...

...
M.

wtorek, 31 stycznia 2017

Woal

Dziś nie woaluję.
Ta daaam.
Zero metafor i podtekstów, zero domysłów, animizacji bieszczadzkich kotów, refleksji, lizania tematu, żeby go czasem nie ugryźć.
Bez ściemy i bez pitolenia.
Nie będzie "Ojoj, bo coś bym powiedziała, ale nie powiem" i będą tylko mało istotne albo nic nieznaczące pierdoły.
Bo wiecie, że jak zaczynam woalować to znaczy, że niekoniecznie chcę albo mogę coś pisać. Wiecie czy nie? ;P.
No to dziś odmiana.
Czyli pisanie na gorączce ;)
Szczere, szybkie, niewymagające myślenia i poprawek.

Jednak gorączka, migrena, zmęczenie albo senność wpływają na mnie wyjątkowo dobrze.
A krew z nosa - ooo - to dopiero świadczy o przebłysku geniuszu ;).
Zawsze jak mi słabną naczynka w nosie to dostaję weny twórczej.
Jednak mogłam kupić te ładne kredki, skoro taki mam polot twórczy. Pewnie musiałabym maźnąć jakieś dzieło sztuki upstrzone plamami w kilku odcieniach czerwieni, co by podkreślić wydźwięk i uczcić te kapilary, no ale.
Dobrze, że chociaż piszę wtedy z takim zacięciem i z takim zapałem, że och, ach. 
Piszę, szufladuję, piszę, szufladuję.
Cóż za konstruktywność ^^.
I ja nie oglądam telewizji, żeby nie tracić czasu, taaa?
To takie dziecinne i niezdrowe tak się podniecać, ale oj tam, artyści mogą.
Mogą się ekstytować, błaźnić, zachowywać nienormalnie.
Taki ich przywilej.
Nawet jak są samozwańczymi pisarzami, si?
I malarzami bez palety i 72 kredek ;)

Te zatoki to jednak ciekawa sprawa.
Niby głowa ciężka, ale ile smarków, tyle pomysłów.
Może i dobrze, że nie mam czasu, bo bym pewnie ani tyle z domu nie wyszła ;].
Mój ambitny plan niebrania antybiotyków dalej w toku, chociaż nie mam się chyba czym podniecać skoro mamy dopiero styczeń ^^.
Ambitnie dalej piję czystek (w bonusie z pokrzywą i skrzypem, bo włosy mi rosną bardzo, bardzo), wstaję w miarę wcześnie, żeby nie tracić dnia i w każdej wolnej chwili czytam (monotematycznie - policjantki, trupy, śledztwa, czasami kodeks).
Mniej ambitnie z ćwiczeniami, ale nadrobię jak będę lepiej trzymać głowę w pionie ;)
W pracy jak w pracy, w domu jak w domu, ja jak to ja, zima trzyma i jedyne co chwilę zmieniam to zdanie, bo poza tym już bez zmian.
Wolnego jak nie miałam tak nie mam, ale wiadomo, że teraz miauczę, że zmęczona, a na wolnym będę miauczeć, że sprzątam jeszcze więcej niż zwykle.
Staaandard ;P.



piątek, 27 stycznia 2017

Precelek ;)


Kabel od suszarki splątał mi się w precelek.
Precelek wygląda całkiem ładnie na kołderce w różyczki i ten dziewczęco - romantyczny deseń wcale, ale to wcale nie przeszkadza mi w niebyciu romantyczną.
Nieromantycznie stwierdzam, że śnieg jest ładny i przyjemny, zwłaszcza, jak przymarznie do przedniej szyby i trzeba odmrozić sobie palce przy jej drapaniu.
Do drapania się już przyzwyczaiłam, podobnie jak do wszystkiego co związane z zimą.
Zima nie odpuszcza i dobrze chociaż, że odpuściły święta, potulnie chowając brokatowe bombki do pudeł, a światełka, którymi były obwieszone domy do piwnic.
Dekorujący mój pokój bałwan również zbojkotował święta, bo czapka spadła mu z bałwaniej głowy i leży teraz smętnie na pofalowanej od wylanych ziółek podkładce w pastelowe sowy.
Pastelowe sowy nie uchroniły stolika przed śladami po kubku, podobnie jak ziółka nie uchroniły mnie przed chorobą.
Choroba szczęście w nieszczęściu od razu uderzyła na krtań, omijając ogólne rozbicie, gorączki (które pewnie ścięłyby resztkę mojego mózgu i wyprostowały te niektóre ładnie zwinięte zwoje) i resztę innych przykrych objawów. Chrypię dość malowniczo, więc od razu zaaplikowałam sobie ciepłe napoje z imbirem i pigwą, tabletki z porostem i diphrgan. Ten ostatni ściął mnie z nóg doszczętnie i spałam od rana do wieczora, a jak już wygrzebałam się z ciemnoty pokoju, wejście w strefę światła było dość bolesne i na tyle oszołamiające, że do teraz jestem lekko splątana.
Splątana mogę też być przez zimę, chociaż po tylu mroźnych i ciemnych dniach nie robią za to na mnie wrażenia śniegi, obowiązki, problemy i całe zło tego świata ze swędzeniem powiek, ściskaniem zatok i bólem du*y.
Dupę ruszyłam wreszcie z kanapy i (zanim dopadła mnie drapiąca krtań i przymulający diphergan) zaczęłam ćwiczyć, a zakwasy - ooo, miałam zakwasy - przyjęłam równie chętnie jak chętnie przyjęłabym trochę wolnego, chatkę w górach w malowniczej zaspie białego jak marzenie śniegu z równie malowniczo przyprószonymi świerkami, mokrym niedającym się palić w kominku polanami i spleśniałym kocem, pod którym można czytać.
Czytać czytam nawet i bez koca i pleśni, za to koniecznie z czymś mokrym. Może być to na przykład Earl Grey, pies który wrócił ze spaceru albo zsuwający się ze mnie kąpielowy ręcznik w czarno białe groszki.
Białe groszki z szarej pościeli zmieniłam z kolei na literki jak zawsze wtedy kiedy myślę, że jak odpowiednio zaprojektuję sobie sny to będę mieć taką wenę, że nie wyjdę z pokoju dopóki laptop mi się nie zapali z iskier rzucanych z oczu i tych uciekających spod palców.
Sny i owszem - miewam i są one na ogół bardzo bogate w ludzi, wydarzenia i akcję i przez chwilę je nawet pamiętam, ale niestety rozmywają się nieco z chwilą rozczesywania kołtunów na głowie, a totalnie zaś roztapiają w porannych płatkach.
Z kolei palce ćwiczę sobie bardzo chętnie, bo wenę owszem mam, ale taką, której nie lubię mieć. Nie tą, która spływa na mnie w momencie kiedy odpalam laptopa i widzę białą kartkę tylko tą, która spływa zawsze i wszędzie, zwłaszcza wtedy gdy nie powinna. Czyli kiedy nie mam czasu, pracuję, udaję że jestem istotą towarzyską i ekstrawertyczną, która lubi wychodzić do i z ludźmi, a nie stukać w klawiaturę, piorę albo latam po sklepie za pomidorami, które pachną pomidorami i mlekiem, które nie jest mlekiem.
W głowie oprócz braku szóstej klepki mam tyle pomysłów, że nic dziwnego, że pod kopułą mnie boli i oczy puchną.
W nocy nie mogę zasnąć, w dzień czasami bardzo chętnie bym się położyła, zwłaszcza kiedy nie mogę wygrzebać się ze stosów prania i garów.
Jak to się stało, że miałam robić karierę singielsko - pisarską, a póki co robię połowicznie za Kopciuszka, połowicznie za Księżniczkę, niemając męża krzątam się wiecznie rozpinają swoją życiową przestrzeń między zlew, a kuchenkę i nie mając stadka dzieci tylko piorę, piorę i piorę?
Najchętniej rozsiadłabym się wygodnie i nakryła kocem tak, żeby spłynął mi do stóp i nie wyszła spod niego gdybym nie zrealizowała choćby połowy rzeczy, które chcę napisać, chociaż do tego pewnie brakło by mi życia.
Nie wiem co będę robić jutro (albo wiem - spać po tabletkach), nie wiem co będę robić za rok, za pięć i za dziesięć lat, ale wiem że jak komuś wpadnie do głowy pomysł, żeby po śmierci zrobić mi sekcję, oprócz zwojów jelit na płytki bankowo wypadną literki, które uciekną mi z mózgu.
Wystrzelą z głowy, rozpierzchną się po podłodze i będą tak samo małe, upierdliwe i pokręcone jak ja, a jak już wystrzelą z tej głowy to urządzą sobie na metalowym stole takie party, że patolog zesłabnie, skalpel sam się potnie, a ja - no cóż, ja to będę tylko spokojnie leżeć.
Choć raz ;)







niedziela, 22 stycznia 2017

Wyświetlacz ;)

Zepsuł mi się telefon.
A właściwie - wyświetlacz.
W jednej chwili wszystko było cacy, w drugiej na ekranie pojawił się czarny pas zwiastujący kłopoty.
Zajął jakieś dwa centymetry prawej strony ekranu i rozczepił się w malowniczą idealnie pionową tęczą na kolejnym.
A potem poleciał po całości i zamazał cały ekran.
No, może nie cały.
Zostawił łaskawie jakieś pół centymetra od góry.
Na tyle, żebym widziała parę górnych "kafelków".

Początkowa frajda z odbierania telefonu od niewiadomo kogo, bo nie widziałam kto dzwoni, a zieloną słuchawkę klikałam na oślep, szybko zastąpiła frustracja kiedy nie widziałam, co piszę.
Smsy płodzę więc w wysublimowany, taktycznie przemyślany sposób. Pamięciowo, stukając mniej więcej w znajomej klawisze.
Literki widzę połowicznie. Trochę się rozmywają i lecą a to na prawą, a to na lewą stronę. Czasami w górę, czasami w dół.
A czasami w ogóle się ruszają, bo ekran zaczyna drgać w dziwnie psychodelicznym rytmie i wtedy to już po prostu magia. Lepiej jak w Harrym Potterze.
Moje wiadomości nie są więc szczytem elokwencji. Kultury, burżuazji, brawury i geniuszu ani tyle.
Moje wiadomości to taki bełkot, że czasami widząc w tym mizernym górnym paseczku treść swojego smsa robi mi się trochę słabo.
Za to odczytywanie wiadomości  - ha! - to dopiero jest wesołe.
Czytam je pi razy drzwi. Po pierwszej literce, po długości słowa, rozszyfrowując je mniej więcej z kontekstu.
Najlepiej jest jak wiadomość rozstaje rozstrzelona na pięć pojedynczych, bo wtedy samoistnie przesuwa się w górę i daję radę wyhaczyć ją na górze.
Proszę więc swoim łamanym polskim (a wierzcie mi, słowa które tworzę są naprawdę zmyślne) o to, żeby wysyłać mi wiadomość w czterech oddzielnych wiadomościach.

Ogólnie problem nie jestem problemem, bo kwadrans po awarii dostałam cztery oferty pożyczenia bądź zakupienia telefonu, jednak...
Jest coś patologicznego w tym, że trwam przy telefonie, który de facto nie nadaje się do użytku.
Jest coś dziwnego, że robię nim zdjęcia, chociaż generalnie nic nie widzę.
Jest coś głupiego w tym, że chociaż przecież bym mogła - to i tak nie kupuję nic nowego.
Ale jest też coś mile znajomego, pocieszającego i bezpiecznego w tym, co stare, sprawdzone i przetestowane.
Nawet jeśli nie do końca wiem, co do czego, nawet jeśli nie do końca wiem, o co chodzi i nawet jeśli nie do końca mnie to cieszy.

Jeśli wziąć pod uwagę to, ile zmian, niewiadomych, dziwnych, średnio przyjemnych, ciekawych, nowych i niepewnych ostatnio mi się sypie to jest to całkiem przyjemne ;)




czwartek, 19 stycznia 2017

Zepsute drzwi


W ostatnim czasie nic nie poirytowało mnie bardziej niż zepsuty zamek z drzwi od pokoju.
Nie śniegi (zaspy są naprawdę malownicze), nie mrozy, nie odśnieżanie i nie pseudopalenie w piecu.
Drzwi.
"Zepsute" drzwi.

Otwierały się bez najmniejszego powodu.
Przeważnie otwierał je wiatr, przeciąg albo mój pies, który trącał je nosem i wchodził jak do siebie, wskakując zawsze brudnymi łapkami na zawsze świeżo wyprane prześcieradło.
Nad ranem z kolei do pokoju wślizgiwała się kotka, która od razu zaczynała dreptać za łóżko, żeby oddawać się swojej ulubionej czynności czyli drapaniu w eko skórę.
Czasami wystarczyło nawet, że ktoś koło nich przeszedł i już - otwierały się ze skrzypieniem, które było mega wkurzające.
Po nocce w pracy, kiedy wracałam do domu i wskakiwałam pod kołdrę, ze snu budziły mnie domowe odgłosy domowników, tłuczenie się garnków, szczekanie psa i szczękanie sztućców.
A wszystko przez drzwi, których nie dało się zamknąć.
Zero ciszy, zero spokoju, zero prywatności.

Nie myślałam o niczym innym tylko o tym, że chcę, żeby działały jak trzeba.
Próbowałam je naprawić, ale nie wiedziałam jak.
Próbowałam się przyzwyczaić do tego, że są uchylone, ale wcale się do tego nie przyzwyczajałam, nawet jak minął dzień, dwa, pięć, osiem, piętnaście.
Próbowałam poprosić kogoś o pomoc. Nikt jakoś się do tego nie garnął.
Próbowałam je kopnąć, ale obiłam sobie tylko stopę.
Próbowałam przeczekać. Nic się nie zmieniało.
Próbowałam je zamęczyć - zamykać, zamykać, zamykać aż w końcu zmęczą się i zaskoczą. Nie zaskoczyły.
Próbowałam udawać, że mnie to nie drażni, ale drażniło.
Próbowałam użyć siły, ale przecież wiadomo - nic na siłę.

Przestałam więc myśleć o tym, że mnie to złości, bo po co się złościć.
Przestałam prosić, bo kogo i o co?
Przestałam używać siły, bo przecież nie jestem znowuż aż taką siłaczką.
Przestałam je męczyć, bo nie miało to najmniejszego sensu.
Psa wyganiałam, kotkę wyrzucałam za wszarz, do domowników krzyczałam: "Ciiiiicho!" i nakrywałam łeb poduszką.

Pewnego dnia w domu zrobił się taki przeciąg, że drzwi z głuchym świstem huknęły o futrynę.
I wtedy same się naprawiły.
Bez proszenia, bez pytania, bez nerwów, bez planowania i bez niczyjej pomocy.
Trochę przez zapomnienie, trochę dzięki temu, co niezależne ode mnie, trochę przez przypadek.
Świsnęły, walnęły i wskoczyły na swoje miejsce.

Dziś drzwi działają sprawnie jak nigdy.
Zamykają się i otwierają jak należy.

A ja nie proszę, nie pytam, nie denerwuję się, nie planuję, nie proszę o pomoc i zdecydowanie nie czekam ;)




piątek, 13 stycznia 2017

Nie będę ^^

Nie napiszę o mrozach, bo po co? Wszyscy mają termometry i wiedzą, że jak w nosie zaczynają się robić smarkowe sople to znaczy, że spadło poniżej 20.
Nie będę mówić o zdrowiu, bo ile ja mam lat? Sześćdziesiąt?
Nie napiszę nic osobistego, no bo niby dlaczego?
Nie polecę Wam żadnej książki, bo mniej czytam, choć to co czytam (L.Gardner) jest całkiem dobre i - o Boże, Boże - podoba mi się fabuła, podoba główna bohaterka, a wątki romantyczne są tak cudownie okrojone i sprowadzone do minimum, że nawet do przełknięcia.
Nie będę mówić o tym, że dużo pracuję i jeszcze więcej latam i biegam, bo to przecież żadna nowość.
Nie mam ochoty pisać nic mądrego ani smętnego, bo mam na to zbyt dobry humor.
Jak mam zły humor to szybko mi przechodzi, bo w domu trochę powarczę na domowników, w pracy mi przejdzie, a wieczorem wpadnę pod kocyk i też jest już dobrze.
Na pisanie czegoś obrzydliwie pozytywnego jakoś brak mi chęci. Przecież nie każdy jara się iskierkami na śniegu albo rudym kotem wygiętym w pałąk.
Na długi wpis nie mam ani czasu ani ochoty, a pisanie krótkiego jest bez sensu.
O pisaniu wspominać nie będę, bo zawsze jak o tym wspomnę to nagle odechciewa mi się pisania.
O niczym ważnym, konkretnym ani ciekawym napisać nie mogę.
O pracy - jak wyżej.
O czasie wolnym mogłabym coś wspomnieć, ale czas wolny... Czas wolny nie polegający na gotowaniu, sprzątaniu, robieniu zakupów czy spotykaniu się ze znajomymi - którzy mi kiedyś wydrapią oczy za takie chamskie olewanie - to w zasadzie mieści się między prysznicem, a spaniem i polega głównie na kontemplowaniu zapachu płynu do płukania, szelestu kartek albo drzemaniu z ręką w książce, a to za nudne, za spokojne i zbyt przewidywalne.
O nieprzewidywalnych, nieoczekiwanych i nowych mogłabym napomknąć, ale nie, nieee, przecież ze mnie coś wydusić to chyba że przemocą, a niby jak macie to zrobić, skoro tylko mnie czytacie?
Nie pochwalę się ładnym i zdrowym wyglądem, bo nie wyglądam ani ładnie, ani zdrowo.Wyglądam ni to blado ni to mizernie, a oczy mam tak malowniczo zacieniowane, że wyglądają jakby je machnięto węgielkiem.
Kondycją też się nie poszczycę, bo po przechodzonej chorobie wciąż mam mało mocy.
Nie będę nic mówić o zmianach, bo są tak ruchome, że zanim je opiszę i tak się zmienią, no to bez sensu.
Nie będę oznajmiać, że jestem małomówna, bo chociaż czasem - i owszem - to jednak na ogół klepię jak zawsze bez pomyślunku i ładu.
Pewnie mogłabym rzucić coś z archiwum, ale żaden temat nie jest zbyt aktualny.
Może nawet szarpnęłabym się na jakiś tematyczny wpis, tylko że jakoś każdy z tematów wydaje mi się tak rozwlekły, że jak policzę sobie w głowie słowa, które miałyby się złożyć na jedno wielokrotnie złożone zdanie to natychmiast pasuję, bo przecież mam nie budować tasiemcowatych zdań i mam uczyć się odpowiadać konkretnie i mówić lakonicznie.
No.
Dobrze mi idzie.
Prawda?
Wymyślać tytułu mi się nie chce, szukać odpowiedniego zdjęcia ani tyle.
No to nie będę ;)
I tak z niepisania zrobił się wpis. 
Eh, no i przetłumacz sobie, że nie warto pisać, no przetłumacz ;)





sobota, 7 stycznia 2017

Koty, piesy, reszta świata ;)

Fiu, fiu ;)
Nie ma to jak pochwalić się weną twórczą, a potem częstować Was ciszą na blogu.
No ale wiadomo - standard.
Jak nie mam o czym pisać - piszę, jak jest o czym - ja milczę.
 
Pochwaliłam się, że taka jestem odporna to zachorowałam.
I to w sam raz na Święta, lądując w Wigilię na izbie przyjęć w szpitalu, bo schodząc z nocki w pracy byłam tak zachrypnięta, że praktycznie nie mówiłam.
To były więc dość małomówne Święta, ale całkiem miłe i bardzo spokojne.
I dużo jadłam, o.
Z amerykańskimi czekoladkami Hershey'sa włącznie.
No i wieczornymi kanapkami z gorzką czekoladą w pierwszy dzień Nowego Roku, kiedy wszyscy wymyślają sobie fit postanowienia i noworoczne cele ^^.

Poza tym Wigilię przespałam i nic nie robiłam, wstając jak królewna w sam raz na gotowe i kradnąc uszka z miski.
W pierwszy dzień świąt najpierw pisałam w łóżku w nowej flanelowej piżamce idealnej do chorowania, a potem bawiłam na imprezie u sześciolatki, która miała torta z Trollami. I nawet antybiotyk nie przeszkodził mi w wygłupach do "Hair up".
W drugi dzień miałam służbę i wcale mi to nie przeszkadzało, bo przynajmniej miałam jakąś odmianę.
W Sylwestra też pracowałam i też było całkiem w porządku, chociaż fajerwerków zbytnio nie widziałam i szampana nie piłam.

Pozostałe dni były nieco inne niż zwykle, bo ani nie zumbowałam, ani nie ćwiczyłam, ani nie sprzątałam w takim szale jak zwykle.
Jakieś rozmówki, odwiedzinki, herbatki, kolanowanie znajomych dzieciaczków.
Zimowe spacery, koty, piesy, kolorowanki.
Tak więc spokój, aż miło.
I odmiana też całkiem miła.

Tym miłym akcentem skończyły się Święta i znów wskoczyłam w swój kołowrotek.
Praca, odśnieżanie auta, brnięcie przez śnieg, sprzątanie, gotowanie i zumba.
Koty, piesy, reszta świata ;)