...

...
M.

wtorek, 28 lutego 2017

Zima bieszczadzkiego kota (part III)

Zima zdecydowanie nie jest ulubioną porą bieszczadzkiego kota.
Zima to śnieg, mróz, zmarznięte i przemoknięte łapy, czerwony nos i łzawienie oczu.
Zima oznacza dreptanie w miejscu i szczękanie zębami.
No i przede wszystkim zima jest zimna, a bieszczadzkie koty nie lubią marznąć.

Zgodnie z ewolucją bieszczadzkie koty powinny lepiej przystosowywać się do zmiennych warunków pogodowych, jednak zaburzenie termoregulacji nabyte w warunkach niewoli, wrodzona niska temperatura ciała oscylująca w granicach 35 stopni i wciąż ten problem bycia gatunkiem drobnego stworzenia nie ułatwia sprawy.
Zero dodatkowej sierści w dziwnych miejscach (i dzięki Bogu), zero samonaprawienia się wadliwej instalacji termoizolacyjnej (cóż za pech) i (niestety) grubo poniżej zera na termometrze.
Kocie sposoby na ogrzanie przynosiły mizerne efekty, ostatecznie więc zima była dla kota jednym wielkim pasmem ciągnącego się problemu z pozyskaniem ciepła.
Dodatkowa warstwa tłuszczu wcale nie ogrzała, spotkała się za to z kocią dezaprobatą, chociaż chwilowe poprawienie się apetytu bieszczadzkiego kota pomogło jakoś utrzymać ciepło na optymalnym poziomie lekko powyżej hipotermii.
Bieszczadzki kot przez miesiące zimowe poruszał żuchwą szybciej niż łapami tylko po to, by po największych mrozach znów powrócić do swojego niejedzenia, kręcenia wąsami i nosem, no i oczywiście dziobania pokarmu i wybrednych zachcianek.
Jedzenie jedzeniem, tłuszcz tłuszczem, jednak jakże ciężko było bieszczadzkiemu kotu przestawić się na zawijanie, opatulanie i ubieranie.
Ileż to pracy i wysiłku związanego z wciskaniem się w masę warstw odzienia, zmienianiem przemokniętych części garderoby i pamiętaniem, by zawsze mieć przy sobie coś ciepłego.
I to takie wbrew naturze, żeby do spania wpełzać w całkowicie niekoci kombinezon i zakopywać się w dwie kołdry zamiast zwinąć się w kłębek bez niczego.

Zima oznaczała też dla kota więcej obowiązków, zwłaszcza tych związanych ze śniegiem.
Niewola niewolą, wolność wolnością, udomowienie, udomowieniem, ale obowiązki musiały wiązać się z nieudogodnieniami; wcześniejszym wstawaniem, drapaniem, które nie jest drapaniem kota po pleckach, a drapaniem skrobaczką po szybie i jazdą na łopacie, która nie polega na zabawie.
Do tego - jak i do wszystkiego zresztą - można się było szybko przyzwyczaić.
Gorzej było z przystosowaniem się do zimowej aury.
Dni ciągnęły się jak flaki z olejem. Długie, ciemne, ponuro szare.
Czasem zdarzały się te olśniewająco białe, bo mroźne iskierki skrzyły się na śniegu i kusiły zza szyby, ale kiedy kot znajdował czas i chęci, żeby wystawić drżące łapy na zewnątrz, okazywało się, że po iskierkach nie ma już śladu, a zostały jedynie mokre błotniste kałuże brei w trudnym do określenia kolorze.
Dzień (za) szybko stawał się wieczorem, a wieczór wiązał się z zimnem, wiatrem, niechęcią do wychodzenia z ciepełka i w ogóle niechęcią do wszystkiego.
Popołudniowe słońce łapane przez szyby poprawiało choć na chwilę humor, a pozorne ciepło które dawało sprawiało, że kotu choć na chwilę robiło się dobrze, ale nie wystarczało, by uzupełnić zimowe mroczne braki.

Bieszczadzkiemu kotu brakuje więc słońca, brakuje witaminy D, brakuje ciepła, szóstej klepki i w ogóle chyba już wszystkiego.
Ludzi mu nie brakuje, chociaż tych z którymi mieszka albo obcuje toleruje, akceptuje, czasami się z nimi porozumiewa i nie drapie, a ma nawet takich, z którymi lubi przebywać i nie polega to tylko na pozostawaniu z kimś w zasięgu wzroku tylko na większym kontakcie, a nawet szczycie spoufalenia czyli rozmowie.
Spokojne życie, spokojne rozrywki i spokojne dni urozmaicone zostają więc tym, co nieplanowane, tym co spontaniczne, tym co szalone, a czasem głupie i zupełnie nieprzemyślane.
Wszystko jednak w granicach kociego rozsądku i kociego indywidualizmu.

Kocie zwyczaje nie zmieniły się więc za bardzo i są w miarę umiarkowane i stabilne, choć zima nieco rozleniwiła bieszczadzkiego kota.
Trochę przez choroby i związane z nimi osłabienie, trochę przez pogodę, a trochę bez powodu.
Literki wciąż kota nęcą, czasami dopadają w najmniej oczekiwanym momencie, czasami kot kręci nosem i odmaszerowuje z uniesionym ogonem olewając je całkowicie.
Ruch pociąga, aktywność przyjemnie męczy, dużo rzeczy inspiruje.
Kot jest wiecznie zajęty i wiecznie nie ma czasu - jak chyba w każdej porze roku w zasadzie ;)
Bywa, że kot jest przymulony jak zawsze wtedy kiedy ma za mało snu, bywa, że roznosi go tak, że mógłby wspinać się i skakać, a bywa, że jest tak cudownie wypośrodkowany i normalny, że graniczy to prawie z cudem.

Siła? Średnia.
Masa? Zmienna.
Energia? W zależności od snu, humoru.
Chęci do skakania, wygłupów, pląsów? Jak zawsze na tak.
Agresja? Zerowa.

Kot przez zimę zdążył przytyć, schudnąć, znowu przytyć i znowu schudnąć.
Zdążył jeść dużo, mało, wcale nie jeść i jeść co chwilę.
Miał fazę na książki, na spacery, na pompki, na polarne miśki, na spanie, na brak snu, na dwa filmy i pięć odcinków serialu, na ludzi, a zwłaszcza na koleżanki, na kawę i na czekoladę.
Był na zakupach, na śnieżnym spacerze w lesie, na łyżwach, w większym mieście i na totalnych zadupiach pełnych błota.
Był nawet na imprezie i próbował swoim kocim sposobem wkomponować się w tło, choć wychodziło mu to raczej średnio. Sztywny, spięty, niechętny do moczenia wąsów w bursztynowym, a nie białym płynie i raczej drętwy niż wyluzowany; niby w swoim tanecznym żywiole, a jednak stłamszony dymem, niby stworzony do polowania, a nie chciał polować ani być upolowanym. Ostatecznie przeżył, a nawet wybawił się choć kamuflować woli się się jednak w bardziej swojskim otoczeniu.
Kota w dalszym ciągu ciągnie do figli, psot i wygłupów, co nie znaczy, że najgłośniej mruczy najedzony w ciepłym bezpiecznym łóżku, otulony zapachem pomarańczy z cynamonem i kocem w kropki.

Zimą kocie emocje zdominowane zostały przez otoczenie, a więc stres stresował, przygnębiająca pogoda przygnębiała, a sfrustrowani ludzie frustrowali.
Swoje osobiste zagrywki w stylu faz, smęceń, marudzeń, obrażań szybko zostawały zapomniane dzięki humorowi, szczerzeniu niegroźnych bieszczadzkich ząbków i energii od czubka szpiczastych uszu po drobne łapy, wobec czego chwilowe kocie nastroje zmieniały się szybciej niż w kalejdoskopie.
Śnieg mało cieszył i bawił, szybko się znudził, dość mocno wymęczył, mrozy wymroziły, a zima ochłodziła, wobec czego kot stał się łasy na ciepło i odpoczynek.

Kot dalej jest nieokreślony, niegroźny i trochę nieobyty.
Czasami głupi, czasami zakręcony, czasami mógłby pucnąć się w swój koci łepek.
Czasami dobry, innym razem okropny, bywa grzeczny po to by zdrażnić świat byciem nieznośnym, robi dobrze, żeby za chwilę wystawić pazurki.
Rzuca wymowne spojrzenia ciemniejących ze złości ślepi, lustruje uważnie otoczenie albo zawiesza się niby marzycielsko, pozwalając myślom błądzić.
Dalej ma kocie oczy, kocie ruchy i kocie odchyły.
Nie sika nikomu do butów, nie kąsa i nie drapie, co nie znaczy, że nie zachowuje się w sposób dalece odbiegający od norm społecznych.
Nic się ten kot nie zmienia, przy czym zmienia się tak bardzo.
Wciąż stwarza pozory słodkiego i delikatnego, a przy tym jest wredny, niedostępny i obojętny.
Niby taki przymilny i przylepny, ale jak zuchwale samolubny i beznamiętny kiedy olewczym spojrzeniem mierzy świat i idzie swoją drogą.
Jakie to indywidualne, dziwne i chłodne.
Jakie to mało wysublimowane i denerwujące.
Jakie to irytujące i powodujące ból zębów.
Jakie to złośliwie... kocie ;)











sobota, 25 lutego 2017

Grzeszny ;)

Jestem złą, rozpustną dziewuchą.
Grzeszyłam cały dzień, przy czym było i dalej jest mi z tym bardzo dobrze.
Było to połowicznie przyjemne, połowicznie męczące, bardzo poprawiające humor i jeszcze bardziej satysfakcjonujące.
Szczególnie po dłuższej przerwie.
Szczególnie po zaszyciu się w małym mieście.
Szczególnie po pracy, obowiązkach i chorobach.
Tak.
To było całkiem miłe i odświeżające doznanie, ale szybko go nie powtórzę, bo mi szafa pęknie ;).


Ostatni raz byłam na zakupach trzy miesiące temu.
Popełniłam wtedy trzy pary spodni z Calzedonii (służą) i bieliznę, której i tak nie noszę.
Od tej pory z zakupów to tylko warzywniaki, mleko albo jogurty sojowe (tak, wiem, że niezdrowe).
Tak więc przyznaję bez bicia, że jadąc do Rzeszowa plan był jeden.
Przesrać pieniądze ;)

Ogólnie to ja ciułam, ciułam, ciułam. Aż przychodzi moment, że mam ochotę roztrwonić pieniądze na przyjemności. Nie na owoce, nie na tabletki na zatoki i nie na kremy do rąk.
Wsiadłam w samochód, puściłam głośno muzykę, kupiłam na Orlenie małą czarną i pojechałam na podbój miasta.
Najpierw zgarnęłam zimowy mundur (myślałam, że w sam raz pod koniec zimy, ale jak na służbie ręce zgrabiały mi z zimna, a uszy prawie poczerniały to zmieniłam zdanie), nabyłam pagony i Magnumy (buciory) do pracy (jak i one będą mi przemakać to zacznę pakować stopy w foliowe reklamówki), a potem?
Potem uderzyłam na galerię ;).
Cóż.
W tym nie ma zbytniej filozofii, bo ja zwykle działałam mało subtelnie, bez ceregieli, bez spokojnego rozglądania się po półkach.
Wiedziałam co chcę więc szłam, mierzyłam i brałam, a potem wstukiwałam pin.
Przerwa na koktajlik z suszoną śliwką i długa w sklepy.
Byłam w miarę rozsądna i nie kupiłam żadnych zbędnych fatałaszków, zero skarpetek i książek, chociaż uhahana na początku tournee po sklepach wzięłam pod pachę "Alias" damsko męski (co było średnio mądre, bo potem naciągałam się z grą po wszystkich sklepach).
Upolowałam sobie dwie pary spodni, wąskich i przylegających (plan na wiosnę: uda!); grafitowe na gumce i czarne z wysokim stanem i rajstopy z kotem imitujące pończochy.
Dorwałam oliwkową koszulkę, oliwkową koszulę i oliwkową parkę, na którą chorowałam już długo, dłuugo.
Złapałam prostą ciemnoszarą i tak samo prostą granatową bluzkę z długim rękawem, dwie chustki - kominy (ciemnoniebieska w jeszcze bardziej ciemnoniebieskie gwiazdki i biała w koty), kocią torbę, polarową opaskę na łepetynę (za duża, ale co tam, coś się wymyśli).
Jeszcze jakaś bluzka niebluzka, którą nie wiem jak nazwać, oprócz tego, że jest duża, luźna, szara, długa z tyłu, krótsza z przodu, wiązana trochę niżej pępka czarną kokardką, więc całkiem urocza ;).
I sukienka. Szara, prosta, z wycięciami na ramiona. Wąska, w miarę krótka, dopasowana.

Odpuściłam sobie bluzy. Miętową 4F z bólem serca, z Małą Mi, bo była wielka jak męska.
Butów też w ogóle nie było w planie, więc sklepy obuwnicze ominęłam szerokim łukiem.
Manewrowanie po sklepach było już dość kłopotliwe. Torby powoli mi ciążyły, bo miałam ich już chyba z osiem, a chociaż specjalnie zaparkowałam auto w galerii żeby nie dźwigać i tak nie chciało mi się ich zanieść.
Ostatecznie ustaliłam sobie limit "Ile uniosę".
Cóż.
Pcheły wysoko skaczą, ratlerki najgłośniej ujadają, a mrówy potrafią nieść ciężar większy niż same one. No to nosiłam, mierzyłam, kupowałam dalej.
Udało mi się jeszcze wejść do herbaciarni i nic nie potłuc, a przy okazji kupić kawę z miętą i czekoladą (jak łaskawie zmielę to zaproszę), pu erh z czymś tam czymś tam i dwa rooibosy - pomarańczowo - cynamonowy i malinowo - rabarbarowy. Przez te chorowania zaczęłam wydziwiać z herbatami i nie wystarczy mi czarna z cytryną tylko jakieś wymysły, więc teraz oprócz picia na potęgę piję co chwilę coś innego.
Zakupy kończyłam triumfalnie niosąc torby omdlewającymi rękami, jedząc warzywa na wagę i wracając do domu w największe korki, największy deszcz i najgorsze warunki.
(* Przy okazji pozdrawiam ludzi bez wyobraźni, którzy spacerują sobie niewłaściwą stroną bez odblasków - nie no co wy, wcale a wcale nie wyglądacie jakbyście nie wyglądali, jesteście widoczni jak pryszcz na czole...)
Po drodze kupiłam jeszcze żarcie, więc do domu wchodziłam na cztery raty.
Zawaliłam wyspę ciuchami, podłogę usłałam torbami.
Zdążyłam tylko skolekcjonować paragony (nie odważyłam się ich podsumować), ogarnąć spożywkę i zanieść ciuchy do pokoju, a potem umyć się, zebrać i wyskoczyć poskakać na zumbę.
Obiad do pracy gotowałam o dziesiątej z turbanowym ręcznikiem na głowie, nad pomarańczowym smoothie i resztką metek.
Ambitny plan przymierzania po pracy spełzł na niczym, bo z pracy zamiast o ósmej wróciłam o pierwszej w nocy (bywa), ale rano między robieniem prania, a kawą na którą zaprosiłam koleżankę udało mi się zrobić parę przymiarek i pochować ciuchy do szafy.

Chciałabym choć raz zrobić jakieś słit focie w lustrze i pokazać jaka to ze mnie specjalistka, znawczyni mody i tak dalej, ale ciulowo wychodzę na zdjęciach, brak mi podstawowych umiejętności robienia sobie selfie, a tak w ogóle to nie mam swojego telefonu (chlip, chlip, zje*** się, nie mam listy kontaktów, pozdrawiam wszystkich serdecznie i zawiadamiam, że nie będę pisać desperackich wiadomości na fejsie, za to będę siedzieć, pachnieć i czekać aż ktoś napisze oklepane: "Cześć, co u Ciebie?" albo "Miłego dnia" i tym samym wskoczy na listę kontaktów) a ten pożyczony nie ma kabelka.
Kiedyś (jedno z moich ulubionych słów) zrobię zdjęcia zawartości szafy i powrzucam tu z dokładnym opisem, radami modowymi i profesjonalnymi minami do zdjęć, a najlepiej to zmienię nazwę bloga na MeAndMyAmazingClothes i będę nagrywać filmiki jak mówię pretensjonalnym, zgrywającym się głosem.
Kiedyś.
Ale chyba jeszcze nie dziś xD.
W każdym razie - portfel chudy, nowe ciuchy cudowne, a ja pewnie będę głodować do końca tygodnia, żeby sobie odbić, ale jak tak patrzę na tę śliczną parkę i na te koty na chustce to mmm, mhm, ommmm... ;)




PS Czyżby to było moje pierwsze zdjęcie na blogu, które nie jest moimi stopami ani dłonią...? ;] 



czwartek, 23 lutego 2017

Milk, toast, honey ;)

Przez cały okres chorowania z urzędu należało mi się ciepło w domu, zakaz przemęczania (machanie miotłą np. bardzo męczy) i wychodzenia z domu (to męczy mnie jeszcze bardziej...).
Dni wyglądały więc trochę jak w więzieniu, trochę jak w bajce.
Rano płatki, potem pierwsza tura leków i inhalacje. Takie domowe sanatorium.
Potem trochę hotelowo: książka w fotelu, kawa z cynamonem, kot turlający się na drugim fotelu, pies podnoszący czujnie uszy jak słyszy jakiś hałas na drodze.

Pierwsze dni byłam za słaba i za bardzo kręciło mi się w głowie żeby pokusić się o cokolwiek więcej niż czytanie, ale potem szybko zaczęłam nadrabiać zaległości.
Tak więc przedpołudnie i popołudnie zaczęłam dzielić na te czytane i na sprzątane.
Swój żywioł - pucowanie kątów i odpuszczanie zapuszczonych miejsc.
Dorwałam zapomniane parapety nad schodami, pajęczyny pod sufitem i wszystkie inne miejsca, które pewnie są zbyt mało interesujące, żeby o nich pisać.
Później przeważnie robiłam sobie tosty i sałatkę albo jakąś zupę, w której nic nie ma (czyt. same warzywa) i jadłam bez pośpiechu - to nowość.
Popołudnia to nie przysiady i zumby, ale herbaty z miodem, wszystko co cytrynowe albo imbirowe, książki, poncho zarzucone na ramiona (genialne do pisania), klepanie w klawiaturę, jeden film "Rozumiemy się bez słów" oglądnięty i jeden, który leciał w tle.
Przez chorobę przeczytałam cztery książki, przeskakując z jesiennej Ninni ze skandynawskim nazwiskiem na "S", którego nie zapamiętałam, na słodko - gorzką obyczajówkę (po samych thrillerach wchodzi jak woda i już wiem, że obyczajówki czyta się jak złoto; lekko, szybko i przyjemnie), potem znów szarpnęłam się na obyczajówkę, ale była nudna mimo wątku kryminalnego (nie będę się więc wysilać i szukać autora), aż dobrnęłam do "Układu", polskiego autora z Rzeszowa, który fajne się czyta (zwłaszcza, że biegałam po wymienianych tam uliczkach).
Czytałam więc do znudzenia, miałam nieograniczony dostęp do klawiatury i praktycznie nieograniczony czas.
Jeśli pominąć drobne szczegóły jak samopoczucie rozjechanej żaby i gorączki, które mnie - zimnokrwistą jaszczurkę poniewierają jak nic - mogłam odpocząć i się wykurować.

Z chusteczkami dalej się nie rozstaję, blado wyglądam w dalszym ciągu, ale do pracy już wróciłam, bo jestem chora jak nie mogę pracować.
Zdążyłam też już obskoczyć jeden ni to zimowy ni przejściowy spacer do lasu, wyspinać się na słupy, pomachać nogami na szlabanie i pobiegać przez śniegi i jedną wyjazdówkę na zumbę i w ogóle nie wiem po co to piszę chyba dla picu, bo jak sama lustruję te swoje wpisy to albo smarki albo zumba, jak nie zumba to brzuchy/tyłki, pisanie którego nie widać, książki, koty, mietły, mopy i albo pisanie o pierdołach albo pisanie o pisaniu.
No, ale, wiecie jak jest.







wtorek, 14 lutego 2017

Chory, chorszy

Odkąd wróciłam ze szkółki, największą misją była misja "Nie chorować".
Było więc picie czystka, branie suplementów, czosnek i cebula w każdej postaci.
Zawsze czapka, zawsze termoaktywne gacie, zawsze ciepłe buty.

Przetrwałam trzytygodniową infekcję taty, który rychał tak jakby miał wypluć płuca.
Przetrwałam epidemię w domu.
Przetrwałam pierwsze chłody, pluchy, przemarznięcia.
Przetrwałam mrozy, które sięgały ponad -25 stopni.
Rozłożyłam się na Święta i w Święta poszłam do pracy.
Chrypiałam trzy tygodnie, po tygodniu "zdrowia" znów coś złapałam.
Podleczyłam się w styczniu, złapałam coś nowego w lutym.
Trzeci raz lekarz był nieugięty. L4, siedzenie w domu, picie płynów i dbanie o zatoki, migdałki i ucho.
Więc dbam.

Weekend był spokojny, bo nie miałam sił.
Skończyły się te pompeczki, udka, brzuszki, które ledwo się zaczęły, bo wcelować z ćwiczeniami między te moje infekcje nie jest łatwo.
Zaczęło się picie do oporu i picie cały czas. Herbatki, malinki, cytrynki, wapno.
Gardło jakoś poszło, katar trzyma.
Dzięki temu, że nie wychodzę z domu, tym razem oszczędziłam krtań.
Po dwóch dniach jeszcze nie jest mi lepiej, za to tyle ile w ostatnim czasie siedziałam, czytałam i pisałam to chyba w pół roku tyle nie robiłam ;)
Oczywiście w łóżku wytrzymałam tylko do południa, potem zaczęły się drobne porządki, pranie, składanie ciuchów. Boże, jestem kurą domową, jarają mnie porządki, chodzę i psikam blaty spray'em, hobbystycznie układam spodnie w szafie.
Tato za mnie zamiata, mama robi mi herbatę, siostra warczy jak zwykle, żeby mi za dobrze nie było.
Wiem, że za dwa dni będę tęsknić do pracy tylko po to, żeby pracować, ale zdrowy rozsądek podpowiada: odpoczywaj, zdechlaku.
No więc odpoczywam.
Strategicznie rozmieszczone kubki wartują na stoliku, laptop nie stygnie, ja mam brzuch opity ziółkami z imbirem, a książki piętrzą się na regale i każda z nich krzyczy: "Weź mnie, mniee!".
Sosnowa sól do kąpieli sama wciąga mnie do wanny, krople inhalujące czuć w całym domu, głowa nie waży już tonę, ale mój nos jest wyeksploatowany do takiego stopnia, że po chorobie chyba będę musiała go amputować.

Napisałabym więcej "mądrości", ale mózg mam zawalony przez smarki i nie chce mi się myśleć.
Pozdrawiam, śle zainfekowane buziaki, idę pisać, moczyć nogi w gorącej wodzie z solą, wertować książki do poduszki i wazelinować nos maścią, bo rano znów obudzę się jak upośledzona rybka z otwartymi ustami, suchym podniebieniem i uczuciem, że coś nie do końca jest tak jak być powinno ;)





czwartek, 9 lutego 2017

Babski

Trzeba by się było mocno postarać, żeby powiedzieć o mnie "romantyczna", "słodka", "kobieca". Ja jestem raczej dziwadłem z zachowania, dzieckiem z wyglądu i kotem z charakteru.
U mnie to książki, kredki, literki na klawiaturze.
Ludzie jak najbardziej, ale dobrze jak powierzchownie i bez zwierzeń, lepiej jak na odległość, a najlepiej bez zbytniej ingerencji w moje sprawy.
Uśmiechnąć się, czasem się połasić, dużo głaskać (mnie), czasem warknąć, często syknąć. Dobrze, że jeszcze nie zaczęłam nikomu sikać do butów jak nie zdrażni.
"Subtelna", "delikatna", "czuła"? Chyba tylko jak przy minus 25 stopni proszę samochód, żeby mi zapalił, bo jego to nawet głaskam po kierownicy ;)
Faceci? Fajnie się z nimi pracuje. Przejmuję słownictwo, umiem określić czy dziewczyna ma fajny tyłek, przeklinam...
Swój własny osobisty? Eee. Dopóki mi ktoś nie podejdzie to nie chcę, nie umiem, nie mam czasu, a żeby mi podszedł to musi mnie podejść, więc czarno to widzę.
Bałamucić kogoś? Jak? Czym? Maską, pozorami czy makijażem?
Ktoś coś, ale jednak nic? No bywa. Nic na siłę.
Miłość? Jakieś takie ciężkie słowo.
Związek? Ale normalny, bez dziecinad i bez wymysłów.
Pilnować kogoś? No jak to? Jak sam się nie upilnuje to ja go ani tyle, a jak chce wyrywać inne to niech sobie wyrywa.
Romantyczność? Ta, ta i jeszcze trzepot rzęs.
Słodkość? Ja wolę gorzką czekoladę.
Gierki, flirty, zachęty? Eee.
Randki? Taa, chyba że ktoś mnie weźmie na ściankę albo na matę i sponiewiera albo nauczy czegoś pożytecznego (trzymać gardę), zaciągnie na łyżwy albo gdzieś, gdzie się wybawię a nie wynudzę i przetrenuję oczy podczas ich wywracania.
Starać się? Nieee.
Umizgi, zaloty? Bardziej mnie śmieszą.
Dostanę różę? Będę ją wlekła po ulicy.
Miłe słówka? Wolę mizianie po ręce.
Nachalny, dociekliwy, za bardzo chce, za dużo wymaga? Chyba nigdy nie miał kota...

Ja pewnych rzeczy nie umiałam, nie umiem i nie będę umieć, a już na pewno nie będę robić nic co mi nie pasuje i udawać kogoś kim nie jestem.
Mnie tam jajniki nie swędzą, na świecidełka na palcu też mam czas, a woalować mogę wpisy, niekoniecznie głowę białym tiulem ;)
Może kiedyś mi się zachcę to będę mieć problem, teraz problemu nie widzę.
I tak wszyscy wiemy, że będę starą panną ;D.

Babski świat? Hm. Nieogarnięty jak ja.
Ciuchy? Okej, mam dużo markowych, bo są miękkie, a ja lubię wygodę.
Torebki? Bez ozdób i złoceń i mają zmieścić suchy szampon, milion pomadek (nie błyszczyków), opaski na chorobę lokomocyjną i kieszonkowe wydanie książki.
Kosmetyczka? Tak, żeby wycisnąć ogrom wągrów z nosa.
Pazury? Koloru, długości, połysku i hybryd brak. Jakbym miała zapuścić to chyba tylko, żeby kogoś drapnąć ;)
Makijaż? No maluję. Rzęsy.
Fryzjer? Farbowanie odrostów.
Kolor? Szary, miętowy. Róż? Zakazany nawet na gumce od majtek. Czerwony? Czasem. Mam płaszczyk, kapcie, dwie bluzki i kombinezon do spania.
Szminka? Nie posiadam.
Bielizna? Lubię.
Biżuteria? Tylko bezpretensjonalne wisiorki z nieskończonością i proste bransoletki.
Buty? Ciepłe. Bez obcasa. I nieprzemakające. Plus sportowe do biegania, tańca, na siłownię.
Ploteczki z koleżankami? Chyba że na zumbie albo w domu, gdzie koleżanka gotuje obiad, a ja zajmuje się jej dziećmi.
Złote, srebrne, błyszczące? A ble.
Brokat? Boże broń!
Zainteresowania? Pocić się na macie z Mel B., kręcić tyłkiem na zumbie, pisać w swoim świecie, czytać w każdej chwili, mieć miziane ręce.
Książka? Thriller! 
Zakupy? Codziennie warzywniak.
Galeriane? Sportowe ciuchy, sportowe buty, szare ciuchy, skarpetki, bielizna, książki, planszówki, kredki.
Imprezy? Rzadko, ale jak chodzę to tańczę. I nie piję, bo:
Alkohol? Sporadycznie, nigdy nic słodkiego typu likier, nigdy czysta, piwo - od kogoś, najlepiej coś z parasolką. 
Plany na przyszłość? Domek. Powieszony fotel z masą poduszek. Ogrzewanie podłogowe. Czas na pisanie. Lepsza figura.
Ulubiony wieczór? Koc. Książka. Kubek. Ewentualnie miziane ręce, ale kto mnie będzie tak bezinteresownie miział niby ^^
Komedie romantyczne? Jak jestem chora.
Kobieca intuicja? Tak.
Kobiecy brak logiki? Też ;].
Orientacja w terenie? Średnia.
Umiejętności techniczne? Ekhm, z plastyki miałam piątkę ^^.
Ulubione ciuchy? Szare dresy, szara bluza.
Sukienki? Tylko proste fasony. Krótkie, ładne, bez falbanek, bufek, ozdobień, błyskotek, różu, tiulu, złotych zameczków, ogólnie - bez niczego.
Spódnice? Ołówkowe.
Cienie? Pod oczami.
Kredki? Wymarzone w 72 kolorach.
Seriale - nie, celebryci - nie. Zam się na czymkolwiek co babskie? Nie. Ale mogę np. rozmawiać o jajnikach i wypadających włosach, o.

Do tego doszła szkółka, czyt. wyzuwające z kobiecości koszary, broń, maty i aseksualny niedopasowany mundur.
I praca z facetami, moje hasła, odzywki, wbudowane w system artystyczne niechlujstwo i obojętność.
Plus praca, obowiązki, gotowanie, porządki, pisanie...
Takie... Mało subtelne fakty.
Mnie drażniło siostrzano mamine trajkotanie, zmiana tematu co trzy sekundy, gadanie o głupotach, wypytywanie, dociekanie, paplanie.
Ja wolałam konkretnie, od do i najlepiej wprost.
Pomyślałam - może nawet fajnie byłoby tak minimalnie zsubtelnieć.
Trochę złagodnieć. Nie jeżyć się.
Nie śmiać się podczas babskich rozmów o babskich tematach, niekoniecznie włączając się w jej przebieg.
I może nawet zachowywać się bardziej jak kobieta.
Nie mówić tak wprost, nie być taką ignorantką w sprawach urody, ogólnie - być bardziej kobieca.

Zaczęłam z przytupem.
Od fochów, obrażania się, urażania.
Zaczęłam zachowywać się zgodnie z cyklem, a więc marudzenie, frustracje, nerwy i zgrzytanie zębami.
Potem doszło gadanie o głupotach, hihihihi, hahaha, ploteczki, kawki. Z koleżankami. Dalej nie znam się na modzie i makijażu i jako jedyna mam paznokcie których w sumie nie ma, ale trajkoczę sobie na równi.
Gruba jestem jak przytyję pół kilo, wyglądam brzydko jak tylko mam kaprys wyglądać brzydko, marudzę, miauczę, psioczę.
Do sklepu z kosmetykami powinnam mieć zakaz wstępu. Kiedy były te czasy gdy z alergią na wszystko nie używałam nic? Dziś do wszystkiego osobny balsam, krem, maseczka. Mam białe rękawiczki, maseczki do dłoni i stóp i bawię się w pielęgnację. Peelingi, sringi, odżywki.
O i perfumy. Makijaż dalej niet.
Z włosami też mam już lekkie przegięcia. Wcierki, odżywki, odpowiednia temperatura mycia, szampony bez SLSów i parabenów, witaminy, nasiona chia do muesli. Prostownica dopiero po olejku na końcówki, końcówki to w ogóle dopieszczone odżywkami, szczotka Tangle Teezer, masaż głowy palcami, szczotką z włosia, masażerem.
Osiągnięcia techniczne leżą i kwiczą, choć na zepsutym telefonie śmigam i piszę smsy pamięciowo, a dzwonienie to już w ogóle wyższa szkoła magii i czarodziejstwa.
Miałam się nauczyć robić coś w domu, żeby nie było że jestem głupią gąską wołającą "Tatooo, coś się zepsuło" i szyć, żeby nie było, że nie mam zdolności manualnych.
Ale nie.
Do tego narzekam, marudzę, wiecznie jestem zmęczona i - boli mnie głowa - hahaaa ;)
Ogólnie - brzuch mnie też na przykład boli.
Jestem miękciejsza, szybko się irytuję, zaczynam odkrywać świat emocji, mam humorki, smęcę albo fazuję.
Nie jestem już tak cudownie konkretna, małomówna i bezpośrednia.
Motam, kręcę, sama nie wiem czego chcę, a złoszczę się jak ktoś na to nie wpadnie.
Mam swoje zdanie, ale nie umiem go pokazać, no i w sumie dobrze, bo za chwilę je zmienię.
Czarę goryczy przelał pomysł, żeby kupić sobie pościel w różyczki.
W różyczki!
No nie mogę. Mam piórka, mam literki, mam kolorowe sowy, białe groszki i nawet balony z Kłapouchami, ale różyczki? Różyczki?!
To taki typowy romantyczny motyw. Mogłabym go sprzedać jakiejś bohaterce komedii romantycznej!

Czyli...
Nie umiem robić kresek eyelinerem, nie używam pudru, nie śledzę blogów modowych, nie jestem delikatna ani subtelna, ale mam wszystko co najgorsze u kobiet.
Przejmowanie się wyglądem, fochy, zmiana zdania co pięć minut, brak umiejętności logicznego myślenia, problemy z decyzyjnością i przewaga hormonów nad rozumem.
Z gapiostwem, brakiem szóstej klepki i pomyślunku na czele.
I takie... typowe, typowe babskie przywry...
Samochód? Ładny. Nie wiem czy się psuje i ile kosztują części, ale ommm, jaki fajny. Co to tam mriga, o kurde, co to się zepsuło? Aaa, co to znaczy, że to świeci?
Lustro? O Boże, Boże, jak ja przytyłam! Mam takie uda czy to lustro poszerza?
Kotek? Łiiiii, kici, kici!
Piesek? Mogę pogłaskać?
Bobas? Halo, halo, tiu tiu tiu.  A ktooo to siedzi tu w wózeczku?
Zbrzydłam czy ja zawsze byłam taka brzydka?
Nos miałam taki wielki czy mi urósł?
Muszę schudnąć, bo koniec świata. Nie będę jeść obiadu, nie będę jeść kolacji, ale czekoladę sobie zjem.
Ja dużo jem? Przecież to tylko sałata. I brokuł. No to nie. Nie będę jeść. Nie jem już nic. Chyba, że płatki.
Cicho, nie mam humoru, nie ruszaj mnie, nie mów do mnie, bez kija nie podchodź. Nie pytaj, nie śmiej się, nie drażnij i w ogóle - co Ty ode mnie chcesz?
Jak to schudłam? Przecież przytyłam. Prawda, że mi urósł tyłek? Tak? Tak?! O Boże, czyli jednak mi urósł! No jak to nie? Przecież powiedziałeś, że tak! Ja? Jaaa powiedziałam?  Jak to przytakujesz, to skoro nie przytył to nie przytakuj! Co? Ja się zachowuję okropnie? Ja? Jaaa? Bo hormony to nie wymówka? Jak to nie wymówka? To weź sobie zażyj hormony i pogadamy, awr, awr, awrrr.
Co się tak patrzysz? No co? Nie jestem nienormalna. Nie mam schizofrenii paranoidalnej ani choroby dwubiegunowej. Jestem tylko babą i zachowuję się jak baba.
No ale o co chodzi?
Za dużo gadam? No powiedz. Za dużo?
Foch.
Śluby milczenia. Już NIC nie mówię. Kropka. Tup.

PS Z jednej strony to zdrowo zachowywać się zgodnie ze swoją płcią. Z drugiej - nie mogłabym na przykład wyładnieć i być chodzącą kwintesencją delikatności tylko połapać wszystko to, co tak strasznie drażni mnie kiedy słyszę słowo: "baba"... ? ;]