...

...
M.

poniedziałek, 26 września 2016

Nadmuchane ;]

Zdałam, zdałam, no oczywiście, że zdałam egzamin końcowy ;) Cały weekend spędziłam generalnie w łóżku, więc miałam sporo czasu na naukę. Naukę, którą przeplatałam sobie gorączkowymi huśtawkami i budowaniem stosu zasmarkanych chusteczek koło łóżka. Trochę też się pakowałam i z niemałym przerażeniem upychałam kolejne części garderoby i pierdoły w walizkach i torbach, których uzbierało się całe mnóstwo przez te pół roku koszarowania.

Ostatnia podróż była połowicznie przespana, połowicznie przewspominana z kolegami.
Przepakowując się z auta kolegów do auta rodziców zbierałam z zapchanego matiza porozrzucane po bagażniku okulary do pływania, szczotki do włosów i dezodoranty, co zrodziło wiele pytań z cyklu: "Co Ty właściwie masz w tych walizkach" (wszystko. Dosłownie wszystko).
W aucie czekała na mnie cała rodzinka, w domu - zwierzyniec, w pokoju niespodzianka w postaci podłogi zasłanej balonami w liczbie 44. I koszyczek z prezentem czyli pościel w czarno białe piórka, miętowa miska, kubek i gorzka czekolada.
Choć miseczki, smakołyki i pościel idealnie trafiły w mój poroniony gust, najwięcej radości dały mi oczywiście balony.
Już sam pomysł nadmuchania tylu balonów trącił dla mnie lekkim szaleństwem, a pozwolenie by poniewierały się po pokoju też brzmi lekko zwariowanie. No i nikt nigdy nie wpadł na pomysł, żeby zaserwować mi takie nadmuchiwane szczęście.
Oprócz tego, że balony cieszą oko, nie mają żadnego praktycznego zastosowania.
I może to ich zaleta, bo ogólnie wszystko w moim pokoju jest stonowane, ę ą, pastelowe, ładne, jasne i do bólu zimne, a tu nagle - bach - na podłodze poniewiera się 44 balony we wszystkich możliwych kolorach.
Oczywiście zbuntowałam się przeciwko wyniesieniu ich z pokoju i hardo stwierdziłam, że zostaną tak długo, aż mi się znudzą (*drugiego dnia kiedy musiałam siedmiokrotnie przerzucać je na drugi koniec pokoju, żeby dostać się do czegoś, co chciałam wyciągnąć, zaczęłam się mocno zastanawiać nad swoją decyzją).
Najwięcej radości ma z nich rzecz jasna nasza kotka, która namiętnie trąca je łapką i równie namiętnie przebija.
Wymyśliłam sobie, że będę przekłuwać balony jak będę miała zły humor albo gorszy dzień, ale biorąc pod uwagę efektywność Kiary nie sądzę, żeby balony utrzymały się tak długo. No i w zasadzie to póki co nie miałam jeszcze czasu na zdiagnozowanie czy humor mam czy go nie mam, bo praktycznie codziennie jestem w pracy, a że wszystkiego się dopiero uczę - nie mam kiedy myśleć. I w sumie to i dobrze ;). Do tego - fenomen - jestem grzeczna i wyciszona, a po kawie zaczynam tylko więcej gadać. Żadnych incydentów z fazami, napadami nadaktywności, chęcią na wygłupy i droczenie się. Jestem tak spokojna, że samą mnie to dziwi, ale może to dlatego, że mieszkam znów z rodzicami i siostrą, a nie z masą facetów, którzy zgadzają się na duszenie i robienie mi taczek przez cały korytarz albo huśtanie mnie za ręce i nogi ;).

Nie zdążyłam w ogóle odpocząć po szkole i egzaminach (dzień po powrocie zaczęłam pracę i kołowrotek zaczął się kręcić), ba - nie zdążyłam się do końca rozpakować, a już wróciłam do swojego dawnego życia.
Prawie. Praaawie.
Póki co większość czasu spędziłam w pracy, a w domu to głównie kursując od lodówki, do prysznica i do łóżka, więc stałe elementy mojego życia jak pisanie na hamaku, spanie w fotelu i czytanie w łóżku na razie muszą jeszcze poczekać, podobnie jak gotowanie, sprzątanie, odwiedziny znajomych czy siłownia. Na to się na razie nie zanosi ;).
Domownicy też widzą mnie więc tylko przelotem, wobec czego nie spadłam jeszcze z piedestału i wciąż jestem na etacie domowej ni to księżniczki, ni gwiazdy, w którą patrzy się jak w obrazek i którą słucha się, chociaż etatowa księżniczka zmieniła się w milczka, któremu nie chce się rozmawiać.
Oczywiście ja, jak to ja - ciesze się, że mam taki młyn, bo zapewne nie umiałabym się odnaleźć gdybym była zmuszona do nicnierobienia. Latam, biegam, pakuję smoothie do torebki, łapię kluczyki i jadę. No bo właśnie - do pracy teraz jeżdżę i to całe 25 kilometrów. Zakupy robię w biegu, w biegu się kąpię, w biegu jem. Standard ;)

Tak czy siak dzisiejszy wolny dzień celebruję od rana bojkotując wszystko i chodząc w bluzie, która przed wrzuceniem jej do prania z czarnym moro była koralowa i z gniazdem na głowie. I chusteczkami w wielkiej bluzowej kieszeni, bo - to chyba też trąci lekkim szaleństwem - ja dalej nic nie czuję i smarkam na potęgę. Dobrze, że jedynie głos mi już wrócił i nie mówię wszystkiego z tym lekko pretensjonalnym tonem, jakbym miała pretensje do świata za to, że żyję ;)
Na dziś nie mam absolutnie żadnych planów (tylko praca na nocną zmianę), na kolejne dwa wolne dni ani tyle, a tak w ogóle to nie mam żadnych planów na nic, więc zapowiada się ciekawy okres.
Rzuciłam ciuchy z prania na podłogę, rozbebeszyłam piórkową pościel, żeby móc siedzieć na łóżku po turecku, poukładałam perfumy i kosmetyki z pedantyczną dokładnością, opróżniłam trzy kubki herbaty i rozłożyłam je w beztroskim nieładzie na stoliku, wygładziłam prześcieradło, poprawiłam poduszkę na fotelu.
Ja nieogarnięta, pokój wysprzątany, lekki nieład artystyczny zrobiony, laptop mi pada, herbata stygnie, a na podłodze walają się balony we wszystkich możliwych kolorach.
Ommm... Jak dobrze być w domu ;)













niedziela, 18 września 2016

Bailando ;]

Niektóre rzeczy są takie na jakie wyglądają. I to jest takie proste, że aż wypadałoby się puknąć w głowę, że nie wpadło się na to wcześniej.
Niektóre słowa są zupełnie niepotrzebne, podobnie jak niektóre myśli, analizy i wspomnienia więc najlepiej jest je powstrzymać, zahamować i wyrzucić z głowy.
Niektóre przykre rzeczy przytrafiają się po to, żeby wyciągnąć z nich jakąś lekcję, a z niektórych nie da się wyciągnąć nic dobrego.
Niektóre rzeczy się kończą, żeby zacząć się mogły inne, niektóre nie kończą się, choć bardzo tego chcemy, niektóre kończą się wbrew naszej woli, a niektóre kończą się otwartą furtką i cholera jedna wie, do czego owa furtka prowadzi.
Niektóre rzeczy trafiają się raz i już nigdy się nie powtórzą, niektóre pomyłki wychodzą nam na dobre, a niektóre nie wychodzą - i to też jest normalne.

Niektórzy ludzie patrzą przez przednią szybę, inni przez tylne lusterko.
Niektórzy czekają na coś, sami nie wiedząc często na co, a inni robią coś, choć sami nie wiedzą co.
Niektórzy mają coś w głowie, inni w rękach, a jeszcze inni w du***.
Niektórzy doszukują się sensu, tam gdzie go nie ma, a inni nie widzą sensu w niczym.
Niektórzy mają szczęście, inni potrafią to szczęście znaleźć w stercie badziewia.
Niektórzy wrzucają na fejsbuka mądre cytaty z demotów ze zdjęciami samotnej ławki w tle, inni linki do swoich nieogarniętych blogów.

Niektórzy mają wypisane na czole czego chcą od życia, niektórzy co chwilę zmieniają co do tego zdanie, a jeszcze inni nie wiedzą nic i też jest im z tym całkiem dobrze.
Niektórzy ludzie są tajemniczy i zagadkowi, licząc na to, że ktoś domyśli się co oznacza to jedno konkretne spojrzenie różniące się od innego kątem przekrzywienia brwi, ja do bólu pragmatycznie stwierdzam, że tajemniczo to ja sobie mogę przegryźć wargę w łóżku, żeby facet nie wiedział co mi wpadło do głowy i miał ten element zaskoczenia, bo w normalnym życiu tajemniczość się nie sprawdza.
Niektórzy lubią gadać od rzeczy jak ja, a niektóry lubią to czytać jak Wy.
Od rzeczy najlepiej gada się ponoć po alkoholu, choć mi osobiście nie trzeba nawet alkoholu, żeby mówić głupoty.
Robić głupoty też można na trzeźwo i przynajmniej ma się większą świadomość tego, co się robi.
Głupotą jest kierowanie się czyimiś mądrymi radami, złotymi zasadami i różowymi okularami, podobnie jak głupotą jest pisanie takich głupot, jakie piszę teraz.

Szaleństwo jest z definicji nieplanowane, żałuje się rzeczy, których się nie zrobiło, a raz wypowiedziane słowa nie cofną się, jak zawoła się "pi, pi, piiii".
Niektórych rzeczy nie da się zamazać, ludzi zapomnieć, a decyzji zmienić, ale jak na wszystko - na nic nie ma reguły.
...
Niezły bajzel, co? ;]


Jakiś wniosek, refleksja, coś tchnącego życiową mądrością?
Puenta, pointa, cytacik, trzy gwiazdki?
At hock, voila, geronimo, go ahead:
Idę wydalić z siebie tę resztę smarków, które zapchały mi głowę, choć istnieje większe prawdopodobieństwo, że zaraz do pokoju wleci mi helikopter niż to, że uda mi się przy tym smarkaniu nie wysmarkać płuc.
Idę wypić coś ciepłego i ubrać skarpetki ze świątecznymi czerwonymi motywami, bo stopy lekko zaczynają mi przymarzać.
Potem walnę się na łóżko z notatkami i kolorowymi markerami, bo jutro mam egzamin, egzamin ożeszfuck, a ja siedzę i piszę i to takie głupoty, Chryste Panie!
Zasznuruję usta, nawinę wyprostowane włosy na palce i splotę dłonie na karku tak samo zręcznie jak plotę głupoty na gorączce.
Zmierzwię koc nadpopubliwym tyłkiem, rozmażę oczy jak zasnę nad notatkami i posmaruję się pod nosem Vapo Rubem, żeby móc oddychać i pewnie też po to, żeby dla ponurej przeziębieniowej monotonii kapilary w nosie farbnęły mi smarki na karminowo.

Jak będę chciała zrobić coś głupiego to rzucę naprędce jakiś mądry cytat z demotów, jak będę chciała powiedzieć coś mądrego to powiem co myślę, a jak będę chciała być tajemnicza to przegryzę wargę.
The end, finito, bailando, arrivederci ;)


sobota, 10 września 2016

Dla urozmaicenia ;]

Dla urozmaicenia nie będę pisać o spaniu.
O koszarach, kawie, prysznicu i praniu też nie ;)

Dla urozmaicenia zrobiłam ostatnio całkiem sporo ciekawych rzeczy, acz niekoniecznie nadają się one do upubliczniania.
Dla urozmaicenia znów zaczęłam pisać, choć dalej robię to z wyrzutami (egzaminy!) i z wewnętrznym oporem.
Dla urozmaicenia nawet zaczęłam pisać mądrzej, głębiej i refleksyjniej, chociaż w sumie biorąc pod uwagę fakt, jaka jestem wiecznie niedospana i przymulona to ciężko określić, które zdanie ma sens, a które nie.
Dla urozmaicenia pojechałam na ciuchowe zakupy i nie kupiłam nic z bielizny, nic sportowego i nic do czytania, ale plan kupienia czegoś w "żywym kolorze" (jak ja kocham ten zwrot) się nie powiódł i wszystko, co wpakowałam do torby było szare, czarne i białe. No i oczywiście mocno miękkie i bardzo wygodne (czytaj: bluzki tak samo zwykłe jak zwykle, dwie bluzy jedna milsza w dotyku niż druga i bluzowata koszulka).
Dla urozmaicenia kupiłam sobie preparat prostujący włosy i zaczęłam rozglądać się za porządną prostownicą, a potem zaczęłam z lekkim przymrużeniem oka patrzeć na moje zwijające się w fale włosy.
Dla urozmaicenia szarpnęłam się na nowe perfumy (dalej nic słodkiego i ciężkiego), łaskawie zgodziłam się na pozamiatanie domu (odkąd traktuję go jak hotel - porządki kończę na progu swojego pokoju, a jestem po tym tak zmęczona, że zwykle ledwo odłożę ścierkę, już padam na łóżko) i zaczęłam jeść gotowane potrawy, żeby nauczyć się jeść coś innego niż słone paluszki zalane Colą.
Bo - no właśnie - dla urozmaicenia nie ćwiczę już tak dużo, piję napoje zawierające cukier i nie przejmuję się, że może urosnąć mi tyłek.
Dla urozmaicenia ostatnio jestem bardziej wylewna wobec tych, którym zaufam, nieufna wobec tych, do których nie jest dołączona instrukcja obsługi i prosta w obsłudze dla tych, którzy mówią mi głośno czego chcą.
Dla urozmaicenia przestałam za dużo myśleć, rozpamiętywać i analizować, a przy tym doszłam do wniosku, że większość nieprzemyślanych rzeczy wyszło mi zdecydowanie najlepiej, wszelkie analizy można sobie wsadzić w cztery litery, a rozpamiętywanie powinno się traktować umiejętnym stukaniem się w głowę młotkiem.
Dla urozmaicenia nie smęcę, szczerzę się sama do siebie i prowokuję się do śmiechu, nawet jak śmiać mi się nie chce.
Dla urozmaicenia nauczyłam się zaciskać zęby, żeby czegoś nie powiedzieć, zaciskać pięści jak coś mówię i mówić to, co chcę, nawet jeśli nie powinnam tego mówić.
Dla urozmaicenia skończę wpis otwarcie i bez składu, bez puenty i żarciku, bo wiecie co?
Dla urozmaicenia taki mam kaprys ;P.


sobota, 3 września 2016

45 niekonwencjonalnych sposobów na szybkie poczucie szczęścia ;)



Móc bezkarnie przysypiać na siedząco, a więc zacząć kiwać głową jak piesek z tylnej szyby samochodu już podczas wyjeżdżania za bramę koszar, po pół godziny drogi przyjąć pozycję „na zwiędniętego kwiatka” , zrobić poduszkę z szarej bluzy z kotem Simona i położyć głowę na kolanach współpasażera, kimać, udając że się go słucha i podtrzymywać rozmowę mrucząc elokwentne „yhm”, „ym” i „hm”.

Kupić na CPNie Colę, po jej wypiciu dalej być półprzytomnym i dalej spać.

Śpiewać piosenki, w których nie zna się słów.

Rozmawiać tonem znawcy o dzieciach jakby co najmniej miało się swoje.

Walnąć się bezceremonialnie i rozciągnąć jak długa na całą długość tylnego siedzenia, kiedy współpasażer wysiądzie. 

Poznać po ruchu w jaki samochód wchodzi w zakręt, że wjeżdża się do miasta niedaleko miejsca zamieszkania. Ucieszyć się z tego faktu, nawet jak przy tym zakręcie o mało nie zaliczyło się bliskiego spotkania z wycieraczką.

Ocknąć się tylko na tyle, żeby pod domem po omacku sprawdzić zawartość torebki, zapłacić kierowcy i wytargać torbę z bagażnika.

Udać, że jest się świadomym, o czym rozmawia się z kierowcą, kiedy umawia się z nami na powrót, chociaż wchodzi się już w fazę REM.

Wywalić bramkę z zawiasów przez mocne napieranie barkiem, bo nie zdołało się zarejestrować tego, że jest podparta kamieniem.

Wczołgać się do domu, czując jego zapach. Trzeba nie być w domu minimum dwa tygodnie, żeby to poczuć ;)

Wypić resztkę Coli, umyć zęby, zmyć oczy, wziąć prysznic w wannie, zachlapując pół łazienki. Nie przejąć się tym w ogóle.

Nie poślizgnąć się na płytkach.

Wyślizgnąć się z ręcznika, wślizgnąć się pod kołdrę.

Rozbudzić się w chłodzie pościeli.

Rozmruczeć do poduszki.

Spać przy uchylonym oknie.

Nie obudzić się w nocy.

Ani nad ranem.

Śnić fajne sny.

Obudzić się cztery minuty przed budzikiem w pełni usatysfakcjonowanym i wypoczętym.

Wstać zaraz po ósmej z energią i zapałem do działania.

Posiedzieć w piżamie na tarasie, grzejąc się w porannym słonku.

Na dzień dobry oznajmić rodzicom beznamiętnym tonem, że sforsowało się bramkę.

Poobserwować maliny na krzaku, psa kopiącego dołki pod płotem, swoje zniszczone skórki od paznokci.

Pojechać do fryzjera i dać się porozpieszczać masażem głowy, ładnym zapachem szamponu i faktem, że siedzi się i nic nie robi, a ludzie skaczą koło Ciebie jak baletnice w Jeziorze Łabędzim.

Poplotkować o odcieniach włosów, pochwalić weselne fryzury innych klientek i zastanowić się jak taki fikuśny koczek sprawowałby się w koszarach, podebacić o sukienkach na wesele i udawać, że na babskich sprawach zna się lepiej niż w rzeczywistości.

Kupić odżywkę do rzęs za horrendalną sumę, kupić nowy tusz do rzęs „bo tak”, kupić zestaw maszynek do golenia, bo mają fajny kolor.

Odwiedzić przyjaciółkę, która odziedziczyła mieszkanie po babci. Pośmiać się z falbaniastych poduszek, serwetek i obrazków. Pozazdrościć jej, że mieszka sama. Zsunąć trampki, rozłożyć się na fotelu jak u siebie, gawędzić o pierdołach.

Wyżreć jagodzianki, które generalnie przyniosło się, żeby nie przyjść z gołymi rękami i samodzielnie się obsłużyć, parząc sobie jaśminową herbatę.

Na obiad pójść na grilla do znajomych. Prawie nic nie zjeść.
 
Bawić się plastikową prostownicą, oglądać pluszowe nietoperze i małpki z wyłupiastymi oczami, głaskać króliki miniaturki, podziwiać błękitny lakier z brokatem na paznokciach dziewięciolatki w dziecięcym pokoju Małych Księżniczek.

Upomnieć się o drinka. Nie upominać o słomkę. Wypić napój na spółkę ze znajomym - nie fazować, nie spaść z ławki, nie zasnąć.

Bawić się chowanego, uważając żeby nie wpaść do szamba, nie wdepnąć w psią kupę i nie poślizgnąć się na ślimaku.

Strzelać z łuku z pluszowymi wstawkami w kolorze butelkowej zieleni i różu, dać sobie wymalować indiańskie znaki węglem na policzkach.

Jeść domowej roboty kawowego loda i oblizywać palce, po których ścieka.

Rysować obrazek z dwójką dzieci i dwójką dorosłych, tworząc niepowtarzalne dzieło z wielką tęczą, piorunami, chmurką, uśmiechniętym słonkiem i czerwonymi tulipanami, okraszonym przez osoby w przedziale wiekowym 25-34 l. niebanalnymi elementami, którymi lepiej się nie chwalić.


Powiedzieć koleżance, że zrobiła pyszny deser chociaż zjadło się z niego tylko pieczołowicie wyłowione maliny (strząsając z nich uprzednio bitą śmietanę i wydłubując pokruszoną bezę).

Zostać odprowadzonym do domu przez dziewczynki w wieku 6 i 9 lat, których bojowym zadaniem było wrócić samotnie do siebie parę domów dalej; odprowadzać je zalęknionym wzrokiem jak idą za rączkę chodnikiem.

Po prysznicu huśtać się na tarasie w hamaku chłonąc ciszę, ciemność i spokój. Nie zaplątać się w sznurki, nie rozluźnić haka, nie nabić sobie siniaków, nic nie zepsuć.

Pisać w piżamie do północy (Po co? Na co? Komu? Wiesz, że masz się uczyć do końcowych egzaminów? Wiesz, że miałaś mieć półroczny zakaz pisania? Wiesz, że i tak żeby coś wydać musisz mieć odgórną zgodę? Wiesz, że dla zdrowia i urody powinno się chodzić spać przed północą? Wiesz to i piszesz do nocy…?).

Zostać dłużej w łóżku. Przewrócić się milion razy, skotłować prześcieradło, chrupnąć kostkami. Nucić do ściany, śmiać się do sufitu.

Rano pić w hamaku herbatę, przysłuchiwać się rozmowie o wpływie światła na wzrost paprotki mamy i sąsiadki.

Popsioczyć, że trzeba wyjeżdżać z domu już o pierwszej w południe, w największy upał, w ostatni weekend lata.

Drogę powrotną spędzić chilloutując się w ciemnych okularach, z miną zblazowanej nastolatki i zsuniętymi roletami do samochodu z wizerunkiem Kopciuszka, bo kierujący ma trzyletnią córę.

Po powrocie w koszary poczuć się jak w domu, jak w domu przeparadować się korytarzem z miską mleka, odziana w piżamowe spodenki z Myszką Minnie z kapturem na mokrych włosach, bez makijażu, bez skrupułów, bez najmniejszych wyrzutów sumienia, że wygląda się niewyjściowo i mało reprezentacyjnie.



Zdać sobie sprawę, że większość ludzi nie załapie o co chodzi w małych rzeczach, krótkich chwilach, przelotnych momentach, bo nie doceniają tego, co można wyciągnąć z codzienności, żeby poczuć szczęście, nawet jeśli ktoś strzeli im tym szczęściem indiańską strzałą w czoło, wyrysuje krzykliwie kolorowymi mazakami na kartce papieru albo jak im to szczęście ścieknie po palcach ;)