...

...
M.

piątek, 28 października 2016

Leniwy ;)

Lubicie, oj lubicie wynaturzenia ;)
Lubicie ckliwe teksty, lubicie prywatę, lubicie jak wypływa coś emocjonalnego.
Lubicie.
A figę ^^.
Dziś nie będę się wynaturzać.
Dziś będę pisać o niczym.

Dziś mam wolny dzień, luźny i beztroski do granic możliwości.
Jeden z tych, kiedy wstaję kiedy chcę i chodzę po domu w przydługawej koszulce z Kłapouchym aż zdecyduję się wziąć prysznic, a po nim łażę po domu w ręczniku w czarno białe kropki.
Gdybym miała ogrzewanie podłogowe pewnie chodziłabym boso, patrząc jak drobinki kurzu przyklejają mi się do stóp - bo oczywiście dziś nie mam weny do biegania z mopem - ale że nie mam to chodzę w futrzastych skarpetkach.
Też bardzo stylowo.


Dziś mam jeden z tych dni, kiedy idę na łatwiznę.
Kubki piętrzą się w zlewie, kable od prostownicy, suszarki, laptopa i ładowarki splątały się niepokojąco na podłodze, a podłoga choć wolna od kurzowych kotów i błyszcząca od mycia nosi na sobie ślady bytności w postaci porzuconych gdzieniegdzie kapci, skarpetek i chustek.
A ja sobie siedzę.
Siedzę, piszę, nawijam włosy na palce, gotuję warzywa na parze i zupę pachnącą ziołami prowansalskimi.
Nie urządzam generalnych porządków, jakie zrobiłam jakieś dwa tygodnie temu, kiedy po domu fruwały zużyte ścierki i kiedy czas odmierzałam kolejnymi partiami brudnej wody wylewanej do kibla.
Nie robię przemeblowań i remanentów w szafach, garderobie, kuchennych szafkach i książkowych półkach.
Nie wlewam połowy cytrusowego płynu do wiaderka i nie psikam całego domu detergentem w spray'u.
Ostatnio po moim porządkowym szaleństwie, kiedy rozprawiałam się z pajęczynami pod sufitem, pudełkami na ganku i osadem na kuchennych meblach, kiedy wyodkurzałam cały dom wodnym odkurzaczem, wymyłam wszelkie możliwe powierzchnie obrotowym mopem, starłam najmniejsze kurzowe pyłki i kiedy wyrzuciłam połowę połamanego badziewia, ręcznie lepionych mało udolnych (między innymi przeze mnie) garnuszków z gliny, moja mama załamała ręce i pożaliła się, że wyrzuciłam jej ulubione plecione (połamane) koszyczki i żebym więcej nie robiła w domu rewolucji.
Szkoda.
Bo rewolucja przydałaby się niejedna.
Czasami mam wrażenie, że w moim domu mieszka wielodzietna rodzina, bo ilość butów, ubrań i naczyń - naczyń, które nie mieszczą się na półkach, suszarce i szafkach - jest zatrważająca.
W pokoju też mam za dużo badziewia i przyznaję to bez bicia.
Oczywiście pomijając książki i długopisy, bo tych to nigdy nie za dużo.
Ciuchy ostatnio przesiałam i oddałam, niech mają swoje drugie życie.
Ale poza tym na pewno przydałoby mi się zrobić porządek w dokumentach, bo wciąż mam masę papierzysk ze szkoły, ze szlaczkami i poradnikami metodycznymi na czele ;).
Chociaż całkiem szczerze to chyba bardziej podobają mi się domy z klimatem, z lekkim nieładem, rozciągniętym na kanapie kotem niż takie, gdzie wszystko lśni jak w muzeum.

Ostatnie wolne dni spędziłam na odwiedzaniu znajomych, rodziny, zakupach, załatwieniach albo porządkach właśnie, więc teraz jak nie jestem w pracy to głównie nic nie robię.
Pochodzę czasem po koleżankach - do południa! Cóż za burżujstwo - gdzie popijam herbatę z jaśminem albo z pomelo i zakładając nogi po turecku rozsiadam się na krześle, fotelu czy podłodze, w zależności od tego czy plotkuję z przyjaciółką czy z sąsiadką z trójką małych dzieci albo połażę na spacerki z psem.
A jak spacery to też w domowym stylu - nieco flejowato w dresach, które wyglądają średnio wyjściowo, w butach, które zbytnio do dresów nie pasują, w kurtce, która nadaje się do prania i z psem, który jest lekko przypasiony i kudłaty jak niedźwiadek.
Do domu wracam wysmagana wiatrem, z każdym włosem w inną stronę i z psem, który zostawia błotniste ślady łap.
Moje zwierzaki to już w ogóle ewenement i większość dni, kiedy siedzę sama w domu szczerzę się do nich albo sama do siebie, bo jedno przechodzi drugie.
Kotka wspina się wszędzie tam, gdzie wydawać by się mogło wspiąć się nie da, śpi wszędzie tam, gdzie jeszcze nigdy nie spała, a wieczorami biega po domu, chowając się za meblami, zza których błyska ślepiami i poluje na mojego tatę, który nieopatrznie pomacha gołą stopą podczas oglądania wiadomości na kanapie.
Pies chodzi za to krok w krok za mną, liże mnie po rękach i nogach, a najlepiej to już po wszystkim i ciągnie mnie na podwórko za każdym razem, kiedy na zewnątrz jest tak buro, że najchętniej oblałabym niebo tęczą.
Pogoda, niepogoda - to mi akurat wszystko jedno.
Póki co jestem wyspana, zadowolona, odkarmiona sałatą i gotowanymi brokułami.
Póki co oprócz paru incydentów z kofeiną i bąbelkami dalej jestem grzecznie wyciszona.
Póki co powoli wracam na siłownię i bieżnię.

Póki co wrzucam wpis z niepamiętam kiedy, w dzień, kiedy miałam zajęcie non stop, bo przez dom przewinęło się 13 osób, w tym troje małoletnich, a jedno, najmłodsze z nich bawiłam od rana, zgrywając ogarniętą ciocię.
Aaa, póki co ostatnio mi się ostatnio gadać, stąd pewnie lekka awersja do pisania i cisza na blogu.
Myślę, że po elaboratach, dygresjach, codziennych wpisach i zdaniach wielokrotnie złożonych to miła odmiana ;).









piątek, 21 października 2016

Pół żartem, pół serio o... mojej siostrze ;)

Ma wiele wspaniałych cech, a są nimi między innymi fakt posiadania genialnego tuszu do rzęs marki Astor, który ukradkiem używam, odkrycie w drogerii pianki do kąpieli Nivea, bez której teraz nie wyobrażam sobie prysznica i umiejętność palenia w piecu, której ja niestety nie posiadłam.
Podobnie jak ja ma niebieskie - choć ładniejsze, bo większe - oczy, nie ufa facetom i patologicznie uwielbia naszą kotkę.
Poza tym oprócz tych samych rodziców w zasadzie nie mamy cech wspólnych.

Zbierałam się z tym wpisem od jakiegoś czasu, czekając na jakiś impuls i owy impuls nadarzył się dziś rano. Najpierw, kiedy pokazałam An. efekt moich prostych i lśniących od keratynowej prostownicy za prawie dwie stówy włosów, a ona popatrzyła na mnie lekceważąco i powiedziała: "Nie podobasz mi się w prostych włosach". Następnie kiedy szykując się do pracy zarzuciła na kuchenną wyspę thriller, który wylądował koło mojego kryminału i zaczęła jeść kukurydziane płatki, kiedy ja kończyłam jeść swoje. No, a potem jak zobaczyłam, że mamy takie same buty plus ona sweter, a ja bluzę w paski ;].

Moja siostra jest ode mnie starsza o dwa lata, dwa miesiące i dwa tygodnie.
Większość życia wpajała mi, że zostałam podmieniona w szpitalu.
Wyśmiała mnie, że maturę zdałam na same piątki, wiecznie wypomina mi, że w dzieciństwie musiała mi ustępować, nie rozumie mojej obsesji na punkcie figury.
Za każdym razem kiedy pyta mnie czy mam coś dobrego do czytania przepełnia mnie duma.
Dzięki mnie nauczyła się jeść awokado i czytać thrillery.
Kiedy zaczynam za dużo mówić w rozmowie, wygania mnie z pokoju wywracając oczami, ale wieczorami kiedy przechodzę potem koło jej pokoju widzę, że czyta mojego bloga.
Zawsze dostaję od niej smsowe wirtualne kopniaki na szczęście w ważne dla mnie dni, zawsze warczy na mnie jak nie ma humoru i zawsze drze ryja, kiedy przypadkowo buchnę jej suszarkę do włosów.
Ostatnio wzięło ją na rozmowy i zwierzenia i przychodzi do mojego pokoju, kiedy wyjątkowo nie chce mi się gadać albo kiedy mam wenę i piszę.
Nigdy nie udało nam się skoordynować cykli ani dogadać w kwestii temperatury w pokoju.
Czasem syczy tak umiejętnie, że jestem pełna podziwu dla sprawności jej języka.
Do dziś pamiętam, jak zasmarkałam jej chabrowy ręcznik, kiedy wylałam z siebie wiadro łez po kłótni z tatą i ile nerwów zjadłam kiedy uczyłam się jeździć samochodem pod jej kuratelą.
Mamy parę wspólnych tajemnic i wiem, że nigdy w życiu nie wypłyną one na wierzch.
Rozumiemy się na etapie podświadomości, często podobnie myśląc i mówiąc to samo równocześnie, dodatkowo moja siostra posiadła zdolność rozumienia mnie, kiedy próbuję wyartykułować słowo z ustami pełnymi herbaty, co uważam za zdolność paranormalną. 
Obie denerwujemy się, kiedy ludzie mówią, że wyglądamy jak bliźniaczki, obie wzajemnie narzekamy na siebie do ludzi, ale kiedy ktoś mówi źle na jedną z nas - jesteśmy go w stanie podrapać.
Raz doszło między nami do rękoczynów i w ferworze walki wyrwałyśmy sobie po kępce włosów plus stłukłyśmy mamie filiżankę. Dziś płaczemy ze śmiechu jak to wspominamy.
Jakiś czas temu kupiła mi śliczną miętową sukienkę. Przynajmniej raz w tygodniu wyciągam ją z szafy i podziwiam ^^.
Jest jedną z niewielu osób, której wysyłam gwiazdkowo - dwukropkowe buziaki i której mówię, że ją  kocham, nawet jeśli to "kocham" ocieka jadem.
Zdumiewająco szybko umiemy się kłócić, godzić, przepraszać i przechodzić do porządku dziennego po wyzywaniu się przy użyciu słów mocno nieprzyzwoitych.
Czasami myje za mnie naczynia, nigdy nie przynosi mi ręcznika do łazienki jak zapomnę go zabrać pod prysznic i w desperacji wołam jej imię i regularnie kradnie mi lakiery do paznokci, co irytuje mnie nawet pomimo tego, że praktycznie ich nie używam ;).
Jako dziecko rzucałam na nią pająki, dzięki czemu dziś obie mamy arachnofobię.
Uwielbiam ją za to, że mogę przez nią ćwiczyć techniki relaksacji, mediacji i dyskusji, kiedy usiłuję uspokoić się oddychaniem i nie dopuścić przy tym do tego, żeby z uszu buchnęła mi para ze złości.
Dzięki niej miałam przetarte szlaki do malowania rzęs, chodzenia na imprezy i wychodzenia na noc do koleżanek.
Nie wymieniłabym jej na żadną inną siostrę ani brata.
Noo... Chyba, że brat byłby starszy, pozwalałby mi się dusić, kiedy miałabym na to ochotę, miałby przystojnych kolegów i nauczyłby mnie wreszcie porządnie trzymać gardę.
Umie powiedzieć mi kiedy wyglądam w czymś źle i kiedy ubiorę coś, w czym wyglądam beznadziejnie.
Doskonale wie, kiedy ktoś mi się podoba.
Jak ją ładnie poproszę, robi mi czarne kreski na górnej powiece.
Udaję, że złości mnie, że przywłaszczyła sobie moją niebieską bluzę, choć tak naprawdę wygląda w niej ładniej niż ja.
Ma też dłuższe nogi i chudszy tyłek, którego jej zazdroszczę, umysł bardzo ścisły i charakter bardzo wredny, za który też ją uwielbiam ;).
Zawdzięczam jej jedne z pierwszych lekcji uświadamiania i umiejętność pisemnego dzielenia.
Powiedziała mi kiedyś bardzo ważną, powiedzmy że życiową wskazówkę, ale musielibyście mnie pokroić, żebym ją Wam zdradziła ;).
Kiedy wróciłam z koszar nadmuchała mi 44 balony. Ja pewnie porzygałabym się przy trzecim.
Rozumie mnie, kiedy mówię, że nie umiem rozmawiać o uczuciach.

Na pewno wymyśliłabym jeszcze mnóstwo innych rzeczy, ale mogłoby się jej od tego poprzewracać w du***, a wystarczy że ja mam przewrócone ;).
Poza tym każde słowo na moim blogu kosztuje, nie wspominając o moim czasie, no i nie powiem, kto zwykle narzeka, że piszę za długie posty ^^ .


wtorek, 18 października 2016

Szary, bury, kolorowy

Jak napiszę coś krótkiego - przesuwacie kursorem w dół zdziwieni, że to koniec wpisu.
Jak napiszę coś długiego - nie chce się Wam czytać.
Jak napiszę coś głębokiego i refleksyjnego - myślicie, że coś mi się stało; najpewniej że spotkał mnie zawód miłosny, deszcz meteorytów czy inne nietypowe zjawiska pogodowe ;)
Jak napiszę coś głupiego to wchodzicie tłumnie jakby ktoś Wam za to płacił.
Jak napiszę coś dobrze - jakoś Was, kurde nie widzę!
Jak mam o czym pisać to najczęściej o tym nie piszę, bo ja generalnie najchętniej piszę o niczym.
Jak nie mam czasu to strasznie ciągnie mnie do stukania w klawiaturę.
Jak mam czas to z kolei nie mam weny.
Jak mam wenę to jestem w stanie znaleźć czas nawet jak go nie mam.
Jak nic nie napiszę - myślicie, że jestem chora albo zostałam porwana.
A prawda jest taka, że jak nic nie piszę to znaczy, że mi się pisać nie chce ;P.


Czasu mam ostatnio coraz więcej, bo zaczęłam pracować w systemie dzień, noc, dwa dni wolne, ale żebym posiedziała choć chwilę na tyłku - nie ma opcji. Czyli bez zmian - głównie latam i nie grzeję zbyt długo żadnego miejsca.
Zaczęłam za to wreszcie nadrabiać towarzyskie znajomości i wszyscy wkoło są zadowoleni, że ich odwiedziłam, wpadając do ich domów z impetem i wyszczerzem na ustach. Bo na szczęście wyszczerz i żywiołowość mi już wróciła i ani nie przymulam ani nie przysypiam. O szkole też staram się już nie przynudzać. Noo, prawie ;).
U osiemdziesięciozhaczkiemletniej cioci ucięłam sobie pogawędkę o karabinach i czyszczeniu broni, u przyjaciółki zrobiłyśmy sobie salonik makijażu ("Co Ty jej robisz?! - spytał się 11letni podopieczny, widząc jej manipulacje z eye linerem i mnie siedzącą sztywno jak matrona na fotelu), kuzyna wyprzytulałam, dusząc go lekko od tyłu, a babcię prawie oplułam ze śmiechu, kiedy spytała: "A na tej Policji to Ty siedzisz w biurze, prawda?"
Przede wszystkim jednak staram się więcej przebywać w domu i poza zumbą albo momentami zrywów, kiedy to wypadam z domu późnym wieczorem i biegam, wieczory spędzam w pokoju.
I ach, ach, jak ja wtedy nic nie robię ;)
Prześcieradło aż mi się ściąga od tego kręcenia się bez celu, zmian pozycji i wykładania nóg po poddaszu, kiedy czytam, a czytam bardzo chętnie, bardzo dużo i bardzo często.
Od kodeksu wykroczeń po ukochane thrillery, które ostatnio dawkuję sobie bez limitu, a jak thrillery to same najlepsze.
Tak więc ostatnio zagłębiłam się w mroczną, zimną i ciemną Finlandię Thomsona tylko po to, by za chwilę przeskoczyć z niej do rozedrganego od upału francuskiego powietrza Becketta i nie potrafię powiedzieć, który klimat wciąga mnie bardziej - ten upiornie mroźny czy upalnie ciężki. I jeden i drugi wyjątkowo mi podchodzi. No, jak to thrillery z klimatem, jak to thrillery najlepszych z najlepszych i jak to thrillery pisane przez facetów ;). Ledwo odłożyłam jedną, a złapałam drugą książkę Becketta, która oprócz tego, że trąciła lekkim melodramatem była całkiem znośna, a że tuż po niej wzięłam się za thriller z niesztampową i niewpasowującą się w opis kobiety idealnej detektyw Verą Stanhope - można powiedzieć, że jestem czytelniczo spełniona i usatysfakcjonowana. Plus wiecie też jak radzę sobie z większością ponurych dni. No, ponure to one są. W dodatku zimne, bure i mokre.
Szarówka za oknem nie jest może zbyt zachęcająca, za to na zdjęciach wygląda całkiem całkiem, podobnie jak szereg szarych gołębi, skulony czarny kotek tylko trochę większy od mojej pięści i czarne parasolki paradujące po skąpanym w deszczu mieście, które też udało mi się uwiecznić. A może to tylko mi się podobają takie zdjęcia, które generalnie nic nie przedstawiają i są bardziej szare niż ja. Bo oczywiście mimo pogody ja i tak ubieram się cała w szarości, decydując się jedynie na cztery jej odcienie.
Dół od piżamy mam tylko kolorowy. Różowy - o zgrozo. No i rękawiczki czasem założę w kolorowe paski. Aaa, no i jeszcze te nieszczęsne balony w pokoju. Si, nadal je mam. Wprawdzie o połowę mniej, ale jednak. Ale może właśnie w tym szaleństwie jest metoda, że bojkotując mgliste poranki i ciemne wieczory ja mogę obserwować jak 19 balonów zaczyna nagle fruwać po pokoju, kiedy moja kotka wpada do niego niczym perszing i zaczyna je trącać łapką albo jak 19 balonów obija się o ściany, kiedy ja wpadam do pokoju z odkurzaczem... ;).

PS Ostatnio zrobiłam się trochę mniejmówna i większość zdań kwituję krótkim: "Konkrety", więc nie dziwcie się, że nie chce mi się bajkopisarzyć ;).





























sobota, 8 października 2016

Dla zdrowia mózgu ;]

Dla zdrowia mózgu rozwiązujemy krzyżówki i łamigłówki.
Dla zdrowia mózgu jemy orzechy.
Dla zdrowia mózgu nie myślimy za dużo.
Dla zdrowia mózgu staramy się codziennie wykonać jakąś powszechną czynność ręką, która nie jest naszą ręką dominującą (Level 1 - gasimy światło lewą ręką, Level 2 - otwieramy drzwi, Level 3 - jemy obiad, Level 4 - sprzątamy biurko, Level 6 - piszemy).
Dla zdrowia mózgu nie zakochujemy się. Chyba że robimy to z głową. I najlepiej ze wzajemnością.
Dla zdrowia mózgu wąchamy olejek rozmarynowy i zapach lawendowy.
Dla zdrowia mózgu nie przejmujemy się ludźmi.
Dla zdrowia mózgu idąc, nie patrzymy w ziemię tylko rozglądamy się na boki.
Dla zdrowia mózgu robimy to co lubimy robić.
Dla zdrowia mózgu robimy czasem coś głupiego, żeby miał rozrywkę.
Dla zdrowia mózgu śpimy przyzwoitą ilość snu na dobę. A jak nie śpimy to robimy:
a) coś fajnego,
b) coś głupiego,
c) coś innego,
d) coś co stymuluje ogólną koordynację ruchową.
Przykłady? Może lepiej bez.
Dla zdrowia mózgu czytamy. Lepiej coś mądrzejszego niż mój blog ;].
Dla zdrowia mózgu gramy w "Kamuflaż". Tylko mniej namiętnie niż ja, bo za chwilę będzie to świadczyło o uzależnieniu.
Dla zdrowia mózgu liczymy w pamięci.
Dla zdrowia mózgu chodzimy z zamkniętymi oczami (*jeśli ma nas kto prowadzić, pilnować, pilotować albo wyciągać z błota).
Dla zdrowia mózgu jemy zielonolistne warzywa, kolorowe owoce i ciemne pieczywo.
Dla zdrowia mózgu dostarczamy sobie dużo przyjemności.
Dla zdrowia mózgu układamy puzzle.
Dla zdrowia mózgu próbujemy coś zapamiętać metodą skojarzeń. Nazwiska na przykład ;].
Dla zdrowia mózgu śpimy przyzwoitą ilość w nocy i czasem ucinamy sobie nieprzyzwoitą drzemkę w ciągu dnia.
Dla zdrowia mózgu unikamy nudy i rutyny.
Dla zdrowia mózgu dotleniamy go podczas ćwiczeń fizycznych.
Dla zdrowia mózgu robimy często coś nowego i nie boimy się zmian.
Dla zdrowia mózgu podejmujemy wyzwania.
Dla zdrowia mózgu zapamiętujemy sny.
Dla zdrowia mózgu zwracamy uwagę na szczegóły czyjegoś wyglądu.
Dla zdrowia mózgu notujemy informacje za pomocą grafów, symboli, rysunków.
Dla zdrowia mózgu wchodzimy tyłem po schodach (a jak robimy to publicznie to zachowujemy powagę na widok czyichś min).
Dla zdrowia mózgu uczymy się żonglowania albo gry na instrumentach.
Dla zdrowia mózgu śpiewamy. Jeśli umiemy albo jak mamy wyrozumiałych sąsiadów.
Dla zdrowia mózgu wygłupiamy się i robimy coś spontanicznie.
Dla zdrowia mózgu rysujemy albo przynajmniej kolorujemy.
Dla zdrowia mózgu kreślimy w powietrzu ósemki dłonią z wyprostowanym kciukiem. I nie wytłumaczę Wam tego, bo w sumie nie wiem o co w tym chodzi ;P.
Dla zdrowia mózgu chłoniemy świat wszystkimi zmysłami.
Dla zdrowia mózgu synchronizujemy obie półkule, rysując równocześnie jedną i drugą ręką.
Dla zdrowia mózgu pozwalamy innym robić masaż naszej głowy, żeby pobudzić neurony do pracy.
Dla zdrowia mózgu kreślimy barwne esy floresy podczas rozmowy telefonicznej, liczymy czerwone samochody w trasie, liczymy wspak idąc na spacer, zapamiętujemy czyjeś pesele, numery telefonów i daty urodzenia.
Dla zdrowia mózgu śmiejemy się dużo, szczerze i głośno.
Dla zdrowia mózgu jemy awokado.
Dla zdrowia mózgu nie hamujemy swoich emocji.
Dla zdrowia mózgu bawimy się w skojarzenia, pisanie słów na czyichś plecach i słowotwórstwo.
Dla zdrowia mózgu (i lekkiej jego dezorientacji) kręcimy się na karuzeli.
Dla zdrowia mózgu rozwijamy obie jego półkule, robiąc kilka rzeczy równocześnie obiema rękoma i myśląc przy tym o stu innych czynnościach.
Dla zdrowia mózgu odpoczywamy.
Dla zdrowia mózgu robimy to co chcemy. Jeśli nie jest to niemoralne albo nielegalne ;).
Dla zdrowia mózgu czasami dajemy się ponieść wyobraźni. Albo chwili.
Dla zdrowia mózgu rozpieszczamy się albo dajemy się rozpieszczać innym.
Dla zdrowia mózgu ćwiczymy równowagę chodząc po murkach.
Dla zdrowia mózgu szukamy kreatywnych pomysłów i alternatywnych rozwiązań.
Dla zdrowia mózgu czasem nic nie robimy.
Dla zdrowia mózgu idąc do pracy wybieramy za każdym razem inną trasę.
Dla zdrowia mózgu uczymy się nowych rzeczy, języków, słów piosenek.
Dla zdrowia mózgu rozwijamy wyobraźnię.
Dla zdrowia mózgu nie przejmujemy się głupotami.
Dla zdrowia mózgu myślimy nieszablonowo i nieschematycznie.
Dla zdrowia mózgu pijemy zieloną herbatę.
Dla zdrowia mózgu szukamy sobie oryginalnych pasji, zabawnych znajomych, inteligentnych partnerów.
Dla zdrowia mózgu myślimy pozytywnie. Powinnam tu dać jakiś pozytywny emotikon, ale mi się nie chce. O i:
Dla zdrowia mózgu staramy się nie robić nic na siłę i wbrew sobie.

Dla zdrowia mózgu przede wszystkim jednak go używamy, czasami wyłączamy, żeby włączyć przycisk podświadomości i kierować się intuicją, czasem go ćwiczymy, czasem męczymy, a czasem dajemy mu odpocząć.
Bo jakby nie było, dla zdrowego mózgu jak dla wszystkiego innego najlepsza jest zdrowa równowaga, odrobina dystansu i lekkie przebłyski niezaplanowanego szaleństwa.

Finito.
Teraz idę walnąć się między kocyki i wyłączyć myślenie.
To to dopiero robi mózgowi dobrze ;]








środa, 5 października 2016

Koszarowe ;)


Pierwszy dzień:
Pierwsze co widzimy to wysokie szare mury z drutem kolczastym.
Pierwsze co wita nas w progach jednostki to śnieg. Porządny, marcowy śnieg ze wszystkimi możliwymi przymiotnikami, z tymi „mokry”, „zacinający”i „dokuczliwy” na czele.
Pierwsze o czym myślę - mam spakowane pachnące markery, Stoperan i plastry na odciski, a nie mam zimowej czapki. 

To co najbardziej zapada mi w pamięć to ciągnięcie tobołów na drugi koniec jednostki, powiewająca na mojej szyi łososiowa chustka w jaskółki plus smarki lecące mi z nosa. 
I kolega, który pomaga nieść moją torbę, zarzucając mi równocześnie kaptur na głowę. Potem jest stanie w kolejce, żeby dostać naręcze białej pościeli, wprowadzanie się do pokoju, radosne podniecenie, poznawanie współlokatorki, układanie kosmetyków w łazience oraz  wieczorny apel, na którym ścigają nas i na nas krzyczą, a my stoimy jak sieroty pod ścianą, bo po całym dniu jazdy i przemarznięciu nie wiemy co się dzieje. 

MARZEC

Tydzień I
Próbujemy ogarniać to, co jest do ogarnięcia. Byłam przygotowana na szok, więc szoku nie przeżywam. Nie rusza mnie jak ktoś na mnie krzyczy, nie stresuje mnie atmosfera, nic nie robi na mnie wrażenia. W tryb szkoły policyjnej wślizguję się idealnym niemalże ślizgiem – jestem spokojna, wręcz wyluzowana. Łapię dobry kontakt z ludźmi, mam dobry nastrój, wszędzie mnie pełno. Łapię też dużo opierdzieli, ale zasadniczo opierdziel można dostać za wszystko, więc kto jak nie ja ;).
Najwięcej problemów sprawia mi szeroko rozumiane „ogarnięcie się”. Fakt, że od rana do nocy jest jedna wielka gonitwa. Że rano wstaje się skoro świt, zakłada na siebie strój sportowy i leci na zaprawę, żeby szczękać zębami robiąc pompki. Fakt, że potem trzeba zrobić błysk w pokoju, odpicykować się w mundur (buty wypastowane, guziki zapięte, kołnierzyki, rękawki, te sprawy), gonić na apel, na zajęcia, z zajęć na zajęcia w parę minut, uwzględniając ubranie kurtki i poprawienie się, żeby jakoś wyglądać. Fakt, że jest w huk pisania, w huk biegania i w huk nowych zasad, reguł, obowiązków.
Pokój ma wyglądać, jakby nikt w nim nie mieszkał, my mamy zachowywać się jakby nas nie było. Złota zasada – umiejętność kamuflażu, dostosowania się i wykonywania poleceń. Spodnie od munduru wyłażą, pasek spada, rękawy się zsuwają, sznurówki rozwiązują. Wszyscy czegoś od nas chcą, a nikt do końca nie wie czego.

Jestem lekko rozpuszczana przez facetów.
Okej.
Jestem przez nich mocno rozpuszczana.
Jestem najmniejszą dziewczyną na bloku, jestem bezpośrednia i mam duże cycki.
Koleżanka twierdzi, że mam z facetami za dobrze. Wzruszam ramionami. Podchodzę tak do tego pewnie dlatego, że nie szukam chłopaka, więc kolegów potrzebuję głównie do tego, żeby kupowali mi ciemne bułki, przynosili jabłka ze stołówki i zgrzewki wody z supermarketu. Ciężkie zakupy też chcą mi nosić, choć przed tym się akurat wzbraniam. Ja mam być silna i niezależna, si? ;]
Mniej wzbraniam się jak ściągają mi pościel z szafy i zabijają pająki.
Kiedy kolega wszywa mi guzik do munduru i oferuje, że powiesi mi pranie, czuję się prawie jak w haremie. Jeszcze tylko wachlowanie palmą i drink z parasolką i będzie high life.

Tydzień II
Nie mam czasu na codzienne prostowanie włosów. Dobrze, że wciąż mam czas je codziennie myć. Gwałcę wszelkie normy przyzwoitości w kwestii higieny – do plecaka, w którym są już przepocone legginsy i buty, w których biegałam sześć kółek wkoło stadionu wrzucam luzem bułki. Nie myję owoców przed jedzeniem. Piję z czyjejś butelki, jem co popadnie. Nie mam żadnych aftów, pasożytów, bóli brzucha.
Na szkole zaczyna się pierwsza fala kontuzji albo ich nawroty, choroby i problemy. Dobrze idzie mi test sprawności, choć bieganie w marcowe popołudnie kiedy jest się mokrym od potu jest średnio fajne. W dzień łapię pozytywne oceny za bieganie, kopertę, piłkę lekarską i brzuszki, wieczorem łapię „wilka”. Współlokatorka bierze L4 i jedzie do domu, mnie rozkłada w nocy gorączka stawiająca na nogi dyżurnego bloku, po którego dzwonię, żeby ratował mnie rozgrzewającą maścią uśmierzającą ból pleców. W nocy leżę, zdycham, chłonę Bangaya i gorączkuję. Rano nie jestem w stanie zwlec się z łóżka. Idę do lekarza, dalej gorączkuję, wciąż ledwo żyję. Jestem załamana, że w drugim tygodniu szkoły ja się sypię. Dowódca mnie uspokaja, wszyscy koło mnie skaczą, drzwi od pokoju się nie zamykają, a ja gnębię wszystkich, żeby smarowali mnie maścią, bo bez niej mam ochotę gryźć wszystkich wkoło z bólu. Śpię w kombinezonie do spania, funkcjonuję na furaginie i uzależniam od Bengay’a, którego zapach szybko staje się znakiem rozpoznawczym mojej skromnej osoby.
Słowo klucz: Bengay!

Do dyżurnego bloku:
- Możesz na chwilę do mnie przyjść? Proszę… Okej, masz, trzymaj tę maść. Jestem chora i mam gorączkę. Strasznie bolą mnie plecy – to chyba nerki. Jak nie posmarujesz mnie maścią to zemdleję, bo tak lubię zrobić jak mam gorączkę. Szszszsz (tak zsuwa się mój aseksualny kombinezon do snu w skandynawskie wzorki). Ooo. Mmm. O, tak. Boże, jak dobrze. Dziękuję. Jestem dozgonnie wdzięczna. Możesz już iść.
-…
Tydzień III i IV
Wdrążamy się.
Czuję się dobrze, choć wciąż jestem na lekach, maściach rozgrzewających i pasach cnoty. Codziennie rano zaprawa. Codziennie rano smarki ciekną mi z nosa, kiedy biegamy o szóstej po placu apelowym. W ciągu dnia dalej jest dużo biegania i coraz więcej nauki. Z dnia na dzień trzeba przyswoić masę wiedzy. Ciągle jest coś do roboty. Codziennie kładę się spać późno, zasypiając nad notatkami. Rano wstajemy po piątej i zaczynamy bieganie – od zaprawy, na stołówkę, do szkoły, na obiad i na blok. Mniej więcej wiemy już o co chodzi.
Włącza mi się gastro. Ja nie jem – ja wpier***am. Wszyscy się ze mnie śmieją, bo non stop ruszam żuchwą. Zdaję sobie sprawę, że jedząc na obiad ziemniaki nie dobijam do ustalonej dziennej kaloryczności diety, więc po zajęciach wpylam bakalie i wysokokaloryczne wegańskie batony na bazie karobu i kokosu. Dzień bez gorzkiej czekolady uważam za dzień stracony, Karotka wchodzi mi jak woda, ruszam ustami przez sen.
Jestem albo pobudzona albo przymulona. Jestem apatyczna albo narwana. Jest mi zimno albo gorąco. „Mam gorączkę” mówię bardzo często, a temperatura nie podskakuje mi powyżej moich hipotermicznych 35,5. Albo się śmieję albo nie odzywam. Albo gadam albo zamykam się w sobie. Jestem tak zmęczona, że się nakręcam, jestem tak nakręcona, że męczę innych. Dalej jestem pozytywna, wesoła i lekko nieokrzesana.

Zaczynam myśleć i marzyć o bardzo prozaicznych przyjemnościach tego świata. Łóżko i biała szpitalna pościel urasta dla mnie do rangi luksusu. Prysznic to synonim szczęścia.
Kupuję więcej bielizny niż w całym swoim życiu. I nie – nie jest ona termoaktywna. Kupuję obcisłe spodnie z Calzedonii, tonę kosmetyków, perfumy i bieliznę; chodzę w mundurze, wypacam z siebie Kleina łamane na męski śmierdzący pot z mocno sponiewieranych kasków do MMA, a pastelowe kolory bielizny ładnie wyglądają, ale w szufladzie.
Na szkole czuję się jak u siebie w domu.  Paraduję po korytarzu w piżamie, po pokoju chodzę w ręczniku, przy współlokatorce w bieliźnie.
Słowo klucz: prymitywne.
Motto:  „Kilka silnych cech, prostych zasad garść”.













 


                      
                                                                                                                                                                                                                               


KWIECIEŃ/MAJ
2 miesiąc:
Łapię pała za pałą.
Pierwsza jest szokiem. Autentycznym, głębokim szokiem. Chyba nigdy w życiu nie dostałam jedynki. Otrząsam się. Uczę się, nic mi nie wchodzi do głowy, mozolnie robię notatki, chodzę poprawiać. Skończyło się bycie prymuską i dostawanie piątek za aktywność. Nie ma dodatkowych referatów, nie ma stypendium naukowego. Na zajęciach wodzę wkoło nieprzytomnym spojrzeniem, myśląc o tym, że jestem zmęczona, po zajęciach nie mogę się skupić na nauce, bo jest mi za głośno. Rano wstaję bez problemu, ale w ciągu dnia zasypiam na siedząco. Jestem wiecznie senna i wiecznie głodna. Przybieramy ze współlokatorką inną metodę – po zajęciach rozbieramy się z munduru i wskakujemy do łóżek. Śpimy do dwóch godzin, uczymy się do nocy. Zasypiam wśród szelestu notatek, z kodeksem pod głową. Nic nie wiem, nic nie umiem, nic nie ogarniam, nie wiem jak się nazywam.  Nie jestem już spokojna ani wyluzowana.
I chyba lekko się „wyślizguję” z tego idealnego stanu przystosowania się do nowego otoczenia…

Jest mi strasznie zimno, bo przestali palić w piecu. W nocy telepię się z zimna, śpię w getrach i termoaktywnej (*za niedługo mój blog będzie wyszukiwany po wpisywaniu "termoaktywny" w wyszukiwarkę ^^) bluzce pod polarową piżamą. Zastanawiam się, który z kolegów nie dostałby zawału gdybym weszła mu do łóżka szczękając zębami i spytała, czy położy się ze mną na pozbawioną erotycznego wydźwięku „łyżeczkę”. Nie wcielam planu w życie. Szczękam zębami, zasypiając w bluzie i rękawiczkach do biegania.
Suplementuję magnez. Suplementuję potas. Suplementuję witaminę C. Neosine jem jak cukierki. 

Dostajemy przywileje. Nie musimy wszyscy chodzić plutonem, możemy chodzić na kolacje w cywilnych ubraniach. Na wieczorny apel też nie musimy już wdzierać się w moro. Ogarniamy się. No, może ja nie do końca ;) Wiemy, co możemy a czego nie możemy. Co robić, czego nie. Kiedy się odzywać, a kiedy zatkać. Wiemy kto, co, jak i gdzie.

Zaczyna mnie nosić z braku słowa czytanego. Pod koniec drugiego miesiąca buntuję się i biorę do plecaka książkę. Przed porannym apelem udaje mi się uczknąć pół strony, przed zajęciami drugie pół. Jestem załamana. Nie dość, że moja pamięć i zdolność koncentracji leży to jeszcze nie mogę sobie poczytać… Książkę wlekę ze sobą wszędzie; czytam na przerwach i na stołówce. Ludzie zaczynają się na mnie dziwnie patrzeć.
Pod koniec dnia mam przeczytane 80 stron. 

Kolega podaje mi i koleżance z pokoju wojskowy sposób na pastowanie butów (lśnią jak światełka na choince), ściereczki do mebli świetnie sprawdzają się do polerowania baterii w łazience, lustro genialnie myje się zmiętą kulką szarego papieru marki Serwus, a bieliznę można śmiało suszyć na drążku w szafie (oprócz tego, że później lekko trąci stęchlizną). Wszywam gumki do nogawek spodni od munduru, więc przestają mi wyłazić jak flei. Drobne elementy garderoby suszymy ze współlokatorką na lampce, przy której wkuwamy w nocy przepisy. Rozlaną przed wyjściem z pokoju herbatą myjemy podłogę ("Mmm, co to za płyn do podłogi?" "Yyy, herbaciano - cytrusowy"). Kubki myję pastą do zębów. Kurzowe koty zbieramy w pięć sekund. Wychodzimy z pokoju na czworaka, polerując podłogę mokrymi chusteczkami.
Perfekcyjna pani domu przy nas wymięka.

Jestem bardzo mało aktywna. Myślę, że gdybym miała faceta, byłabym tak samo pożyteczna jak zakaz nawracania na drodze jednokierunkowej. Kiedy zalegam w łóżku, przypominam zwłoki. Aż się dziwię, że nikt nie szturcha mnie kijem, żeby sprawdzić czy jeszcze żyję. Codziennie śpię w ciągu dnia. Na zajęciach powieki kleją mi się jak szalone, więc uczę się jak maskować się za czyimiś plecami, żeby dotrwać do końca lekcji, a na przerwie w gorączkowym tempie chlapię twarz zimną wodą. Po zajęciach wpadam na blok i rozbieram się już od drzwi. Do łóżka wpełzam, od razu zasypiam, śpię jak nietomna, jak ktoś wejdzie do pokoju to z nim rozmawiam.
Ponoć.

Przestaję chodzić na śniadania i kolacje. Rano ogarniam sobie płatki na mleku sojowym, wieczorem idę do supermarketu i robię sobie sałatki, ku zgrozie współlokatorki, że jem w pokoju. Napycham się sałatą, popijam Karotką. Jem mizerię na śmietanie i bułkę z twarożkiem.
- Czy ta zupa jest na mięsie? Na kości? Na rosole? (do kucharki)
- Czy możesz mi sprawdzić czy w tej zupie nie pływa jakieś mięso? Skwarki? Boczek? Kiełbasa? (do kogoś, kto ma przed sobą głęboki talerz).
Po drugim miesiącu zaczynam jeść zupy. Wali mi czy kucharka kłamie czy nie. Jak w talerzu nie pływanic doniedawnażywego i tłustego – jem i oblizuję się jak kot po śmietance.

Nie orientuję się, że już jest ciepło i że są truskawki. Dziwię się widząc ludzi w szortach. To już? Już jest ciepło? Ja wciąż śpię w kombinezonie.
Powoli przestaje interesować mnie świat zewnętrzny. Często rozmawiam z mamą i siostrą na zasadzie: „Ty mów, ja będę udawać, że słucham i że mnie to interesuje”. Tak naprawdę interesuje mnie jedno – spanie. Jestem tak chronicznie niewyspana, że jestem w stanie zasnąć wszędzie, o każdej porze, w każdym miejscu, w każdej pozycji. Rozmawiając z mamą przez telefon chcę jej przypomnieć o nakarmieniu szynszyla. 

Szynszyl nie żyje od roku.

















MAJ/CZERWIEC:
3 miesiąc:
Już nie pomaga chlapanie oczu wodą. Zasypiam na zajęciach. Jestem półprzytomna, ledwo żywa, bardzo, ale to bardzo nieogarnięta. Funkcjonuję ni to na pół śnie, ni to w trybie lunatycznym. Zaczynam się zastanawiać, czy naprawdę byłam nauczycielką i czy miałam wysokie IQ. Raczej nie robię zbyt inteligentnego wrażenia. Nie z tym otępiałym spojrzeniem. Nie z niekontaktowaniem. Nie z rozkojarzeniem. Czasem uda mi się wydukać coś mądrego na zajęciach. Jestem w szoku. Inni też.
- Mamo, ja tu robię za tumana…
Siostra zachodzi się ze śmiechu i puka się w czoło.
- Jesteś typowym mięśniakiem – tępakiem. Wymiatasz jak trzeba biegać, nie umiesz się uczyć. Hahaha!

Wymiatanie kończy się kiedy zaczynają się techniki walki.
- Nie masz masy, siły, techniki i charakteru – słyszę codziennie.
Muszę pokazywać i udowadniać, że umiem, mogę, chcę i potrafię.
Nie zdaję egzaminu z TI. Na poprawce boksuję się z koleżanką na 90%. Ona jednym ciosem sprawia, że czuję jak mózg obija mi się o czaszkę, ja kopię ją jak opętana. Ona dosiada mnie w parterze aż zapiera mi dech, ja młócę ją rękami jak powalona. Kaski nam się przekrzywiają, włosy wpadają do zziajanych ust. Jesteśmy koloru świeżego soku z buraku. Obie zdajemy.
- No. Masz charakter. Jednak jest z Ciebie mały zadzior – mówi prowadzący, kiedy dyszę, spływam potem i ledwo oddycham.

Na szkole śpię w kombinezonie choć w sumie jest już ciepło  - w domu śpię nago. Na szkole jestem przymulona – w domu chodzę po ścianach. Na szkole jestem nieogarnięta – w domu jestem normalna.
Poprawiam większość ocen. Jak poprawię jedną pałę – dostaję kolejną z innego przedmiotu.
Mam masę siniaków. Na rękach, przedramionach, udach, nogach. Boli mnie prawy nadgarstek. Boli mnie lewy nadgarstek. Bolą mnie oba kolana, prawe ucho, lewy jajnik. Boli mnie głowa, boli mnie gardło, bolą mnie ósemki. Bolą mnie plecy. Gorączkuję.
Do domu wracam jak dziecko wojny. Potłuczona. Posiniaczona. Z milionem ranek to tu, to tam.
I z antybiotykiem.
- Może to nie pęcherz? Może to nerki? Może rwa kulszowa? Może korzonki?
- Nie. To nie to.
- A co?
- Nie wiem. Może coś z związanego z brakiem mózgu…?

 (Zdjęcia obrażeń na rękach i przedramionach usunęłam. Wyglądały okropnie ^^).




CZERWIEC/LIPIEC:
4 miesiąc:
Nie zdaję egzaminu z kajdankowania i posługiwania się pałką. Dostaję do podpisania raport o egzamin komisyjny. Unoszę do góry podbródek i mówię, że chyba nie chcę iść na komis. Prowadzący mierzy mnie wzrokiem, ja hardo oznajmiam, że nie będę się upokarzać, skoro nic nie umiem. Pada słowo klucz „duże postępy” i „nie poddawaj się”. Wszyscy chodzą ze mną ćwiczyć na maty. Wszyscy mnie wspierają. Pocieszają. Uspokajają. Koledzy proponują, że udostępnią mi pałkę do ćwiczeń. Udaję, że mnie to śmieszy.
Jestem spokojna. Nie okazuję stresu, emocji. Wszyscy mówią zgodnie, że dam radę, że będzie dobrze i żebym się trzymała.
Dowiaduję się, jaki mam skład komisji.
- O kur**! - wymyka się wszystkim.
Już nie jestem spokojna.

Przed egzaminem chodzę bardziej nieprzytomna niż zwykle (o ile to jeszcze w ogóle możliwe). Jestem nieswoja. Bardzo cicha, bardzo grzeczna, bardzo milcząca. Nie jem, nie piję, nie śpię, jeszcze oddycham. Jestem blada. Twarz mam ściągniętą strachem, oczy są ciut rozbiegane.
Na egzaminie jestem cała mokra, zanim zaczynam cokolwiek robić.
Zdaję.
Wszyscy się cieszą albo udają entuzjazm, że będzie komu zagadywać wykładowców i popełniać gafy. Wieczorem przed apelem kolega triumfalnie podnosi mnie na barki  i paraduje ze mną przez korytarz. Szczerzę się, prawie lewitując pod sufitem.
Jest ulga, jest długi prysznic, jest spokojny sen.

Miesiąc V:
Zaczynają się wakacje. Zaczyna się fala upałów. Rano budzę się z tym mało przyjemnym uczuciem lepkości. Biorę prysznic, ubieram mundur, już się kleję. Zaczyna się bieganie, nauka, zaliczenia. Okazja do spocenia się jest co najmniej cztery razy dziennie. I nie - nie można wziąć prysznica tyle razy dziennie ile się chce. Ba - nie można go wziąć wcale, chyba, że po zajęciach, koło czwartej. Zaczyna mnie męczyć otoczenie, znajome mury, znajome twarze. Zaczyna mnie męczyć zmęczenie.
Kupuję sobie chustecznik z wizerunkiem wyspy. Upojne lato w moro. Upały są chyba jeszcze gorsze niż zimno. Jak jestem cała mokra po bieganiu na stadionie wystarczy, że lekko mnie owieje i już bolą mnie plecy. Terroryzuję wszystkich, żeby nie robili przeciągu. Teraz oprócz tego, że mają mnie za rozkojarzoną istotę uważają mnie za przewrażliwione dziwadło. Biorę szczepionkę. W drugim tygodniu stosowania znów choruję. Na tapecie - Nolicin.

Jestem wiecznie śpiąca, nie mam apetytu. Oczy mam niezdrowo podkrążone. Chyba jednak mam te pasożyty. Aż się boję sprawdzić jakie. Robię sobie badania krwi – hemoglobina 14,5. Przecieram oczy ze zdumienia. Przy diecie opartej na ziemniakach…?
Wciąż jest sporo nauki, ale mam już poprawione wszystkie pały. Zaczyna się sezon urlopowy dla wykładowców. Co chwilę mamy zajęcia z kimś innym. Jeden. Wielki. Chaos.
Zmienia się nam dowódca. Z powodu NATO i Dni Młodzieży mamy wzmożone służby na jednostce. Mamy być czujni jak ważki i gotowi do akcji. Nie wiemy o co chodzi, nie wiemy co się dzieje.  

 Zabierają nam przywileje. Jest dużo podchodów, żeby wyjść do sklepu. Nie wolno tego, nie wolno tamtego. Powiedzieć, że jesteśmy zdeprymowani to o wiele za mało.
Zostajemy oddelegowani na swoje jednostki. Skaczemy pod niebo ze szczęścia, bo były pogłoski, że przez tydzień zostaniemy na służby na szkole, na co większość (w tym ja) zareagowała histerią. Przez tydzień śpię w swoim łóżku, trybię, robię pożytek ze swojego mózgu, jestem towarzyska, miła, zadowolona. Goją mi się wszystkie siniaki, ranki i zranienia. Śpię jak niemowlę. Pracuję. Wracam do siebie. Nie potrzebuję już spać w ciągu dnia.

Po powrocie na szkołę robię się ambitna. Więcej się uczę (przez parę dni po pełnowartościowych nockach jest okej, potem znów wchodzi tak samo opornie jak wcześniej), chodzę na konsultacje ze strzelania, dużo ćwiczę fizycznie. Ciągnę boguduchawinnych facetów na maty, biegam, chodzę na Cross fit, latam jak psychopatka po Małpim Gaju. Ćwiczę ręce, żeby móc wspiąć się na ścianki. Męczę chłopaków, żeby robili mi taczki na poddodziale. Jak nie chcą – używam technik łagodnej perswazji, czytaj – duszę ich od tyłu z wyskoku.
Wszyscy mówią, że jestem harpagan, chodzący charakter, agresor, wariat.
Wszyscy twierdzą, że jestem zawzięta i że się staram.
Wszyscy wiedzą, że lubię się bić z chłopakami.
Wszyscy widzą postępy.
Wszyscy doceniają zmianę.
Ćwiczę ze wszystkimi, łącznie z instruktorami.
 - Jesteś silna. Jesteś zawzięta. Jesteś twarda – słyszę.
Wszyscy mnie chwalą i mówią, że choć niepozornie wyglądam to jest ze mnie czort.
Dobrze, że chociaż seksu nie uprawiam, bo by mi się całkiem przewróciło w du***.

Kiedy dowiaduję się, że na ogół dziewczyny nie podciągają się na drążku, chwalę się, że ja umiem to robić. Moja współlokatorka wywraca oczami, że muszę dowartościowywać się w ten sposób. Faceci trochę się mnie boją, bo jestem ni to mała i niepozorna, ni żywioł, któremu nie wiadomo co kiedy palnie do głowy, że zacznie się bić i dusić. Sama się zaczepiam, sama się zaczynam, sama się proszę, żeby szturchnąć mnie w bok. Choć fizycznie jestem silna - wyglądam okropnie. Mam zaspane nieprzytomne spojrzenie. Włosy wypadły mi o połowę. Spodnie lecą mi z dupy. Pogorszyła mi się cera, a równocześnie moja skóra nabrałam innego, brązowego kolorytu. Może to karoten. A może ten brud, którego nie miałam możliwości zmywać cztery razy dziennie…
Jestem zmęczona. Jestem sfrustrowana. Jestem nabuzowana. Jestem spięta. Robię się marudna i męcząca. Naprzykrzam się. Narzucam. Zachowuję niepoważnie. I niemądrze też. Jestem nieogarnięta, roztrzepana, przymulona.
Jestem mniej miła niż zwykle. Robię się mocno, mocno wyszczekana, zwłaszcza w stosunku do facetów. Paradoksalnie podrywa mnie ich nieproporcjonalnie wielu. Zdobywają do mnie numer, zagadują mnie, podrywają.

Chyba ich wszystkich do kupy poje***o.



Miesiąc VI:
Jest luźniej.
Chryste, jest naprawdę luźniej.
Jest to dla mnie taka nowość, że na początku nie wiem o co chodzi.
Naprawdę mam teraz czas na pomalowanie paznokci u nóg na czerwono i pomachanie nimi w beztroskim, błogim lenistwie?
Czytam dziewiątą książkę. Od pisania się wzbraniam.
Nie umiem usiedzieć spokojnie. Uzależniłam się od patrzenia na telefon, robienia, działania. Muszę coś robić, manipulować palcami, wciskać, ruszać, bawić się czymś, kręcić. Nie usiedzę w miejscu. Nie potrafię ustać spokojnie. Nosi mnie. Trzęsie. Nie ustoję w bezruchu. Nie wytrzymam w nicnierobieniu. 
Oj – teraz Potencjalny miałby ze mną dobrze, oczywiście pod warunkiem że umiejętnie wykorzystałby mój energetyczny potencjał.

Piję kawę. Mocną, czarną, gorzką. Espresso rano, espresso po południu.
W ciągu dnia łykam tabletki na mózg. Z kofeiną. Czasami podczas picia kawy zagrzebuję się w pościel i na pół śpiąco siorbię czarny napój, czasami po jej wypiciu latam po pododdziale i atakuję chłopaków.
- Oho, kofeina? – mówią zatroskani, kiedy wpadam do ich pokoi i zaczynam buzować, kręcąc młynka palcami i kręcąc się wkoło.
W odpowiedzi widzą błysk szaleństwa w oczkach i kofeinowe iskierki.
- Wiesz, chyba nie powinnaś pić kawy – stwierdzają wszyscy zgodnie.
Zaczynam pić Colę.
Najpierw łyk, dwa po intensywnym wysiłku…
Potem pół butelki w siedmiogodzinnej trasie…
Mała butelka dwa razy w tygodniu…
Cola, Cola i tylko Cola! Jak mogłam przeżyć dwadzieścia lat bez Coli?!
- Wiesz, ile Cola ma cukru? – słyszę potępiałe.
- A wiesz, ile kofeiny? – szczerzę się w odpowiedzi.
Cola też dobrze działa na mój wegański wyposzczony organizm nauczony na soczki z kiwi, smoothie z brokuła i koktajle z jarmużu. Jestem po niej jeszcze bardziej niewyżyta niż zwykle. Gdyby mnie podłączyć do zasilania, mogłabym swoją energią oświetlić całą szkołę.
Jem krakersy i słone paluszki, krzywię się na widok wegańskiego batonika z nasionami chia i młodego jęczmienia. Nie jem obiadów.  Rzy**m na widok ziemniaków. Nie chodzę na stołówkę, a jak chodzę to pogmeram chwilę w talerzu i oddaję praktycznie pełny do zwrotu. Co ja w ogóle jem? Mało co. Tylko płatki niezmiennie wchodzą mi jak nic innego. Jak mi się przeżrą to nie będę miała ani tych marnych witamin z grupy B i żelaza, które zawierają. 


 


 \

 

Ostatni tydzień:
Tydzień cudów. Dziewięć egzaminów, po weekendzie egzamin końcowy.
Nie mamy już codziennie zaliczenia. Codziennie mamy po kilka egzaminów.
Codziennie jest nauka, codziennie jest przegryzanie markerów i zasypianie nad notatkami. Codziennie kładę się spać z notatkami koło łóżka.
Sama nie wiem, kiedy minęło te pół roku.  Z rozrzewnieniem wspominam te smarki lecące z nosa, te śmierdzące kaski do MMA, tę rozlaną herbatę, to pastowanie butów na prędkości przed apelem…
Wszystkie egzaminy zdaję praktycznie na czwórki, piątki. Coś mnie rozbiera, ale łykam dwa paracetamole i idę na imprezę.
W ostatni weekend zostaję na szkole. Rozkłada mnie doszczętnie, gorączkuję, układam zasmarkane chusteczki w zgrabny stosik na stoliku koło łóżka. Ledwo mówię, ledwo oddycham, ledwo żyję. Gorączka na szczęście szybko mija, obywa się bez schizów i bez akcji typu omdlenia. Pakuję się, uczę, słucham muzyki, poję Vicksami.
Uczę się, uczę się, uczę się.
Podkreślam ważne rzeczy pachnącymi markerami w żywych kolorach fuksji i seledynu. Po trzech dniach chorowania, kiedy prawie wysmarkałam z siebie płuca, zaczynam czuć ich zapach. Markerów, nie płuc. Oddech też mi się prawie unormował; już nie budzę się z otwartymi ustami jak upośledzona rybka. Chodzę w spodniach od piżamy i miękkiej grubej bluzie, nie wyściubiam nosa z bloku. Poję się herbatkami, temperatura to rośnie to opada. Nie jem już nawet płatków, bo skończyło mi się mleko, a nie mam siły iść do sklepu. Koledzy przynoszą mi w prezencie chusteczniki w kwiatki i wagon chusteczek higienicznych. Boję się parsknąć śmiechem, żeby ich nie osmarkać.
Egzamin zdaję na piątkę.
Do domu wracam objuczona tobołami.
W domu witają mnie rodzice, siostra, pies, kot i 44 kolorowe balony.

Nie piję już Coli.
Nie jest mi niedobrze.
Nie śpię w ciągu dnia.
Mózg zaczyna mi pracować i zapamiętuję wszystko jakby mi się odtworzyły neurony.
Jestem wyciszona.
Jestem zadowolona.
Jestem wypoczęta.
Jestem aktywna.
Prawie nie ma mnie w domu.
Nigdy się nie nudzę.
Śpię nago w satynowej pościeli, chodzę w botkach na lekkim obcasie, noszę obcisłe spodnie i codziennie prostuję włosy.
I jakoś tak czasami trochę tęsknię za myciem korytarza z połową plutonu, za piciem kawy na leżąco w parominutowej przerwie, za ubieraniem rękawic chwytnych i za poniewieraniem się na matach... ;).










 

 

                      


                                                                               
           

poniedziałek, 3 października 2016

Standardowo ;)

No i wskoczyłam w swoje dawne życie ;)

Na początku było naprawdę dziwnie, bo odwykłam od pewnych wygód i przyjemności tego świata. Czytaj - od normalności. Bo jak inaczej określić to, że dziwiłam się na przykład dlatego, że budzę się w swoim pokoju i widzę stos poduch, a nie białą pustą ścianę, a widząc znajome widoki szczerzyłam się szeroko? To lekko nienormalne, żeby być oszołomionym faktem, że ma się miękką pościel i ładny widok z łóżka, prawda? ;)
Jeszcze bardziej dziwiło mnie, że udało się złapać parę dni, kiedy nie musiałam wstawać o szóstej, że nie muszę nikogo pytać o zgodę na wyjście, że nie mam godziny, do której muszę wracać i że nie muszę jeść na obiad ziemniaków z surówką.
No i przez chwilę nie mogło do mnie dotrzeć, że wieczory mam dla siebie i nie muszę uczyć się przed zaśnięciem.Tyle tylko, że teraz nie śpię już tak dobrze jak na szkole. Tam padałam jak mucha, tu tradycyjnie kręcę się w pościeli. Chyba po prostu zrobiło mi się ciut za dobrze ;P.
Do tego, że mam nieograniczony dostęp do pralki i czas na prysznic też już przywykłam i oczywiście też już mnie to nie podnieca ;).

Pewnych rzeczy trochę mi brakuje i pewne rzeczy wciąż mnie zaskakują, a do niektórych muszę się zwyczajnie przyzwyczaić.
W każdym razie - z impetem wróciłam na swój "zajęty" tryb i jak zwykle mam milion zajęć, tysiąc pomysłów i mnóstwo rzeczy do zrobienia.
I w sumie to nie jest tak, że nie mam czasu. Ja po prostu ten czas wyciskam do granic możliwości ;)
Oczywiście standarowo wróciłam na zumbę i oczywiście standardowo zdążyłam już pójść na maraton fitness.
Na maratonie - standardowo - musiałam być od początku do końca i to nic, że po dwóch godzinach TRXów, sztang i mat miałam lekko dość. W zasadzie jak już się przełamałam, dociągnęłam do końca i wypląsałam się jeszcze na zumbie, a to, że dziś czuję szpilki w udach i tyłku za każdym razem jak siadam to już inna historia. Zawiodło mnie tylko to, że maraton był organizowany po to, żeby zebrać pieniądze na chore dziecko, a ludzi było garstka więc pieniędzy zapewne też...
Poza tym powoli nadrabiam towarzyskie znajomości ("Ciekawe rzeczy..." - powie paru z Was), powoli zaczynam gotować (póki co ja w kuchni to takie małe tornado robiące kupę bałaganu) i zaczęłam nawet beztrosko i bez celu spacerować bez telefonu i zegarka, najczęściej ciągając psa na długie spacery wszędzie i nigdzie.

Ponieważ już parę dni po powrocie zaczął mi się odmulać mózg i zaczęłam lepiej przyswajać i trybić (może dlatego, że wpadłam wreszcie na to, że oprócz piątej klepki może mi brakować minerałów, stąd ta ospałość, problemy z koncentracją i nudności i zaczęłam suplementować magnez. Brawo ja ;P) obecnie karmię swój mózg grą logiczną, którą układam tak dużo i tak często, że praktycznie z mojego pokoju non stop dobiega klikanie plastikowych płytek układanych na planszy. Ekscytuję się przy tym jakby łamigłówka logiczna kipiała od adrenaliny i zagryzam w skupieniu wargi kiedy siedzę i kamufluję, a przy tym nie mogę zrozumieć braku zrozumienia znajomych, kiedy mówię, że wciągnęłam się w grę, w której nic się nie dzieje, a cała zabawa polega na myśleniu przestrzennym i kombinowaniu.

Tak więc - w pokoju wciąż mam balony (część sflaczała, część pękła, część została upolowana przez Kiarę, a część rozdana dzieciakom, ale pół pokoju wciąż jest nimi zasypana), na łóżku malowniczo rozwaloną kołdrę, która chętnie przyjmuje mnie po pracującej nocce, na pościeli piórka, w głowie minimalny przebłysk normalności, pomysłów, żeby je spisać - milion, kalendarz zapełniony, a ja z włosami zwiniętymi w loki po dzikich tańcach na zumbie poję się herbatą z cytryną.

Staaandard ;]