoiczku, kratkowana szmatka na wieczku - obowiązkowo.
Kota mam, kocyki, książki, kubki też. Brakuje tylko domku. Do tego się doczłapię. Powolutku.
Mieszkanie też jest świetne, zwłaszcza jak mieszka się we dwoje, zwłaszcza jeśli od niedawna, tylko jeśli z kotem ;).

Jesień jest cudna jeśli jest słoneczna, złota i piękna.
Ale jak pada deszcz i tak jest klimatyczniej niż w lecie.
W lecie efekt robią burze, na jesień jesienna pogoda. Pogoda pod psem.
Nie cierpimy pluchy.
Ale herbata nie smakuje tak samo w ładną pogodę, gruby koc tak dobrze nie leży, książka nie wchodzi tak dobrze jak kiedy za oknem szaro i brzydko.
Lubię zapach jesieni, ten chłód wdzierający się oknami, kiedy trzeba zakładać coś cieplejszego i narzucać na siebie koc.
Nawet jeśli jesień powitam smarkaniem, chrypą i lekami, to i tak się nią cieszę ;)

Od października zmieniam pracę.
Wiem, ani Was to grzeje ani ziębi.
Ze zmiany pracy uczyniłam niemalże sport, nigdzie nie zagrzałam miejsca dłużej niż pół roku, byłam i w szkole i w policji, a teraz z przedszkola idę do szkoły.
Nie będę mieć do pracy pięć minut jak teraz, będę musiała jeździć jakieś 10 kilometrów, ale za to mam 20, nie 40 godzin tygodniowo, dzieci powyżej 10, a nie mniej niż 5 lat.
Mam nadzieję, że mniej będzie katarów i przeziębień, mniej hałasu i mniej migren.

Po trzech latach starań do policji, po dostaniu się do niej, po pracy, po decyzji o powrocie do nauczania, kiedy okazało się, że jednak - o kurde - ja choruję co dwa tygodnie, bo łapię infekcje od maluchów, a osiem godzin w krzyku i płaczu równa się leki na migrenę, zwątpiłam.
Z jednej strony nie wolno się ze sobą pieścić, z drugiej - każdy powie, że kontakt z dziećmi to wylęgarnia wirusów, a obciążenie hałasem odbija się na układzie nerwowym.
I jeśli ma się spędzać czas na zwolnieniu lekarskim, a popołudnia na przeciwbólach w krwioobiegu to lepiej zmienić pracę.
No to zmieniam. Jak zawsze ;)

Jesień ma dla mnie bez większych odmian kolor miętowy.
Miętowe mam krzesła, miętowe poduszki, gąbki kuchenne i połowę akcesoriów, z zaparzaczem herbaty i deską włącznie.
Swetry kupiłam w różnych kolorach, kaloszy nie mam - na cholerę mi skoro flaminga, własnych malin i własnego ogródka brak. Aktualnych zdjęć też. Nie umiem się zmotywować, żeby pościągać fotki na laptopa. Zawsze mnie boli jak muszę usuwać zdjęcia z telefonu, więc magazynuję je na komórce.
Wiem. Źle. No dobra, wzięłam komórkę, zgrywam zdjęcia. I tak nie mam tu nic wartościowego. Siedzę przeziębiona to ani liści, butów w liściach ani tyle.

I tak jest fajnie.
Kurier przyniósł mi sweterek z zalando, Mateusz pomalowane na pastelową miętę krzesła, Blue namoczoną w misce niebieską gumkę.
Mam bieżnik w listki, pościel w sowy, poduchę sowę na stopy, zero nowych kocyków i kubków.
Mam katar i zajętą krtań od tygodnia, a chociaż spod inhalacyjnego koca się nie wynurzam, nic nie pomaga.
Aaa i mam suknie ślubną, ale ni chu chu Wam nie pokażę i nie powiem, bo mam wpis sukienkowy, wpis mieszkaniowy i wpis koci, nie będę wyprzedzać faktów.
Zmieniłam mieszkanie. Rozjaśniłam włosy. Schudłam. Mam sukienkę ślubną. I tak Wam jej nie pokażę ;)































 O, zdjęcia się zgrały. Łapać:



























poniedziałek, 3 września 2018

Kobiece Kajmany

Skoro wystarczą dwa dni wyjazdu, żeby nabrać energii, dwa tygodnie w domu w zupełności wystarczą żeby odpocząć.
W czasie urlopu na początku miałam gorące lato, potem kilka mega zimnych dni i na koniec pogodową jesień ze spadającymi liśćmi i chłodnymi wieczorami.
Byłam na rowerkach, na motorówce, na skałkach, na tajskich lodach.
Na obiedzie, na ciuchowych zakupach, na dwóch spontanicznych przymiarkach ślubnych sukienek. Teściowa była zachwycona, teść też, ja nie ;). Na drugiej przymiarce miałam trochę lepszą minę, mój Mateusz też. Bo ja na przymiarki jeżdżę zawsze z kimś i nigdy nikogo nie słucham ^^.
Byłam też na weselu bawić dzieci, żeby odłożyć na swoją suknię - odłożyłam na mieszkanie i notariusza. Nie, nie kupuję - wynajmuję, czyli zmieniam obecne.
Spędziłam dużo poranków z chłopakiem i całe dnie z kotem.
No, ale przede wszystkim miałam masę załatwień i łażenia po rozmowach i urzędach, no i najlepsze - tygodniowe święta. Kajmany, raj. Nie podatkowy, a porządkowy. Brak sprzątania ;)
Z racji przeprowadzki zbojkotowałam porządki.
Totalnie.
Zero sprzątania, zero porządków. No, oprócz kuwety, naczyń i prania.
Nie opłaca się odkurzać, nie opłaca się ścierać kurzu, nie opłaca się nic robić.
Kurz na komputerze drażnił mnie już niemiłosiernie, ale go nie tknęłam, zaprzyjaźniłam się z miotłą, żeby nie tykać odkurzacza i wyniosłam na balkon dywaniki, bo po co mają zbierać paprochy.
Padł mi kolejny storczyk, a lawenda i Biały Kwiatek z balkonu zginęły tragicznie przez niepodlewanie. Mała strata. Na kolejnym mieszkaniu nie ma balkonu.

Przedwczoraj byłam z Bluśkiem pół dnia u rodziców, pół u cioci.
Wczoraj u teściów, u dziadka Mateusza.
Późnym popołudniem zjadłam śliwkową tartę, wypiłam z siostrą herbatę i pomalowałam paznokcie u rąk na czerwono.
Ogólnie paznokcie maluję tylko na chorobowym, bo inaczej albo czasu nie mam albo czasu mi szkoda.
Malowałam, malowałam, malowałam.
Najpierw pieściłam się z nimi i siedziałam z rękami na boki.
A potem umyłam pojemnik na zlewki z ekspresu, suszarkę na naczynia, pojemniczek na płyn do płukania w pralce i kocią kuwetę.
Posegregowałam papiery i dokumenty, spakowałam zbędne pamiątki, pluszaki i książki.
Ogarnęłam pranie, ciuchy, uschnięte liście po storczyku.
Posprzątałam lodówkę, z grubsza ogarnęłam kibel.
Kurze z komputera też starłam.
Paznokcie nie są już tak śliczne, a w mieszkaniu dalej bajzel, tym razem przeprowadzkowy.

Przeprowadzkę szykujemy lada dzień.
W sam raz na urlopie Mateusza, żeby się czasem nie nudził :)
No bo urlopy się nam niestety nie zbiegły, a może i stety, bo mniej wydatków.
Wydatki jak to wydatki, wszystko na raz, ale wszystko fajne.
Ciąg dalszy nastąpi, migrenuję, idę spać :)






niedziela, 26 sierpnia 2018

W duchu ekologicznym ;)

Dziesięć lat temu myślałam, że jak będę w swoim obecnym wieku, będę mieć męża weganina z awersją do szamponu i grzebienia, co najmniej trójkę niejedzących mięsa dzieci i drewnianą chatynkę z obornikiem i ogródkiem.
Że dzieci będę na przemian dostawiać do cyca nawet jeśli będą już miały pełne uzębienie, pieluchy będę mieć z tetry, bambusa albo konopii i że nie będę pracować tylko chować potomstwo w duchu ekologicznym.
Mój przyszły niedoszły miał mieć tolerancyjnych rodziców, ja miałam znaleźć dobre wegetariańskie przedszkole bez glutenu i cukru w menu, a dzieci miały się być empatyczne i troskliwe wobec króliczków, ptaszków i dżdżownic.
Miałam też wtedy głębokie przemyślenia, jaką to nadopiekuńczą matką bym była, jak mocno restrykcyjne miałabym poglądy dotyczące żywienia czy whatever, a mój mąż to może lepiej żeby jednak był wegańską sierotą bez rodziców, bo ci pewnie piali by nad naszymi bladymi zagłodzonymi dziećmi.








Ja pier***. I ja zdałam maturę na piątki, skoro myślałam o takich głupotach...?

Nie wzięło się to znikąd, bo jako raczkująca wegetarianka przyssałam się do forum rodzin wegańskich i dojrzewałam w atmosferze par z naturalnymi metodami poczęcia, lotosowymi porodami i zasypywania dzieci skrobią zamiast sklepowym dziecięcym pudrem. Na forum bytowałam głównie dlatego że jego użytkownicy traktowali mnie miło, doradzali w kwestii zastępowania białka i robienia hummusa.
Jedynym plusem było chyba to, że żarłam głównie trawę, gardziłam lekami, a leczyłam się maścią ziołową do nosa, ciepłymi skarpetkami i gorącą malinową herbatą, więc nie byłam taka zdechnięta, słaba i blada jak teraz (jedząc nabiał, masło, słodycze i popijając to kawą i Colą) i nie było mowy, żeby brać no spę na okres albo apap na ból głowy. (Nigdy nie używałam kubeczka menstruacyjnego, kąpałam się codziennie tym, co mi ładnie pachniało, acz jak widziałam szczęśliwego króliczka "nietestowania" na zwierzętach to mi było miło, nie grałam na żadnym dziwnym bębenku, nie miałam dredów i nie byłam w sekcie).

Przeszło mi gdzieś tak po jakimś czasie i nigdy w życiu nie miałam ani chłopaka wege ani takiego, który się nie mył ani takiego, który jadł wydawał na jedzenie więcej niż ja.
Wizja wegańskich dzieci w śpioszkach z ogranicznej biobawełny upapranych cukinią z przydomowego ogródka też mi przeszła.
Zacznijmy od tego, że w ogóle przeszła mi wersja pieluch, niezależnie od tego czy miałyby niezdrowe absorbenty czy podejrzany roślinny skład.
Ani nie byłam imprezowa ani flirtująca ani przebojowa, ale szybko ułożyłam sobie plan - studia, praca, singielka i kot. Owszem - z ogródkiem i chatynką, z marchewkami i ziołami, bez opcji facet i dzieci.
I cóż.
Nie sądziłam (kto w ogóle kiedykolwiek miał to, co sądził?), że okaże się, że uwielbiam (nie, nie mięso ;D) markowe ciuchy, drogą bieliznę, sportowe buty, pszenne (glutenowe) bułki z makiem i kosmetyki z slsami.
Że nie będę mieć ekologicznej lnianej chusty na berbecia tylko sportową kurtkę z małym drogim znaczkiem, zamiast balii z mydlinami zmywarkę (jeszcze prawie przez miesiąc, potem adios - przeprowadzka ;)), a prać nie będę w orzechach (przyznam, że pranie jest wtedy doprawdy bardzo mięciutkie) tylko w kapsułkach i dużej ilości coccolino.
I że nie będę mieć weganina tylko (i chwała za to) mięsożernego faceta z krwi i kości, który nie płucze jelit, nie kupuje wegańskich bio gumek i nie ma BMI trzynastoletniej niedożywionej dziewczynki.
A oprócz faceta że będę mieć dziecko, tylko że kocie ^^.



Tak to już jednak jest, że jeśli miało się znaczne odchylenia od normy w wieku dziecięcym i nastoletnim, w życiu dorosłym raczej one nie znikną. Obiorą tylko inny kierunek, zmienią kurs i uderzą ze zdwojoną siłą.


Kota mamy rasowego.
Wymarzonego, wychuchanego, wyczekanego.
Planowanego, uzgadnianego, chcianego. Na imię mu Blue.
U moich rodziców nasza kotka Kiara wpadła z kocurem sąsiadów i owocem miłości jest Precel. Precel jest chowany w domu wielopokoleniowym, z ciotką i dziadkami, Blue jest dzieckiem dwojga młodych, ambitnych rodziców.
Blue dostał pretensjonalne, angielskie, ładnie brzmiące imię, z którym odnalazłby się za granicą (ma już czipa), Precel został swojskim Preclem bez udziwnień.
Od pierwszych chwil jesteśmy zaangażowani w wychowywanie Blue. Lekarza wybraliśmy dalej, bo żeby czasem więcej zapłacić i mieć pewność, że dostanie wszystko co najlepsze (najdroższe szczepionki. "A powinniśmy w ogóle szczepić...? Czy to bezpieczne?"). Precel leczony jest lokalnie, normalnie, o szczepieniach przypominają sobie jak sobie przypomną.
Precel je zwykłą sieciową karmę, Blue je karmę najlepszą. Preclowi nic się nigdy nie dzieje, Bluśka albo prze*ra albo się zrzy*a jak dostanie cokolwiek co nie powinien.
Miski Blue są ceramiczne, dobre do wyparzania i mycia w zmywarce. Precel ma miski jak każdy normalny kot - zwykłe, plastikowe.
Bluśkowi ograniczane są przysmaki, Precel je co chce, co złapie i co mu Kiara z pola przyniesie.
Precel śpi w łóżku albo z babcią (*moją mamą) albo ciocią (*moją siostrą), swoją matką (o ile nie wychodzi na pole puszczać się/polować). Wychowuje się w domu z psem. Wychodzi na zewnątrz odkąd tylko otworzył oczy. Buszuje w trawie, w deskach, w ziemi.
Blue na zewnątrz wyszedł po obowiązkowych szczepieniach. Na szelkach i smyczy. Pod kuratelą roztrzęsionych rodziców. Na ogrodzonym terenie Mateuszowego podwórka (mam nadzieję, że sąsiedzi nie patrzyli na nas przez lornetkę).

Legowisko Blue jest błękitne jak jego oczka. Zabawki i kocyki z działu niemowlęcego. Waciki i ręczniczki do mycia i osuszania, kiedy trzeba go wykąpać.
Precel nie miał jeszcze styczności z wodą. Nie ma drapaka, ma koszyk po Kiarze.
Kuweta Blue to zakryty model XXL z filtrem, łopatką, wycieraczką zapobiegającą roznoszeniu się rozsypanego żwirku, pudrem zapachowym, woreczkami na kupy i mini zmiotką.
Precel załatwia się w starej kuwecie z dna klatki mojego szynszylka. Łopatkę właśnie im zamówiłam na necie.
Nad Blue trzęsiemy się cały czas, przytulamy, nosimy na rękach, tulimy.Precel też jest pieszczochem i z rąk nie schodzi.
Moja siostra twierdzi, że Blusiek jest rozpuszczony, pretensjonalny, arystokratyczny i namolny ze swoim domaganiem się pieszczot.
- Jak Precel mógł się przeziębić? Jak mógł biegać na polu po takim zimnie? Przecież on jest jeszcze mały! Tak się kończy puszczanie kota samopas! - mówił mój Mateusz jak Precel złapał przeziębienie i gorączkę.
- Biedny Bluś, ogląda tylko ludzi przez okno i ma depresję - mówi moja siostra.
- Przecież go nie puszczę w centrum miasta, a jak wezmę go na smyczy i zaatakuje nas jakiś pies? - pytam.
- Jak możesz puszczać Precla tak bezpańsko na podwórko? A jak z niego wyjdzie? A jak wpadnie pod auto? - fuczę do niej ja.

Kiedy zabieram Bluśka w odwiedziny, zabieram go w transporterku, z przysmakami i zabawkami.
Precel wyżera mu przysmaki, zabawki zostają dla niego, bo sam ma mało i jest taki biedny..
- Precel ma zabawki na polu - ławki, stół, altankę - mówi moja siostra.
- Yhm...

- Ojej, jaki on biedny chudziutki - mówię, załamując ręce, że mój siostrzeniec jest taki szczuplutki.
- Boże, jaki Wasz Blue wielki! Jakie ma łapy!
- Bluś ma takie masywne kości. On będzie z natury duży. Przecież mało je... - tłumaczę.
- No właśnie, Wy go głodzicie, nie dajecie mu ani kiełbaski ani mleczka...
- Bo on ma delikatny żołądeczek, co zje to zwróci...
- Oj, nasz Precelek je wszystko...
- Czemu on się drapie? Ma pchły? - panikuję.



Bluśka do babci Marysi wozimy.
Ze szczegółową instrukcją, czego nie wolno mu dawać jeść i napomnieniem, że absolutnie nie wolno puszczać go na zewnątrz.
Dzwonię wtedy do niej co chwila i wypytuję dokładnie, co i jak.
Generalnie jestem - dokładnie tak jak snułam przypuszczenia dekadę temu - uznawana za dziwaczkę, krzywdzicielkę (choć zamiast cukru i glutenu bronię ludzkiego żarcia i mleka), osobę z nadmiarem pieniędzy, które przeznaczam na zabawki, za co już niejednokrotnie Mateusz groził mi rozwodem. (Tylko, że się biedny zapomniał, że jeszcze się nie hajtnęliśmy ;)).


Blue topi w misce z wodą moje gumki do włosów i pluszowe myszki. Przynosi nam je mokre i ociekające wodą.
Kiara przynosi do domu Preclowi myszy, szczury, jaszczurki i krety. Te ostatnie jeszcze z obleśną grudą ziemi i kępką trawy. Precel pół nocy ćwiczy polowanie. Blue w nocy leży z nami na podusi i podnosi główkę do miziania.
Precla już woła zew wolności i ciągnie go chęć wyłażenia za bramę bezpiecznego podwórka.
Blue też chciałby wychodzić, ale jak się go wyciąga z ciepłego mieszkanka to jest cały os*any i najbardziej cieszy się jak wraca na kanapę i na kolanka.
Preclowi poza gorączką nigdy nic nie było, Blue ostatnio miał od wetarynarza zakaz wychodzenia, witaminki i katarek.



- Blue jest taki kosiany - mówię siostrze przez telefon - mizia się noskiem o nos, chce się tulić i całować.
- Taa, jak go u Was niańczyłam to był taki upierdliwy, że musiałam go cały czas strącać. Jezu, to on tak pretensjonalnie miauczy? Nasz Precelek miauczy tak ładnie.
- Wasz Precelek jest wredny, bił ostatnio Blusia po mordce. Blue ma obcięte pazurki, a Precel nie i podrapał go bezczelnie.
- Bo Blue to w ogóle jest pipka, przecież on nawet nie umie się bić...


***

Zakomunikowałam już wszystkim członkom rodziny, że jam nie stworzona do macierzyństwa.
Brakiem chłopa też ich straszyłam, ale teraz już bombarduję fotkami tej pięknej sukni ślubnej, na której widok robi mi się cieplutko (zwłaszcza w portfelu).
Aktualnie bardzo cieszy mnie kocierzyństwo, doskonale godzę pracę zawodową z życiem prywatnym, mimo że Bluś ma dopiero pięć miesięcy.
Na mózg mi trochę siadło - to taki przywilej kociej mamy, no i niewyspanie, hormony, sami rozumiecie.
Pięćset plus mi się nie należy - spoko, nie musi.
Za pięć kotów dostanę emeryturę? Aa, pier*olca dostanę, mówicie? ;)
Ale tak szczerze - dla każdego zjadacza chleba - chyba lepiej że trzęsę się nad kotem i pilnuję, by miał najlepszą karmę i najfajniesze zabawki niż miałabym w przedszkolnej szatni odciągać siłą pięciolatka od sutka, a resztę swojego trawą chowanego potomstwa futrować dynią i bakłażanem, a potem wykłócać się jeszcze z sanepidem o szczepionki, lekarzem o antybiotyk, teściową o gluten... ;)
Zupełnie bezkonfliktowo układają się relacje z teściowymi, skoro głaskają kotka i biorą go na rączki, a nie słyszą "Tylko nie dawaj mu nic z zawartością cukru!", wygodnie się zostawia kota w domu i jedzie na weekend, bo kot doskonale daje radę jeśli ma pełną miskę i kuwetę.
Kot jest puszysty, mało absorbujący i słodki, a my żyjemy jak lekkoduchy.
Fajnie się nam spędza czas, fajnie się żyje.

Jednak wiadomo.
Czas leci, lata lecą.
Za chwilę ślub, potem jakiś domeczek.
Ostatnio podeszłam do Mateusza, trzymającego w objęciach kota, przytuliłam się do niego, cmoknęłam Blue w czółko i szepnęłam:
- Kochanie, jestem już gotowa, żeby mieć pieska... ;)



PS Rodzinka z obrazka na samej górze to kwinstesensja wpisu do bloga ;). Sama jestem z siebie dumna, że znalazłam długowłosego pana z włosami hodowanymi na pewno na deszczówce, dziecko z głodem nutelli w oczach i jeszcze ta kipiąca macierzyśtwem matka z maleństwem w chuście ;D.





sobota, 11 sierpnia 2018

Ptaszki ćwierkają, czyli ślubne odc. 1

Ani ja ani moja siostra nigdy nie miałyśmy aspiracji do bycia panną młodą.
Nigdy w dzieciństwie nie wyskakiwałyśmy spod firanek imitujących welon, nie ćwiczyłyśmy pocałunków, nie oglądałyśmy sukien ślubnych, nie wzdychałyśmy na widok panny młodej w filmie czy teledysku.
Żadna z nas nie marzyła o księciu z bajki, o bajce ani o bajecznym ślubie.
Nasze zabawy zdominowała proza życia. Lalki, ich pampersy kupowane na sztuki w kiosku oraz robiona w kuchni mieszanka z mąki i wody dla zabarwienia na biało zawartości butelki ze smoczkiem.
I tak, choć żadna z nas nie ma dziecka, bo obie skutecznie tak robimy, żeby nie zrobić, to obie ogarniamy temat. Do tego trochę pracy w przedszkolu, trochę koleżanek, dużo dorabiania jako niania. Wiem dzięki temu jak uśpić i odłożyć dziecko, jak zrobić na szybko czwarty trymestr za pomocą kocyka, kołysania i szumu, jak przewijać, żeby nie zostać osikanym i jak samej wysikać się w minutę przy otwartych drzwiach, mówiąc cały czas do dziecka.
Z dzieciatymi koleżankami rozmawiam jak matka polka. Nie wiem jak się czuje w ciąży, nie wiem jak się rodzi i nie wiem jak się znosi połóg, nie mogę nic powiedzieć o ogarniającej mnie mgiełce macierzyńskiej miłości, ale mam odrobiony staż niańczeniowy. Gdybym nagle musiała zostać z czyimś niemowlakiem dziecko byłoby nakarmione bez mleka w uszach, przewinięte bez kupy na piętach i dodatkowo znałoby pięć słów po angielsku i umiałoby grać na cymbałkach, a ja dalej żyłabym sobie, ciesząc się swoim bezdzietnym stanem (*nie przyjmuję ofert bawienia dziecka ;) chyba, że weselnie, dużo pieniędzy za mało godzin ;)).

Niestety staż niańczeniowy stażem niańczeniowym, jednak całe moje vademecum rozmów z koleżankami nie obejmuje tematyki weselnej.
Nie wiem więc jakie są odcienie białego koloru, jaka sukienka to sukienka "księżniczka", jakie dobiera się dodatki, fryzury, buty.
Nie wiem od czego zaczyna się planowanie wesela, na co zwraca się uwagę, ile mniej więcej wynoszą koszty.
Nie wiem jakie są ceny podwiązek, bukietów i ozdób do włosów.
Bo prawda jest taka, że ja zdecydowanie nie wiem nic o ślubach ;).

Każdy ma jakieś swoje marzenia, plany na życie, cele do zrealizowania.
Dla niektórych to praca, dla innych podróże, dla jeszcze innych życie 2+2, biały domek z płotkiem, trampolina w ogródku i labrador żebrzący pod stołem.
Ja już jakiś czas temu zaplanowałam sobie pracę, samotność, pisanie i kota. I pomijając drobne niuanse, gdzie będę pracować, gdzie mieszkać, co pisać i jakiej maści będzie kot, żadne z moich marzeń nie ulegało zmianom i nic nie wróżyło, że cokolwiek mnie zaskoczy i je zmienię. Nic.
Szło więc całkiem sprawnie. Miałam już pracę, dzięki której sama mogłam się utrzymać, mieszkałam u rodziców, ale żyłam osobno, szukałam działki na mikro domek, gdzie postawię domek z projektu dla singla, miałam pomysły na pięć tytułów książek i trzy imiona dla kota.
A potem gdzieś w pewnej chwili mój osobliwy samotny plan zbiegł się z osobliwym samotnym planem Mateusza i bach. Plan dalej był jeden. Ale już dla dwóch osób.
Całkiem szybko wizja krasnalkowego domu odeszła w niepamięć, a ja przestałam tak twardo upierać się, że będę starą panną z kotem. I chociaż wizja rodzicielstwa ani na chwilę nie zajarzyła na horyzoncie ani mi ani mojemu Mateuszowi, a każdy mój okres świętujemy hucznie winem i fajerwerkami, to jednak szybko zajarzyła nam myśl o "czymś więcej". Czyli o ślubie.
Ta, która mówiła, że nie będzie się pindrzyć przez lustrem i tańczyć całą noc w białej kiecce i ten, który chciał mieć spokój.
Ta, której od początku nie pasowało życie rodzinne i która po nocach śniła jak cudownie i przyjemnie będzie pławić się w luksusie samotnego mieszkania, wolnego czasu, swobody, kociej sierści i kartek i ten, który chciał tylko spokojnie pracować, grać w tenisa i oglądać mecze.
Ta, która głosiła: "Nie będę dogadzać mężowi, a kotu. Nie będę podlizywać się teściowej machając jej przed nosem półmiskiem z polędwiczkami" i ten który oznajmiał: "Baby to same problemy. Nie będę mieć baby i bachorów".
I ci oboje bez oświadczyn, bez pierścionka, bez pierdzielenia, bez sentymentów, z długim zastanowieniem i szybką zaliczką - poszli, zamówili, zapłacili i oznajmili rodzinie, a ptaszki rozćwierkały radosną nowinę.
Tak oto zaczęła się Misja Ślub, kryptonim: "Młodzi i spanikowani".

Bo tak w ogóle to ja nie byłam nawet na studniówce.
Nigdy.
W ogóle.
W czasach liceum moją główną pasją było niejedzenie mięsa, produktów odzwierzęcych i w sumie to wszystkiego, wieszanie w pokoju plakatów z rozpołowioną krową, robienie angielskich ćwiczeń, czytanie kryminałów skandynawskich i zajmowanie się szynszylem.
Imprezy, alkohol, koleżanki, chłopacy, telefony, internety nawet - dopóki nie były zielone albo zdrowe nie wchodziły w sferę moich zainteresowań.
Studniówka z oprawą sukienkowo- fryzurowo - makijażowo - chłopakowo - jedzeniowo -tańczeniową brzmiała dla mnie okropnie i szybko zwątpiłam, żebym dała radę ją przeżyć w butach na obcasie i balowej kiecce. Może gdybym chociaż mogła przemycić Boryska pod kiecą. Albo gdyby na sali był bodaj jeden plakacik z rzezi na ścianie...
Dziś mogę tylko zgrzytać zębami na tę myśl, zwłaszcza kiedy obejrzę czyjeś nagranie albo zdjęcia.
Mam nieoparte wrażenie, że ominął mnie pewien etap, podobnie jak ominęły mnie szkolne wycieczki i wyjazdy, a czarę goryczy przelewa nagranie klasowej studniówki, na intro którego są wszyscy i jest moje wklejone zdjęcie, przez co wygląda to tak, jakbym zmarła tragicznie nie dożywszy słynnej "setki".
Dlatego właśnie jak pierd***ął mnie już ten amor swoją czarodziejską strzałą prosto w środek du**, jak każdy zobaczył już w moich oczach te małe pulsujące bomby zamiast źrenic, jak uświadomiłam sobie, że to nie przejdzie, bo to nie wirus rota, że przeczołga, przeżuje i wypluje, to wiedziałam też, że jak przymiarka pierścionka u jubilera była, to będzie i pierścionek. A jak jest też zamówiona sala to będzie i ślub.
Z weselem i ćwierkaniem radośnie ptaszków.

Szybko się oswoiłam, szybko zmieniłam nastawienie i plan.
Bo teraz nagle chcę i będę.
Będę mieć ślub.
Będę mieć drogą sukienkę, wygodne szpilki i swoją własną prywatną jednodniówkę.
Będę mieć malutki bukiet, malutkie wstążeczki na flakonikach i malutkie tableteczki na uspokojenie w kieszeni.
Poradnik przedślubny, przedślubne przymiarki i prześlubną sraczkę.

Jak na osobę z alergią na złoto i biel przyjęłam to z dużym entuzjazmem i spokojem.
I wtedy okazało się, że rzeczywiście może się to skończyć rozwolnieniem, skoro w d*** mogę sobie wsadzić swoje thrillery i koty, bo ja nie mam pojęcia, jakie są obrządki, zwyczaje i trendy ślubne. Wiedzę praktyczną też mam mizerną, bo zawsze kiedy spotykałam się z koleżankami mężatkami, zamiast pytać subtelnie:"Oooch, jakie miałaś buty w tym swoim cudownym ważnym dniu? Sandałki czy czółenka?", mówiłam: "Młody ci ulał na bluzkę, masz gdzieś tu pieluchę?".
Nigdy też nie dążyłam do oglądania zdjęć czy nagrań z tego jakże cudownego wydarzenia, bo kompletnie nie interesowała mnie ta sfera, a mały owoc małżeńskiej miłości był żywy, namacalny i był czymś co jednak znałam.
Na weselach skupiałam się, żeby nie pogubić nóg w obcasach i dostać swoją wegetariańską porcję zielonej strawy. Zespół, sukienka panny młodej, jej buty, fryzura - przemykały mi koło nosa, bo wydawało mi się, że prędzej zafarbuję włosy na zielono niż wyjdę za mąż.
A jak już nawet byłam na weselu albo oglądałam zdjęcia to robiłam to bardziej jak facet - rzut oka czy mi się ogół podoba czy nie. Zero zwracania uwagi na detale. Buty? Kolor? Ilość dzieci na weselu? Winietki? Kelnerzy?
Serio...?

Teraz umawiam się na oglądanie filmu, sukienek i zdjęć.
Umawiam się na korepetycje ślubne.
Sama też namiętnie oglądam w sieci już nie bluzy, a sukienki.
Nie do końca białe, ale ślubne sukienki.
Zgroza.
Ja, która miałam dożyć kresu swych dni z rudym kotem na podołku...

Plany weselne zmieniły nam trochę spędzanie czasu wolnego.
Wieczorami szukaliśmy z Mateuszem zespołu weselnego, dręczyliśmy sąsiadów tłuczeniem: "Honey, honey" i "Isn't she lovely" , rozmowami, tworzeniem list gości.
Przez ostatnie miesiące zamówiliśmy już salę, zespół i duet zdjęcia + film.
Wiem raczej na pewno, że chcemy prosto, klasycznie i stonowanie, nie planujemy żadnych dodatkowych atrakcji - ani foto budek ani czekoladowych fontann, jedyną atrakcją może być np. to, że wyrąbię się na pysk jeśli nie będę umiała chodzić w butach albo z zumbowego przyzwyczajenia zacznę kręcić tyłkiem zumbowe rytmy na pierwszym tańcu. Bo piosenki do pierwszego tańca też mozolnie szukamy i ubolewamy, że nie wzięliśmy szybkiego potajemnego ślubu w jakimś piaseczyńskim kościółku, kiedy w miodowym miesiącu naszego wspólnego mieszkania odkryliśmy "Perfect" i inne piosenki z płyty jeszcze zanim wyszedł zimowy teledysk Eda i zanim wszystkie stacje wielokrotnie zgwałciły naszą (i połowy globu ;)) piosenkę w eterze.
To wszystko jednak jest do uzgodnienia i zaplanowania. I mamy na to czas.
Mam też internet, książki i organizery ślubne, dzięki którym może nie uda mi się zapomnieć np. o zaproszeniach.
Mam trochę pomysłów, trochę pieniędzy, dużą pomoc rodziców.
Szukam cały czas inspiracji, butów, zaproszeń i tego wszystkiego, co niezbędne w dzień ślubu.

Za to projekt "suknia ślubna" odbieram jako osobiste wyzwanie stulecia, twardy orzech do zgryzienia i powód do niespania po nocach.
Bo jak do cholery znaleźć sukienkę dla dziewczyny, która nie była na studniówce, nie jest obyta w kwestii kupowania balowych sukni i całe życie spędza w dżinsach, bluzach i trampkach, nie mówiąc o tym jak restrykcyjne wymagania ma odnośnie wymiarów (metr pięćdziesiąt coś), rozmiarów (34 łamane na XS łamane na 45/46 kg łamane na duże cycki) i absolutnym zakazie błyszczenia, cekinowego blasku, kryształów Svarowskiego, złotych kamyczków, perełek czy whatever...? 
Mi się nie podoba nic, naprawdę nic.

A przynajmniej nic mieszczącego się w granicach cenowych przyzwoitości... ;)


PS Ostatnio oglądaliśmy trzy mieszkania, gdyż ważą się nasze losy mieszkaniowe. Generalnie wiem, jak nieopłacalne jest wynajmowanie i płacenie komuś, ale wiem też, że moje cudowne relacje z przyszła teściową są dlatego takie cudowne, że jedna drugiej nie zagląda w garnki (*choć nasze mamcie często nas dokarmiają ;D). Ja chciałam mieszkanie najtańsze, w oczach zamiast źrenic miałam małe $$, a w mojej głowie brzmiał jeden głos: "Su-kie-nka!", Mateusz chciał wygodę i twardo upierał się przy tańszej od obecnego mieszkania, ale wciąż droższej niż ta najtańsza opcji.
- Ja chcę tę (TęWieszKtórąDrogąAleProstąIŁadnąSukienkę) sukienkę... Musimy oszczędzać. Musimy przecierpieć. Musimy zbierać kasę.
- Młoda. Przecież Ty i tak kupisz tę sukienkę...
















wtorek, 24 lipca 2018

Wspaniale!


Jak wspaniale, że nie boli mnie głowa!
To chyba najlepsze, co mogło mnie dziś spotkać.

Nie to, że wstałam w miarę szybko rano i za dziesięć ósma byłam już gotowa do wyjścia (a nie za trzy jak zazwyczaj) mimo niewyspania. Poszliśmy spać o zabójczo wczesnej dla nas 22.30, a Bluś zachował się jak małe dziecko i kręcił się w nocy po to, by obudzić się o czwartej na figle i o szóstej na przytulanie.
Nie fakt, że dzieci nie było w grupie aż tak dużo, że były względnie grzeczne i w miarę ciche, a popołudniowa pogoda pozwoliła wybiegać szarańczę na placu zabaw.
Nie promocja w Rossmanie, na której kupiłam sobie masę pierdół z perfumą (imieninową) na czele, z lakierami do pazurów (zapuszczam paznokcie. Po włosach i rzęsach przyszła pora na nie. Aż dziwnie mi się stuka w klawiaturę, skoro zaczynają odcinać się od opuszka), na drugim miejscu i żelami pod prysznic na końcu (zaraz po ciuchach kupowanie kosmetyków antydepresuje mnie najbardziej).
Nie to, że miałam z wczoraj obiad i – Eureka, odkryłam tajemnicę restauracyjnych sosów, dodając do szpinaku, cukinii i pomidora śmietanki 30% (reszta, która została mi z robienia ciasta Ferrro Rocher – tak, moi drodzy, jestem chu*ową panią domu; sprzątam jak mi się chcę albo jak muszę i nie gotuję codziennie obiadu, ale popełniam coraz to nowe ciasta. To akurat najbezpieczniejsza opcja – nie opadnie, nie ma zakalca, nie ma salmonelli i nie ma przypalenia, bo to ciasto bez pieczenia) i uzyskując tym samym pyszny sos do makaronu. Zawsze zastanawiałam się dlaczego ani feta ani zwykła śmietana nie dają takiego smaku jak jedzenie w restauracjach, a tu proszę. Procenty ;).
Nawet nie to, że mam w mieszkaniu względny porządek, a wczoraj wymieniłam kocięciu kuwetę, więc naprawdę nawet gdybym chciała to nie mam co robić (no okej. Miałabym).

Nie boli mnie dziś głowa, nie bolała mnie wcale! 
No i właściwie jak się głębiej zastanowię to ból głowy zbiegł mi się z niepisaniem na blogu. Bo właśnie z okazji niebolenia głowy piszę wpis. 
Od jakiegoś półrocza głowa bolała mnie na okrągło. Iiii tak, to ma sens, wtedy nie piszę, bo nie funkcjonuję. Wtedy się modlę, żebym miała siły robić to co muszę. No i tylko sęk w tym, że o ile choroby, infekcje i przeziębienia u siebie zauważam, to nagminnie lekceważę ból. To takie resztki tej nieszczęsnej szkoły policyjnej. Na niej czułam się jak żołnierz. Okres? Więcej kółek wkoło stadionu. Kontuzja? Więcej ćwiczeń. Boli? Chyba żartujesz...
I w ten oto sposób wylądowałam na rezonansie magnetycznym głowy.

To znaczy wcześniej wylądowało u mnie pogotowie, ja wylądowałam u lekarza rodzinnego, u neurologa prosząc go o szybsze przyjęcie i na L4, które – uh, nie ma nic wspólnego z „wolnym”. Dostałam nawet antybiotyk na zatoki, bo przy okazji wyszło, że mocno zajęte, inhalowałam się tak, że uszami mi para wychodziła, a generalnie głowa bolała mnie nadal.
Mdławego, melodramatycznego wpisu nie będzie – na rezonansie moja głowa czysta jak łza. A mi się ogólnie podobał pobyt w tubie, choć to dudnienie (i co ono w ogóle ma na celu? Wytrzęsienie ze mnie pozytywnych myśli?) mogliby sobie darować. Nie podobało mi się tylko to, że taki pobyt w rurze kosztuje ponad 4 stówy… I tak się cieszę, że można "kupić" sobie kupić badania. Zapisy według kolejki refundacji sięgają końca roku.

Jest wspaniale, bo nie musiałam dziś od godziny 2 bić się z myślami czy dobić swój żołądek apapem czy przecierpieć do czwartej, jak skończę pracę, a o czwartej nie miauczałam, że popołudnie mam z głowy. Ostatnie popołudnia wyglądały tak, że po pracy (jeśli do niej chodziłam, a nie np. mdlałam i siedziałam w domu, bojąc się wstać) zalegałam na kanapie z wyłączonym światem zewnętrznym (światło, telefon, telewizor), fuczałam na Mateusza i nie robiłam nic. Absolutnie nic. Ani dla kogoś ani dla domu ani (co oczywiście najgorsze ;)) dla siebie.

Jest wspaniale, bo mam ekspres do kawy i przede wszystkim pamiętałam żeby kupić mleko do niego, więc po obiedzie napoiłam się kofeiną.
Wspaniale, że pada deszcz i chociaż choćby dziś narzekałam na deszczowy lipiec jak inni, to dziś skoro nie boli mnie głowa, bardzo mnie to cieszy. W mieszkaniu mam rześko, podczytuję książkę, kotu rzuciłam kolorowe gumki (musiałam mu kupić zestaw, bo podpierdziela mi moje i nie mam w co wiązać włosy. A Blue ma manię topienia i wszystko – a najchętniej frotki zaciąga do miski z wodą), deszcz klimatycznie bębni o dach. Nawet moje kwiatki samoistnie się podlały. Ba – dostały deszczówki z nawiązką – do podstawek. Podlewanie kwiatów nie jest moją pasją i ręki do tego nie mam. Przyznam Wam się nawet, że mój ostatni storczyk zginął, bo go podlewałam i dawałam mu odżywki. Nowego kwiatka podlałam dotychczas dwa razy i widzę, że lepiej mu, jak w ogóle się do niego nie zbliżam.
Jest też cudownie, bo jestem w mieszkaniu sama. Znaczy się z kotem, ale dziś trochę go ignoruję. Zawsze lecę jak taka matka polka do dziecka, Blusiu srusiu, na rącie, miziu sriziu. Gadam, zagaduję, pieszczę, a dziś nie. Wzięłam na chwilę na ręce, dałam mu jedzenie, picie i gumki do włosów, a sama bezczelnie zajęłam się sobą i szpinakiem. A później zamiast się z nim bawić, chwyciłam za książkę i kubek. Blue zajął się sobą sam. Wzięłam go jedynie na balkon – chodzenie na balkon to jego kolejna (obok topienia) pasja, żeby popatrzył sobie na padający deszcz i płynące chodnikiem strumienie wody. O i błyskawice, bo jednak mamy burzę, a nie ulewę.

No tak. Jeszcze bardziej wspaniale. Uwielbiam burze! Mogliby mi nawet odłączyć prąd – czytałabym przy świeczce i miałabym świetną wymówkę dlaczego nie gotuję obiadu na jutro ;)
Mateusz jest w pracy i akurat dziś się z tego cieszę, bo jeszcze nie zdarzyło mi się, żebym miała bezbolesne samotne popołudnie. Nie brzdęka mi w tle telewizor, co też mnie jara, bo dla mnie telewizor jest jak pralka – włączam wtedy kiedy naprawdę potrzebuję. Nie lubię jego szumu i głosu w tle. Nie pamiętam kiedy siedziałam sobie, słuchałam deszczu i ciszy i czytałam książkę.
No i ładnie. Chyba ten mój Mateusz usłyszał, że mi tak dobrze introwertycznie samej siedzieć i zadzwonił, że przedłuży mu się w pracy...
Blutek zerka na mnie z regału (tak, udało mu się odkryć, że regał to świetne schodki), deszcz dalej pada, profilaktycznie wdycham olejki eteryczne, żeby jeśli to zatoki to żeby się odetkały, a generalnie oprócz paru wizyt u lekarzy to za chwilę czekają mnie wakacje. I ambitny plan wdrażania do ślubu, bo póki co mam tylko książkę o planowaniu wesela.

Czytam książkę o macierzyństwie, trochę głupiutką, trochę brutalnie (naprawdę, opis poporodowej waginy mogłaby sobie darować) szczerą, trochę śmiesznawą. No i oczywiście trochę się śmieje, a trochę puszę, że oto ja bezdzietna z wyboru (omdlenia to numer 1 do twierdzenia przez wszystkich, że jestem w ciąży. Oj, Boże, Boże) czytam o takich problemach jak brak czasu, niewyspanie (Bluuuuue!!! Jeszcze raz obudzisz nas w nocy!) czy nadmierne kilogramy… Aaa, nadmiernych kilogramów nie mam (na razie; mam nadzieje, że moja niedoczynna tarczyca nie zrobi mi niespodzianki), trochę ich mi wręcz poleciało (to tak w gratisie z włosami, weną twórczą, kondycją, mocą i mięśniami). Mam za to matę do ćwiczeń, do której staram się wrócić, żeby podnieść sprawność i wrócić do formy, instagrama, maliny w lodówce i brak zasięgu przez burzę, więc piiiip w bombki strzelił, wpisu nie będzie ;D.

Aaa, drugą obok ciąży opcją było niedożywienie i wegetarianizm. Z tych trzech to chyba poczciwy wegetarianizm najlepszy ;)

















 PS Nie wiem czy mam tak wielką czcionkę czy mi się wydaje. Niestety Bluśkowi zdarza się spacerować po moim laptopie i przestawiać ustawienia ;)