sobota, 11 sierpnia 2018

Ptaszki ćwierkają, czyli ślubne odc. 1

Ani ja ani moja siostra nigdy nie miałyśmy aspiracji do bycia panną młodą.
Nigdy w dzieciństwie nie wyskakiwałyśmy spod firanek imitujących welon, nie ćwiczyłyśmy pocałunków, nie oglądałyśmy sukien ślubnych, nie wzdychałyśmy na widok panny młodej w filmie czy teledysku.
Żadna z nas nie marzyła o księciu z bajki, o bajce ani o bajecznym ślubie.
Nasze zabawy zdominowała proza życia. Lalki, ich pampersy kupowane na sztuki w kiosku oraz robiona w kuchni mieszanka z mąki i wody dla zabarwienia na biało zawartości butelki ze smoczkiem.
I tak, choć żadna z nas nie ma dziecka, bo obie skutecznie tak robimy, żeby nie zrobić, to obie ogarniamy temat. Do tego trochę pracy w przedszkolu, trochę koleżanek, dużo dorabiania jako niania. Wiem dzięki temu jak uśpić i odłożyć dziecko, jak zrobić na szybko czwarty trymestr za pomocą kocyka, kołysania i szumu, jak przewijać, żeby nie zostać osikanym i jak samej wysikać się w minutę przy otwartych drzwiach, mówiąc cały czas do dziecka.
Z dzieciatymi koleżankami rozmawiam jak matka polka. Nie wiem jak się czuje w ciąży, nie wiem jak się rodzi i nie wiem jak się znosi połóg, nie mogę nic powiedzieć o ogarniającej mnie mgiełce macierzyńskiej miłości, ale mam odrobiony staż niańczeniowy. Gdybym nagle musiała zostać z czyimś niemowlakiem dziecko byłoby nakarmione bez mleka w uszach, przewinięte bez kupy na piętach i dodatkowo znałoby pięć słów po angielsku i umiałoby grać na cymbałkach, a ja dalej żyłabym sobie, ciesząc się swoim bezdzietnym stanem (*nie przyjmuję ofert bawienia dziecka ;) chyba, że weselnie, dużo pieniędzy za mało godzin ;)).

Niestety staż niańczeniowy stażem niańczeniowym, jednak całe moje vademecum rozmów z koleżankami nie obejmuje tematyki weselnej.
Nie wiem więc jakie są odcienie białego koloru, jaka sukienka to sukienka "księżniczka", jakie dobiera się dodatki, fryzury, buty.
Nie wiem od czego zaczyna się planowanie wesela, na co zwraca się uwagę, ile mniej więcej wynoszą koszty.
Nie wiem jakie są ceny podwiązek, bukietów i ozdób do włosów.
Bo prawda jest taka, że ja zdecydowanie nie wiem nic o ślubach ;).

Każdy ma jakieś swoje marzenia, plany na życie, cele do zrealizowania.
Dla niektórych to praca, dla innych podróże, dla jeszcze innych życie 2+2, biały domek z płotkiem, trampolina w ogródku i labrador żebrzący pod stołem.
Ja już jakiś czas temu zaplanowałam sobie pracę, samotność, pisanie i kota. I pomijając drobne niuanse, gdzie będę pracować, gdzie mieszkać, co pisać i jakiej maści będzie kot, żadne z moich marzeń nie ulegało zmianom i nic nie wróżyło, że cokolwiek mnie zaskoczy i je zmienię. Nic.
Szło więc całkiem sprawnie. Miałam już pracę, dzięki której sama mogłam się utrzymać, mieszkałam u rodziców, ale żyłam osobno, szukałam działki na mikro domek, gdzie postawię domek z projektu dla singla, miałam pomysły na pięć tytułów książek i trzy imiona dla kota.
A potem gdzieś w pewnej chwili mój osobliwy samotny plan zbiegł się z osobliwym samotnym planem Mateusza i bach. Plan dalej był jeden. Ale już dla dwóch osób.
Całkiem szybko wizja krasnalkowego domu odeszła w niepamięć, a ja przestałam tak twardo upierać się, że będę starą panną z kotem. I chociaż wizja rodzicielstwa ani na chwilę nie zajarzyła na horyzoncie ani mi ani mojemu Mateuszowi, a każdy mój okres świętujemy hucznie winem i fajerwerkami, to jednak szybko zajarzyła nam myśl o "czymś więcej". Czyli o ślubie.
Ta, która mówiła, że nie będzie się pindrzyć przez lustrem i tańczyć całą noc w białej kiecce i ten, który chciał mieć spokój.
Ta, której od początku nie pasowało życie rodzinne i która po nocach śniła jak cudownie i przyjemnie będzie pławić się w luksusie samotnego mieszkania, wolnego czasu, swobody, kociej sierści i kartek i ten, który chciał tylko spokojnie pracować, grać w tenisa i oglądać mecze.
Ta, która głosiła: "Nie będę dogadzać mężowi, a kotu. Nie będę podlizywać się teściowej machając jej przed nosem półmiskiem z polędwiczkami" i ten który oznajmiał: "Baby to same problemy. Nie będę mieć baby i bachorów".
I ci oboje bez oświadczyn, bez pierścionka, bez pierdzielenia, bez sentymentów, z długim zastanowieniem i szybką zaliczką - poszli, zamówili, zapłacili i oznajmili rodzinie, a ptaszki rozćwierkały radosną nowinę.
Tak oto zaczęła się Misja Ślub, kryptonim: "Młodzi i spanikowani".

Bo tak w ogóle to ja nie byłam nawet na studniówce.
Nigdy.
W ogóle.
W czasach liceum moją główną pasją było niejedzenie mięsa, produktów odzwierzęcych i w sumie to wszystkiego, wieszanie w pokoju plakatów z rozpołowioną krową, robienie angielskich ćwiczeń, czytanie kryminałów skandynawskich i zajmowanie się szynszylem.
Imprezy, alkohol, koleżanki, chłopacy, telefony, internety nawet - dopóki nie były zielone albo zdrowe nie wchodziły w sferę moich zainteresowań.
Studniówka z oprawą sukienkowo- fryzurowo - makijażowo - chłopakowo - jedzeniowo -tańczeniową brzmiała dla mnie okropnie i szybko zwątpiłam, żebym dała radę ją przeżyć w butach na obcasie i balowej kiecce. Może gdybym chociaż mogła przemycić Boryska pod kiecą. Albo gdyby na sali był bodaj jeden plakacik z rzezi na ścianie...
Dziś mogę tylko zgrzytać zębami na tę myśl, zwłaszcza kiedy obejrzę czyjeś nagranie albo zdjęcia.
Mam nieoparte wrażenie, że ominął mnie pewien etap, podobnie jak ominęły mnie szkolne wycieczki i wyjazdy, a czarę goryczy przelewa nagranie klasowej studniówki, na intro którego są wszyscy i jest moje wklejone zdjęcie, przez co wygląda to tak, jakbym zmarła tragicznie nie dożywszy słynnej "setki".
Dlatego właśnie jak pierd***ął mnie już ten amor swoją czarodziejską strzałą prosto w środek du**, jak każdy zobaczył już w moich oczach te małe pulsujące bomby zamiast źrenic, jak uświadomiłam sobie, że to nie przejdzie, bo to nie wirus rota, że przeczołga, przeżuje i wypluje, to wiedziałam też, że jak przymiarka pierścionka u jubilera była, to będzie i pierścionek. A jak jest też zamówiona sala to będzie i ślub.
Z weselem i ćwierkaniem radośnie ptaszków.

Szybko się oswoiłam, szybko zmieniłam nastawienie i plan.
Bo teraz nagle chcę i będę.
Będę mieć ślub.
Będę mieć drogą sukienkę, wygodne szpilki i swoją własną prywatną jednodniówkę.
Będę mieć malutki bukiet, malutkie wstążeczki na flakonikach i malutkie tableteczki na uspokojenie w kieszeni.
Poradnik przedślubny, przedślubne przymiarki i prześlubną sraczkę.

Jak na osobę z alergią na złoto i biel przyjęłam to z dużym entuzjazmem i spokojem.
I wtedy okazało się, że rzeczywiście może się to skończyć rozwolnieniem, skoro w d*** mogę sobie wsadzić swoje thrillery i koty, bo ja nie mam pojęcia, jakie są obrządki, zwyczaje i trendy ślubne. Wiedzę praktyczną też mam mizerną, bo zawsze kiedy spotykałam się z koleżankami mężatkami, zamiast pytać subtelnie:"Oooch, jakie miałaś buty w tym swoim cudownym ważnym dniu? Sandałki czy czółenka?", mówiłam: "Młody ci ulał na bluzkę, masz gdzieś tu pieluchę?".
Nigdy też nie dążyłam do oglądania zdjęć czy nagrań z tego jakże cudownego wydarzenia, bo kompletnie nie interesowała mnie ta sfera, a mały owoc małżeńskiej miłości był żywy, namacalny i był czymś co jednak znałam.
Na weselach skupiałam się, żeby nie pogubić nóg w obcasach i dostać swoją wegetariańską porcję zielonej strawy. Zespół, sukienka panny młodej, jej buty, fryzura - przemykały mi koło nosa, bo wydawało mi się, że prędzej zafarbuję włosy na zielono niż wyjdę za mąż.
A jak już nawet byłam na weselu albo oglądałam zdjęcia to robiłam to bardziej jak facet - rzut oka czy mi się ogół podoba czy nie. Zero zwracania uwagi na detale. Buty? Kolor? Ilość dzieci na weselu? Winietki? Kelnerzy?
Serio...?

Teraz umawiam się na oglądanie filmu, sukienek i zdjęć.
Umawiam się na korepetycje ślubne.
Sama też namiętnie oglądam w sieci już nie bluzy, a sukienki.
Nie do końca białe, ale ślubne sukienki.
Zgroza.
Ja, która miałam dożyć kresu swych dni z rudym kotem na podołku...

Plany weselne zmieniły nam trochę spędzanie czasu wolnego.
Wieczorami szukaliśmy z Mateuszem zespołu weselnego, dręczyliśmy sąsiadów tłuczeniem: "Honey, honey" i "Isn't she lovely" , rozmowami, tworzeniem list gości.
Przez ostatnie miesiące zamówiliśmy już salę, zespół i duet zdjęcia + film.
Wiem raczej na pewno, że chcemy prosto, klasycznie i stonowanie, nie planujemy żadnych dodatkowych atrakcji - ani foto budek ani czekoladowych fontann, jedyną atrakcją może być np. to, że wyrąbię się na pysk jeśli nie będę umiała chodzić w butach albo z zumbowego przyzwyczajenia zacznę kręcić tyłkiem zumbowe rytmy na pierwszym tańcu. Bo piosenki do pierwszego tańca też mozolnie szukamy i ubolewamy, że nie wzięliśmy szybkiego potajemnego ślubu w jakimś piaseczyńskim kościółku, kiedy w miodowym miesiącu naszego wspólnego mieszkania odkryliśmy "Perfect" i inne piosenki z płyty jeszcze zanim wyszedł zimowy teledysk Eda i zanim wszystkie stacje wielokrotnie zgwałciły naszą (i połowy globu ;)) piosenkę w eterze.
To wszystko jednak jest do uzgodnienia i zaplanowania. I mamy na to czas.
Mam też internet, książki i organizery ślubne, dzięki którym może nie uda mi się zapomnieć np. o zaproszeniach.
Mam trochę pomysłów, trochę pieniędzy, dużą pomoc rodziców.
Szukam cały czas inspiracji, butów, zaproszeń i tego wszystkiego, co niezbędne w dzień ślubu.

Za to projekt "suknia ślubna" odbieram jako osobiste wyzwanie stulecia, twardy orzech do zgryzienia i powód do niespania po nocach.
Bo jak do cholery znaleźć sukienkę dla dziewczyny, która nie była na studniówce, nie jest obyta w kwestii kupowania balowych sukni i całe życie spędza w dżinsach, bluzach i trampkach, nie mówiąc o tym jak restrykcyjne wymagania ma odnośnie wymiarów (metr pięćdziesiąt coś), rozmiarów (34 łamane na XS łamane na 45/46 kg łamane na duże cycki) i absolutnym zakazie błyszczenia, cekinowego blasku, kryształów Svarowskiego, złotych kamyczków, perełek czy whatever...? 
Mi się nie podoba nic, naprawdę nic.

A przynajmniej nic mieszczącego się w granicach cenowych przyzwoitości... ;)


PS Ostatnio oglądaliśmy trzy mieszkania, gdyż ważą się nasze losy mieszkaniowe. Generalnie wiem, jak nieopłacalne jest wynajmowanie i płacenie komuś, ale wiem też, że moje cudowne relacje z przyszła teściową są dlatego takie cudowne, że jedna drugiej nie zagląda w garnki (*choć nasze mamcie często nas dokarmiają ;D). Ja chciałam mieszkanie najtańsze, w oczach zamiast źrenic miałam małe $$, a w mojej głowie brzmiał jeden głos: "Su-kie-nka!", Mateusz chciał wygodę i twardo upierał się przy tańszej od obecnego mieszkania, ale wciąż droższej niż ta najtańsza opcji.
- Ja chcę tę (TęWieszKtórąDrogąAleProstąIŁadnąSukienkę) sukienkę... Musimy oszczędzać. Musimy przecierpieć. Musimy zbierać kasę.
- Młoda. Przecież Ty i tak kupisz tę sukienkę...
















wtorek, 24 lipca 2018

Wspaniale!


Jak wspaniale, że nie boli mnie głowa!
To chyba najlepsze, co mogło mnie dziś spotkać.

Nie to, że wstałam w miarę szybko rano i za dziesięć ósma byłam już gotowa do wyjścia (a nie za trzy jak zazwyczaj) mimo niewyspania. Poszliśmy spać o zabójczo wczesnej dla nas 22.30, a Bluś zachował się jak małe dziecko i kręcił się w nocy po to, by obudzić się o czwartej na figle i o szóstej na przytulanie.
Nie fakt, że dzieci nie było w grupie aż tak dużo, że były względnie grzeczne i w miarę ciche, a popołudniowa pogoda pozwoliła wybiegać szarańczę na placu zabaw.
Nie promocja w Rossmanie, na której kupiłam sobie masę pierdół z perfumą (imieninową) na czele, z lakierami do pazurów (zapuszczam paznokcie. Po włosach i rzęsach przyszła pora na nie. Aż dziwnie mi się stuka w klawiaturę, skoro zaczynają odcinać się od opuszka), na drugim miejscu i żelami pod prysznic na końcu (zaraz po ciuchach kupowanie kosmetyków antydepresuje mnie najbardziej).
Nie to, że miałam z wczoraj obiad i – Eureka, odkryłam tajemnicę restauracyjnych sosów, dodając do szpinaku, cukinii i pomidora śmietanki 30% (reszta, która została mi z robienia ciasta Ferrro Rocher – tak, moi drodzy, jestem chu*ową panią domu; sprzątam jak mi się chcę albo jak muszę i nie gotuję codziennie obiadu, ale popełniam coraz to nowe ciasta. To akurat najbezpieczniejsza opcja – nie opadnie, nie ma zakalca, nie ma salmonelli i nie ma przypalenia, bo to ciasto bez pieczenia) i uzyskując tym samym pyszny sos do makaronu. Zawsze zastanawiałam się dlaczego ani feta ani zwykła śmietana nie dają takiego smaku jak jedzenie w restauracjach, a tu proszę. Procenty ;).
Nawet nie to, że mam w mieszkaniu względny porządek, a wczoraj wymieniłam kocięciu kuwetę, więc naprawdę nawet gdybym chciała to nie mam co robić (no okej. Miałabym).

Nie boli mnie dziś głowa, nie bolała mnie wcale! 
No i właściwie jak się głębiej zastanowię to ból głowy zbiegł mi się z niepisaniem na blogu. Bo właśnie z okazji niebolenia głowy piszę wpis. 
Od jakiegoś półrocza głowa bolała mnie na okrągło. Iiii tak, to ma sens, wtedy nie piszę, bo nie funkcjonuję. Wtedy się modlę, żebym miała siły robić to co muszę. No i tylko sęk w tym, że o ile choroby, infekcje i przeziębienia u siebie zauważam, to nagminnie lekceważę ból. To takie resztki tej nieszczęsnej szkoły policyjnej. Na niej czułam się jak żołnierz. Okres? Więcej kółek wkoło stadionu. Kontuzja? Więcej ćwiczeń. Boli? Chyba żartujesz...
I w ten oto sposób wylądowałam na rezonansie magnetycznym głowy.

To znaczy wcześniej wylądowało u mnie pogotowie, ja wylądowałam u lekarza rodzinnego, u neurologa prosząc go o szybsze przyjęcie i na L4, które – uh, nie ma nic wspólnego z „wolnym”. Dostałam nawet antybiotyk na zatoki, bo przy okazji wyszło, że mocno zajęte, inhalowałam się tak, że uszami mi para wychodziła, a generalnie głowa bolała mnie nadal.
Mdławego, melodramatycznego wpisu nie będzie – na rezonansie moja głowa czysta jak łza. A mi się ogólnie podobał pobyt w tubie, choć to dudnienie (i co ono w ogóle ma na celu? Wytrzęsienie ze mnie pozytywnych myśli?) mogliby sobie darować. Nie podobało mi się tylko to, że taki pobyt w rurze kosztuje ponad 4 stówy… I tak się cieszę, że można "kupić" sobie kupić badania. Zapisy według kolejki refundacji sięgają końca roku.

Jest wspaniale, bo nie musiałam dziś od godziny 2 bić się z myślami czy dobić swój żołądek apapem czy przecierpieć do czwartej, jak skończę pracę, a o czwartej nie miauczałam, że popołudnie mam z głowy. Ostatnie popołudnia wyglądały tak, że po pracy (jeśli do niej chodziłam, a nie np. mdlałam i siedziałam w domu, bojąc się wstać) zalegałam na kanapie z wyłączonym światem zewnętrznym (światło, telefon, telewizor), fuczałam na Mateusza i nie robiłam nic. Absolutnie nic. Ani dla kogoś ani dla domu ani (co oczywiście najgorsze ;)) dla siebie.

Jest wspaniale, bo mam ekspres do kawy i przede wszystkim pamiętałam żeby kupić mleko do niego, więc po obiedzie napoiłam się kofeiną.
Wspaniale, że pada deszcz i chociaż choćby dziś narzekałam na deszczowy lipiec jak inni, to dziś skoro nie boli mnie głowa, bardzo mnie to cieszy. W mieszkaniu mam rześko, podczytuję książkę, kotu rzuciłam kolorowe gumki (musiałam mu kupić zestaw, bo podpierdziela mi moje i nie mam w co wiązać włosy. A Blue ma manię topienia i wszystko – a najchętniej frotki zaciąga do miski z wodą), deszcz klimatycznie bębni o dach. Nawet moje kwiatki samoistnie się podlały. Ba – dostały deszczówki z nawiązką – do podstawek. Podlewanie kwiatów nie jest moją pasją i ręki do tego nie mam. Przyznam Wam się nawet, że mój ostatni storczyk zginął, bo go podlewałam i dawałam mu odżywki. Nowego kwiatka podlałam dotychczas dwa razy i widzę, że lepiej mu, jak w ogóle się do niego nie zbliżam.
Jest też cudownie, bo jestem w mieszkaniu sama. Znaczy się z kotem, ale dziś trochę go ignoruję. Zawsze lecę jak taka matka polka do dziecka, Blusiu srusiu, na rącie, miziu sriziu. Gadam, zagaduję, pieszczę, a dziś nie. Wzięłam na chwilę na ręce, dałam mu jedzenie, picie i gumki do włosów, a sama bezczelnie zajęłam się sobą i szpinakiem. A później zamiast się z nim bawić, chwyciłam za książkę i kubek. Blue zajął się sobą sam. Wzięłam go jedynie na balkon – chodzenie na balkon to jego kolejna (obok topienia) pasja, żeby popatrzył sobie na padający deszcz i płynące chodnikiem strumienie wody. O i błyskawice, bo jednak mamy burzę, a nie ulewę.

No tak. Jeszcze bardziej wspaniale. Uwielbiam burze! Mogliby mi nawet odłączyć prąd – czytałabym przy świeczce i miałabym świetną wymówkę dlaczego nie gotuję obiadu na jutro ;)
Mateusz jest w pracy i akurat dziś się z tego cieszę, bo jeszcze nie zdarzyło mi się, żebym miała bezbolesne samotne popołudnie. Nie brzdęka mi w tle telewizor, co też mnie jara, bo dla mnie telewizor jest jak pralka – włączam wtedy kiedy naprawdę potrzebuję. Nie lubię jego szumu i głosu w tle. Nie pamiętam kiedy siedziałam sobie, słuchałam deszczu i ciszy i czytałam książkę.
No i ładnie. Chyba ten mój Mateusz usłyszał, że mi tak dobrze introwertycznie samej siedzieć i zadzwonił, że przedłuży mu się w pracy...
Blutek zerka na mnie z regału (tak, udało mu się odkryć, że regał to świetne schodki), deszcz dalej pada, profilaktycznie wdycham olejki eteryczne, żeby jeśli to zatoki to żeby się odetkały, a generalnie oprócz paru wizyt u lekarzy to za chwilę czekają mnie wakacje. I ambitny plan wdrażania do ślubu, bo póki co mam tylko książkę o planowaniu wesela.

Czytam książkę o macierzyństwie, trochę głupiutką, trochę brutalnie (naprawdę, opis poporodowej waginy mogłaby sobie darować) szczerą, trochę śmiesznawą. No i oczywiście trochę się śmieje, a trochę puszę, że oto ja bezdzietna z wyboru (omdlenia to numer 1 do twierdzenia przez wszystkich, że jestem w ciąży. Oj, Boże, Boże) czytam o takich problemach jak brak czasu, niewyspanie (Bluuuuue!!! Jeszcze raz obudzisz nas w nocy!) czy nadmierne kilogramy… Aaa, nadmiernych kilogramów nie mam (na razie; mam nadzieje, że moja niedoczynna tarczyca nie zrobi mi niespodzianki), trochę ich mi wręcz poleciało (to tak w gratisie z włosami, weną twórczą, kondycją, mocą i mięśniami). Mam za to matę do ćwiczeń, do której staram się wrócić, żeby podnieść sprawność i wrócić do formy, instagrama, maliny w lodówce i brak zasięgu przez burzę, więc piiiip w bombki strzelił, wpisu nie będzie ;D.

Aaa, drugą obok ciąży opcją było niedożywienie i wegetarianizm. Z tych trzech to chyba poczciwy wegetarianizm najlepszy ;)

















 PS Nie wiem czy mam tak wielką czcionkę czy mi się wydaje. Niestety Bluśkowi zdarza się spacerować po moim laptopie i przestawiać ustawienia ;)


wtorek, 10 lipca 2018

Rabarbarrr

No i mamy lato ;)
Szkoda, że chłodne - basen u teściów dalej nie rozłożony, bo ziąb, teściowie wyjechali się wczasować za granicę, bo ziąb, a my mamy wczasy w ich domu i nam ziąb nie przeszkadza.
Pilnuję w ich domu swojego pasierba (czyt. golden retrivera Mateusza), który niedawno skończył 11 lat, doglądam swojego kociego najduszka, który szantażuje mnie i blokuje drzwi, żebym nie wychodziła z mieszkania, aż się z tego wszystkiego zakręciło mi w głowie i padłam z wrażenia. Dosłownie...
Póki co więc staram się odpoczywać, nie przemęczać, każdego zapraszać, żeby nie witać się z podłogą w samotności i pić kawę na podniesienie ciśnienia.
O, bo mam swój własny, mały ekspresik do kawy z Lidla za całe 230 zł plus młynek za 60 więc co rano uprzykrzam sąsiadom życie i najpierw warcząco mielę kawę, potem syczę ekspresem, a na koniec bulgoczę spieniaczem ;). Kawę uczę się robić w mocnych proporcjach, mleko pienić też się uczę, nie pieniąc się przy tym sama.

Mam lawendę na balkonie i dostałam storczyka na koniec roku przedszkolnego (kolejny do uśmiercenia, aaa, znaczy się - kochania), mam fioletową szczotkę dla kota i usilnie szukam ślubnych szpilek, bo póki co 35 za małe, a 36 za duże.
Blue poznał już swojego kociego kuzyna, szalonego potomka Kiary który huśta się na firankach, nasyczał na Kiarę, nasyczał na psa, a potem zasnął na pufie. Dalszych wieczorków zapoznawczych nie było, bo Precel dostał gorączki i zamiast się huśtać leciał przez ręce.
Ja też przez ręce leciałam i jednak stwierdzam, że lepiej się mdleje na męskie ręce niż na kuchenne płytki ^^ ;].
Lecą mi też w tle jakieś durne amerykańskie komedie z Paramount channel, żebym czuła czyjąś obecność i nie chciała się źle poczuć, jem kopytka, które dostałam ekspresową przesyłką z racji choroby (prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie, najlepsze kopytka ever!!! ;**). Dziś odwiedził mnie jakiś milion osób (no w sumie siedem), każdy stroskany i przejęty, telefonów też bez liku, co zawsze jest miłe w przykrych dolegliwościach
Dobrze jeszcze, że mam Bluśka, upierdliwe białe stworzenie, które żłopnęło mi mleko z płatków i umoczyło nos w kawie z pianką. Przechodzi ludzkie pojęcie jak uwielbiam tego sierściucha, miauczącego pretensjonalnie o mokrą karmę. Ostatnio pasją Bluśka jest topienie zabawek. Zaczął od znoszenia myszek do miski (foto), potem do miski z wodą (i jeszcze je podtapiał, żeby nie miały szans), potem topił moje gumki do włosów, a teraz topi już nawet swoich pluszowych przyjaciół, czyt. liska. Ponoć to domena niewychodzących, cierpiących na brak atrakcji łowieckich kotów. Dobrze, że nie mamy wanny, bo pewnie nas też by wytopił za wszystkie grzechy świata, z ograniczaniem saszetek i nie częstowaniem parówką na czele.
Rabarbar generalnie miałam na tapecie jakiś miesiąc temu, jak zaczęłam robić ten wpis. Teraz rabarbar poszedł w odstawkę, a ja nabrałam chęci na malinową tartę z prażonym słonecznikiem.
Niestety póki co nie mogę dorwać malin w sklepie (jak wychodzę z pracy już ich nie ma), a dziś na przykład mam maliny, ale mam zakaz robienia, bo Mateusz śpi przed nocką i nie mogę hałasować. Dobrze, że klawiatura w miarę cicha... ;)