czwartek, 22 lutego 2018

Miłosny wirus

Odkąd się zakochałam, nie chorowałam.
Uznałam to za cud prawie tak wielki jak sam fakt zakochania się i cieszyłam się tym stanem długie osiem miesięcy.
Zero przeziębień, chrypek, katarków.
Zero łapania wirusów, leków, lekarzy.
Nic.
No, poza pęcherzem, ale to było tak nierozłączne z moją osobą, że nie warto nawet o tym wspominać.
Nie musiałam pić ziółek, hartować się ani brać suplementów.
Nie piłam imbirowych herbatek ani cytrynowych napoi.
Zdrowie po prostu było mi dane.
Dane mi były mi też podróże, pośpiech, przeprowadzki i zmiana pracy, ale nic, naprawdę nic nie zburzyło cudownego stanu mojego cudownego samopoczucia.
Trochę tylko zasuszyłam żołądek jak rodzynkę żrejąc frytki po drodze przez pół Polski, nie żrejąc nic na co dzień albo jadąc całe dnie na kawie, więc generalnie schudłam lepiej niż dzięki sałacie i siłowni, ale nawet brak zdrowych posiłków nie skończył się chorobą.
Nie ćwiczyłam, ale byłam silna, nie jadłam mięsa, ale wyniki miałam cudne.

Przerwa między pracą w policji, a przedszkolu wynosiła ponad miesiąc i w tym czasie spałam codziennie do 11, byczyłam się solennie, jeździłam na nartach i obejrzałam tyle filmów, że założyłam konto na filmwebie.
Zero zmartwień, zero stresów, zero jakichkolwiek problemów, chyba że taki co zrobić chłopakowi na obiad.
A potem poszłam do pracy.
I z pierwszym dniem się zaczęło. Od grypy żołądkowej.
Po dwóch dniach siadły mi zatoki, migdałki i krtań. Chodziłam już wtedy do pracy i miałam typowy dla nauczyli zachrypnięty głosik sugerujący, że za dużo gadam, mówię i tłumaczę.
O tym, że mam gorączkę zorientowałam się po kolejnych dwóch dniach.
W ogóle nie zajarzyłam, że oszołamiające zimno, ból i złe samopoczucie to gorączka, bo przecież ja jestem z natury niskotemperaturowa.

Gorączkę zniosłam jak facet. Jedną nogą w grobie.
Ogólnie to nie uwierzyłam, że kreski skoczyły mi powyżej 37, bo u mnie rzadko kiedy skacze powyżej 35, nie dobijając nigdy do podręcznikowych 36,6, więc przy 37 czuję się okropnie, a przy 38 zwykle mdleję.
Tym razem nie mdlałam, ale tyle co się najęczałam to wie tylko mój M.
M. wystawiony na ciężką próbę i na misję zbijania gorączki, nie spania w nocy i odsuwania się ode mnie, bo jarzyłam gorącem jak rozgrzany metal.
Najgorsze było to, że najbardziej dla mnie spektakularną gorączkę - tą ponad 38 stopniową z dreszczami  i szczękaniem zębami rozpoczęłam o 4 w nocy, dwie godziny przed zaplanowanym weekendowym wyjazdem na narty. Wyjazdem, na który zbieraliśmy się od grudnia i od grudnia nie mogliśmy złapać wspólnych wolnych dwóch dni.
Zamiast wyjazdu były zimne okłady na czoło, zamiast nart spanie pół dnia.
Kolejny tydzień spędziłam zagrypiona w łóżku.
Gorączki nie mogliśmy zbić żadnymi tabletkami, więc byłam już połowicznie facetem, połowicznie dzieckiem. Facetem, bo umierałam, dzieckiem bo marudziłam i wymagałam systemu opieki dzienno - nocnej.
Tydzień gorączki wymęczył mnie okropnie, jeszcze bardziej wykończyło mnie siedzenie w domu.
A potem przelałam całą swą miłość na M. i go zaraziłam. Gdzieś tak mniej więcej w okolicy Walentynek.
Walentynek mieliśmy nie świętować, bo przecież oboje nie wierzyliśmy w miłość, do teraz nie wiemy jak to się stało, że chcemy ślubu, a poza tym od prezentów są święta i urodziny, nie jakieś śmieszne święta. No i nasza miłość to żaden poemat, tylko czysta codzienność bez lukru, bez złudzeń i bez kota. (*Z okazji 17.02 - Dnia Kota może mi ktoś kota podrzucić. Tylko nie DAĆ, a PODRZUCIĆ. Podam adres najbliższego śmietnika. Kot może być ślepy, bez jednej łapy, bez oka. Takie się mojemu podobają, bo mu ich żal. Ładnych puszystych i zdrowych nie lubi... Ale może być fifty fifty - i jemu i mi dobrze. Kot jak z filmu "Obdarowani". Wiem, bo oglądałam, oceniłam, popłakałam. Rudy kot, jednego oka brak).
Myśleliśmy jedynie o jakimś wyjeździe z noclegiem albo dobrym obiedzie w dobrej restauracji, bo dzięki tym miłosnym wirusom odkryłam nowe smaki i jedzenie poza domem. Generalnie bardzo dobrze jest mnie brać na obiad. Po pierwsze - dzięki temu nie podam na obiad zieleniny, po drugie - i tak zjem niecałą połowę, więc jeszcze można pojeść moją porcją.
No ale nie było ani noclegu ani obiadu.
Wspólne nieromantyczne Walentynki uczciliśmy siedzeniem we dwoje z dwoma chustecznikami.
Ze wzruszenia tą całą miłością mój organizm przypomniał sobie o tym o czym zapomniał jak gorączkowałam i grypę plus Walentynki i chusteczniki uczciłam jeszcze moim ulubionym dniem każdego miesiąca. Nieciążą.
Ubezwłasnowolniona, zalegająca w pościeli czekałam cierpliwie aż mi Walenty walnięty przyniesie arsenał kosmetyczno - farmaceutyczny, więc osmarkałam się ze wzruszenia jak wyskoczył przede mnie z tulipanami i paczuszunią.
Niestety ja, tak niby trawolubna, dostawane kwiatki wlekłam zwykle po chodniku ze wstydu, że mam jak ta wieśniara iść z kwiatkami, ale wraz z miłosnym odrodzeniem dostałam objawienia i pokochałam tulipany. Do tego stopnia, że tulipany wymyśliłam na wesele i płaczę, że zamiast wiosną hajtam się w lecie.
Oprócz kwiatków dostałam wbrew regulaminowi prezenciki, tak żeby zapełnić prysznic 15:1 dla damskich żeli, musów i pianek, a do tego serum do włosów na które chorowałam i które na szczęście nie robi z moimi włosami tego co rzęsowy odpowiednik z rzęsami. Tak więc łeb mi od serum jak oczy nie puchnie.
Puchnie za to z nadmiaru zmian, strachów odnośnie nie tyle ślubu co bycia żoną.
I z powodu zatok, bo oczywiście teraz to mi ani imbirki, cytrynki ani nic nie pomaga, tylko testuję na sobie asortyment medyczny, z urządzeniami do irygacji zatok włącznie (płukanie nosa to coś podobnego do rzygania. Nieprzyjemne i męczące, ale przynosi ulgę. Mówi ta, co nigdy nie rzyga ;D).

Zapuszczanie włosów, mycie ich letnią i płukanie zimną wodą, maseczki, odżywki, balsamy, witaminki i chłodny strumień suszarki plus wyżej wymienione serum to moje pierwsze przygotowanie do wesela.
No i targi ślubne (już dwa zaliczone) i pierwsze załatwienia (święta trójca - sala, zespół, zdjęcia).
Ale najważniejsze są włosy, bo oprócz tego co ma się do wesela zagoić, ja mam mieć włosy po dupencję.
Albo przynajmniej do połowy pleców.
Na targach było bardzo fajnie. Nie podobała mi się żadna sukienka, nic nie załatwiliśmy, nie udało mi się załapać na próbny make up ani fryz, za to udało na dietetyczne ważenie i analizę składu ciała.
I tak - bo teraz naprawdę mi wisi, że nie mam ani masy ani siły ani mocy - gór przenosić nie muszę, panów z % we krwi z chodnika też, mogę sobie być filigranowym kotkiem. Długowłosym.
Ważyć niby mogłabym 3 kilo więcej (czyli mniej więcej tyle ile schudłam ^^), tłuszczu tyle co KOT napłakał (tak, a cycki to są chyba wypełnione powietrzem), za to masę mięśniową mam ładną, bo ponad 80%. I tylko nie wiem skąd to się wzięło, bo odkąd "zachorowałam na miłość" ćwiczenia to ja widziałam.
Na fejsbukowych postach ^^.



Z okazji grypy życzę sobie nie przechodzić ponownie przez tęczowy most na drugą gorączkową stronę, z okazji Walentynek - żeby białe tulipany nabyły takiej naturalnej odporności by nie padały z powodu ciepła, no i żeby to serum sprawiło, że włosy mi bujną po wymarzoną dupcię.
A z okazji Dnia Kota życzyłabym sobie jutrzejszego dobrego samopoczucia i jazdy z M. na ten weekend i te narty, na które i tak nie pójdę. Żebym w zamian znalazła fajne SPA z ciekawymi ofertami, dobrą restaurację z włoską pastą i śmietnik ze ślepym kotem ;)




sobota, 3 lutego 2018

Rzygnąć tęczą (z gwiazdeczką) i kropka.

Kiedyś myślałam, że fakt gotowania sobie od lat (*warzyw), robienia osobno prania (*w orzechach^^) i maniakalno - obsesyjnego pucowania pokoju plus dużo obowiązków w małym domu robi ze mnie materiał na samodzielną łamane przez niezależną.
Myślałam, że jeśli mam pracę (*stałą, mundurową), chęci (10/10), żeby wyprowadzić się z domu i ambicję (*fu**, ciągle zapominam, że miałam z Mel B. ćwiczyć...) w każdej części ciała, to jestem przygotowana do samotniczego życia.
Myślałam, że niegroźne mi żonine poradniki, bo ja będę mieć tylko swoje cztery kąty (*drewniane, spleśniałe) i będę sobie w nich robić co chcę (*sama), że niczego nie muszę "musieć", dla nikogo się starać (*facet), nikomu się podobać (*jak wcześniej) ani nikomu przypodobywać (*TEŚCIOWA?! Pff...)

Myślałam - praca (*pieniądze), rozwój,  książki (*kariera pisarska, wieczorki autorskie, ekranizacja... No dobra. Miliony z pisania), spanie (*sama, ale z otulającą podusią dla ciężarówek), kot (*>1 ^^).
Wiedziałam - nigdy facet (*żaden!), biała kieca (*żadna!), dom (*z facetem!).
Dziecko...?
Noo, może.
Okej.
Za odpowiednią stawkę, ubezpieczenie.
Plus dodatki i premie...
Pobawię.
Nie wolontarystycznie :):):):)


Myślałam tak dużo wcześniej przed tym, zanim nagle staropanieńskie plany odeszły w niepamięć i zanim z M. zrobiło się M&M.
I nagle moja ciążowa (cóż za paradoks...) podusia, która otulała mnie do snu wyleciała z łóżka, a do niego wtrąbił się ON.
Cudowny jak zrobi obiad kiedy jestem w pracy, przypominający mi regularnie, że endorfiny powstają nie tylko na siłowni, ułożony, wychowany, wysoki.
Pomiot szatana, który nie chce mnie miziać po stópkach, terrorysta, który nie pozwala mi mieć kota i francowata menda z własnym zdaniem, charakterem, osobowością. Czyli coś jak ja, tyle że w męskim wydaniu.

Myślałam dalej - mimo wszystko, że może wszystkie te moje wcześniejsze kroki, te chęci, ta samodzielność, to gotowanie, nałożone na siebie pokryje się jakoś i chociaż nigdy wcześniej nie pałałam chęcią do zbawiania świata przez bycie super panią domu ani czyjąś żoną to teraz nagle, po zmianie o 180 stopni stylu życia jakoś się w tym odnajdę. Nawet i przed ślubem...
No i próbuję się odnaleźć.
Myślę... Nie, nie o chatynce z pleśnią!
Myślę - może obudzi się we mnie ten zew.
Ta kobieca intuicja.
Ten potencjał i siła.
Bo może to samo przychodzi? Może to tak jak miłość - bach i spada z nieba.
I tak czekam aż się znajdzie już ponad pół roku.
Wnikliwie szukam u siebie tego pierwiastka, które ma tak wiele kobiet w moim otoczeniu.
Tej łatwości w balansowaniu z pełnymi talerzami, tej lekkości pieczenia ciast, tego kunsztu w przygotowywaniu mięsnych rolad i pieczeni ze śliwkami.
Tego prasowania koszul w kant, wiedzy ile soli sypie się do zupy, żeby jej nie przesolić i które ciasto można podglądnąć w piekarniku, a któremu nie wolno otworzyć drzwiczek.
Tego ogarnięcia, organizacji w domu, znajomości specyfików i środków do czyszczenia i wyglądania profesjonalnie w gumowych rękawiczkach.
Tego obeznania, powinności, troski o "swojego mężczyznę" wyrażoną w smacznym obiedzie, wyprasowanej koszuli, pocerowanych skarpetach w szufladzie.

W ciągu paru miesięcy stałam się królową kibla, przejmując na siebie obowiązki dbania żeby bakterie rodem z reklamy Domestosa nie zjadły mnie przed 30tką, a cytrynowe kulki pachniały na pół mieszkania.
Kosza nie ruszam prawie wcale - jakoś zawsze umiem zrobić tak, żeby wyrzucanie śmieci padło na M., ja tylko łaskawie przecieram klapę mokrą ściereczką jak się na niej rozciapie pomidor.
Z prasowania robię ceremoniał, rozkładając deskę, z namaszczeniem przygotowując żelazko i namiętnie prasując, chociaż po skończonej pracy mam wrażenie, że koszule wcale nie wyglądają tak cudownie jakbym chciała. Może jednak nie powinnam tego robić po kawie, po pierwszej w nocy i podczas trzygodzinnej sesji rozmawiania przez telefon z przyjaciółką.
Gotować zawsze bardzo lubiłam i gotowałam, ale wegańskie specjały. Wegańskie.
Dziś za sprawą witaminy "M" (*jak hormony, rozpusta i Wasze rzyganie tęczą, bo ciągle tylko ten M., M. i M. Ach, a gdybyście Wy wiedzieli ile sąsiedzi muszą się nasłuchać zza ściany! Eh, naiwni, bo się wrzuci dwa zdjęcia z molo, zanim się pożremy albo zimowe foto z moją pasiastą rękawiczką i palcem na jego nosie, na którym rana, bo się dzień wcześniej w tę gębę zakazaną książką rzuciło. Z twardą okładką). W lodówce mam keczup, żółty ser, kiełbasę i musztardę. Mam w szafce słodycze, rozpuszczalne kakao, biały cukier. A uczę się gotować tak, żebym ja zjadła, a M. się najadł i żeby miał siłę przekręcić zamek w drzwiach.
Nie, mięsa jeszcze przyrządzać nie zaczęłam. Korzystam z hojności mamy, teściowej (*tej, co to tak nie chciałam) i zamrażarki.
Jak niedawno kupowałam szynkę w sklepie to znajoma sprzedawczyni aż się za głowę złapała: "Szynka chłopska???"- wydusiła, wiedząc że od ponad dekady wychodzę z jej sklepu z porem pod pachą i bakłażanem w zębach. Mniej zdziwiła się dwa dni później jak wzięłam sobie do spożywczaka męską jednoosobową obstawę z żądzą mięsa w oczach. I nagle moje wyniosłe i oziębłe "Ja? Jaaa mam gotować mięso, bić kotlety i smażyć mielone dla FACETA?" zmieniło się w (niewcielone jeszcze w życie) ociekające lukrem wizje jak taszczę do mieszkania reklamówki z logo sklepu mięsnego, obtaczam różowe plastry mięsa w jajku i bułce i smażę aż tłuszcz chlupie, a potem triumfalnie stawiam talerz przed nosem M., siedzącego z ustami w ciup i wybałuszonymi oczami, który je aż mu się uszy trzęsą, i oczami, brwiami i rzęsami śle dziękczynne nieme słowa w sufit nad moją cudownością i sztukaterią robienia schabowego.
Ale to tylko fantazje.
Jeszcze nie dojrzałam do tego, żeby zbić kotlety tłuczkiem.
Szynkę nakładam za to na bułkę. I już nie muszę tego robić widelcem ^^.


Porządki ogarniam jak to porządki. (*No i jak to ja. Albo robiąc sobie siłownię ze sprzątania albo robiąc artystyczny nieład. That's true). Na początku wydawało mi się ich cudownie mało w porównaniu z większym objętościową domem połączonym z kotłownią i bandą sierściuchów, później o wiele więcej, bo "teraz wszystko na mojej głowie". Ostatecznie jest optymalnie.
W wolne dni sprząta się super, jak jestem zarobiona i zajęta (*zwłaszcza przez ostatni miesiąc^^) to nagle okazuje się, że w każdym pomieszczeniu oprócz oczywistych oczywistości przypałęta się coś nieoczywistego i popołudnie z głowy, bo zmywam kropki z prysznica albo doczyszczam pojemnik na płyn w pralce.

Żebym chociaż mogła powiedzieć, że teraz nagle to już jestem och ach jaką damą, bo mieszkam z chłopakiem to chcę żeby widział jaka jestem cudowna (czyt. żeby dał się złapać na mój urok i wdzięk) to nie. Nie powiem.
Ja to ogólnie dbam, żeby włosy z nóg za bardzo nie kłuły, bo wtedy autentycznie zero miziania, żeby mi kosmetyczka nos wyczyściła i zrobiła brwi, no i żebym miała komplet żeli pod prysznicem, płyn do płukania ust i mało zniszczoną szczoteczkę do zębów.
Oczy maluję, chyba, że mnie kolejna odżywka do rzęs uczuli (*wszystkie uczulają, majątek wydam, a one pi**ki małe i tak nie urosną), kieckę czasem jakąś na pupsko założę, ale niestety najlepiej mi w rozciągniętej męskiej koszulce, bez pudru i z książką w zębach. No co ja poradzę.
M. z jednej strony szczęśliwy, że moje policzki nie zaznały nigdy blasku pudru czy fluidu, że nie maluję się praktycznie w ogóle i że wyjść z domu niepomalowana też mogę, zszokowany jest lekko, dlaczego tajników kobiecej wiedzy tajemnej nie ogarniam. Na przykład dlaczego boję się lustra i idąc do łazienki w miejscu publicznym, po wyjściu z niej mam rozmazane oczy.
- No jak to. To ty nie patrzyłaś tam w lustro?
I jak mu syknę, że przecież poszłam się wysikać, a nie przyprószyć nosek, a myjąc ręce pilnowałam, żeby mi cztery samozwańcze makijażystki eyelinerami i tuszami nie wydłubały oka, to się mocno dziwi.
Dziwi się też, że nie wiem tylu kobiecych rzeczy, które powinnam wiedzieć, a umiem np. zanudzić go na śmierć, bo żądam odwiedzenia trzech (trzech) sklepów z ciuchami w galerii, kupieniem drogich spodni albo jeszcze droższych butów i to ze względu na ich ciepło, a nie wygląd i miauczeniem, że jak do ślubu to sukienka nieważne jaka cena (*mówimy o tych wzwyż), bo ja muszę mieć dopasowaną i bez cekinów choćby je miała sobie zębami odpruć.


Wcześniej biegałam na siłownię, zumbę i na bieganie, żeby schudnąć, wyrzeźbić się i wysmuklić.
Teraz jedząc kanapki z normalnym masłem, a nie awokado i normalne obiady zamiast sałaty wyglądam smuklej, a przecież leniem jestem takim, że masakra (*no wykrakałam no. Masło w odstawkę, pieczywo w odstawkę, zostają liście i wodorosty). W lecie trochę nauki tenisa, minimum pływania i spacerów, teraz narty (więcej wysiłku, żeby utrzymać się na nogach w butach) i raz na czas jakieś przysiady, ale główne ćwiczenia wykonuję ze ścierką, mopem i odkurzaczem.
Kurą domową czuję się tylko na tyle, na ile kogutem czuje się M., bo są dni, że on jest w pracy, a ja miotam się między zlewem, a kuchenką, a są i takie, że ja siedzę na kanapie z książką po obiedzie, a on zbiera naczynia i chodzi wkoło mnie na paluszkach jak leśna wróżka (*chyba się boi po tej ostatniej fontannie łez, którą z siebie wyrzuciłam między chlipaniami rycząc: "Nie chcę być idealną żonąąąą. Ja nie będęęęę. Ja nie umieeeem. Ja nie chciałam!" chociaż w sumie nikt mnie o rękę nie pytał, ale ciul, profilaktycznie sobie powyłam).

No, ale mam też mieszkanko, ciszę, spokój, ciepło w łóżku, faceta, który mi pali w piecu (*"Ile chcesz stopni? 23 w terrarium styknie?" i pyk - przyciska guziczek), podwójne komplety talerzy i ciążową poduszkę (tę z samotnych nocy) w szafie.
W większości szczerzę się do swoich garnków, miętowych łopatek i niedrewnianej stolnicy, do M. i do jego mięsa w lodówce, ale zdarza się, że myję białą łazienkową podłogę na kolanach czwarty raz pod rząd i dalej nie mogę pozbyć się paprochów i włosów i myślę sobie nad kwintesencją życia, nad obowiązkami domowymi i nad tym, jak zmienia się życie, kiedy zaczyna się je z kimś dzielić.
Nie, żebym podłogi nie myła jeśli byłabym sama.
Myłabym.
No oczywiście, że bym myła.
Oczywiście, że nie tylko wtedy, jak M. wraca z pracy albo wiem, że odwiedzi mnie teściowa... ^^

Teraz w ogóle nie wyobrażam sobie poprzedniej opcji, bo nieodwracalnie z 1+ kot zrobiło się 2+0 i dobrze mi tak.
Dobrze być i mieć, dobrze tak sobie razem spać i nie spać.
Przecież jajniki mnie nie swędzą, nie złożyłam nigdzie przysięgi, że przed trzydziestką się ohajtam, nikt mnie do związku nie zmusza.
Tylko tak strasznie chciałam zawsze unikać stereotypów i łamać schematy, nie hajtać się, nie chodzić z brzuchem albo pieluchą przewieszoną przez ramię, a teraz jak przychodzi do mnie mama - puszę się, jak chwali, że mam czysto albo jak niedostatecznie głośno pieje nad moimi porządkami, sama prowadzę ją pod szafę i pokazuję równiutkie stosiki posortowanych kolorami ubrań.
Do teściowej wiozę ciasto. Z zakalcem, bo z zakalcem, ale wiozę.
Z każdą ciocią, klocią, koleżanką rozmawiam o zaproszeniach, obrączkach, zespołach i wyższością muzyki nad disco polo.
Co mi się z mózgiem stało?
Przecież nigdy nie myślałam: "Oo, mam ponad dwadzieścia lat, powinnam nauczyć się bycia gospodynią domową i znaleźć chłopa".
Nie myślałam, że powinnam nauczyć się robić roladki i przełamać do mięsa.
Ani że mam zrobić kurs szycia, prania i robienia porządków w lodówce.
A jak teraz wygląda mój miłośnie sprany mózg?
W mózgu to mam teraz gotowanie, porządki, pranie.
O, pranie. Pranie to mi się nie podwoiło, a potroiło. Właściwie to nie wiem jak mogłam mówić, że dużo piorę kiedy prałam tylko dla siebie. Mam wrażenie, że oprócz chłopaka mam w domu małe dziecko, które sika nam do łóżka, brudzi nas papkami i ulewa na nasze ciuchy, skoro w naszej łazience wiecznie wiruje pralka, w salonie wiecznie wiszą prześcieradła i poszewki na suszarce, że aż czasami jak dzwonek zadzwoni to w panice nie wiem czy najpierw ciągnąć suszarę do sypialni czy ubierać spodnie. M. to już nie pyta: "Dzisiaj pierzemy?, tylko: "Co dzisiaj pierzemy?".
A jak chwilowo mamy przestój w interesie to przynosi z pracy mundury.
Zakupy też kupujemy jak dla wielodzietnej rodziny. Ja to jestem specjalistką od papieru toaletowego.  Nie wiem skąd to mam, chyba po babci, M. z kolei zawsze panikuje przed brakiem chleba, więc finalnie w szafce zawsze mamy chleb i bułki w różnym stopniu czerstwienia, a łazienkę zawaloną piramidami białych rolek w polarne miśki... Aaa wiem, skąd mi się to wzięło. Z koszar wyniosłam lekcję, że szary papier jest ch***** i trzeba mieć zapas miękkiego na zaś. Ach, no to wiem też skąd M. chce mieć zapas czerstwego chleba.
Tak się kończy związek dwóch koszarowców, nawet jeśli mniejsza połówka z jednej połówki już zmieniła branżę.


I tak teraz analizuję swoje ostatnie zajęcia, wieczory i popołudnia i chociaż wskoczyły mi tu Rzeszów, filmy, książki, muzyka i narty, to jednak na pierwszym planie mam ugniatanie ciasta, bieg z ciastem za paznokciami do sklepu po śmietanę, obieranie renet tępą obieraczką (M. i tak uznał, że zakalec jest spoko, ale jabłka są za kwaśne. Moje bunty, zemsty, wciąż pamiętane techniki obezwładniania i duszenia, kary w nieświętowaniu nieformalnych świąt i fochy wystarczą mu chyba i nauczą, że takiego poświęcenia się nie podważa), odgrzybianie ściany, polerowanie lustra i kupowanie worków na śmieci. Ale dalej potrząsam tą swoją śliczną niemądrą rozczochraną główką i myślę o tych wszystkich kobietach, które w niedziele serwują dwudaniowy obiad, trzy surówki, dwa desery w wypolerowanych salaterkach w wypieszczonych salonach, a ja się czuję zaje****e jak odgrzeję M. zupę którą zrobię po wrzuceniu to thermomixu wszystkich warzyw z patery i doprawię fajnymi przyprawami, a potem nakarmię go kotletami bez mięsa i dam Colę i kupcze ciastka, żeby się cieszył.
Tylko sęk w tym, że ja chociaż próbuję mu dogodzić, staram się, wykłócam żeby kupowane w pracy obiady zupa plus drugie wynosiły 10:1 w stosunku do kebaba, to nie mam takiego poczucia, że muszę, że powinnam, że koniec świata.
Że jak nie zacznę chodzić po domu z make upem albo serwować mu wymyślne dania, mięso (!) to będę jakąś okropnie złą dziewuchą niegodną życia we dwoje.
Bo dla mnie rola idealnej żony albo Jezuchryste matki polki to totalna abstrakcja.
Dla mnie liczy się on i liczymy się my.
Nie wiem czy miłość i oddanie można przeliczyć na liczbę ugotowanych mięsiw albo wymaglowanych prześcieradeł i czy ważniejsze są uczciwość, bliskość i komunikacja czy dwudaniowy obiad i majtki ułożone w stopniu ich wyblaknięcia.
I nie wiem czemu mi się wydaje to normalne, że o kogoś kogo się kocha to się dba, pilnuje, żeby zjadł, żeby kupić mu leki czy zapakować kanapki do pracy, ale nie dać sobie wmówić, że przestrzeń życiowa kobiety rozpina się między kuchenką, a zlewem i jej rola to tylko dogadzać, rodzić, wychowywać.




Ostatnio zerwałam się w nocy z bezdechem.
Przerażona, roztrzęsiona, spanikowana.
Tchu nie mogłam złapać, trzęsłam się jak w febrze, a jak zassałam powietrze to tak efektywnie, że pół dnia potem chrypiałam.
M. się biedny prawie z łóżka sturlał.
- Śniło ci się coś? Jakiś koszmar? Pająki?
- Nie! Miałam normalny sen. Z Tobą. Spokojny, zero stresu czy strachu. W tym śnie to ja sobie puder nakładałam na buzię i sukienkę białą mierzyłam...



PS 15.06.2019.
O ile teściowa, która przeczyta ten wpis nie zainterweniuje albo jak mój tęczuś nie fuknie: "Jak mogłaś napisać o tym zdjęciu? Teraz każdy będzie wiedział skąd ta blizna!) i nie zmieni zdania ;)





środa, 24 stycznia 2018

Mrozy, śniegi

Rok 2017 zaczął się mrozami, śniegiem, pisaniem, siedzeniem w domu z psem i kotem i jedyną zmianą była zmiana cyferki w wieku marcową porą.
W połowie roku nastąpił jeden przełom, bo z Bieszczad wyjechałam do Warszawy, potem drugi niespodziewany, bo plan singielsko - koci zmieniłam na związkowo - zobowiązaniowy i trzeci, bo wszystko działo się tak szybko, że z marszu zaczęło się wspólne mieszkanie i wspólne plany.
Pierwszym planem były wspólne wakacje na Węgrzech. Potem zaczęłam podróżować sama. Do stolicy i z powrotem. Albo do Opatowa, bo leży pośrodku.
Znów trzydniowe wakacje jesienią nad morzem mimo moich katarów i Viksów pitych na stacji benzynowej, wreszcie ostateczny powrót i trzecia niespodzianka - wynajęcie wspólnego mieszkania.
Pochłonęło nas meblowanie, urządzanie, życie domowe, obowiązki i praca.

Rok zakończyłam jeszcze lepszym suprisem i przytupem, bo odejściem z policji i planem powrotu do nauczania, czyli mam nadzieje do robienia czegoś co da mi satysfakcję i spełnienie. No i oby wystarczyło to, że mam głowę, plecy niekoniecznie.
Dużo było gałęzi na drzewku decyzyjnym.
Ostatecznie uznałam, że kawa flat white na ustrzyckim Orlenie to za mało, żeby wiązać się z tym miejscem i tą pracą. Flat white można kupić gdzieś indziej. Trzeba się przy tym nakombinować, bo do McDonalda kawałek, a kupując podwójne espresso przepłacam, ale czasami warto. Nie tylko z kawą.
Swoje zrobiłam, dostałam się, szkołę przeszłam, flaki wyprułam i nauczyłam się dusić, a także rzucać mięsem i książkami jak mi M. podpadnie.
Na szczęście nie mam większych zobowiązań, więc mogę robić ze swoim życiem co chcę, co lubię i co daje mi szczęście i co najlepsze - nie blokują mnie moje własne wewnętrzne blokady.
Poza tym zdecydowanie wolę żyć, cieszyć się tym życiem, dzielić je, szanować - szanować siebie, to chyba przede wszystkim. O policjantce pewnie książkę spłodzę, coś tam napoczęłam jak to ja napoczynać lubię. Ale nie będę pisać faktów. Napiszę miodzio, pierniczkowy lukier, samą nieprawdę. Na prawdę szkoda nerwów i życia.

Nie taki był plan, bo plan przecież wykluczał męskie plemię i śluby, zawierał jasny plan zarabiania, usamodzielniania się i bycia zimną kotką, ale życie różne pisze scenariusze, policja to nie film, książka, a już na pewno nie bajka. Byłam, widziałam, miałam to wszystko czego mieć już nie chcę, nie życzę, nie chcę do tego wracać, bo nie ma do czego, gorąco nie polecam.
Do nowej pracy będę podchodzić jak do wszystkiego z entuzjazmem, pieniędzmi się już nie przejmuję, no może czasami, że nie będę taka niezależna, ale i tak się kasą nie najem. Poza tym mam nieprzemakalne botki, gorącą wodę pod prysznicem i ciuchów pół szafy, a reszta rzeczy jest bezcenna, więc żyć nie umierać.

Na razie mam dużo wolnego, trochę odskoczni od stresów.
Nie chodzę do pracy, nie wstaję rano, nie mam obowiązków większych niż te w domu, a to rozłożone na słodkie wolne dni zajmuje mi nieprzyzwoicie mało czasu, więc analogicznie mam więcej czasu dla siebie.
Mam chłopaka i robię mu kanapki z szynką, mięsa nie jem, dzieci nie planuję, o kocie marzę, jeszcze bardziej marzę, żeby moja cudna wredna niepieszczotliwa kotka puś**ła się i przyniosła mi w zębach małego rudaska, którego M. pozwoli mi zatrzymać i wychować, dalej mam nadzieję na nowe książki, ale kasę odkładam na inne rzeczy.

Akurat ten rok jest rokiem bez planów.
Jedyny plan to spokój i szczęście. Poprzednie plany wzięły i odleciały, dostałam wszystko, czego nie planowałam, a to co planowałam... Bóg mnie wyśmiał, miłość sama mnie znalazła, choć przecież nigdy nie chciałam, a pracę sama zostawiłam, choć ją kiedyś chciałam :) Misz masz.
Misz masz też na zdjęciach, bo foty z całego roku są trochę powielone, trochę pomieszane, trochę polukrowane, a trochę wydziwiane.
Są jazdy, dojazdy, Pedrusiowe: "Nie jedź do tej Warszawki!" z kładzeniem się na walizki włącznie, wycieczki z oszukiwaniem wiewiórek metodą "na kamyki" , wyprawy, codzienność, pierdoły, śniegi, mrozy, no i oczywiście piesy, koty ;)






























































wtorek, 2 stycznia 2018

Święta

Święta zaczęliśmy w połowie grudnia, a wpis piszę mniej więcej od tej samej pory.
Zaczęło się od niepozornego zainstalowania światełek na balkonie, a potem hurtem poleciało ubranie choinki, nałożenie czerwonego bieżnika na stolik i układanie czerwonych świeczek na komodzie.
I od tego, że siedziałam w mieszkaniu przeziębiona, a nie miałam (jak w domu) psa i kota, które zawsze mnie pocieszały i właziły mi do łóżka, to miałam chociaż choinkę. Choinkę, o którą parę lat temu zrobiłam szał, że jestem za stara na choinki, a dziś - na swoich nieswoich włościach choinkę kupiłam już 1-szego grudnia.
Do tego inhalacja z przypraw korzennych, anyżowych gwiazdek i goździkowych pomarańczek, mocno cytrynowa herbata i imbir.
Bo o tym, że w mieszkaniu zrobiło się nagle czerwono to nie muszę wspominać, od tego są zdjęcia.
Wspomnę za to, że wpis zaczyna się w połowie grudnia więc teraz zahacza o początek stycznia (i wciąż nie mam gwarancji, że go wrzucę), ale nie chce mi się zmieniać czasu na przeszły, bo to psuje mi całą koncepcję, więc miejcie sobie mętlik, patrzcie na zdjęcia i przyzwyczajcie się w końcu, że nie wszystko da się zmienić, zrozumieć albo zaplanować, a ja to ja więc świąteczny wpis wrzucam po świętach w dodatku w czasie teraźniejszym.

                                                                                 ***

Czerwony to nie jest mój kolor i czerwone to dobieram jedynie akcenty i jedynie czasami. Od święta. Dziś czerwony jest wszędzie. Dominuje na choince, jest głównym kolorem wśród dekoracji.
Ogólnie choinkę mamy w miarę prostą. Zawsze marzyłam o naturalnej choince, nawet takiej z pięcioma gałązkami na krzyż, lichej, ale żywej. Tak, żeby pachniało świerkiem. No ale marzyłam też o chatynce w górach albo w lesie z kominkiem kosztem internetu i klimatem, nawet jeśli byłby to domek z kwitnącą na drewnianej ścianie pleśnią, a póki co mieszkam w mieszkaniu, które ma wszystko nowe, wszystko nowoczesne i prawie wszystko jaskrawe, więc jak widać życie, pęcherz, chłopak, podłogowe ogrzewanie i wygoda wygrywa z kretesem z brakiem bieżącej wody albo ciepła, a sztuczna choinka pachnąca piernikami z żywą i sypiącą igły.
Choinkę mamy więc sztuczną, ale gęstą.
Założenie przy dekorowaniu było jak zawsze i ze wszystkim co dotyczy dekorowania, meblowania, dobierania stroju czy wystroju czyli "jak najmniej". Miały być czerwone i srebrne bombki, srebrny łańcuch, czerwone kokardki i reszta to ewentualnie, z naciskiem na ewentualnie ręcznie robione pierniczki koniecznie z śnieżnobiałym lukrem i ozdoby z cytrusów. Póki co cytrusami się poję, faszeruję i je wdycham, a pierniczki robię. Czyli zrobiłam rozpierdziel na niedrewnianej stolnicy (prezent, dziękuję ;*) usypując na niej Basiowo - DecoMorrenowy kopiec ze szczyptą cynamonu, korzennego miksu przypraw i sody, przygotowałam foremki i siadłam do pisania, bo nie przeczytałam wcześniej dokładnie przepisu i teraz czekam aż mi roztopiony z masłem i cukrem miód się wystudzi.
Choinka była więc prosta, bezpretensjonalna i stonowana, światełka czysto białe z lekkim błękitnym odcieniem wyglądały ślicznie, ale nie minęła chwila, a na choince wylądowała jeszcze wielka kokarda od mamy, która pogwałciła wszelkie ustalone przeze mnie zasady dotyczące zakazu błyszczenia, a potem jeszcze kilka rodzajów ozdóbek i ozdób z filcu, materiału i drewna.
Póki co nie przewiduję więcej ozdób, ale nie mówię hop, bo mama regularnie przynosi mojemu M. pieczeń z zająca, a mi tony przewalających się potem z patery (*mam i paterę! Po trzech miesiącach udało się nam skompletować wszystko co trzeba w kuchni, łącznie z "łyżką" na łyżkę, którą znalazłam pod choinką w kocim zestawie) winogron albo gorzkich czekolad, więc i ozdóbki może przynieść, a ja łasa jestem na słomkowe ludziki, materiałowe ptaszki i białe reniferki, które najchętniej mogłyby u mnie wylądować na czerwonej pościeli (bo u nas póki co królują w sypialnie moje klimaty z poprzedniego singielskiego wcielenia czyli mój biedny M. ma w łóżku mnie, motylki, kropeczki, Puchatki i piórka ;))), więc pewnie jeszcze i pościel się trafi.
Tyle backspaceców nie użyłam nigdy, więc przyjmuję to jako znak, żeby się już nie pieścić z tekstem, nic już nie motać tylko wrzucać ;)