...

...
M.

niedziela, 28 lutego 2016

Historia pewnego zdjęcia, czyli majtkowy róż i inne epitety ;]

Oswajam się z myślą o czekających mnie zmianach. Wcale nie przychodzi to tak łatwo ;)
Najgorsze są noce, bo bombardują mnie sny o szkole i o Policji.
Póki co jestem znów poniekąd zawieszona w czasie i przestrzeni.
Wciąż jeszcze pracuję w szkole, więc na jutro muszę się przygotować do prowadzenia zajęć i do pożegnania z dziećmi, a równocześnie powinnam już powoli zbierać papierki i dokumenty potrzebne do pracy w Policji.

W piątek byłam w Rzeszowie.
W zasadzie pojechałam tam tylko po to, żeby zawieźć zdjęcie do Wojewódzkiej.
Oczywiście nie obyło się bez akcji i pośpiechu, bo jakżeby inaczej ;)
W czwartek zrobiłam sobie zdjęcia u siebie w mieście, a w piątek chciałam je zawieźć do Rzeszowa.
Kiedy jednak zobaczyłam się na zdjęciu, momentalnie poczułam zawroty głowy i atak mega paniki.
Jezu Chryste! Mam dać TAKIE zdjęcie...?!

Ogólnie to mam tendencję do wyolbrzymiania.
Zdecydowanie ;)
Swój tyłek powiększam do rozmiarów tyłka słonicy i tylko panie w przymierzalni się śmieją, bo biorę do przymiarki spodnie za duże o dwa rozmiary, bo według mnie taki rozmiar będzie dobry.
Uroda też nie jest dla mnie jakaś bardzo ważna, ale zwykle potrafię obiektywnie ocenić: "Okej, dziś wyglądam ładnie" , kiedy błyskam oczami świetlne refleksy i "Okej, dziś wyglądam okropnie", kiedy (jak w ostatnich, chorobowych tygodniach) mam obsypaną cerę, zmęczone spojrzenie i oklapnięte, kompletnie nie układające się włosy.
Na zdjęciach jednak wychodzę koszmarnie i tego nie da się ukryć ;)
Czasem uda się, że na jakiejś fotce wyjdę w miarę przyzwoicie, ale przeważnie wyglądam zupełnie, zupełnie inaczej.
Na tym "paszportowym" zdjęciu wyszłam jak świnka Piggy.
Jakbym ważyła ("Co najmniej, co najmniej" - powiedziała moja ulubiona siostra) dziesięć kilo więcej, miała małe świńskie oczka zatopione w zalanej twarzy w lekkim odcieniu majtkowego różu i jakbym była najbardziej naburmuszoną istotą chodzącą po ziemi.
Zdjęcie było tragiczne.
Koszmarne.
Okropne!
Na początku się śmiałam, że mogę cyknąć sobie jeszcze jedno z wciągniętymi policzkami i pokazywać je razem, jako genialną i szybką metamorfozę i efekt diety cud.
Potem uznałam, że mogłabym wrzucić tę fotę na portal randkowy i patrzeć jak faceci uciekają w popłochu.
A ostatecznie doszłam do wniosku, że śmiech śmiechem, ale nie chcę takiej pamiątki w policyjnych aktach...
Co więc zrobiłam?
W piątkowy poranek zerwałam się z łóżka po szóstej, po siódmej byłam gotowa do wyjazdu, przed ósmą wylądowałam jeszcze w szpitalu (badamy się, badamy, zażywamy małe żółte tabletki, śpimy w pasem cnoty na plecach i termoforem pod tyłkiem), a koło ósmej wyruszyłam w drogę.
Misja była taka - dorwać fotografkę, która zrobiła mi względnie przyzwoite zdjęcie dyplomowe i wywołać u niej te zdjęcia.
Myślałam naiwnie, że dyplomówka spełni kryteria paszportu...
Dojechałam do Rzeszowa z pozytywnym nastawieniem i ssąco - mdlącym uczuciem w żołądku.
Znalezienie parkingu graniczyło z cudem, więc śmignęłam na swoją ulicę i drałowałam na piechotę pod studio fotografii.
Zaprzyjaźniona pani fotograf zaakceptowała zdjęcia do legitymacji, ale stwierdziła, że do paszportu nie ma opcji, żeby przeszły.
Zgodziłam się łaskawie na zaszczyt sfotografowania mnie, jeśli łaskawie dostanę pozwolenie skorzystania z prywatnej łazienki na zapleczu.
Na zdjęciach wyszłam dziwnie, niepodobnie, ale przynajmniej SZCZUPŁO!
W miarę ;)
Aż takich pociągłych rysów to też nie mam, bez przesady ;) Nie słódźmy sobie za bardzo, bo się w dupce przewróci...
Zdjęcia miały być gotowe o 11, a złożyć je miałam do 12.
W oczekiwaniu na foty, skoczyłam więc do Rzeszowskiej na smoothie (z żurawiną^^), kupiłam czarne spodnie w ONLY (chyba jeszcze nigdy nie miałam tak dopasowanych spodni oprócz legginsów. Są przylegające, ale i elastyczne, dżinsowe, ale miękkie. Genialne ;]) i niebiesko - granatowe bikini w Dalii (cena powaliła, efekt zadowolił).
Darowałam sobie sportowe buty, bluzy, bieliznę i książki. Portfel pustoszał, a czas naglił.
Zdjęcia odebrałam trzy po jedenastej, jedenaście po mknęłam MPKiem na komendę.
Uznałam, że bieg do auta, włączanie się do ruchu i szukanie miejsca parkingowego to zły pomysł ;)
Dostarczyłam zdjęcie, odetchnęłam triumfalnie z ulgą, odwiedziłam spontanicznie znajomą z którą chodziłam w Rze na japoński i poszłam na obiad do wegańskiego baru.
Zupa była pyszna, drugie danie jakoś mi nie podeszło, ale było zdrowe, wegańskie i drogie, więc zjadłam wszystko.
Na wynos wzięłam dwie wielkie szarlotki z razowej mąki, żeby odbić sobie stresy, nerwowe noce, niedawne grypy, chore pęcherze i wszystkie problemy tego świata ;P.
Na koniec wizyty w Rzeszowie wpadłam jak bomba do Graffiki zobaczyć się z dawno nie widzianym kolegą (jego zaskoczona mina - bezcenna :D), spacerkiem poszłam do auta, całą drogę powrotną podpierałam oczy ze znużenia i usiłowałam zachować trzeźwość umysłu, skoro prowadzę samochód, a kwadrans po powrocie do domu odbębniłam korki z angielskiego z dziewczynką, przygotowującą się na konkurs.
Po korepetycjach pojechałam z mamą do jej znajomej. Ma dorosłego syna z porażeniem mózgowym, który zawsze znajdzie sposób, żebym musiała się do niego pochylić oprócz powitania i który uwielbia dziewczyny, niezależnie od wieku (moją mamę łapał kiedyś za kieckę, ale oczywiście to te nieskoordynowane ruchy rąk ;] ;] ;]).
Wieczorem wzięłam prysznic i padłam.

Jeśli zawiezienie jednego zdjęcia paszportowego wymagało tyle zachodu to zaczynam odczuwać przyjemny dreszczyk podniecenia, że skończą się te leniwe poranki spędzone na celebracji śniadania, te powolne przechadzki po mieście z wymachiwaniem torbą w sowy, te wieczory, kiedy czytam książki i kręcę młynka stopami, a zaczną dni pełne wrażeń, biegania, załatwiania i ogarniania wszystkiego na raz ;).
 




http://eneegal.pinger.pl/a/2011/8/19

piątek, 26 lutego 2016

Podtapiając i dłubiąc ;]

Zaczął się sezon na "NieDociekaćNieZaczepiaćONicNiePytać".
Tak.
Najchętniej przemykałabym przez miasto w pelerynie niewidce, żeby nikt mnie nie widział i nie pytał: "Co teraz porabiasz"?
Oczywiście pytają o to wszyscy.
Nagle wszędzie widzę twarze dawno nie widzianych znajomych i wszyscy chcą raptem wiedzieć, jak sobie ułożyłam życie i co u mnie słychać.
Co słychać?
Już Wam mówię, co słychać...
Do dnia przedwczorajszego wszystko było normalnie.
Pracowałam sobie beztrosko w szkole, paradowałam po korytarzu z czerwonym dziennikiem, sprawdzałam obecność, uczyłam dodawania w zakresie 12 i pokazywałam jak odróżniać literkę "b" od "d".
Jednego dnia pojechałam do innego miasta do dermatologa.
W przychodni pocałowałam klamkę (skierowania brak) i na początku byłam sfrustrowana, ale szybko mi przeszło.
Ostatecznie wylądowałam w bibliotece pedagogicznej, a potem w kawiarni. Zajadałam się szarlotką i wertowałam książki o prowadzeniu zajęć z sześciolatkami.

Następnego dnia mój spokojny rytm dnia został zachwiany, a moje serce przekoziołkowało do żołądka.
Dostałam telefon z Policji i dostałam propozycję służby w mieście, gdzie jeszcze chwilę wcześniej beztrosko podtapiałam herbatę w filiżance i dłubałam widelczykiem w ciastku...

Jednego dnia miałam rozpalone do czerwoności policzki, drugiego byłam blada jak ściana.
Jednego rozmawiałam dyrektorem szkoły, drugiego z paniami z Sekcji Doboru.
Jednego dnia było obgryzanie paznokci, drugiego niczym niezmącona radość, że po trzech latach starań się udało.

Za każdym razem, jak mówiłam komuś, że od tak dawna staram się dostać do Policji i że mam wszystko zdane i teraz muszę tylko czekać, wszyscy kiwali ze zrozumieniem głowami i oznajmiali, że do Policji ciężko się dostać i że wszyscy oblewają na teście psychologicznym.
Odpowiadałam: "Ale ja już zdałam Multiselect. Dwa razy".
"Naprawdę? I co teraz? Test sprawności?"
"Nie. Test Wiedzy i sprawnościówka były na początku. Po teście psychologicznym jest rozmowa z komisją."
"Kiedy masz rozmowę?"
"Już ją zdałam. Mówiłam, że wszystko zdałam..."
"Ojej! I co po rozmowie?"
"Wywiad zorganizowany."
"Ooo... Masz już ustalona datę?"
"Miałam go w zeszłym roku..." 
"Wow!I to ostatni etap?
"Nie. Potem jest jeszcze uzupełnianie, składanie i sprawdzanie dwudziestosześciostronnicowej ankiety bezpieczeństwa, badania lekarskie, na której zaliczasz lekarzy od stomatologów, przez laryngologów i ginekologów po psychiatrów, a na koniec jest komisja lekarska, która stwierdza lub nie gotowość do służby".
"O kurczę. I nie mów, że to też zdałaś?"
" Noo... Zdałam."
" I co teraz?"
"Teraz czekam".
"No to kiedy Cię przyjmą...?"
Wywracałam oczami.
Żebym ja to wiedziała....

Dziś już wiem, że przyjęta zostanę 7 marca.
Dokładnie w dzień swoich 25 urodzin ;]
Taki prezent od losu ;)
No a potem idę na szkółkę.
Z nauczycielki przeobrażę się w uczennicę Szkoły Policyjnej ;P.
Póki co kompletuję dokumenty i przymierzam, jak będę wyglądać w granatowym kolorze (bo mam nową śliczną bluzę w kolorze navy blue^^) ;].
I otrząsam się z szoku, a ten mam niemały... :):):)
 

Przygotujcie się więc, że parę kolejnych wpisów będzie nie zielonych, a niebieskich i że zapewne będę Was męczyć opowieściami jak wygląda wielki przeskok ze szkoły do Policji ;)
A teraz wrzucam zdjęcie z pamiętnego dnia, kiedy siedziałam spokojna i wyluzowana przy książce i herbatce, nie wiedząc jakie zmiany czekają na mnie za rogiem, kiedy przestanę dłubać w szarlotce... ;)



wtorek, 23 lutego 2016

Do zbielenia kostek ;]

Chyba muszę wrzucić coś na potrzeby konkursu, bo obawiam się, że czytelnicy ściągnięci tu z Bloga Roku będą trochę bardziej niż ciut zdezorientowani, a stali czytelnicy zdziwieni nowym obrazkiem w prawym górnym rogu ;)
Bo widzieliście ten obrazek, prawda...?
Nie widzieliście?
Naprawdę???
No okej.
Skoro tak mówicie...
Tak więc - ta daaam - zgłosiłam się na konkurs.
I ta daaam - witam nowych czytelników, jeśli jacyś tu weszli (weszli, weszli - obczaiłam statystyki^^).

Mogę się trochę zamotać, bo jestem dziś mało przytomna.
Mam za sobą średnio przespaną noc i nie wiem czy winna jest pełnia, czy fakt, że odkąd postanowiłam, że kiedyś (KIEDYŚ) zostanę pisarką (pewnie na emeryturze, jak będzie mnie stać, żeby samodzielnie wydać książkę albo gdy z powodu demencji starczej i perspektywy rychłego opuszczenia ziemskiego padołu wszyscy wydawcy będą się bili, żeby zrobić mi dobrze przed śmiercią) - wczorajszą noc spędziłam stukając namiętnie w klawiaturę laptopa, rozcierając tylko raz na czas zdrętwiały kark, prostując bolące po zumbie nogi i wystawiając język w niemym skupieniu.

W każdym razie... Konkurs jak konkurs.
Nie pierwszy i nie ostatni.
Byłam już w swoim prawie dwudziestopięcioletnim życiu na konkursie szachowym, wiedzy o krajach anglosaskich i nawet na takim, w którym sprawdzano znajomość wielkanocnych tradycji. Dostałam wtedy ręcznie robioną pisankę z muliny i książkę z ciekawymi miejscami w Polsce. Pisanka uległa zniszczeniu, a ja nie odwiedziłam jeszcze ani jednego z tych miejsc, ale w końcu wszystko przede mną ;].
Te pisarskie i blogowe konkursy też już zaliczyłam, ale jak wiecie - pisarka ze mnie taka jak z mojej kotki lwica (chociaż ona chyba o tym nie wie, bo poluje na wszystko co się rusza, warczy bardziej niż mój pies i ma charakterny błysk w zielonych ślepkach za każdym razem, kiedy próbuję ją pomiziać po łepku). Choć muszę przyznać, że zaplątana w groszkowany kocyk, waląca palcami w laptopa z taką siłą i pasją, że wyfruwają z niego paprochy (które zapchały się pod klawisze dwa lata temu), otoczona trzema równie wielkimi jak i pustymi kubkami po herbacie i tak intensywnie skupiona na białej kartce jakby to był niebieski śnieg - wyglądam trochę podobnie do tych nieco nawiedzonych pisarek, które zapominają o Bożym świecie, ogarnięte szałem pisania.


Tak więc wczoraj, kiedy bombardowałam swoje palce i swojego laptopa, odkryłam, że właśnie kończy się termin wysyłania blogów na konkurs.
Ryzyk fizyk, szybka decyzja i fiuuu - blog został zgłoszony.
Bez zbytniej spiny, bo przecież na co mi Suzuki Swift...?
Jeszcze by go moi nawiedzeni instruktorzy nauki jazdy (czyt. tato i siostra) przerobili na "eLkę" i pozwalali by kursanci katowali sprzęgło niewprawionymi nogami i naciągali drążek zmiany biegów mało subtelnymi ruchami trzęsących się dłoni.
Poza tym na ogół mamy dwa służbowe (nie nasze, nie nasze) Swifciaki na podwórku i wystarczy, że one irytują mnie dość mocno kiedy muszę zaparkować swój - nieswój samochód na podjeździe.
Ja nie chcę auta.
Chcę tylko nowych czytelników.
I pisarskiej kariery oczywiście. To marzenie nigdy mi się nie znudzi ;].
Ale już nie chce mi się zagryzać boleśnie warg i ściskać kciuków do zbielenia kostek.
Nie chce mi się wymyślać odpowiedniej treści wiadomości (reklama dźwignią handlu...) dla znajomych, żeby zachęcić ich do głosowania, bo sama nie wiem czy trąci mi to bardziej desperacją czy narzucaniem komuś swojej woli.
Taaa, oczywiście, że mogłabym uśmiechnąć się ładnie, eksponując swój uroczy dołek w policzku. Oczywiście, że mogłabym użyć swojego uroku osobistego, siły przekonywania i lekkich technik manipulacyjnych.
Ale po co?
Równie dobrze mogłabym też zaśmiecić bloga masą reklam na hemoroidy i w co drugim wpisie chwalić walory i niekwestionowane plusy nowego kremu do stóp albo dezodorantu do pach, ale skoro do teraz się przed tym wzbraniam - chyba nie dam się za szybko sprzedać ;)

No to tyle.
Wiecie już, że możecie wchodzić i czytać i nie będę Was zbytnio męczyć, żeby ktoś wysłał na mnie głos (tylko w co drugim wpisie, tak myślę ;P).
Wiecie też, że mam skłonność do nadmiernie rozbudowanych zdań, dygresji, wstawiania nawiasów wszędzie tam, gdzie powinna być kropka i nadużywania wielokropków.
Nie wiecie tylko, że większość wpisów jest tak długa, że można się nabawić cieśli nadgarstka od ruchów myszką i że jestem mniej więcej tak zakręcona jak zakręcony jest mój blog, ale jeszcze wszystko przed Wami ;).
Miłego czytania!



Aaa, zgłosiłam też na konkurs jeden tekst:
http://little-misss-naughty.blogspot.com/2015/01/studniowka-czyli-bdsm.html
ponieważ jest jednym z moich ulubionych postów ;)
Lojalnie ostrzegam, że jego długość przekracza wszelkie normy przyzwoitości ;]








poniedziałek, 22 lutego 2016

Włosem pisane ;)

O.
Coś drgnęło.
Coś się ruszyło.
Coś zatrybiło.

Póki co - w sferze bloga.
Ale to już jest pozytyw.
Ostatnie wpisy były pisane... No może nie na siłę. Wciąż wyczuwam w nich tę lekkość, co powinna w nich być, ale nie były pisane z taką pasją, jak kiedyś.
Bo ogólnie to obraziłam się na pisanie.
Tak zwyczajnie - nagle i bez powodu.
Przed obroną w lipcu jęczałam z prawie namacalnego fizycznego bólu, że chcę pisać, a muszę się uczyć. Mało mnie wtedy nie rozniosło. Mało się nie popłakałam z frustracji, a jestem z tych zimnych, które nie umieją płakać i muszą zakraplać oczy solą fizjologiczną, żeby nawilżyć spojówki ;].

Na jesień wpadłam w taki pisarski szał, że stukałam non stop.
A właściwie noooooon stop ;)
Przypominało to wręcz jakiś dziwny stan ni to odrętwienia ni przypływu weny, kiedy każdą wolną chwilę pożytkowałam na pisanie, a laptop był włączany i wyłączany kilkanaście razy dziennie tylko po to, żeby dopisać dwa kolejne zdania.

I wtedy, gdzieś chyba w zimie - BUM! - odechciało mi się.
Siedziałam z nosem na kwintę, nie pofatygowałam się nawet, żeby włączyć Worda.
Czytać, co napisałam?
Wysilać się na coś nowego?
Po co?
Po ką cholerę?
Dla satysfakcji? Dla potomności? Dla pisarskiej sławy?
Pfff...
Siedziałam i nawijałam pukle włosów na palce, które wcale nie kwapiły się, żeby zacząć pisać.
Palce.
Od włosów tego jeszcze nie wymagam.
Miałam wstręt do wszystkiego co napisałam.
Przestałam w ogóle wierzyć, że to co spłodziłam mogło być dobre.
A teraz...
Teraz widzę mały przebłysk nadziei.
Obudziłam się nad ranem i zamiast liczyć baranki na kołdrze - ja napisałam wpis.
Pojechałam do sklepu po bułki i sałatę, a potem usiadłam i siedzę tak do teraz.
W dresach, bluzie zarzuconej na gołe ciało, bez cienia tuszu do rzęs, z pryszczami świecącymi się na bladej twarzy, z zagryzioną wargą, podniebieniem wyschniętym z braku wody.
Bo przecież oderwanie się od pisania graniczy z cudem, prawda?
Prawda ;)
Ale chyba jednak idę coś siorbnąć.
Jeszcze się odwodnię i padnę, a moją karierę pisarską szlag trafi...

Miłego dnia wszystkim! ;]
I widzimy się za rok na moim wieczorku autorskim w tym samym składzie co dziś.
Obecność obowiązkowa.
Będą autografy, zdjęcia, na których wyjdę jak kretynka z kartoflowatym nosem i zamkniętymi oczami, no i jeszcze marchewkowe wegańskie muffinki.
I ja.
I Wy.
I książka, której jeszcze nie zaczęłam pisać, bo piszę te bzdety na blogu ;D.



PS Wpis spłodziłam w piątek. Wtedy, kiedy spłodziłam jeszcze dwa kolejne posty.
Dziś popełniłam trzy strony książki. Dziś poczułam, że żyję ;)




niedziela, 21 lutego 2016

Wejściowy ;)

Lubię swoje wstępy.
Publikacje naukowe, artykuły o wkładkach wewnątrzmacicznych, cyniczne wpisy, dosadne smsy.
Cokolwiek bym nie pisała, wstępy zwykle są tym, co mi wychodzi dobrze.
Mogę pisać za długie wpisy, mogę zepsuć treść nadmiernie rozbudowanymi zdaniami, mogę zrobić dwie literówki w jednym zdaniu, mogę nawet dać słabą puentę... Ale wstęp musi być dobry ;)
Jeśli kiedyś jakimś cudem wydam wszystkie książki, które mam w głowie, większość będzie miała mocne albo niebanalne wejścia.

Na blogu przeważnie wstępy jakoś tak same wychodzą.
Niby zaczynam ni w pięć ni w dziewięć, a jednak całość nabiera jako takiego sensu i jakoś przyjemnie się to później czyta.

Ostatnio nie umiałam dobrze wejść.
Nie potrafiłam znaleźć banalnych i prostych słów, żeby zacząć coś, co będzie dobrze brzmiało.
Po prostu nie miałam weny do pisania.
Do pisania na blogu, do pisania w ogóle.
To co pisałam, pisać skończyłam i na tym skończyłam swoje "flow".
To do czego wróciłam jest nadgryzione, nieskonsumowane.
A to co chciałam napisać na chceniu się urwało.
Na blogu też pisać chciałam, ale jakoś nie wiedziałam jak zacząć wpis.
Nie miałam zbytnio nastroju, a narzekanie było ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę.
Nic się nie działo, nic się nie zmieniło.
Zawsze oczywiście mogłam pisać o pracy, kocie i jedzeniu szpinaku, ale ileż można? Nawet jak się czasem uda ubrać w ładne słowa opowieści o prozaicznych czynnościach, w końcu przestaje się mieć na to ochotę.
Dodatkowo miałam jakiś wewnętrzny bunt przeciwko pisaniu o osobistych sprawach, bo zaczęło mnie drażnić wiele rzeczy, a nie wiedziałam, jak to ująć, żeby równocześnie nie wylewać z siebie żali.
Zwierzać nie chciało mi się nie tylko na blogu, ale też na żywo.
Mój dobry nastrój i humor leżał i kwiczał.
Kiedy miałam wyjątkowo spaprany czas i mama zarzuciła mi wredotę, poszłam bez słowa do swojego pokoju, myśląc: "Tak, jestem wredna".
Nie pomyślałam: "To niesprawiedliwe", "Źle mnie oceniasz", "Nikt mnie nie kocha", "Cały świat jest przeciwko mnie".
Okej. Miałam powody, miałam wymówki.
Ale po co miałam je mówić?
Żeby się tłumaczyć? Żeby się pożalić? Żeby wziąć na litość?
To takie żałosne.
Żeby cokolwiek napisać musiałam dobrać odpowiednie słowa, a im bardziej się starałam, tym gorzej to wychodziło.
Musiałam to po prostu przeczekać, coś zmienić.
I udało się.
Chociaż nie spadł na mnie meteoryt, nie zmieniłam pracy ani miejsca zamieszkania, trochę mi się pozmieniało myślenie.

Zwykle jak ktoś mnie oceniał, od razu się broniłam.
Pytałam: "Ale co konkretnie masz mi do zarzucenia?" albo zaczynałam się tłumaczyć.
Teraz biorę wdech.
I na tym kończę swoją wypowiedź.
Kiedyś szybko się obrażałam.
Teraz jakoś nie podniecam się czyimiś humorkami, oskarżeniami, fochami, nerwami.
W ogóle to do mnie nie trafia, jakbym zamknęła się w szklanej, nieprzepuszczalnej kuli.
Kiedyś irytowało mnie czyjeś zachowanie i mówiłam głośno, co o tym myślę.
Teraz milczę i to najlepszy komentarz.
Czasami w odpowiedzi mam w głowie tyle zjadliwych i ironicznych odpowiedzi, że najlepsze co mogę zrobić to nie wypowiedzieć ich na głos.
Przestałam też denerwować się na niesłuchające mnie dzieci.
Wiem, że na 90% będę z nimi tylko przez ten rok i chcę dać im jak najwięcej.
Okej - nie pozwalam sobie wejść na głowę, pilnuję dyscypliny, czasami spluję biurko z krzyku: "Proszę o ciszę!", no i wpisałam już trzy uwagi do trzech dzienniczków ucznia.
Na ogół jednak podchodzę do dzieci bardzo po ludzku.
Jak mają dzień na przytulanie - przytulam.
Jak są rozkojarzone - rozkojarzam się z nimi, organizując zabawę ruchową.
Jak pojawia się problem wychowawczy, robię im pogadankę o koleżeństwie i empatii zamiast wałkować literki i cyferki.
Choć zawsze uważałam, że dużo we mnie z dziecka, bo cieszyłam się głupotami, byłam spontaniczna i śmiałam się głośno, kiedy miałam na to ochotę, przebywanie z dziećmi też nauczyło mnie nowych rzeczy.
Bezpretensjonalności.
Bezpośredniości.
Wrażliwości.
Niestety nie oznacza to, że jestem teraz taka super miła i otwarta.
Nie, nie. Co to to nie.
Stało się wręcz odwrotnie.
Najpierw zrobiłam się miękka i naiwna, potem nieufna i zdystansowana.
W stosunku do facetów - to na pewno.
W stosunku do reszty - niestety tak samo.
Przede wszystkim zmieniłam się towarzysko i przestałam się narzucać.
Swoim gadaniem, obecnością, inicjowaniem kontaktu.
Bo niby dlaczego to zawsze ja jestem tą napaloną, która dzwoni i śpiewa "Sto lat" zamiast wrzucić gotowe życzenia na facebokowej tablicy? Dlaczego to ja zawsze piszę, zagaduję, inicjuję kontakt? Dlaczego to ja mam zawsze prosić kogoś o spotkanie, a nikt nie wyjdzie z propozycją od siebie?
Czemu mam się głupio czuć, jakbym była natrętem albo namolną dziwaczką, a nie osobą, która chce podtrzymać znajomość, żeby nie umarła śmiercią naturalną?
Z niektórymi zaś (tu oddaję cześć wszystkim osobnikom płci męskiej) zerwałam lub ograniczyłam kontakt lub przynajmniej ochłodziłam relacje.
Może i uważam, że czasem lepiej dogaduję się z facetami niż z dziewczynami, ale ostatnio kontakt niektórymi facetami przestał mnie to bawić, a zaczął męczyć.
Może jestem mało subtelna, może za bardzo bezpośrednia.
Nie bawię się w gierki i podobnie jak nie tracę czasu na nudne książki - nie lubię niezdecydowanych facetów.
Nie chcę nikogo zaciągnąć do łóżka, do ołtarza ani na porodówkę ani tyle.
Chcę tylko jasnej i klarownej sytuacji.
A propos zdecydowania to jeszcze bardziej nie lubię facetów niedojrzałych.
Gdzieś ostatnio wyczytałam genialne porównanie, że faceci to nie awokado - nie wystarczy ich pomacać, żeby stwierdzić czy są dojrzali ;)


Zaczęło mnie za to ciągnąć do robienia komuś dobrze - stąd propozycja wolontarystycznych lekcji angielskiego i chęć pomocy w schronisku dla zwierząt, a równocześnie dalej się rozpuszczam i pozwalam sobie na drogie ciuchy, jedzenie z wyższej półki i codzienną siłownię albo basen.
Cała ja - pełna paradoksów i sprzeczności ;)
Na dokładkę przestałam jeszcze wierzyć w słowa, za to zaczęłam wierzyć w ludzi.
Słowami w ogóle nie można do mnie dotrzeć.
Obietnice są dla mnie mniej więcej tak realne jak to, że jutro kupię miętowego fiata 500, zafarbuję włosy na zielono, a potem pojadę na wycieczkę na Alaskę.
Nieważne kto co mi obiecuje.
I tak w to nie wierzę ;).
Wierzę za to w to, że dobro wraca do nas jak bumerang i że najwięcej robią ci co najmniej mówią.
Przestałam się przejmować wszystkim tym, czym wcześniej się przejmowałam.
I zrobiłam się zasadnicza.
Cholernie zasadnicza.
Oznacza to mniej więcej tyle, że jak coś sobie ubzduram, święcie się tego trzymam.
A czasami po prostu robię coś "dla zasady".


Podejrzewam, że dla zasady przestałam też pisać, ale obwiniam za to smętną pogodę, która jak nic przypomina mi zeszłoroczny listopad i brak weny.
Deszcz, szarość (dobra, dobra - to że mam pół szafy w szarych ciuchach nie oznacza, że lubię taką zdymaną pogodę ;>), aaa - odmowa wydawnictwa też nie jest jakoś wybitnie zachęcająca, gorsze samopoczucie, wysyp krost na nieskazitelnej zwykle cerze, brzydki wygląd, kilogram do góry i fiuuu - wena odfruwa jakby ją kto batem popędzał.
Chociaż nowe pomysły pchają się do głowy, trzymam je jeszcze na krótkiej smyczy, nie wypuszczając ich na światło dzienne.
Gotuję, ćwiczę, czytam thriller za thrillerem, ale do pisania się nie garnę.
Za to odgrzebałam na blogu kilka wpisów, które spłodziłam w listopadzie i które oczywiście wydały mi się nieodpowiednie do opublikowania, a które teraz zamierzam jednak wrzucić.
No nic.
Idę kopsnąć sobie jakąś ciepłą herbatkę i poczytać.
Pozdrawiam! ;]



czwartek, 18 lutego 2016

Szósta

Za pięć.
Był już wpis o czwartej, był już wpis o piątej. Teraz pora na szóstą.
Gdybym tak umiała znaleźć wspólny mianownik tych dni zaczynanych o świcie...
Dowiedzieć się co sprawiło, że znów wybudziłam się gwałtownie jakby ktoś krzyknął mi do ucha i nijak nie mogłam już zmrużyć oka, aż wreszcie sfrustrowana zasiadłam do laptopa przed przyzwoitą ósmą - byłabym chyba spokojniejsza.
Ale może to znak, że powinnam wreszcie coś napisać.
Nawet jeśli jest ciemno i muszę pisać na oślep i na pamięć (plus udawać, że nie widzę, iż za chwilę laptop upomni się o ładowarkę, a gdzie ja w tych egipskich ciemnościach znajdę kabel...?).

Co u mnie?
U mnie wszystko dobrze.
Rozpoczęłam cudowny okres ferii.
Czas nieróbstwa, odwiedzin u kosmetyczki (pierwszy raz dałam się sponiewierać, kiedy kosmetyczka bezlitośnie rozprawiała się ze wszelkimi niedoskonałościami mojej buźki), malowania pazurków (jasno szary, ciemno szary, na stopach miętowy), gotowania potraw, które wychodzą albo i nie, pieczenia bananowego ciasta, które znika w jeden dzień, zumby i czytania.
Czas, kiedy nadrabiam ćwiczenia, wracam do formy, dużo spaceruję i znów zaczynam katować matę (przeglądanie się w lustrze i narzekanie też już zaliczyłam).
Jestem zadowolona, budzę się bez budzika, czytam do nocy, a spać chodzę póóóóźno, jak wszyscy wkoło dawno chrapią.
I jestem w 100% zdrowa!
Jedynie tylko mój kucyk zrobił się jakiś chudy jakby włosy wypadły mi o połowę,
No i powieka mruga mi od niedoboru magnezu, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło i na co szybko zareagowałam rozpuszczalnymi tabletkami i jedzeniem migdałów ;).
Zaczęłam też zażywać Echinaceę na odporność, a od jutra , tfu - co ja mówię! - od dziś zaczynam znów pić czystek.
Póki co udało mi się już wskoczyć na dawny tor.
Codziennie ćwiczę i nie łapię zadyszki jak podnoszę nogę ;).
Podkręciłam też tempo czytania i jak na razie czytam po jednej książce dziennie.
Raz "Więzień" (trylogia skończona), raz thriller, raz kryminał, raz nawet lekka komedia romantyczna.
Bawię się też trochę w porządki, noszenie węgla jak Kopciuszek, latanie po domu z miotłą i mopem, moczenie szarych pazurów w mydlinach podczas mycia naczyń i przeorganizowywanie szafek z jedzeniem i szuflad z kosmetykami.
Efekt? Zero moli w mące z tapioki, kilka wyrzuconych opakowań zwietrzałych płatków i przeterminowanych ziół, poukładane w komodzie dezodoranty i cała kolekcja kremów do stóp, wyglądająca jak wystawka w sklepie kosmetycznym.
Pogodziłam się nawet z telewizorem i obejrzałam po raz pierwszy od dawna wiadomości na tvn24 .
Na ogół wychodzę z założenia, że w telewizji nic nie ma, a serwisy informacyjne szpikują nas pesymistycznym wiadomościami, po których aż się prosi żeby zapaść na depresję, więc wolę siedzieć z nosem w książce albo zasuwać na bieżni.
I wszystko byłoby dobrze - jestem weganką, piszę dziwnego bloga, lubię jarmuż - mogę bojkotować telewizję, a nawet prać ciuchy w orzechach, ale sęk w tym, że potem idę do ludzi (czyt. rodziny, znajomych) i na widok włączonego telewizora zaczynam wpatrywać się w niego jak w ufo z otwartą szczęką (na szczęście bez ślinienia) i błyskiem w oczach, a do tego NIJAK nie mogę oderwać od niego wzroku, zupełnie jakbym przyciągały mnie te niebieskie światła albo ogłupiające reklamy...

Poza tym kupiłam sobie tahini (pasta sezamowa), które nie dość, że cholernie drogie to jeszcze cholernie gorzkie i niedobre, zepsułam Thermomix (po nieudanej zupie z ogórka próbowałam zrobić zawsze wychodzącą zupę z dyni. Taa... Nie wyszła...), zmieniłam kurtkę na lżejszą czarną przejściówkę (chlip, chlip, moje miętowo - biało - szare cudo skończyło już swoje pięć minut?), zamiast szarego komina z puchatym białym wnętrzem noszę lekką apaszkę w jaskółki i nie ubieram już rękawiczek.
Okej. Podłączyłam laptopa. Nie wyrobiłam się w czasie ;]
Za to zrobiło się ciut jaśniej i bez problemu zaczęłam trafiać w klawiaturę. A nawet widzieć literki.
Z tego wszystkiego to już chyba wstanę, bo szkoda mi dnia na siedzenie w rozbebeszonej białej pościeli w czarne baranki, skoro przede mną wolny piątek, piąteczek, piątunio ;]
I wizyta przyjaciółki, która zostaje u mnie na parę dni, więc przez te parę dni macie pewność, że nie będzie tu nic nowego ;)
Udanego weekendu wszystkim! ;)





wtorek, 16 lutego 2016

Po raz drugi. I trzeci. I czwarty ;]

Oglądać film do nocy.
Zasnąć w swoim tempie, bez patrzenia na zegarek i gorączkowych myśli: "Zasypiaj szybko, bo rano do pracy!"
Przebudzić się koło siódmej, słysząc krzątaninę mamy, zbierającej się do wyjścia.
Uśmiechnąć się do poduszki i wtulić w nią głowę, ponownie zasypiając.
Poprzewracać się na wszystkie strony.
Poprzeciągać do chrupania wszystkich kosteczek.
Wyłączyć budzik cztery razy, za każdym razem odpalając drzemkę, którą i tak ma się w nosie.
Otworzyć oczy i poprzecierać je, rozglądając się po pokoju, jakby widziało się go po raz pierwszy.
Wyszczerzyć się na widok szarej sportowej torby, stosu książek na stoliku i pozwijanych kabli od prostownicy i laptopa.
Wstać, ziewając rozdzierająco.
Na początek budzącego się dnia wypić szklankę soku z marchwi.
Umyć zęby, spakować ręczniki, okulary, klapki i szampon, wbić na basen po dziewiątej rano.
Ucieszyć się z wolnego toru, ucieszyć się z temperatury wody, która nie powoduje szczękania zębami, ucieszyć się nawet jak inny pływający chlapnie chlorowaną wodą między oczy.
Wyjść z wody po godzinie, przyjemnie usatysfakcjonowana, a nie zmęczona.
Powstrzymać się od podśpiewywania pod ogólnodostępnym prysznicem.
Ubrać się, wytrzeć, wysuszyć włosy.
Roześmiać się na widok burzy puszystych włosów na głowie i lekko zamazanego spojrzenia (wodoodporna maskara, jasne).
Zwinąć włosy w banalny luźny kucyk i zarzucić na nie kaptur.
Odebrać telefon od kuriera, umówić się z nim za kwadrans.
Wyskoczyć do bankomatu po kasę i do piekarni po bułki z makiem.
Zjeść powoli śniadanie, wypić herbatę o przyzwoitej ciepłocie, zanim zrobi się zimna i gorzka.
Rzucić się na przywiezioną paczkę, przymierzać ciuchy do muzyki ze Spotify.
Uzupełnić siedmiostronnicowe sprawozdanie do szkoły.
Pogwizdać pod nosem przymierzając nowe ciuchy po raz drugi. I trzeci. I czwarty ;].
Sprzątnąć naczynia z suszarki.
Przetrzeć blaty.
Podgrzać zupę brokułową, zjeść ją ze świeżą bułką z ziarnami.
Umyć podłogę konwaliowym płynem, pląsając przy tym z mopem jak królowa leśnych wróżek.
Poczytać książkę.
Przewrócić się na jeden bok, na drugi bok, na plecy, na brzuch i znów na bok.
Zawisnąć na skraju łóżka.
Usiąść, zapleść nogi, wyprostować nogi.
Dalej wsadzić nos w książkę.
Pomachać nogą w rozkosznym nieróbstwie.
Skończyć książkę, odłożyć ją triumfalnie na półkę.
Zrobić szpinakowy farsz do naleśników na śmietance sojowej i go nie przypalić.
Zrobić ciasto naleśnikowe bez jajka.
Spanikować przed smażeniem naleśników i oddać patelnię w ręce rodzicielki.
Uzyskać cztery piękne, złociutkie, pyszne, oryginalne wegańskie naleśniki.
Popodniecać się faktem, że udało się je zrobić po raz pierwszy ;).
Spałaszować od razu dwa pyszne egzemplarze, pękate od gęstego szpinaku doprawionego ulubionymi przyprawami i aromatycznymi ziołami.
Walnąć się znów na łóżko i dalej czytać, kolejną już książkę.
Wsłuchiwać się w deszcz bębniący o poddasze, popijając gorącą herbatę.
Pojechać z koleżanką na zumbę, wyskakać się, pokręcić biodrami do muzyki.
Wziąć długi, ożywczy prysznic, prawie utonąć w mentolowo - cytrusowej pianie.
Nabalsamować się mleczkiem Nivea lepiej niż starożytna mumia.
Położyć się wygodnie z książką.
Czytać do nocy.
Bez problemu zasnąć.
Bez budzika wstać.

;]

Błogieeee uczucie!!! ;]


PS Zamówiłam oczywiście szarą bluzę (^^...), ale tym razem jest ona rozpinana, przylegająca, niezbyt gruba. Za dużo mam już ciepłych kangurków wciąganych przez głowę, za mało cienkich bluz, które można na siebie zarzucić.
No i jeszcze coś co mi się marzyło od dawna - jasnoszary komplet sportowej bielizny od Kleina, czyli klasyczne sportowe wydanie czegoś miękkiego i miłego w dotyku dla osób z manią jakości, wygody i szarości. Póki co waham się jedynie nad wymianą rozmiaru, a poza tym wielbię, wdycham, napatrzeć się nie mogę ;).

https://www.vinted.pl/damska-odziez/odziez-sportowa/9837159-nowy-top-sportowy-stanik-nike-z-metkami-czarny-oryginalny-bardzo-elastyczny

niedziela, 14 lutego 2016

Kołowrotek ;]

Wróciłam do zdrowia, wróciłam do życia, wróciłam do wagi, wróciłam do ćwiczeń ;].
Wykreślcie, z czego jestem niezadowolona ;P.

Ogólnie - to było do przewidzenia.
Waga która poleciała przez chorobę i brak jedzenia musiała wrócić wraz ze zdrowiem i powrotem do jedzenia. Ani mnie to nie ucieszyło, ani nie zdziwiło ;].
Ale kiedy wyrzuciłam w kąt węgiel leczniczy - odetchnęłam z ulgą.

Kołowrotek kręci się dalej.
Zupełnie jakby nigdy nie przestał ;)
Dzień, w którym zaczęłam normalnie funkcjonować był cudowny i wspominam go prawie z łezką w oku ;].
Dzień, w którym zaczęłam patrzeć na jedzenie jak na obiekt do jedzenia, a nie z grymasem obrzydzenia - coś wspaniałego.
Dzień, w którym pojechałam na zumbę - wspaniały. Nawet jak żołądek trochę mi skakał i jak byłam zmęczona po jednej piosence :).
Zaś trzygodzinny maraton zumby - był doprawdy bezcenny ;]
A świadomość, że jutro poniedziałek (2 godziny zumby), potem wtorek (jedna) i środa (jedna) napawa mnie niebywałym szczęściem. Znów mogę ćwiczyć, więc jest się z czego cieszyć.
Oczywiście grafik zagryzmoliłam już słowami "siłownia", "basen" i wyżej wymienioną zumbą i wyprałam ręcznie strój do ćwiczeń, rozwieszając wszystkie jego części na kaloryferach, żeby szybciej wyschły. Zaczęłam się nawet szczerzyć na samą myśl o kolejnych pęcherzach na stopach, więc najpewniej osiagnęłam wyższy stopień wyposzczenia od treningów ;).

Aaa, jutro zaczynam też ferie zimowe.
Dwa tygodnie wolnego.
Dwa tygodnie wakacji dla mojego gardła, dwa tygodnie regenerowania zszarganych nerwów.
Akurat ostatni piątek był tak męczący (3 godziny zastępstwa, cztery swoje) i dzieci tak dawały w kość, że chętnie przystanę na propozycję byczenia się w domu, ćwiczenia, czytania wszystkich wypożyczonych książek (stan na dziś: 19, plus jedna, którą obecnie czytam).

Nie chce mi się więcej pisać, bo obecnie jestem na etapie "Więźnia labiryntu" w wersji zarówno książkowej, jak i filmowej, więc każdą wolną chwilę (kiedy nie jeżdżę po Bieszczadach i nie robię wielkich oczu na widok zasp śniegu w Cisnej) spędzam na czytaniu.
No nic.
Idę czytać, śnić kolorowe sny, a potem wpadam w swój ulubiony kołowrotek ;]
Omm, jak dobrze ;]
Miłego!






wtorek, 9 lutego 2016

Rytualny ;]

Rytualny taniec wkoło wyspy został dziś odtańczony ;).
Śniadanie zostało skonsumowane w całości.
Nie przestraszyło mnie moje odbicie w lustrze.
W pracy nie złapałam zadyszki, nawet kiedy weszłam na drugie piętro.
Na lekcji nie musiałam co chwilę siadać na krześle, żeby ochłonąć i ani razu nie zapowietrzyłam się, chociaż długo tłumaczyłam dzieciom tajniki liczb jedno i dwucyfrowych przy tablicy ;].
Ponadto po pracy zrobiłam sobie swój ulubiony objazd bibliotek (mnóstwo opasłych tomisk z szeleszczącymi skandynawskimi nazwiskami), kupiłam w zdrowej żywności jogurt, który o dziwo z apetytem (i z czuciem smaku ^^) zjadłam, a potem poszłam na wieczorny spacer z psem i nie przewrócił mnie szalejący z dużą mocą wiatr ;].
Wprawdzie musiałam sobie fundnąć drzemeczkę w ciągu dnia i wciąż nie mam tego uczucia, że mogę góry przenosić, ale jest dobrze ;)
Skoro szprycuję wpis nieprzyzwoitą liczbą emotikonów - musi być ;P.

Dziś wieczorem jeszcze się oszczędzam.
Czytam "Więźnia labiryntu" równocześnie z "Ręką"  Mankella, słucham "Adore" naprzemiennie z "Stand by You", popijam rooibosa, bo wykończyłam gorzką herbatę i miętę, macham a to nogą w szarym kapciu a to dłonią z wiśniowymi pazurkami i czasami pukam się w głowę, bo z kataru i tego wszystkiego przytkało mi uszy ^^.
Miłego tygodnia wszystkim! ;] ;] ;]

http://zapytaj.onet.pl/Category/026,003/2,23936772,Kto_znajdzie_moja_ulubiona_SM_D_za_dobre_odpowiedzi_dyplomy_i_1_nj_.html