niedziela, 6 stycznia 2019

Pierwsza figura

Ponieważ zbliża się wesele, powoli uczymy się tańczyć.
Bo tańczyć nie potrafimy. A przynajmniej nie na tyle, żeby przebujać się razem przez pierwszy taniec i żeby jakoś wyglądać, kiedy wszystkie oczy będą zwrócone na nas.
Z jednej strony chcemy być naturalni, wiemy, że żadni z nas profesjonaliści i że najważniejsze, by było miło, a my żebyśmy byli zadowoleni i uśmiechnięci, a nie spięci i nerwowi, ale...
Ale wesele jest jedno.
Jeden raz mamy możliwość zatańczyć w prawie białej sukni i garniaku skrojonym na miarę.

Nie przetańczyliśmy razem masy wesel, imprez czy bali.
Przetańczyliśmy dokładnie jedno wesele i jedną spontaniczną potańcówkę na wspólnym letnim wyjeździe na Węgry.
Są chęci, jest zaangażowanie, nie ma techniki.
Nie mieliśmy okazji poznać swoich możliwości, więc teraz musimy się uczyć podstaw.
Energię mamy, motywację też. Powoli zaczynam rozumieć też co znaczy stwierdzenie: "Koszty wesela i tak przerosną te, które się zakłada", bo kasy mamy dla odmiany coraz mniej :).

Pierwsza lekcja tańca była zaprzeczeniem wszystkiego co myśleliśmy o sobie i swoich umiejętnościach.
Bo myśleliśmy, że mimo wszystko jesteśmy zgrani, że mamy poczucie rytmu i że jakoś nam idzie.
A niektóre rzeczy w stu procentach się potwierdziły. Jak na przykład to, że za cholerę nie jestem  i nie potrafię być uległa. I jeszcze na domiar złego nie chcę i nie umiem ustąpić.
Chociaż staram się odpuścić, być wiotka i delikatna - niet. Nie wychodzi.
Mateusz zaś choć stara się robić małe kroczki to i tak robi wielkie kroczyska. Uśmiecham się do niego słodko i cicho zgrzytam: "Robisz. Za. Duże. Kroki".
Kiedy próbuje je zmniejszyć to w końcu tak drobi, że prawie stoimy w miejscu.
A jak on chce mnie prowadzić - ja się nie bardzo daję.
Próbuję. Naprawdę próbuję. Ze skutkiem różnym.
I wtedy to on zaczyna się słodko uśmiechać i mówić szeptem przez zęby: PrzestańProtestowaćPoProstuDajMiSięPoprowadzić.
Trzeba wiedzieć kiedy mam się cofnąć, a kiedy ruszyć do przodu.
Trzeba pamiętać jak wykonać krok.
Trzeba umieć zrobić coś ładnie i delikatnie, ale też pewnie i stanowczo.
Trzeba jakoś to zgrać i jakoś połączyć.
Trzeba nauczyć się, że czasem muszę zrobić krok w tył, żeby było dobrze, że czasem nie mam zbyt wiele do gadania, a czasem wystarczy się dopasować.

Powoli wychodzimy na prostą, bo wychodzi nam dwa na jeden i nauczyliśmy się już obrotu, tak więc mamy zaliczoną pierwszą figurę.


Ponieważ zbliża się ślub, powoli umiemy już być razem.
Bo żeby być razem, trzeba się tego nauczyć. A musimy umieć na tyle, żeby przebujać się razem całe życie i żeby robić to, nie patrząc na to, co mówią inni.
Z jednej strony chcemy pozostać sobą i zachowywać się normalnie, a z drugiej musimy się do siebie dopasować i iść na wiele kompromisów. Wiemy, że jesteśmy w takiej sytuacji jak każda docierająca się para i że najważniejsze, żebyśmy byli szczęśliwi, a nie rozczarowani, ale...
Ale życie jest jedno.
Jeden raz mamy okazję przeżyć je w prawie różowych barwach i w planie skrojonym na miarę.

Nie przeżyliśmy razem kilku lat szkoły czy studiów.
Przeżyliśmy dokładnie półtora roku i "miesiąc miodowy" na moim letnim wyjeździe do Piaseczna.
Są chęci, jest zaangażowanie, nie mamy tylko doświadczenia liczonego w latach.
Nie mieliśmy okazji poznać się w każdej sytuacji, więc teraz musimy się ich uczyć.
Energię mamy, motywację też. Powoli zaczynam też rozumieć powiedzenie: "Pamiętasz te urocze różnice, które Was tak kręciły na początku? Po 20 latach małżeństwa, policja nazywa je motywem".

Pierwszy rok trochę rozminął się z tym, co myśleliśmy o sobie i swoich osobowościach.
Bo myśleliśmy, że mimo wszystko jesteśmy zgrani, mamy poczucie rytmu i że jakoś nam idzie.
A niektóre rzeczy w stu procentach się potwierdziły. Jak na przykład to, że za cholerę nie jestem uległa i nie potrafię być uległa. I jeszcze na domiar złego nie chcę i nie umiem ustąpić.
Chociaż staram się odpuścić, być wiotka i delikatna - niet. Nie wychodzi.
Mateusz zaś, choć stara się robić małe kroczki to i tak robi wielkie kroczyska. Uśmiecham się do niego słodko i zgrzytam: "Robisz. Za. Duże. Kroki".
Kiedy próbuje je zmniejszyć to w końcu tak drobi, że prawie stoimy w miejscu.
A jak on chce mnie prowadzić - ja się nie bardzo daję.
Próbuję. Naprawdę próbuję. Ze skutkiem różnym.
I wtedy to on zaczyna się słodko uśmiechać i mówić szeptem przez zęby: PrzestańProtestowaćPoProstuDajMiSięPoprowadzić.
Trzeba wiedzieć kiedy mam się cofnąć, a kiedy ruszyć do przodu.
Trzeba pamiętać jaki wykonać krok.
Trzeba umieć zrobić coś ładnie i delikatnie, ale też pewnie i stanowczo.
Trzeba jakoś to zgrać i jakoś połączyć.
Trzeba nauczyć się, że czasem muszę zrobić krok w tył, żeby było dobrze, że czasem nie mam zbyt wiele do gadania, a czasem wystarczy się dopasować.

Powoli wychodzimy na prostą, bo wychodzi nam wspólne mieszkanie i nauczyliśmy się już tak kłócić, żeby się szybko godzić, tak więc można powiedzieć, że zaliczyliśmy pierwszy przedślubny test.




Wybił już styczeń i choć dopiero styczeń zachwycił nas piękną białą zimą, dla nas nadszedł już koniec zimowego letargu. Czas szukać ślubnej podwiązki, zaproszeń, wieszaków i obrączek.
No i czekają nas spotkania w poradni rodzinnej plus rekolekcje, które mają nas nauczyć życia razem.

Chociaż jak dla mnie, zamiast lekcji małżeńskich wystarczą lekcja tańca i ta pierwsza, podstawowa figura


https://justdanceuk.com/book-my-first-dance-lessons/







czwartek, 20 grudnia 2018

Odliczanie czas zacząć

Zawsze mówiłam, że co jak co, ale gdybym jednak zechciała przywlec do domu chłopaka, to moja rodzinka przeżyłaby rewolucję, kiedy nadeszłyby Święta.
Chyba dlatego tak bardzo lubię i książkę i film "Święta last minute" (książka "Ominąć święta), choć na ogół nie przepadam za komedyjkami (wciąż wolę trupy ;)). Te gorączkowe przygotowania, ta pokazówka, ten chaos - wiedziałam, że tak samo byłoby u mnie.


Od dobrych paru lat Święta robimy w domu, we własnym, czteroosobowym gronie. 
Od dobrych paru lat potrawy mamy dwie do trzech, bo ja jestem w fazie dietowej, wegańskiej, nie jedzącej białej mąki albo jeszcze jakiejś innej.
Od paru lat coraz mniej zwracałam uwagę na to, w co jestem ubrana, więc często gęsto opędzałam Wigilię zwykłą bluzą.
Dom to dom, dom rządzi się swoimi prawami i w domu czasami nie chciało mi się stroić w białe bluzki czy gryzące rajstopy.
Modlitwa zawsze jest atrakcją dla naszych zwierzaków, a od co najmniej dziesięciu lat w domu jest między dwoma, a trzema zwierzakami. Pałętają się nam między nogami i patrzą zaskoczone, że nagle wszyscy padają na kolana i coś tam mamroczą. A to mega, mega rozprasza, prowokuje do śmiechu i do nagłej utraty koncentracji. Nie mówiąc o tym, że patos i wzniesienie nagle odfruwają. I o tym co się dzieje kiedy nasz przygrubawy kundelek puści bąka, a kotka zacznie robić wyniosłe miny i marszczyć nos. O powadze nie ma już mowy.
W sumie to nawet nie wiem czy to normalne, że na Wigilię klęka się i robi z tego taką szopkę, ale możliwe że trochę nas ponosiło. Pewnie dlatego, że jesteśmy mało kościołowi. Moja rodzina nie jest z tych latających do kościoła i zabraniających nam mieszkania razem przed ślubem, ale za to moi rodzice nigdy w życiu nie utopiliby nowonarodzonych kotów. No i co najważniejsze - nie wtrącają się w nasze dzieci. To znaczy w ich brak :). Dlatego absolutnie nie mam żadnych pretensji, że nie ciągną mnie w niedzielę na mszę. Acz w te Święta zamierzam się uduchowić i zacząć przychylniej patrzeć na niedzielne msze, żeby odpowiednio oczyścić duszyczkę przed ślubem ^^.

Przyprowadzenie do domu nowej, jakby nie patrzeć - obcej, bo z zewnątrz osoby, która w dodatku ma zadatki na wstąpienie w krąg rodziny to całkiem inna bajka.
Nie da się opędzić Świąt, nie da się zbyć rytuałów, pójść na łatwiznę czy rzucić kopertką zamiast prezentu.
Zwłaszcza, kiedy osoba ta miała zawsze tradycyjne, rodzinne Święta z ulepionymi w domu uszkami, głośnym czytaniem Pisma przez głowę rodziny i choinkę z pamiątkowymi bombkami z '94.
I która za punkt honoru przyjmuje sobie dekorowanie domu światełkami, co kończy się dla nas odmrożeniami I stopnia, jeśli akurat jest siedem stopni na minusie. Oj, tak. Mój chłopak z powodzeniem mógłby mieszkać na ulicy, na której jest nakaz stawiania świątecznych bałwanków na dachu. Pierwsz by go tam wytargał i miałby pewnie największego bałwana w okolicy.

Nie wiem sama czy jestem sentymentalna czy nie.
Czasem tak, czasem w ogóle.
Dla mnie już jakiś czas temu Święta straciły magię.
Nie chciałam, nie zależało mi, nie zwracałam uwagi.
Mogłam śmiało pracować w Święta i wcale mnie to nie obeszło.
Ale w zeszłym roku już pierwszego grudnia targałam pod pachą choinkę do kasy.
No dobra. Mateusz targał. Ja ciągnęłam papier pakunkowy i pudła bombek.
Wystarczyło mi, że miałam swoje mieszkanie, no i że miałam komu i co kupować.
Zaczęło się dziurawienie pomarańczy goździkami, świąteczne ozdoby, drewniane bałwanki i robienie lukru do robionych pierniczków.
Nakupiłam świątecznych poszewek, świątecznych obrusów nawet świątecznych ściereczek.
Były światełka na balkonie, masa prezentów, ręcznie zapakowanych w papier, nie w torebkę, miska cukierków i mandarynek.

W tym roku oszalałam już całkowicie.
Ledwie skończyły się pierwsze dni listopada, ja zaczęłam robić listy, wish listy i best listy.
Co zrobić, co kupić, co ugotować, co upiec.
Prezenty dla Mateusza kupiłam przed połową listopada.
Bo miałam pomysł, wiedziałam, co chcę mu kupić, a bałam się, że potem zaczną się opóźnione dostawy, braki na magazynach.
Resztę kompletowaliśmy na bieżąco, ale nie na ostatnią chwilę.

Choinkę wyjęliśmy już w sobotę i w sobotę Mateusz gnał na szybko dokupić światełka i bombki, bo było mu mało, a on musi mieć dużo.
Założyłam już świąteczne poszewki na poduszki w salonie i czerwony bieżnik na stół.
Zrobiliśmy w mieszkaniu małą rewoltę, żeby zmieścić choinkę - snack bar Blusia został przeniesiony w ustronne miejsce, a stół przesunięty.
Jestem trochę podziębiona ("I tak długo wytrzymałaś" - stwierdził mój M.), więc siedzę pod kocem i wynurzam się spod niego tylko po to, żeby upiec pierniki albo zrobić listę zakupów na Święta.


Równo rok temu wróciłam do cywila i generalnie grudzień i Święta spędziłam bardzo bardzo w domu.
W tym roku Święta spędzimy już we trójkę - bo z Blumisiem, już zaręczeni, z deadlinem pół roku do ślubu.
Chyba powoli odliczanie czas zacząć, prawda...?












































czwartek, 13 grudnia 2018

Piżama w lisy

Dawno nie byliśmy na zakupach.
Na zakupach innych niż po płyn do szyb, wycieraczkę przed drzwi wejściowe czy pochłaniacz wilgoci do samochodu.
Niehandlowe niedziele wypadają zawsze wtedy kiedy mamy czas na zakupy, ale na szczęście teraz Mateusz ma urlop, a ja studiuję w piątki i soboty, więc kiedy w kalendarzu pojawiła się luka, już zaczęłam się nastawiać na jakieś odświeżające łupy.
Nieduże, bo ograniczamy budżet przed weselem, ale na coś ładnego na poprawę nastroju.

Posprzątałam w szafie, zadręczając się po co mi niektóre ubrania, których w życiu nie miałam na sobie, zrobiłam remanent, coś tam oddałam, coś tam powywalałam.
Robiąc przegląd szafy zauważyłam, że lata świetności moje piżamy mają za sobą. Wcześniej miałam masę ładnych, pokompletowanych piżam z najnowszej kolekcji. Wprawdzie była to kolekcja kotów i Myszki Minnie, ale była. Większość moich nocnych wdzianek wyczochrała się, sprała, zmechaciła i wyglądałam jak dziecko wojny.
Reasumując - kiedy byłam sama, stroiłam się w Minnie albo przebierałam za kota, odkąd jestem z Mateuszem sypiam albo w jakiś wytarmoszonych getrach i wyblakniętej koszulce albo w męskiej koszulce. Ale darujmy sobie finezję. Nie jest to wcale takie ponętne, skoro wciskam ją w za luźne portki w owieczki i ściskam na dole rozciągniętymi skarpetami...  
Przypomniałam sobie, że niedawno widziałam śliczne jesienne piżamy w jeże, szopy, liście i liski w Reserved i Pepco, więc na wish list trafiła piżama. Z długim rękawem i długimi spodniami.
Ogólnie po ostatniej fali na swetry nie miałam jakichś większych ambicji. Praca w szkole wyzwoliła u mnie bowiem potrzebę zmiany bluz na swetry i w ten oto sposób mam sweterek cytrynowy, pudrowy, błękitny, miętowy, biały, miętowy w groszki, z lisem i masę innych.
Potem jednak zrobiłam rewizję bluzek i stwierdziłam, że większość koszulek i bluzek nie pasują mi do sweterków i że muszę jakieś dokupić.
Bluzki mam same albo letnie (lekkie i jasne) albo koszulowe. I to bez większych emocji - albo białe albo czarne albo błękitne. Teraz zamarzyły mi się kolory. Nie zdefiniowałam ich za bardzo, ale wiedziałam, że jak zobaczę to będę wiedzieć o co chodzi.

Zakupy zaczęliśmy od Rossmana i już po Rossmanie byłam zmęczona, choć to moje ulubione po bibliotece (dużo i darmowo) i księgarni (dużo i nowe) miejsce.
Potem nastąpiło cudowne rozdzielenie - Mateusz udał się na dział elektronicznych zabawek, ja na sklepy z damską odzieżą.
Od razu znalazłam fajne ciepłe skarpetki. Dużo fajnych ciepłych skarpetek.  
Ani piżam ani bluzek nie było. Tzn. w lisy, liście i szopy nie było.
Były puchate, były kombizony.
Były nawet z pomponami i brokatem.
Jednorożce, złote koty, różowe bógwieco.
A ja miałam ochotę na jesienne kolorki, rudości i lisy.
Całe lato obojętnie przeszłam koło lam, z wyższością patrzyłam na flamingi, nigdy nie dałam się przejednać kotorożcom, ale akurat jesienne lisy i szopy sobie upatrzyłam.
Bluzek też nie mogłam wynaleźć. Wypatrzyłam jakąś tanią białą szmatkę w czarne groszki, ale żadna ładna, kolorowa nie wpadła mi w oko.


Taka byłam napalona na zakupy, tak chciałam, tak o tym myślałam, a tu proszę.
Minęła raptem godzina, a zmęczeni byliśmy już oboje. Mulącym gorącem w sklepach, płaczem dzieci, masą ludzi, brakiem pomysłów na prezenty, brakiem fajnych bluzek i brakiem piżamy w lisy.
Popatrzyliśmy na siebie znaczącym wzrokiem.
Wracamy? Wracamy.
Na koniec mimochodem zaglądnęłam do Medicine i wreszcie upolowałam kolorową bluzkę. W liście, jelenie. I lisy.



Ostatecznie piżamę zażyczyłam sobie pod choinkę, po raz pierwszy w życiu dobrowolnie opuściłam galerię po dwóch godzinach, a resztę dnia spożytkowałam na zabawę w aportowanie z Blusiem, składanie prania i siedzenie na łóżku z laptopem w spranej wielkiej koszulce, piżamowych spodniach w baranki ściśniętych skarpetkami jak żulica i w wielkiej bluzie Mateusza.
Myślę, że instagram nie przeżyłby takiego zdjęcia ;)





https://deskgram.net/explore/tags/cosyautumnnights



niedziela, 2 grudnia 2018

Gotowi na zimę ;)

Zaczęliśmy przygotowania do zimna.
Oficjalnie wykupiliśmy Netflixa, nieoficjalnie próbujemy HBO GO i Showmaxa. Netflix gromi resztę w przedbiegach, bo szybciej, lepiej i nie trzeba przez laptopa, a kolejne odcinki oglądanego serialu same się włączają
Obejrzeliśmy też film "Planeta singli" i nawet jego drugą część. W kinie. 
I powiem, że jest to jeden z niewielu polskich filmów, który mi się podobał. Naprawdę podobał. Albo się robię romantyczna, albo sama nie wiem co.
Zaopatrzyliśmy się w osłonkę na szybę do auta, wyciągnęliśmy ze strychu trzy skrobaczki, w tym jedną w ortalionowej rękawicy w gwiazdki.
Mamy też przeczyszczone ogrzewanie i nagrzewnicę w zapasie, a ja uśmiecham się zza kierownicy, kiedy robię sobie z Toyoty terrarium.
Mam w jednej szafie hodowlę kombinezonów, a w drugiej stado ciepłych pantofli.
Mam poncha, narzutki, sztuczne futerko, w której wyglądam jak mama szynszylica oczekująca sześciu szynszylątek i dużo, duużo swetrów.
Nie będę nawet wspominać o kocach, poduszkach na stopy czy termoforze, bo to jest mój zimowy must have.
Wkładki w butach wymieniłam na cieplejsze wkładki w butach i przytyłam kilogram żeby mniej się trząść jak rano drepczę do samochodu.
Odkryliśmy fajną włoską pizzerię (Terra Nostra) na wieczorne posiaduchy, które potem leczy się lekami na zgagę.
Poimy się herbatami z masą śmieci w środku - od pomarańczy po imbir, jemy zupy kremy (Mateusz już nimi rzy*a), planujemy ochrzcić pseudotheromix i piekarnik pizzą i podkręcamy ogrzewanie.
Przepalamy po lecie cottonballsy, mamy żarówkę z trzema stopniami światła w lampce za telewizorem, żeby stopniować nastrój, wyjadamy słodycze z szafek, żeby potem nie kusiły i zastanawiamy się nad kupnem światełek na choinkę w ciepłym, a nie zimnym odcieniu.
Opony w samochodzie mamy zmienione, ja marzę o ciemnej grubej parce z futrzastym kapturem, ale póki co muszę się zmobilizować i poodsyłać m.in ten miętowy gumowaty niewypał z zalando, a tak w ogóle to oszczędzamy na wesele.
A poza tym mam kupioną rok temu wielką, długą i grubą kurtkę w kolorze karminu, a choć do czerwieni mi nie po drodze to jednak kiedy temperatura spada jedenaście kresek w dół, dobrze sobie usiąść na fotelu kierowcy na takim puchu.
Do tego śniegowce, skarpetki, czapka, rękawiczki i mua!
Książek mam multum, półka się ugina i muszę burzyć szyk układania upychając książki na siłę i w poprzek, a pani w bibliotece uśmiecha się wyrozumiale jak biorę następne i następne pozycje, myśląc sobie pewnie: "Dostanie przypomnienie, odda wszyściutkie".
Przebrnęliśmy jeszcze przez seriale "Ślepnąc przez światła" (*wybaczcie, ale średnio) ,"True detective" (*pyszne), "Fargo" (*będzie) i dwa mecze, które przespałam.


Jesteśmy oficjalnie gotowi.
Na szadzie, szrony, deszcze, mrozy.
Częściowo, bo mentalnie dalej wzdrygam się przed zimnem, drapaniem auta i soplami w nosie.
Znalazłam na zalando spodnie na narty, w których wyglądam w miarę zgrabnie.
Bluś skończył osiem miesięcy i nauczył się podkradać nam patyczki do uszu z pojemniczka na pralce. A wiedziałam, że cichy kot to zajęty psotami kot. Patyczki bynajmniej nie służą mu do czyszczenia uszu, a do podrzucania, gryzienia, topienia w misce i wspinania się z nimi w zębach po futrynie drzwi.
To topienie spowodowało, że zainwestowałam w fontannę dla kotów, żeby menda nasza mała futrzasta miała napowietrzoną, natlenioną i przefiltrowaną wodę. Nie boi się, jest zainteresowany. Bawi się nią, rozchlapuje wodę, czasem pije. Osusza dalej swoją miseczkę, czasami z włosami z frotek, które weń topi. Ale zrobię mu psikusa i schowam miseczkę, to nie będzie miał wyjścia. Przyjął się za to labirynt, fikuśna trzypoziomowa zabawka na suchą karmę i przysmaki, do której trzeba wsadzić łapki, żeby zdobyć żarcie. I zajmuje mu czas (zwłaszcza kiedy nas nie ma, który wcześniej Blue pożytkował na wyciąganie gąbek ze zlewu, topienie saszetek po herbacie i wykradanie patyczków) i odciąga od pochłaniania nadmiaru jedzenia (co po kastracji zmieniło się diametralnie na istne obżarstwo) i bawi się i rozśmiesza nas.
Za mną chodzi szarlotka, niestety mąka, Kasia i jajka nie chciały współpracować, nie pomogła nawet próba mediacji za pomocą "łyżki kwaśnej śmietany" i ciasto oklapło, padło i jeszcze wylazło z pieca z zakalcem.

Ja już zaczęłam myśleć o prezentach świątecznych, bo listopad przecieka przez palce i za chwilę wybije grudzień.
Trochę prezentów już kupiłam, żeby potem nie stresować się, że brak w magazynie albo że dostanę po świętach.
Oczywiście swoją wish list też produkuję, ale co tu dużo produkować, skoro wszystko mam. No, może drugiego kiciusia...?
Pod koniec miesiąca jedziemy na mecz siatkówki, dlatego podczas pisania leci mi w tle mecz, żeby się oswoić i spożytkować bilet.
Szarlotkę upiekę kolejną - a jakże, ja lubię szarlotkę, nawet jak potem muszę ją sama jeść, już zbieram od nowa składniki.




***
Na meczu byłam, kibicowałam, polecam.
Szarlotkę upiekłam, Bluś udeptał łapkami po ściereczce którą była przykryta blaszka, szarlotkę jadłam sama, po śniadaniu, obiedzie i kolacji, ale na Święta upiekę kolejną. Bo lubię.
Pizzę też popełniliśmy - ta robiona ręcznie wyszła nam lepsza.
Zrobiłam rosół dla Mateusza (z szumowinami, ale co tam), a sobie hybrydy w kolorze nude.
Trzy razy byłam na zumbie, dorosłam do dojrzałej i samodzielnej decyzji o podcięciu końcówek bez przyłożenia mi noża do szyi (chcę mieć włosy długie do tyłka, ale frędzle są paskudne, więc nie mam wyjścia)...
Jakoś tak spokojnie leci czas w pracy, na studiach, gotowaniu, zagłębianiu się w filmy i seriale i dobre książki, zwłaszcza w deszczowe, mroźne albo zimne dni. Bo nie ma rady. Zima będzie i trzeba się z tym pogodzić, ułatwić sobie życie i uprzyjemnić długie wieczory.




Ostatnio przypomniało mi się trzy sytuacje z weekendu na Węgrzech.
Jak zasnęłam na słońcu przy basenie i splątana nie mogłam wrócić na nasz kraciasty koc.
Jak graliśmy z Mateuszem w siatkę na gorącym piasku, skacząc po nim jak fakir i jego fakirzyca.
A na koniec jak chodziłam w sukience w koty i tej w paski, z kapeluszem na głowie i prawie gołymi stopami.
Chliiiip!!!