...

...
M.

sobota, 8 lipca 2017

nocki

Nocą dobrze się spaceruje, ogląda świat z balkonu albo wsłuchuje w odgłosy miasta.
Większe miasto nocą nie śpi, a w upały nocą genialnie się biega.
W nocy wszystko zmienia perspektywę.
Lubiłam zaczynać w nocy podróże, lubiłam w nocy nie spać.
Do czasu kiedy zaczęłam w nocy pracować. I jeśli wydawało mi się, że pilnowanie niemowlaków jako niania przygotowało mnie na nocną pracę to byłam w błędzie. Czujna nocka to jedno, praca - zgoła coś innego. Uspokajanie, karmienie, kołysanie - nawet przewijać można na pamięć. I wszystko da się zrobić w piżamie, przy przytłumionym świetle lampki nocnej.
Ale pracować 12 godzin? Umysłowo, fizycznie, odpowiedzialnie?
No cóż...

Nocki nie są moją porą.
Nocki to zło, a po nich ja jestem zła.
Nocki wysysają ze mnie wszystko co najlepsze, więc nie zostaje tego zbyt wiele ;)
Nocki to nocki, a nocki kojarzą mi się źle.
Przed nocą nie jestem w stanie wyspać się na zaś, więc na ogół prowadzę normalny, zakręcony tryb życia, a potem biorę prysznic i wybiegam. W noc.
Nocą jestem chwilę pobudzona, chwilę podjarana wypitą kawą, ciemnością, adrenaliną.
A potem zaczyna mnie łamać.
Nierówna walka trwa niedługo i ochotę na sen zastępuje odrętwienie. Jest mi już wtedy wszystko jedno, czy stoję czy siedzę, czy mi zimno czy ciepło. Mam wtedy kryzys. Nie tylko nocny, ale i zawodowy, światopoglądowy i w ogóle zaczynam zastanawiać się wtedy nad sensem wszystkiego.
No a potem jest ranek. Wracam do domu, jem płatki, idę się pluskać i spać.
Podrę się na domowników jak zakłócą mi sen, mam ochotę powiesić psa jak szczeka, a budzę się jak zombie - rozczochrana, przymulona, nadwrażliwa na bodźce.
Dochodzę do siebie dłuższą chwilę i jeszcze dłuższą chwilę nie myślę zbyt trzeźwo. Albo w ogóle.

Nocka jest do przyjęcia, bo są po niej dwa wolne dni. Dwa dni na regenerację, odespanie, przymulanie. Dlatego opcja ciągnięcia czterech nocek pod rząd napawała mnie lekką obawą czy w ogóle będę jeszcze komunikatywna, zaś dziś - po czwartej, odespanej już nocce jestem szeroko zdumiona, że jakoś trybię i że udaje mi się układać w miarę logiczne zdania. Chyba. Okaże się za dwa tygodnie jak wejdę na wrzucony już wpis ;)

Pierwsza nocka to był nocny standard - chwilę pobudzona, chwilę normalna, trochę przymulona, resztę nocy pokornie spokojna, z rękawiczkami na dłoniach, bo na zewnątrz zimno, pięć stopni czy ileś i ubranie jak na patrolu w Bieszczadach zimą. Wróciłam z pracy, spałam raptem cztery godziny, bo obudził mnie telefon.
Wieczorem znów poszłam do pracy i o ile byłam skopana po jednej nocy, druga dokopała mi jeszcze raz. Byłam już mniej wesoła, chyba, że po termosie gorącej słodkiej kawy. Noc jawiła mi się jak misja na Marsie. Pobudzona to za mało powiedziane. Ja się zachowywałam jakbym myślała, że świat jest grą komputerową, a ja jestem komandosem. Czujna, gotowa, napięta, przydżumiona dopiero koło czwartej.
Po tej "eskcytującej" nocy spałam równe osiem godzin, w czarnej opasce na oczach i kolorowych zatyczkach w uszach. Po obudzeniu nie byłam w stanie opuścić opaski z oczu, bo światło bombardowało moje oczy, nerwy i wszystko do kupy.
Trzeci dzień był już zamotany. Nie wiedziałam, co jest, a co mi się wydaje, miałam problem z ustaleniem jaki jest dzień. W pracy rozkręciłam się, bo musiałam, ale poiłam się kofeiną żeby jakoś funkcjonować i żebym nie zaczęła mieć halucynacji.
Czwartego dnia obudziłam się mniej wypoczęta niż przed zaśnięciem i zaczęłam się zastanawiać kiedy właściwie mam iść do pracy. Wieczorem włączył mi się przycisk ziewania tuż przed samym wyjściem z domu.
Nocą o dziwo zachowywałam się całkiem normalnie, zupełnie jakbym zresetowała poprzednie nocki i spaniu. Tak mi się zdaje. Bo po trzech nockach zaczęłam mieć problemy z pamięcią i cofnięcie się o tydzień w czasie graniczy już z cudem.
A teraz?
Teraz czuję się dobrze. Normalnie.
Oprócz tych cieni pod oczami i dziwnego uczucia, że dzień jest od spania, je się w nocy, a kiedy zaczyna się robić ciemno, ja zaczynam się pobudzać do działania, a teraz zaczęłam z rozpędu robić sobie kawę... ^^



koci

Ludzie dzielą się na tych, którzy koty kochają, akceptują fakt ich istnienia albo ich nie cierpią. Nie każdy będzie chciał mieć kota, bo koty ciężko jest mieć. One z założenia chodzą swoimi ścieżkami i są tylko wtedy, kiedy chcą być.
Każdy, kto zamierza mieć w domu kota, powinien poważnie zastanowić się nad tą decyzją. Przed jej podjęciem należy rozważyć naturalne konsekwencje posiadania kota w domu, a także przemyśleć czy to stworzenie na pewno jest właściwym wyborem dla nas. Zanim zdecydujemy się na zakup, warto dowiedzieć się od innych szczęśliwych posiadaczy czworonożnego indywidualisty, czym grozi wpuszczenie do swojego domostwa oswojonego pobratymca lwa i pumy i jak zmieni się życie domowników, kiedy dołączy do nich domownik mocno kosmaty.
Należy również uprzytomnić sobie jak ciężki charakter ma kot i jak bardzo denerwujące potrafi być jego zachowanie wraz z kocimi przywrami, wadami i chimerami.
Dobrze byłoby też przygotować się psychicznie i fizycznie na przyjęcie nowego członka rodziny, zabezpieczyć przed potencjalnymi szkodami i zorganizować życie domowe tak, by być w pełni gotowym na zmiany. Dopiero wówczas można zdecydować się na zakup kota.
Taki jest plan.
Gorzej, jeśli znalezienie się w domu kota - zwłaszcza kociaka, zdarzy się samo z się i kot nie jest zaplanowanym zakupem, a zupełnym, zupełnym przypadkiem. Coś w stylu małego podrzutka, małej znajdy, niemałej niespodzianki. I nic nie świadczy o tym, że ta mała puchatość zawita w naszych skromnych progach. Żadne znaki na niebie i ziemi na to nie wskazują.

Jest sobie ktoś, kto za kotami nie przepada i kota nie potrzebuje i jest sobie kot. Kociak właściwie.
Kociak jest mały, uroczy i niepozorny. Nie reaguje na "kici, kici", nie chce miziu, miziu ani kiziu miziu. Jest radosny i pełen wdzięku. Pełen temperamentu i wredoty też, ale tego nie ma napisanego na czole. Kociak jest puszysty jak kulka i zwinny jak pantera. Wygląda jakby uciekł z witryny sklepu z zabawkami i nikt, naprawdę nikt się nie domyśli, że z charakteru raczej przypomina małego gremlina. Przyciąga i równocześnie odpycha, jest milutki, ale i zadziorny, wystawia pazurki, a mimo to wciąż jest bezkonkurencyjnie rozkoszny - jak to kociak.
Kociak nie podchodzi za blisko i nie daje się podejść. Nie oswaja się i zachowuje ciut dziko, jeśli nie aspołecznie. Mniej więcej tak jakby wypadł z afrykańskiego buszu.
Niechętnie i nieufnie patrzy, chętnie i często syczy i kąsa. Jest oporny, płochliwy i nie daje się głaskać. Nie chce, nie lubi, nie pozwala. A potem nagle chce, więc bezszelestnie i niepostrzeżenie jednym susem wkrada się w życie i ląduje w domu warując przy misce z mlekiem, robiąc tym samym rewoltę w czyimś ustabilizowanym życiu.
Bez uprzedniego przygotowania, bez dołączonej instrukcji obsługi i bez pardonu.
Początkowo z gracją, wdziękiem i słodyczą. Z miauczeniem, ładnymi oczami, wyrazem zadowolenia na pyszczku i iskierkami w oczach, które szybko przestają się niewinnie skrzyć.
I wtedy zaczyna się zabawa.

Kotek jest mały, figlarny, pocieszny i mocno upierdliwy. Pretensjonalnym miauczeniem upominający się o swoje, wyrażający chęci i niechęci, pokazujący fochy, humorki i ząbki.
Z mlekiem pod nosem, chochlikami w oczach, psotami w głowie.
Wita nas sympatycznym wyrazem mordki kiedy chlipie mleko albo wtula się w futrzastą poduszkę, jak i wtedy kiedy zasypie pół mieszkania cukrem lub też bez skrupułów nasika do pantofla. Broi, rozrabia, bałagani, a potem słodko i niewinnie zasypia. Bo kociak w domu to śpiąca słodycz. Plus chodząca demolka. Jak nie niszczy to drapie, jak nie drapie to gryzie, jak nie gryzie to psoci.
Mało subtelnie wyciąga pazurki, pokazuje charakter, zdecydowanie i bunt.
Lubi się rządzić, więc szybko znajduje sobie swoje ulubione miejsca, niekoniecznie przystosowane do wspinania się na nie lub wykładania po nich, jeszcze szybciej znajduje ich niekonwencjonalne zastosowania.
Śpi, je, sika, mruczy, powtarza przez resztę dnia i nocy.
Jest bardziej samodzielne i włochate niż dziecko, mniej usłużne niż pies. Robi łaskę, że słucha poleceń, ale już ich nie wykonuje, nie słucha tego co się do niego mówi, żyje w swoim świecie zamotany jak kłębek włóczki i kosmaty wzdłuż i wszerz.
Złakniony głaskania, wiecznie głodny, wymagający czasu, troski i uwagi.
Oczekujący na spełnianie jego zachcianek, obrażalski, humorzasty.
Kotek, kotunio, koteczek. Skarbek tysiąca imion, futrzasty łobuz, puchate szczęście i masa problemów.
Wykorzystujący słabość właściciela, zdobywający i podbijający jego uczucia, jako narzędzi do negocjacji używa głębokiego mruczenia albo zawziętych pazurków.
Obdarzony odpowiednią ilością uroku osobistego i wdzięku, żeby nie zagryźć go, nie przerobić na kebaba ani nie zrzucić ze skarpy, ale posiadający tyle wad i usterek, że nie da się go naprawić ani zmienić, a jedynie wymienić na inny model.
Wspina się na ręce i wchodzi na głowę. Dostaje co chce, bo albo nie da rady albo nie chce mu się odmawiać. Rozpuszczony i rozwydrzony, a przy tym dalej milusiński i przytulaśny.
Czekający w domu jak pies, łaszący się do nóg z zaangażowaniem godnym podziwu, tak towarzyski, a wciąż indywidualista.
Przytulaśny pieszczoch tylko czeka żeby wystawić do miziania łepek, łapkę, brzuszek, a potem obrazić się i uciec na drugi koniec pokoju. Obrażalski, przewrażliwiony, drażliwy i nerwowy.
Posługujący się językiem trudnym do zrozumienia, żyjący w swoim świecie, chodzący swoimi ścieżkami.

Zabranie go do domu graniczy z szaleństwem, bo zachowuje się jak żywa maskotka, ale i jak żywe srebro. Na drugie imię ma Trzpiot, na trzecie Chaos. Z zabaw najbardziej lubi te, które kończą się czymś stłuczonym, rozlanym albo rozsypanym albo które wymagają wdrapywania się na wysokie obiekty. Lubi aktywność, turlanie, zapasy i przewroty. Nigdy się nie nudzi, nigdy nie siedzi grzecznie w kącie. Drapie, gryzie, skacze, fika.
Jest słodki w równej mierze co uparty, tak samo śliczny co niedobry.
Najsłodszy zaspany, najgorszy - przedwcześnie obudzony.
Bardzo, bardzo absorbujący, jeszcze bardziej męczący.

Żeby go podejść, trzeba podejść jemu.
Podchodzi tylko jak chce, bywa, kiedy czuje się pewnie, a pewnie czuje się dopiero z czasem. Z czasem też zaczyna ufać, a jak już zaufa - jest cały kupiony bez kupowania.
W zamian za opiekę, troskę i uczucie odpłaca się tym samym. Daje bezgraniczne przywiązanie, mości się na kolanach, wydaje gardłowe mruknięcia przed zaśnięciem, a w nocy śpi ufnym snem zwinięty w gładki kłębek przy rozgrzanym boku.
Nigdy nie będzie usłuchany jak pies, nie da się go wytresować jak tygrysa w cyrku, nie jest nawet grzeczny, a mimo to kochany. Rozczulająco rozbrykany, cudownie niesforny, uroczo nieogarnięty i na wskroś nieznośny.
Męczący, wymagający, denerwujący, przylepny.

Wraz ze wprowadzeniem go za próg, wnosi się ślady małych łapek, masę akcesoriów z miską i poduszką na czele i nieodwołalnie nieodwracalne zmiany. Zmiany w jadłospisie, zmiany w rytmie dobowym, zmiany w spędzaniu czasu wolnego i zmiany ogólnie.
Kot robi zamęt w domu i zawirowanie w życiu.
I choć czasami chce się przez niego wywrócić oczami, czasami dać mu klapsa w tyłek, czasami zrugać, a czasami zagryźć to kociak daje jeszcze trochę pozytywnych zmian.

A gdy pewnego dnia wraca się z pracy, zmęczonym, głodnym i smutnym, w domu czeka filigranowy żywioł z bałaganem w oczach.
Nie miauczy, nie marudzi, nie focha i nie drapie.
Jest.
Tuli się, mruczy, czeka. I to wystarcza, żeby stwierdzić, że koty się kocha, koty kochają i bezapelacyjnie są kochane nawet jeśli w ten swój niedobry, koci sposób ^^ ;)












wtorek, 20 czerwca 2017

Czary mary, znów koszary

Zawsze jak zrobię długą przerwę w pisaniu mam potem problem z wyodrębnieniem tematu na wpis, bo wszystko jest nieaktualne ;)
Nieaktualne jest więc, że siedzę w domu, bo pyknęła mi wycieczka w koszary.
Nieaktualne są ćwiczenia i bieganie z tarczami w upał, bo ani nie ma upałów ani ćwiczeń ani tarcz.
Jest praca jak praca, niby ta sama, ale inna, bo inne miasto, inni ludzie, inne zadania.
Nie ma ocen i zaliczeń, bo to nie szkoła, a praktyki, więc cudownie, bo nie ma stresów i spiny.
Jest biała pościel, wąskie łóżko, stołówka na którą nie chodzę, łączone pokoje i pokój socjalny z lodówką.

Póki co wszyscy psioczą, ja jestem przezadowolona.
Sama nie wiem co mi się tak tu podoba.
Może więcej czasu wolnego, brak neta i zmiana.
Po pracy istne bailando, leżenie do góry brzuchem i łączenie kropek, labirynty, ewentualnie książka.
Zaopatrzyłam się nawet w ołówki i kredki, choć zaraz gdy to zrobiłam, zrobiło się mniej czasu.
Porządki są o tyle o ile, bo nie mam odkurzacza i produktów czyszczących, a placówki typu koszary ze sztuczną wykładziną podłogową  mają to do siebie, że koty mnożą się na potęgę, więc najlepiej nauczyć się z nimi żyć albo łapać je w papier. No, ewentualnie zmiatać zmiotką na kolanach. Albo wycierać mokrymi chusteczkami co drugi dzień.
Albo się wyprowadzić ;) O.
Temat koszar uważam za zamknięty, ponoć powinnam streszczać wpisy to streszczam.
Tyyle mam pomysłów na wpisy, książki, bestsellery, że tylko czekać aż się zmotywuję i... zacznę ^^.




środa, 24 maja 2017

Czysto fantastycznie

Może jednak czytanie po czternaście razy Harrego Pottera zostawiło ślad w mojej psychice, bo to co mi się czasami śni to wypisz wymaluj czysta fantastyka.
Ostatnio śnią mi się domy, budynki i mieszkania. Jak dom to z siedemnastoma pokojami, jak budynek to komenda Policji z ogromną biblioteką i zoo w piwnicy, jak mieszkanie to takie, do którego zjeżdża się zsypem.
Śnią mi się zwierzęta i to nie psy czy konie, a lwy, tygrysy albo pumy. Niedźwiedzie polarne atakują ludzi, bo ludzie jedzą im ryby, człowiek zostaje zamordowany przy użyciu aligatorów, które ktoś wpuszcza mu do garażu.
Śnię o tylu ludziach, wydarzeniach albo i codziennych pierdołach, że niesposób ich zliczyć czy zapamiętać.
I wcale nie przeszkadza mi to śnić dalej.
Oprócz snów nic szałowego ani nietypowego się nie dzieje, stąd nic nie piszę.
Jak mam pisać zdecydowanie wolę bawić się w Simsy i wymyślać niestworzone historie o niestworzonych ludziach, nawet jeśli mają zwykłe życie i zwykłe problemy niż pisać o sobie.
Tak dla odmiany.

Poza tym zero odmian.
Na śniadanie dalej najlepsze są płatki, na obiad kawa, na kolację bieganie albo spacer, ale czasami dojdę do wniosku, że zamiast ładować w siebie kofeinę zjem karoteny albo chlorofile, a zamiast ubierać adidasy ja zakładam długie skarpetki i bunkruję się w fotelu z książką.
Najlepiej wciąż wstaje się bez budzika, ale od niedawna też zasypia z zatyczkami w uszach, a śpi w poduszce rogalu dla ciężarówek. Poduszkę polecam, zalecam, chwalę sobie i bronię jej rękami i nogami, a każdy kto do mnie przychodzi - dorosły czy dziecko, chłopak czy dziewczyna bez instrukcji obsługi i katalogu pozycji wymyślonych przed producenta wskakują w nią na pozycję embrionalną i mówią:"Też chcę taką!". Poduszka zajmuje pół łóżka, wygląda średnio ciekawie, ale ja jak ją widzę od razu myślę sobie: "Błogo". W poduszce śpi się genialnie, genialnie się leży, genialnie odpoczywa, zasypia i budzi. Chociaż ja budzę się na rozgwiazdę, z rozłożonymi kończynami i powyginaną poduszką, bo wiercę się w niej tak samo intensywnie jak śpiąc sama albo i nie, ale i tak opcja wyciągania się w niej jak w pontonie albo wykładania po niej nóg brzmi obiecująco. Szczególnie po nockach...
Nocki wyciągają energię lepiej niż basen, a jedzenie jedzone na nockach nie tuczy.
Noc rządzi się swoimi prawami, w nocy się śpi, a noc zdecydowanie nie jest moją porą.
Nocki to nocki, a nocki to podkowy pod oczami i mord w tęczówkach.
Nie cierpię nocek, nocki nie cierpią mnie, a każdy kto miał wątpliwą przyjemność rozmawiać ze mną po nocy wie, że abo będę przymulać albo zagryzać.

Oprócz nocek są też dni, a dni dzielą się na wypełnione słońcem i spadającymi kroplami.
Dopiero od niedawna zaczęłam na gwałt wykorzystywać cieplejsze dni i wszystkie te wyssane i niewyssane z palca obowiązki czy zajęcia ze zbieraniem okruszków z lady odkładam na bok i piję mrożoną kawę, śmiejąc się z młodych kózek figlujących w przykawiarnianej zagródce, naciągam z psem zabawkę po trawniku i pilnuję, żeby łażąca za nami na spacery kotka nie wpadła do utworzonego przez intensywne deszcze bajorka.
W dni deszczowe mogłabym robić dużo różnych rzeczy z niemarudzeniem, niedziałkaniem i niesmutaniem na czele, ale na ogół wolę jednak marudzenie. Plus długie skarpetki i poncho ;)
Teraz o dziwo nie marudzę chociaż mogę, bo siedzę w domu i kuruję migdałki, które odzywają się na parę dni przed wyjazdem do Warszawki.
Nie, nie jadę na premierę książki, do miłości swojego życia ani na zwiedzanie.
Jadę do pracy.
Upojne lato w moro part II zaczynam pod koniec maja.
- O nieee, i kto będzie jadł te warzywa z ogródka? - powiedziała mama, oczywiście tuż po tym jak kiwając mędrkowato głową doszła do wniosku, że cieszy się, że nie kupiłam sobie szynszyla.
- O nieee, i znów nie będę się huśtać w hamaczku i chłonąć widoki tylko popierdzielać w moro po mieście? - miauknęłam ja.

Hamaczek, widoczek, kawka, książka, podciąganie nosem.
Zanim wyjadę wyssam ile się da ^^.






piątek, 12 maja 2017

Kiedy urywa się chmura ;)

No i pada.
Oprócz tego, że dziś zostałam ochlapana przez jadący samochód, zmoczona deszczem i wysmagana wiatrem, resztę dnia spędzam w luźnej szarej koszulce po kolana w pokoju na poddaszu, który jest stworzony do słuchania bębniących o dach kropli, więc całkiem przyjemnie odpoczywam. Jak często ostatnio.
Odkąd załamała się pogoda nie biegam, a jak nie biegam to i nie ćwiczę. Bunt po całości.
Nadrabiam za to zaległości. Wszystkie. Wszyściutkie.
Książki są lekko odstawione, choć oczywiście nie do końca.
Teraz mam misję filmy.

Filmów przyjmijmy, że nie oglądam w ogóle. Jeden film przypada u mnie na jakieś dziesięć książek.
Filmy to rarytas na chorobę albo brak nastroju, chęci czy siły na coś innego.
W filmach mam ogromne, ogromne braki.
Braki zaczęłam łatać od podstaw. Czyli bajki ;). A jak bajka to znana tylko z kolorowanek i getrów siostry "Pocahontas" (szop pracz rulezzz, też sobie sprawię szopka i będzie za mną biegał i machał mi przed nosem ciastkami). Po bajce klasyki, więc "Piraci z Karaibów" jak mój dzwonek w telefonie, "Troja" (trzygodzinnie wciągająca), "Sto pięćdziesiąt" (czyli połowa "Trzystu" zanim nie padłam po dwunastce w pracy,"Lord of War" (nie lubimy polskich tłumaczeń), serial "Pitbull" w liczbie całych ośmiu odcinków. I zdecydowanie bardziej podoba mi się serial niż film ;).

Do tego korzystam z pogody, czyli bluzuję, ponchuję, maluję paznokcie albo i nie, wkładam kwiatki za włosy i jem maliny z Rafaello.
Bo pada, pada i pada.
A teraz to jeszcze grzmi.
Deszcz czy chłód mają jednak ten plus, że dużo bardziej smakuje gorąca kawa, dużo lepiej nosi się poncho, no i można wyciągnąć czerwono - kapturkowy płaszczyk i długie skarpetki ;)
Lepiej się pisze (aaale to pewnie pościel w literki), lepiej śpi pod pościelą w baranki i czyta na drobnokwiatuszkowej pościeli.
Zamiast letnich ciuchów sprawiłam sobie lampki do naświetlania pokoju (wysoką stojącą i małą koło łóżka) z ciepłymi żarówkami, trampki ubrałam RAZ, poza tym śmigam dalej w kozakach ;)
Dziwna ta wiosna, całkiem niewiosenna. Zwłaszcza z tym zerem i minusem na termometrze. Abrr ;)






















poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Dzień Książki

Wymyśliłam sobie, że kupię dwa szynszyle.
Dwa, żeby nie było, że jeden, no a trzy to za dużo.
Plan był spontaniczny, wzięty z du**.
Nie miałam zbytnio okazji, ale okazja szybko się nadarzyła.
23 kwiecień. Dzień Książki i Praw Autorskich.
Jeden miał być na jedno, drugi na drugie. Banał.
Najwięcej problemów miałam z wyborem potencjalnych imion, bo chciałam dwa pasujące do siebie, a z racji tego, że ubzdurałam sobie ostatnio, że wszystko co puszyste będzie się zwało Bounty (*dobrze, że nie Rafaello na cześć mojej ostatniej diety opartej na białych kulkach. Na szczęście skończyła się promocja na białego Fiata 500, skończyła się i dieta), drugi mógł dostać z urzędu Cookie albo coś równie słodkiego, co będzie się ładnie komponowało z pierwszym (I tak podejrzewam, że Bounty wołany byłby Bounty Srounty, albo zwyczajnie "Kokosowy" podobnie jak "Borys" nigdy nie był Borysem tylko "Borysiatym", "Szynszylastym" i "Gamoniastym").
Przygotowania zaczęłam od podniecania się puszystością szynszyla koleżanki, zabraniem numeru do hodowli i myciem klatki.
Klatka stała nieumyta od dwóch lat, kiedy to moje złote rozpuszczone nieznośne szynszylowate dziecko - Borys - zmarło zakopane w trocinach w jej dolnym poziomie.
Dotknięta traumą nie zbliżałam się do klatki, a oprócz kotki, która kiedyś do niej weszła i pajęczyny sugerującej tymczasową bytność jakiegoś pajęczakowatego nie istniało w niej żadne życie.
Plan zakupu szynszylątek obejmował więc ogarnięcie klatek.
Najpierw musiałam wyrzucić z niej wszystkie miski, pudełka, pokarmy i wapienka. Z racji choroby szynszyla połowa była utaplana śliną i piaskiem, połowa śliną i pokarmem, więc bez namysłu zabawki i akcesoria poszły w kosz. W kosz poszły też zbrylony piasek, zwietrzała karma i troty, a klatka została  z niemałym trudem (i pomocą taty) zniesiona triumfalnie "na dół".
Na dole zaczęła się zabawa.
Aaaa, wróć.
Zabawa zaczęła się na tarasie, bo musiałam wyzamiatać porozwiewane przez wiatr trociny...
Potem wróciłam na podwórko i zaczęłam doprowadzać klatkę do stanu używalności.
Woda tryskała ze szlaucha, ja machałam drucianą szczotką, tato szykował metalową szczotkę do rdzy.
Po szorowaniu mój rodzimy stwierdził, że klatkę trzeba pomalować.
Pojechaliśmy po farby i zamiast zielonej - jak pręty - tato wziął czarną ("Będzie jak znalazł na ogrodzenie!").

Już podczas malowania przestał mi się podobać fakt, że farba śmierdzi jak sto nieszczęść.
Tato malował, mówiąc mi jak mam to robić, a choć wyciągałam nieśmiało rękę, wciąż mnie instruował i wciąż malował sam.
Ostatecznie zabrałam na zewnątrz lakier do paznokci i wymalowałam pazury u rąk i nóg, co by nie siedzieć bezczynnie.
Klatkę pomalował tato.
Wyglądała tak jak klatka pomalowana na czarno chociaż powinna być zielona...
I śmierdziała farbą.
Od razu naszła mnie myśl, że w takiej prowizorce szynszyle będą się czuły jak w Gryzoniowym Domu Dziecka, no i zaczęłam się cykać o możliwe zatrucie farbą.
Już zaczęło mnie ściskać w brzuchu i zaczęłam zagryzać wargi.
Poza tym ciężko mi było wyobrazić sobie, że ulokuję coś tak brzydkiego w tak ładnym pokoju, gdzie wszystko jest albo białe albo wypindrzone.
No i ta myśl, że jest tyle ładnych wolierowych klateczek, a ja fundę szynszylom taki badziew...
Próbowałam więc lekko napomknąć machającemu pędzlem tacie, żeby może jednak nie malował tak ochoczo i dokładnie, bo pewnie kupię coś nowego, ale on tylko z zapałem poprawiał okulary na nosie i wycierał pot z czoła, zaaferowany pracą.
Mruknęłam więc pod nosem coś w stylu "przecież mam jakieś pieniądze", na co przez chwilę taksował mnie wzrokiem i w końcu uśmiechnął się ironicznie.
Ojcowie. Faceci. Mężowie. Żyjecie w błogiej nieświadomości. Może i wiecie, że hybrydy i biżuteria kosztują, ale nie przyjdzie Wam do głowy ile można zapłacić za bluzy z kapturem i dżinsy ^^.
Milczałam jednak wpatrując się w wiśniowe paznokcie u stóp, tato wciąż malował pogwizdując.
- Nie wiem czy ta klatka to dobry pomysł - wymruczałam posępnie, patrząc na czarne kleksy na rdzawych prętach i zwisający smętnie kawałek drutu.
- Dobry, dobry - zapewnił mnie tato.
- A może... Mmm... Zaczniesz hodować SOBIE jakieś króliki czy coś, a ja kupię nową klatkę... - stwierdziłam, otwierając z trudem zepsute drzwiczki.
- Niee, no coś ty. Na co mi króliki...
- Do jedzenia - wzruszyłam ramionami, kopiąc bezmyślnie w ławkę bosą stopą, chociaż wiadomo, że prędzej zaczęłabym płakać i załamywać nad nimi ręce niż pozwolić je obedrzeć ze skóry i przerobić na pasztet.
- Eee, opowiadasz. Nie podoba ci się klatka? Wygląda jak nowa!
Czarna farba błyszczała w słońcu, klatka pyszniła się na trawie, krople wody mieniły się na jej źdźbłach.
Pedro parskał, kopiąc pod tujami, ja próbowałam nie robić min jak zblazowana małolata (choć w za dużej bluzie, getrach i wywracająca oczami właśnie tak wyglądałam) a tato z podziwem patrzył na swoje dzieło.
- To co, kiedy kupujesz tego szynszyla? - spytał, kiedy wnieśliśmy klatkę pod daszek.
Zbyłam pytanie milczeniem.


Klatka - bez pajęczyn, bez brudnych misek i starego piasku za to z nową czarną farbą na zielonych prętach stoi w altance.
Plan szynszyli został przełożony, bo odkąd znów pracuję na nocki dochodzę do wniosku, że zatłukę wszystko co żywe i co ośmieli się zakłócać mój błogi sen, a poza tym nie wiem czy chcę dwie małe kotwice, nawet jeśli będą one najbardziej puchatymi kotwicami na świecie...

Ale na Dzień Książki i Praw Autorskich kupiłam sobie wielką puszkę aromatycznej Lavazzy (Lava to też ładne imię. Takie pretensjonalnie kocie. Idealnie dla pretensjonalnej rudej kotki ;P) i dostałam tabliczkę gorzkiej czekolady. Wszystkim co kokosowe już rzygam.
A Fiata 500 sama sobie kupię.
Miętowego! ^^






sobota, 22 kwietnia 2017

Przestawianie kubka

No i wróciłam do porannego przestawiania kubka przed pracą.
Rano robię sobie kawę, a potem kubek wędruje ze mną od kuchni gdzie jem, do łazienki gdzie topię w gorącej wodzie tusz żeby odżył i do pokoju, gdzie plączę się w kable od prostownicy.
Jakoś zwykle nie mam możliwości usiąść i ją spokojnie siorbać, więc na ogół dopijam ją jednym chłodnym duszkiem, kiedy praktycznie wychodzę z domu.
Kolejna kawa leci przeważnie w przerwie w pracy, o ile uda się złapać tę przerwę przed południem. Chociaż teraz jest mi już bez różnicy czy piję rano, w południe czy późnym popołudniem. I naprawdę rzadko kiedy kawa mnie kopie ;).
Kopią mnie widoki i to chyba nigdy mi się nie znudzi.
Widoki i kolory, kolory i widoki. Brak słów, żeby je opisać.
Są jednym z najlepszych dodatków do pracy i nie ma dnia, żebym się nie podniecała szarawym błękitem nieba, biało - szarym chmurkom, ciemnej zieleni drzew.
Nawet jeszcze łyse drzewa, nawet błoto, nawet kałuże.
Nawet te wioski, zapadnięte płotki, kudłate psy ze skołtunioną sierścią.
Wszystko jest podręcznikowo ładne, nawet jak nieładne.
Mam nadzieję, że mój mózg ma zdolność przetwarzania kolorów i obrazów na słowa i że zdoła je zapamiętać do momentu, kiedy będę mieć więcej ochoty do siadania do "pióra" niż obecnie.
Póki co wolnych ciepłych dni nie spędzam prawie w ogóle w domu.
Nie powtarzam wiejsko - górskich widoków, które widzę z pracy, za to wszystkie lokalne atrakcje moje.
Wodospady, skały, kamienie, zamki, trasy spacerowe, fajne miejsca, bunkry, szałasy, zapory.
Wygodne buty, dobry kompan, który poniesie na barana, zrobi karuzelę, będzie asekurować jak będę się wspinać albo wieszać po poręczach, no i robić zdjęcia ;)


Porządki też jakoś sobie ostatnio odpuściłam i chyba (dziwnym trafem) przeszłam na artystycznie - nieartystyczny bałagan, chociaż myślę, że gdybym doczekała się swojego mieszkanka albo domku to znów wskoczyłabym na poziom perfekcyjnej pani domu.
Teraz to totalne przeciwieństwo głaskania podłogi i zbierania każdego kłaczka.
Podłogę jak wypastowałam pastą tak świeci, a wypolerowane lustro błyszczy, ale zadomowiło mi się w pokoju całkiem sporo kotów, niesparowanych skarpet w kącie, ciuchów na fotelu i kubków na stoliku. I niezastruganych ołówków ;). No i dobrze. Nie będą ostre i gotowe, bo nie piszę, nic nie wymyślam, nic nie tworzę, nic nie rysuję. Paradoksalnie, bo właśnie teraz mam czas. Dnia przybyło, długo mam światło dzienne, biegać mogę nawet i o dziesiątej, więc zostają całe dnie, wieczory, noce. Ale luz. Jeszcze będzie ze mnie artystka. Tak powiedzmy... półrocze^^. Może być? ;)