...

...
M.

środa, 20 września 2017

Obrzydliwi

"Ludzie są obrzydliwi" powiedziała moja koleżanka z ławki na biologii, kiedy byłyśmy jeszcze w liceum.
Krew w kościach, bebechy w brzuchu, smarki w zatokach, śluzy, porody i wymiociny.
Obrzydliwi? Może i jesteśmy.
Ale nie z powodu natury.

Jesteśmy obrzydliwym gatunkiem, bo żaden inny gatunek nie ma w sobie tyle zdolności autodestrukcji i równocześnie tyle złośliwości dla otoczenia.
Nie plujemy jadem, nie zatruwamy śliną, nie zabijamy wzrokiem, a jednak jesteśmy toksyczni.
Jesteśmy fałszywi i zakłamani, a im bardziej narzekamy na czyjś fałsz i obłudę tym bardziej sami robimy dokładnie to samo.
Jesteśmy wredni, chamscy i mściwi, bo zamiast bezprośredniości i szczerości wybieramy obgadywanie za plecami.  
Nie powiemy nic miłego, żeby powiedzieć coś co komuś dokopie.
Jesteśmy mili kiedy coś od kogoś chcemy, jesteśmy wredni kiedy nie mamy powodu być wrednym.
Oceniamy, szufladkujemy, opatrujemy etykietką i zakręcamy jak wekę, zanim postawimy ją na półce w ciemnej piwnicy, żeby wyciągnąć ją kiedy będzie nam pasować do obiadu.


Chociaż jako jedyny gatunek dane nam jest porozumiewać się ze sobą za pomocą słów - chu***o idzie nam komunikacja.
Mówimy wtedy kiedy nie powinniśmy mówić, kiedy powinniśmy wyrazić swoje zdanie - zamykamy się w sobie.
Milczymy zamiast rozmawiać, gadamy zamiast słuchać.
Zamiast mówić wprost - komplikujemy.
Nie potrafimy się dogadać, nie umiemy przyznać komuś jego racji, a się do swojego błędu.
Więcej z naszych ust obelg, przekleństw i chamstwa niż słów, które budują, łączą albo cieszą.

Relacje też średnio nam wychodzą.
Wabimy, żeby zwodzić, przyciągamy, żeby odtrącić. 
Dajemy nadzieję, żeby potem ją odebrać.
Robimy z tego grę, rywalizację, głupią zabawę.
Ciągniemy coś, co nie ma sensu, kończymy coś zanim się zacznie.
Nie wyjaśniamy nic, żeby zostawiać ludzi w niepewności, bo tak najłatwiej.
Nie mówimy nic wprost, bo łatwiej jest robić uniki żeby nie musieć stawać twarzą z twarz z czyjąś zawiedzioną miną albo rozwianymi nadziejami, ale też nie umiemy czegoś umiejętnie zakończyć.
Nie określimy się, bo nie umiemy.
Umiemy za to udawać i oszukiwać, a najlepiej wychodzi nam oszukiwanie siebie kiedy patrzymy na siebie w lutrze i mówimy sobie, że wszystko jest okej, albo że zachowujemy się krystalicznie.
Zdradzamy, kłamiemy, ranimy, rozczarowywujemy.
Obiecujemy chociaż dobrze wiemy, że nie dochowamy obietnic.
Krzywdzimy tych którzy nas kochają, kochamy tych którzy nas krzywdzą.
Bawimy się ludźmi. Ich uczuciami, ich nadziejami, nimi samymi - z całym kompletem ich części ciała. Traktujemy ich jako formę rozrywki, jak fantom do nauki pierwszej pomocy, rzecz do wykorzystania albo możliwość wyżycia się na kimś za swoje niepowodzenia, braki i frustracje.

Upokarzamy się dla kogoś, kto na to nie zasługuje, nie potrafimy zdać się na poświęcenie dla tych, którzy chcą nam dobrze.
Jesteśmy żałośni czekając na to co nie nastąpi.
Prosimy o to, o co nie powinno się prosić.
Tęsknimy za tym za czym nie powinniśmy nawet myśleć, myślimy o ludziach, o których powinniśmy zapomnieć.
Wyciągamy rękę kiedy powinniśmy wystawić środkowy palec, wychodzimy do tych, do których należałoby się odwrócić plecami.
Nie szanujemy siebie, bo pozwalamy się nie szanować innym.
Boimy się coś zmienić, boimy się zaryzykować, boimy się być szczęśliwi.
Robimy coś wbrew sobie, żeby zrobić coś według kogoś.
Nie słuchamy siebie, bo słuchamy innych.
Pozwalamy innym wtrącać się w nasze życie i robimy tak, żeby dobrze było komuś innemu, a nie nam samym, bo pozwalając innym na decydowanie o sobie zacieśniamy sobie pętlę na szyi.


Udajemy kogoś kim nie jesteśmy.
Interesujemy się cudzym życiem jakbyśmy nie mieli swojego i żyjemy pod czyjeś dyktando jakbyśmy nie mieli mózgu.
Marnujemy dane nam szanse.
Popełniamy błędy, na których wcale się nie uczymy.
Sami bronimy sobie dostępu do szczęścia.

Jesteśmy obrzydliwi kiedy postępujemy tak jak oczekuje od nas otoczenie, bo boimy się postępować tak jak chcemy.
Nie chcemy się wyłamywać, nie chcemy żyć inaczej, nie chcemy odstawać od reszty, chociaż generalnie nikt nie podał idealnego przepisu na życie i nie dał nam gwarancji, że te schematy ustrzegą nas przed porażką.
Nie ufamy sobie - swojej intuicji, swojej głowie, swoim marzeniom, a ufamy komuś, kto chce nas tylko wydy***.
Żyjemy jakbyśmy mieli sto żyć, żyjemy jakbyśmy byli sami na planecie i żyjemy tak jakbyśmy nie mogli choć raz pomyśleć, że może jednak robimy źle. 
A przede wszystkim - ranimy innych dla rozrywki, a siebie przez swoją głupotę.


I jeszcze śmiemy twierdzić, że jesteśmy najlepszym gatunkiem, bo mamy rozum i odpowiednią ilość odpowiednio poskręcanych zwoi.
Jesteśmy obrzydliwi.



wtorek, 19 września 2017

Gniazdko

Od nie pamiętam kiedy chciałam mieszkać sama.
Sama.
Z drobnym zastrzeżeniem, że do mieszkania przygarnę psa, kota, oba, po dwa albo może się zdarzyć, że jeszcze szynszyl w klatce.
Bez rodziców, bez faceta, bez chłopaka, bez męża, bez dzieci, bez współlokatorów, koleżanki, kogoś z ogłoszenia i bez pająków.
Sama.
I pewnie gdyby nie to, że do mojego M. wprowadziłam się ja, a nie on do mnie to może dalej chciałabym być sama, sama, sama.
Bo gdyby to on wszedł mi w paradę tak jak ja jemu i gdyby zrobił mi taki bałagan, mętlik i wszystko do kupy jak ja jemu, to chyba szybko wręczyłabym mu nakaz opuszczenia lokalu z racji tego, że przecież chciałam mieszkać sama, a on jest upierdliwy. Na szczęście on cierpliwy jest i łaskawy, a może po prostu zakochany, że co mu przeszkadza to mu przeszkadza, ale ja mu nie przeszkadzam, nawet jak mu przeszkadzam.
Szczęście w nieszczęściu czy to mieszkanie, czy dom, czy namiot czy hotel, dogadujemy się tak samo dobrze, chociaż ani jedno ani drugie nie ocieka lukrem i nie ma dnia bez zgrzytania zębami przynajmniej jednej ze stron.
Do tego od tak samo nie pamiętam kiedy gotuję sobie osobno, więc osobno kupuję, obieram, myję, kroję i spożywam, osobno zbieram też płyny, proszki, środki czystości, osobno piorę, wieszam, zbieram i tym samym osobno żyję - jakby nie patrzeć.
Samodzielne mieszkanie było więc na liście marzeń, tuż koło pracy, własnych zarobków i pisania książek. No i kota, psa, ewentualnie obydwu.

Samodzielnego mieszkania nie było i nie ma, za to jest mieszkanie z M.
Szybko, po zaledwie paru rozmowach i ustaleniach, ale co tu ustalać, skoro od trzech miesięcy razem mieszkamy i na palcach u dwóch rąk mogę policzyć, ile dni spędziłam sama.
I jedno i drugie z nas wiedziało, że chcemy mieszkać razem, że sami i że bez współlokatorów, bez kota on i bez pająków ja. Pająki znalazłam już dwa w łazience (zgłaszam reklamację), kota niestety w łazience nie znalazłam, chyba że takiego z moich skołtunionych włosów. Bywa.

Wicie swojego gniazdka zaczęłam więc od sukcesywnego zbierania kubków, misek, pościeli, poszewek, silikonowych form na jajka (gdzieś między fazą na weganizm), a materiałowymi koszyczkami przez kilka lat. A potem było już szybsze tempo. Internet, oferty, telefony i bach - podpisanie umowy.
Jakie jest nasze mieszkanie?
Nasze mieszkanie jest wynajęte i jest drogie.
Sęk w tym, że na chwilę własne.
I dla nas dwójki idealne, bo nie wiążące kredytem, nie posiadające osób trzecich i znajdujące się w naszym rodzinnym mieście.
Mam więc swoją suszarkę do naczyń, swoje czarno białe miski, swoje drewniane deski i swoje cztery kąty.
Mam suszarkę na bieliznę od mamy i odkurzacz od teściowej - jak miło mieć teściową bez kupowania białej kiecki za trzy koła, mam miętowy toster i miętowy czajnik zanim dorobię się miętowego fiata 500 (a pewnie się szybko nie dorobię, a w aucie ostatnio siedziałam i tak mi pasuje takie małe, śmieszne, zgrabne, nawet jak błękitne...), mam narzutę w różyczki ("Od kiedy masz tę narzutę? Odkąd miałaś dwa miesiące?" pyta M. widząc stopień jej sprania) i pomarańczowe meble w kuchni - i pomyśleć, że przerażały mnie pomarańczowe literki na grzbiecie mojej książki...

Oprócz tego jestem podjarana wszystkim. Podłogą, drzwiami, oknami, swoim mopem marki Gosia, który tak cudownie wiruje w niebieskim wiaderku (i nawet mi nie przeszkadza, że ma fioletowe akcenty), przeniesionymi z pokoju meblami, które z racji tego, że zafundowałam je sobie sama to przyszły mieszkać ze mną, kurtkami wiszącymi na drzwiach od łazienki, bo nie mamy jeszcze wieszaka, domkiem na klucze od koleżanki, lampą, lampkami, światłem tym które jest i tym którego brakuje, ciepłem bez ciepłej podłogi, zimnymi płytkami w łazience na które nie wchodzę, chyba że na kolanach, bo z racji tego, że białe to myje je średnio trzy razy na dzień mokrą jednorazową szmatką, myciem kwadratowych szklanek w swoim zlewie, siedzeniem i omiataniem wzrokiem wszystkiego ze świadomością, że to moje. Moje, moje, moje. I M., czyli generalnie nasze.
Chociaż przez chwilę będę w nim sama, sama, sama, bez pająków, bez kota, bez piesa i bez M., ale w trybie standby. Czyli oczekująca. Na M., bo kota mi nie wolno, a na dzieci to nie jesteśmy jeszcze oboje gotowi, więc nie bierzemy jeszcze tego psa ze schroniska, dla którego mamy imię albo i dwa.

Aaa. No i mieszkam w ścisłym centrum miasta.
Do pewnego czasu w ogóle nie zdawałam sobie sprawy z przywileju jakim jest mieszkanie w centrum, choć w tej okolicy mieszkałam do 12 roku życia. Teraz pod nosem mam wszystkie sklepy, bibliotekę, w której chyba dalej remont, ale nie wiem, bo póki co kupuję kosze i pojemniki, i co tylko chcę. Świeże bułki jak ładnie poproszę M., balkon, drzewa na plantach, hałas na drodze i miasto. Miasteczko w zasadzie.
Trochę więc powieliłam życie mojej książkowej bohaterki, chociaż nie mam wanny na czterech nóżkach ani nawet na trzech, bo mam prysznic, no i wszyscy wiedzą czego nie mam więc nie muszę przypominać, że nie mam kota ;)
 

I teraz właśnie kiedy mój, mój, mój ci on chłop przynosi z szafy poduszki i rozrzuca je po kanapie, którą rozkładamy do spania, a składamy jak przychodzą do nas goście oglądać, oblewać i chrzcić mieszkanie, a z każdym jaśkiem, prześcieradłem, pierdołą nie umie przejść obojętnie jak ja nie przechodzę obojętnie koło czegoś futrzastego np. kota i mizia mnie albo chociaż głaśnie po głowie, a w rogu pokoju pali się wysoka rozproszona na sufit lampka, bo nie wiemy ile zabulimy za halogeny, a że mieszkanie do jasnych nie należy to możemy dużo, i że jest cieplutko i przyjemnie, aż mi jest ciepło, a mi rzadko jest tak ciepło jak nie siedzę w kocu i trzech parach grubych skarpet i pewnie za gaz też fajny będzie rachunek, skoro jest tak ciepło, a że w brzuchu nam buzuje pomidorówka od jednej mamy i barszcz z uszkami od drugiej (chwała Bogu, bo dzięki ostatnim zakupom z pralką, dywanikiem do łazienki, klamerkom do bielizny, koszom, garnkom i innym myślałam, że karmić się będziemy tylko rachunkami za wyżej wymienione) i kiedy siedzę w swoim, swoim, swoim fotelu, w którym nigdy nie miałam czasu siedzieć w domu i na moim, moim łóżku leży mój, mój chłopak, a na ławie mój, mój talerz z napisem "cookies" i resztkami ciastek to jestem tak bezgranicznie szczęśliwa, że nie muszę pić drinka z limonką, żeby być pijana szczęściem ;)















































poniedziałek, 4 września 2017

Jestem żoną

Jestem żoną.
Rozkapryszoną, nieznośną, wyluzowaną żoną.
Sypiam z mężem w małżeńskim łóżku, wpychając głowę na nieswoją poduszkę, a włosy do nieswoich ust.
Rano daję się budzić albo i nie.
Wstaję zawsze później.
Śniadań na ogół nie robię - robiłam tylko w miodowym miesiącu.
Pakuję w usta kanapki na stojąco albo jem płatki też stojąc. Jestem jednak kochającą żoną, więc proponuję mężowi dolewkę Coli, bo "Dzisiaj to ostatni dzień kiedy pijemy Colę, od jutra gorzki Earl grey".
Pakuję mu do pracy kanapki, pakuję Knoppersa. Jak nie ma kanapek to samego Knoppersa.
Żegnam w drzwiach w męskiej koszulce i śpiochami w oczach. Zamiast romantycznych pożegnań - ziewam na całą rozpiętość szczęki.
Przeważnie wracam do łóżka, przeważnie zostaję tam ile chcę.
Nieprzyzwoicie się lenię, zagarniam dla siebie całą poduszkę, parskam w wyszarpywanego zwykle jaśka, mruczę, kręcę się, wiercę.
Wstaję jak mi się znudzi.
Łóżko ścielę, pokój wietrzę, bieliznę rozwalam po podłodze, co trzeba wrzucam do prania.
Zostawiam w sypialni namacalne ślady bytu w postaci bałaganu, jakbym zostawiała w niej zamaszysty podpis i zaznaczała swoje terytorium zapachem perfum i pojedynczymi włosami na podłodze.

Przedpołudnie spędzam z muzyką, kubkiem z herbatą i telefonem. Wydzwaniam do siostry, mamy, przyjaciółek - jak to żony mają w zwyczaju. Nie narzekam ani na męża ani na dzieci, nie żalę się nadmiarem obowiązków czy nieusatysfakcjonowanym życiem. Paplam, gadam, wykładam nogi na ścianę, włóczę włosami po podłodze.
Idę na zakupy i oprócz pomidorów, świeżej bazylii i sałaty kupuję ołówki, notesiki, miski i noże. Pod nosem mam też galerię outletową, więc jak na nowobogacką żonę - kupuję sukienkę na wesele, szpilki od Gino Rossi (choć dotąd nie miałam ogólnie żadnych szpilek) i bieliznę, którą można potem rozrzucać po podłodze. No i bluzy, bluzy, bluzy. Przynajmniej do czasu do póki nie wymyślę, że chcę uwić swoje gniazdko i chcę oszczędzać na bambusowy chlebak, miętowy toster i białe łóżko. Wtedy z czerstwego chleba robię bruschettki, nie wyściubiam nosa z mieszkania i mruczę: "Zero zakupów!", a jak mam ochotę na słodkie to słodzę herbatę. Białym cukrem.

Kiedy mąż dzwoni, odpowiadam na pytania: "Co robisz, kochanie?", trzymając telefon ramieniem i myjąc pozbierane z całego mieszkania kubki.
Gotuję zupę, gotuję makaron, nie gotuję mięsa.
Przyprawiam, kosztuję, smakuję. Wycieram ręce w koszulkę.
Zapominam wyłączyć płytę indukcyjną, kiedy oddaję się rozkoszy pisania, nigdy nic nie przypalam, nigdy nie myję od razu naczyń.
Sypię lubczyk do wszystkiego, co by miłość nie klapnęła, a luby nie zorientował się, że jego gwiazdeczka jest gwiazdeczką bez kursu super żony, z brakiem umiejętności cerowania skarpet i prasowania koszul.


Po południu majtam nogami w powietrzu, składam mężowe bokserki z prania, jem albo i nie, wychodzę na balkon, pucuję płytki w łazience, bo łazienka przy mieszkaniu ze mną prawie zawsze równa się włosy, ślady z pasty i tuszu.
Trochę czytam, trochę piszę, dzwonię do męża. Pytam czy nie jest głodny, co zje na kolacje, śniadanie i obiad za dwa dni, jakby miało to jakieś znaczenie i jakbym wcale nie karmiła go głównie warzywami i zieleniną.
Puszczam sobie lekkie filmy, które lekko lecą w tle albo z przytupem słucham muzyki. Sąsiedzi albo są głusi albo też lubią Eda Sheerana.
Piorę pościel, myję naczynia i blaty, przyklepuję śmieci w koszu, żeby sprawiał wrażenie mniej pełnego.
Nie podlewam kwiatków, podlewam za to zioła w doniczce z lidlowego ryneczku.
Planuję odkamienić czajnik, ale tego nie robię, bo w czym potem zrobię sobie herbatę. Myję za to płytę indukcyjną błogosławiąc wygodę jaką daje, wygładzam dłonią kuchenne ściereczki. Ściereczek mam dużo - jednorazowe, kilkarazowe, wielorazowe w kratkę albo napisy. Ściereczki to moja mania, hobby, kolekcja. Kocham ściereczki. Czasami nawet ich używam.
Robię listę do spożywczaka, patrzę jakie chemiczno - kosmetyczne zasoby uszczupliłam, układam męskie koszulki, układam swoje ciuszki, jakby wcale nigdy nie były ułożone i układane.

Czekam, tęsknię, nawijam włosy na palce, rozładowuję telefon, patrzę się w sufit, rozładowuję tableta, przeglądam zdjęcia, rozładowuję laptopa, rozładowuję głośnik.
Idę pod prysznic, wyciągam włosy z odpływu jak woda nie chce spływać. Obiecuję sobie nie dyskryminować brodzika i myć go mniej więcej tak często jak umywalkę.
Pół godziny pieszczę się z suszeniem i prostowaniem włosów.
Tusz do rzęs na rzęsach, umywalce i ręczniku, Klein psiknięty na włosy i ubrany na tyłek.

O powrocie męża wiem, jak winda zaczyna tylko huczeć w ścianach.
Na powitanie skaczę mu w objęcia, całuję w usta, ściskam nogami w pasie, zwisam głową w dół, zamiatając włosami to, czego nie pozamiatałam wcześniej.
Podaję kolację, podaję herbatę, podaję Colę, rozpakowuję plecak z niezjedzonym żarciem i pokruszonym Knoppersem. Jak na dobrą żonę przystało - opierdzielam za niezjedzenie, pytam o samopoczucie, poziom zmęczenia.
Wiernie oczekuję pod drzwiami łazienki (włosy wciąż stygną po tym, jak o mało nie zostały spalone prostownicą), tuptając, że prysznic trwa tak długo.
Myję naczynia po kolacji - czasami nic mi nie spadnie, nie rozpryśnie się, nie rozchlapie i nie stłucze. A czasami dla bezpieczeństwa ich nie myję.

Mam dobry nastrój, jestem wyspana, wypoczęta, zrelaksowana.
Nigdy nie boli mnie głowa, nawet jak mnie boli.
Męża witam wyszczerzem, iskierkami w oczach i czystą radością.
Spać idziemy następnego dnia, bo po co iść spać.

Śpię dobrze, pewnie dlatego, że rozpycham się na łóżku, okno kategorycznie nakazuję zamknąć, zakładam skarpetki, gadam przez sen.
Zaplatam się wkoło męża jak anakonda, a kiedy wpada w półsen, wymacuję na jego uchu magiczny punkt relaksacyjny i spowiadam się ze wszystkiego co zepsułam, zniszczyłam albo oblałam.
Nie chce albo nie ma siły się złościć.
Razem zapadamy w cudowny, słodki sen.

***
No okej.
Żoną nie jestem ;)
Ślubu nie mam, męża też, małżeńskie łóżko dzielę na pół. Ale że jestem większa to zajmuję większą jego powierzchnię.
Staż nieślubu mamy krótki, acz treściwy. Generalnie w większości "przemieszkalny".
I wiecie co? Może gdyby młodzi ludzie mieli okazję sami pomieszkać, dotrzeć się, poznać i albo zaakceptować swoje wady albo i nie, nie byłoby potem tylu rozczarowań, łez i rozwodów.
Albo ślubów na początek.
Może gdyby nie udawało się, że jest się takim, a nie innym, że lubi się artystyczny nieład i raczej nie zamierza zgrywać perfekcyjnej pani domu tylko po to, żeby ją pozgrywać, nikt by się potem nie kłócił i nie rozczarowywał.
A może jeszcze powinno wbić sobie do głowy, że świat nie kręci się wkoło idealnie umytych talerzy, idealnie wypucowanego sedesu i idealnie wyglądającego domu, bo są rzeczy ważne, ważniejsze i mniej ważne, a nie wszystko złoto co się świeci i nie każda idealna żona albo i nieżona to ta, która wszystko robi idealnie.

Tym pozytywnym akcentem kończę, idę się pławić w kąpieli, wylegiwać z książką, zmieniać pościel i czekać na niemęża ;)



 
 


piątek, 1 września 2017

Życie z Pi ;)

Pisarz dopóki mieszka sam, wcale nie zdradza się, że jest pisarzem.
Przecież nikt nie wie, co ma w głowie, w palcach i laptopie.
Nikt nie wie że, co i czy w ogóle pisze.

Pisarz nawet jak zaczyna z kimś mieszkać to oprócz tego, że robi malownicze listy zakupów przypinane magnesem na lodówkę, zostawia w domu liściki z pierdołami, rysunkami, grafami i pisze obłędnie długie smsy w formie 'Trudnych spraw"albo analiz naukowych, to zachowuje się jednak jak przeciętny człowiek.
Do czasu aż nie zacznie się z czymś zdradzać.
Albo pisać.
Bo pisarz jak alkoholik - ma swoje ciągi.
Na co dzień zachowuje się normalnie.
Wstaje rano, szuka skarpetek, je śniadanie, pije kawę.
Idzie do pracy, wraca z niej.
Kupuje chleb, mleko i papier toaletowy.
Myje naczynia, wiesza pranie, ścieli łóżko.
Nie ma w oczach myślników zamiast źrenic, na stole plam z atramentu, a wkoło kosza zmiętych kulek papieru.
Nie ma rękopisów na biurku, markowych długopisów ani gęsich piór w słoiku.
Nie ma nawet biurka, sekretarzyka czy gabinetu.
Ma regał z książkami, dużo długopisów, laptopa i głowę.
A w głowie cyrk i swoje małpy, które zaczynają hasać dopiero wtedy kiedy zamiast prawilnie gotować obiad albo go porządnie zjeść, siedzi w szlafroku, piżamie albo majtkach i stuka w klawiaturę jak popier***ony.

Pisarz potrafi się dobrze ukrywać i nie pokazywać swoich zboczeń światu.
Rozmawia o pogodzie, jak i polityce, zna parę ładnych zdań, dużo słów i sposobów, by sprawiać wrażenie bardziej normalnego niż w rzeczywistości.
Ma pasje, znajomych, telefon komórkowy i konto na facebooku.
Nie zna się na modzie, nowinkach technicznych i telefonach, nie robi sobie hybryd ani makijażu, za to zna pisownię większości słów, jarają go znaki interpunkcyjne w wiadomościach, czyta wszystko, co ma literki i ślini się na widok książek.
W szafce ma mole, w torebce bałagan, w szafie idealnie poskładane ciuchy, a w mózgu wersy między zwojami.
Pisarz myśli o pisaniu częściej niż o jedzeniu, żywi się słowem, kartkami, przecinkami i płatkami z mlekiem.
Ma perfekcyjnie poskładane ubrania w szafie, posortowane kolorami skarpetki, kolekcję ścierek i ściereczek i burdel w głowie. Bywa, że nie daje się ponosić wyobraźni, a ma dzień, że buja z głową w obłokach od rana do wieczora i rozkojarza się, błądzi myślami, jest nieobecny, zmulony, zawieszony w czasie i przestrzeni.
Ma swój świat, swoje literki, swoje tajemnicze pliki na folderze i wyjątkowo szybkie palce, stworzone do tego, żeby gnać po klawiaturze.
Pisarz nie potrafi siąść i pisać jednej powieści od deski do deski. On ma pięćdziesiąt stron jednej, trzydzieści drugiej, dwa wstępy kolejnych i jeszcze kilka "bestsellerowych" książek w głowie.
Ma ochotę pisać zawsze wtedy kiedy nie ma czasu, sił ani świstków papieru pod ręką, a pomysły jest w stanie zapisać w roboczym smsie, na paragonie, ulotce z paracetamolu.
Ma fisia na punkcie artykułów piśmienniczych i dożywotni zakaz kupowania zeszytów, notesów, długopisów.
Przyjaciół i znajomych też ma, ale przeważnie czasu dla nich brak.
Nie brak czasu dla tych, dla których pisarz porzuca pisanie i gotuje zupę z lubczykiem albo makaron z serem, ale nawet taki Wybraniec nie do końca wie, ile czasu i ile myśli pisarz poświęca na pisanie, nawet gdy aktualnie nie pisze ;).

Pisarz pisze, a jak pisze to z werwą, pasją, zacięciem i chochlikami w oczach.
Pomysły przychodzą mu same, najczęściej z brakiem możliwości zrealizowania ich za pamięci, za to
wraz z otworzeniem laptopa i jednym rzutem na białą kartkę papieru słowa przychodzą same, zupełnie nieproszone, układające się w długie ciągi wyrazowe i szybko zapełniające kolejne kartki.
Pisarz rzadko pisze przy kimś, bo nie lubi jak mu się przerywa, przeszkadza albo zagląda przez ramię. Nigdy nie zdradza o czym pisze i w ogóle najczęściej nie przyznaje się, że pisze. On po prostu hobbystycznie sprawdza czucie klawiatury w poszczególnych jej miejscach.

Pisarz nie ma problemu ze sformułowaniem myśli ani ułożeniem logicznego zdania, ale ma problem, żeby przypomnieć sobie, że anegdotkę którą właśnie opowiada opowiadał już kilka razy albo gdzie do cholery położył szczotkę do włosów.
Pisarz miewa humorki, wahania nastrojów, fazy smęcenia, marudzenia, fochów i płaczu zupełnie niezwiązane z ciśnieniem atmosferycznym, zmęczeniem czy fazą cyklu. Bywa perfekcjonistą, zwłaszcza kiedy mu zależy albo daje się ponieść ferworze porządku, ale bywa i fleją, osobą niezdolną do zachowania ładu i porządku wkoło biurka.
Bo każdy pisarz to urodzony artysta, osoba, która kocha kolory, pędzle, pióra i szukanie kształtów w chmurach, rozlanych napojach, słojach na drewnianym stole.
Pisarz równa się artystyczny nieład, stos książek, śmieci i niesparowanych skarpetek.
Pisarz może mieć największe motywacje i lubić machać ściereczką z mikrofibry w łazience, ale i tak kiedy dorwie go wena, będzie siedzieć w bałaganie, wśród stosu naczyń, kupy ciuchów i masy kabli wkoło i pisać.
Może też mieć dużo czasu i nie pisać, bo woli siedzieć i się obijać.
Największym hitem jest za to to, że pisarz  generalnie zawsze ma i wie o czym pisać, bo pod kopułą kłębi mu się tyle postaci, charakterystyk i fabuł, że śmiało mógłby spłodzić kilka felietonów, opowiadań i powieści. Sęk jedynie w tym, że czasami jest tak omotany pisaniem, że nie wie co pisać, skoro ma tyle pomysłów albo przygnie go brzemię ponurej egzystencji i będzie musiał się martwić pieniędzmi na waciki, pomysłem na obiad, wieszaniem gaci na suszarce, rachunkami, brakiem prądu w lodówce albo innymi przyziemnymi sprawami, którymi chciałby się nie interesować.

Bo każdy pisarz, definitywnie chciałby być tylko pisarzem.
Wstawać rano albo i nie, chodzić pół dnia z gniazdem na głowie przetrącając nogą kota, pić zieloną herbatę w niebieskim kubku i pisać, pisać, pisać.
Idealnie byłoby gdyby musiał jedynie ogarnąć siebie i swoją najbliższą przestrzeń, a chodzenie do pracy zostawić innym.
Zdaje sobie sprawę, że wtedy pewnie umarłby z głodu śmiercią naturalną, raczej nie byłoby go stać na dżinsy z Calzedonii i pewnie musiałby pisać przy świeczce, ale i tak wie, że byłby w siódmym niebie, gdyby nie pisał z doskoku, a zarabiał i żył pisaniem.

Życie z pisarzem jest o tyle ciekawe, że nigdy nie wiadomo, czego się można się po nim spodziewać.
Jest artystą, ale też ma swój rozum, niby jest szalony, ale poukładać też czasami umie, zwariowany, ale nie do końca.
Z pisarką jest o tyle lepiej, że ma cycki, naturalny zmysł dekorowania mieszkania, pociąg do garów i mopa. No i jeśli osoba towarzysząca ma ambicje zobaczyć swoje nazwisko w druku, może dzięki jednej stronie www.pierscionki.pl zapewnić to sobie bez godzin ślęczenia nad laptopem. Oczywiście jeśli jest na tyle szalona, żeby planować życie z kimś kto nie myśli przyziemnie i codziennie tylko żyje po swojemu według swoich niepisanych zasad.

Pisarz najczęściej mówi, że będzie pisarzem w wieku lat pięć i pół, a chociaż literki stawia wtedy jeszcze koślawe i brzydkie, pisarz i tak pisarzem zostaje.
Pisze do szuflady, do gazet, do wydawnictw.
Pisze, bo lubi i pisze, bo chce.
Pisze tak jakby pisaniem oddychał i jeśli nawet nie pisze - bezapelacyjnie pisanie jest tym co go napędza.




 

'64

Jeśli większość moich wpisów kręciło się wkoło gotowania, kotów (nawet jeśli tymi kotami byłam ja), chwalenia stanu staropanieńskiego i pisania w piżamie i najczęściej nie było w nich żadnych zmian, to teraz zmian jest od groma.
I jeśli myślałam, że jadąc w maju do Warszawy będę w niej tylko pracować, gadać z koleżankami po fachu, a w wolnej chwili czytać, pisać, kreślić labirynty i nie gotować to byłam w błędzie.
Zaczęłam i owszem od rozkoszowania się czasem wolnym po pracy, jednodniowej szalonej wycieczki nad morze z koleżanką, kiedy najwięcej frajdy miałam z nic nie robienia, słuchania rozbijających się o brzegi fal, skrzeczących mew, oddychania, brodzenia w lodowatej wodzie i przebierania piasku między palcami, czytania i pisania, ale potem zrewolucjonizowałam całkiem wszystkie plany. To znaczy gdzieś wtedy zaczęła się faza na nieplanowanie.
I tak o ile zjeżdżać do domu nie chciałam i nie zamierzałam, bo to męka, bo kombinowanie, żeby się z kimś zgrać, bo jazda w wiele osób i wiele bagaży, bo niewygodnie, bo rodzice muszą mnie zgarniać z Rzeszowa, bo ile ja mam lat, żeby mnie rodzice tak wozili, bo to bez sensu, żeby jechać po to, żeby zaraz wracać, bo to się w ogóle nie opłaca to rzeczywiście do domu nie zjeżdżałam. W ogóle.
To, że pierwsze chwile rzeczywiście spędzałam na wyjadaniu truskawek z miski, kiedy czytałam książkę na ławce albo pisząc sobie rozczochrana w łóżku to prawda.
A to, że już po paru tygodniach mi się odmieniło i przestałam jeść truskawki i czytać, a zaczęłam bawić się w związek, a w zasadzie w dom to inna prawda ;).
I kiedy skończył się miodowy miesiąc, a właściwie dwa, a do tego doszło trochę wolnego, które udało się idealnie zgrać w czasie, wyjazd na wakacje, wolne i weekendy i nagle okazało się, że jestem stworzona do prowadzenia koczowniczego trybu życia. Że koncert w Krakowie, że wycieczki po Warszawie. Że wakacje to trzydniowe Węgry, bo tylko tyle wolnego udało się wysupłać. A jak wakacje to takie, na które jedzie się samochodem z bagażnikiem załadowanym jakby jechała nim rodzina z trójką dzieci, w tym biorąc pod uwagę liczbę kocyków - co najmniej dwoma niemowlętami. Że na wczasy zabiera się też namiot, leżaczki, kapelusz ze wstążką, przenośną lodówkę, rozmienione pieniądze, bikini i swoją mamę, której chce się zapewnić rozrywkę, opiekę i podnoszenie na duchu. Że można mieć problem ze znalezieniem noclegu dla jednej osoby, w miejscach gdzie dobrze mówią po angielsku oferują trzyosobowy pokój z łóżkiem małżeńskim i dziecięcą dostawką, a ostatecznie zaczyna pojawiać się ryzyko, że na noc wyląduje się w trzy osoby w dwuosobowym namiocie. I kiedy zaczyna się robić cieplutko, ale wciąż ma się dobry nastrój i poczucie, że robi się dobrze, cudownym zbiegiem okoliczności, sympatyczności recepcjonistki i swoim umiejętnościom budowania angielskich pytań, znajduje się miejsce na campingu.
Camping okazuje się być jak z filmów - domki, namioty, zbiorowe ubikacje i prysznice, ale i zero komarów, błota, deszczu czy pająków, miejscówka dla mamy jest barakiem, ale przynajmniej czystym, z łóżkiem, gniazdkiem do ładowania telefonu i dmuchania materaca, bez pająków, łazienki i innych wygód tego świata, których nie docenia się dopóki się ich nie ma. Basen najczęściej jest basenem ciepłym, o ile nie cieplejszym albo najcieplejszym, bo jest się zmarzluchem, w basenie jest tyle samo małych dzieci co osób starszych i od razu planem wakacyjnym nr jeden są wakacje w miejscu ze znakiem "Dzieciom wstęp wzbroniony". Bo dzieci to hałas, wrzask, płacz, rozchlapywana namiętnie woda i brak upragnionego spokoju, co dla bezdzietnych par nieprzyzwyczajonych do reżimu rodzicielstwa lub/i/do tego po latach bawienia dzieci jako niania płacz, jęki i miauczenie jest już tak męczące, że ma się ochotę przebywać tylko w dorosłym gronie. Zabijcie mnie wszyscy rodzice ;).
Wieczory to z kolei wychodne, jedzenie w plenerze i zdjęcia.
A noce to namiot. Namiot jest idealny dla dwóch osób, idealnie mieści się w nim materac i idealnie nadaje się do niego kombinezon zabudowany z góry na dół plus dwa koce.
A kiedy po "wakacjach" okazuje się, że ma się 4-5 dni wolnego, łata się wolne dni do kupy i obiera kurs Warszawa - dom do tego stopnia, że większość czasu spędza się w trasie, pakuje się na wyjazd z zamkniętymi oczami, a w domu jest się gościem ;)
I że non stop plener, łazęgi, bluza w pasie, karmienie wiewiórek i pozowanie w słonecznikach.


Więc co oprócz zmian w statusie, miejscu zamieszkania, poglądach i organizowaniu czasu wolnego?
Jestem jak chorągiewka na wietrze. Zawieje mi to wsiadam do autobusu i jadę.
Pisanie leży odłogiem, w pokoju leżą nierozpakowane torby, mam trzy szczoteczki po trzech domach, wszędzie mnóstwo szamponów (a ja i tak najczęściej ląduję pod prysznicem z męskim żelem Nivea) i zaległego prania (Zaległe pranie! Dla kolekcjonerki białego Cocolino, które w liczbie trzy butelki stoją zwykle w łazience!).
Chciałabym powiedzieć - zostaję, opróżniam filcowe kosze z praniem, idę poodkurzać pokój i posprzątać bałagan w swoim życiu, ale z przykrością stwierdzam, że torby leżą wciąż otwarte, zwarte i gotowe ;)