...

...
M.

środa, 24 maja 2017

Czysto fantastycznie

Może jednak czytanie po czternaście razy Harrego Pottera zostawiło ślad w mojej psychice, bo to co mi się czasami śni to wypisz wymaluj czysta fantastyka.
Ostatnio śnią mi się domy, budynki i mieszkania. Jak dom to z siedemnastoma pokojami, jak budynek to komenda Policji z ogromną biblioteką i zoo w piwnicy, jak mieszkanie to takie, do którego zjeżdża się zsypem.
Śnią mi się zwierzęta i to nie psy czy konie, a lwy, tygrysy albo pumy. Niedźwiedzie polarne atakują ludzi, bo ludzie jedzą im ryby, człowiek zostaje zamordowany przy użyciu aligatorów, które ktoś wpuszcza mu do garażu.
Śnię o tylu ludziach, wydarzeniach albo i codziennych pierdołach, że niesposób ich zliczyć czy zapamiętać.
I wcale nie przeszkadza mi to śnić dalej.
Oprócz snów nic szałowego ani nietypowego się nie dzieje, stąd nic nie piszę.
Jak mam pisać zdecydowanie wolę bawić się w Simsy i wymyślać niestworzone historie o niestworzonych ludziach, nawet jeśli mają zwykłe życie i zwykłe problemy niż pisać o sobie.
Tak dla odmiany.

Poza tym zero odmian.
Na śniadanie dalej najlepsze są płatki, na obiad kawa, na kolację bieganie albo spacer, ale czasami dojdę do wniosku, że zamiast ładować w siebie kofeinę zjem karoteny albo chlorofile, a zamiast ubierać adidasy ja zakładam długie skarpetki i bunkruję się w fotelu z książką.
Najlepiej wciąż wstaje się bez budzika, ale od niedawna też zasypia z zatyczkami w uszach, a śpi w poduszce rogalu dla ciężarówek. Poduszkę polecam, zalecam, chwalę sobie i bronię jej rękami i nogami, a każdy kto do mnie przychodzi - dorosły czy dziecko, chłopak czy dziewczyna bez instrukcji obsługi i katalogu pozycji wymyślonych przed producenta wskakują w nią na pozycję embrionalną i mówią:"Też chcę taką!". Poduszka zajmuje pół łóżka, wygląda średnio ciekawie, ale ja jak ją widzę od razu myślę sobie: "Błogo". W poduszce śpi się genialnie, genialnie się leży, genialnie odpoczywa, zasypia i budzi. Chociaż ja budzę się na rozgwiazdę, z rozłożonymi kończynami i powyginaną poduszką, bo wiercę się w niej tak samo intensywnie jak śpiąc sama albo i nie, ale i tak opcja wyciągania się w niej jak w pontonie albo wykładania po niej nóg brzmi obiecująco. Szczególnie po nockach...
Nocki wyciągają energię lepiej niż basen, a jedzenie jedzone na nockach nie tuczy.
Noc rządzi się swoimi prawami, w nocy się śpi, a noc zdecydowanie nie jest moją porą.
Nocki to nocki, a nocki to podkowy pod oczami i mord w tęczówkach.
Nie cierpię nocek, nocki nie cierpią mnie, a każdy kto miał wątpliwą przyjemność rozmawiać ze mną po nocy wie, że abo będę przymulać albo zagryzać.

Oprócz nocek są też dni, a dni dzielą się na wypełnione słońcem i spadającymi kroplami.
Dopiero od niedawna zaczęłam na gwałt wykorzystywać cieplejsze dni i wszystkie te wyssane i niewyssane z palca obowiązki czy zajęcia ze zbieraniem okruszków z lady odkładam na bok i piję mrożoną kawę, śmiejąc się z młodych kózek figlujących w przykawiarnianej zagródce, naciągam z psem zabawkę po trawniku i pilnuję, żeby łażąca za nami na spacery kotka nie wpadła do utworzonego przez intensywne deszcze bajorka.
W dni deszczowe mogłabym robić dużo różnych rzeczy z niemarudzeniem, niedziałkaniem i niesmutaniem na czele, ale na ogół wolę jednak marudzenie. Plus długie skarpetki i poncho ;)
Teraz o dziwo nie marudzę chociaż mogę, bo siedzę w domu i kuruję migdałki, które odzywają się na parę dni przed wyjazdem do Warszawki.
Nie, nie jadę na premierę książki, do miłości swojego życia ani na zwiedzanie.
Jadę do pracy.
Upojne lato w moro part II zaczynam pod koniec maja.
- O nieee, i kto będzie jadł te warzywa z ogródka? - powiedziała mama, oczywiście tuż po tym jak kiwając mędrkowato głową doszła do wniosku, że cieszy się, że nie kupiłam sobie szynszyla.
- O nieee, i znów nie będę się huśtać w hamaczku i chłonąć widoki tylko popierdzielać w moro po mieście? - miauknęłam ja.

Hamaczek, widoczek, kawka, książka, podciąganie nosem.
Zanim wyjadę wyssam ile się da ^^.






piątek, 12 maja 2017

Kiedy urywa się chmura ;)

No i pada.
Oprócz tego, że dziś zostałam ochlapana przez jadący samochód, zmoczona deszczem i wysmagana wiatrem, resztę dnia spędzam w luźnej szarej koszulce po kolana w pokoju na poddaszu, który jest stworzony do słuchania bębniących o dach kropli, więc całkiem przyjemnie odpoczywam. Jak często ostatnio.
Odkąd załamała się pogoda nie biegam, a jak nie biegam to i nie ćwiczę. Bunt po całości.
Nadrabiam za to zaległości. Wszystkie. Wszyściutkie.
Książki są lekko odstawione, choć oczywiście nie do końca.
Teraz mam misję filmy.

Filmów przyjmijmy, że nie oglądam w ogóle. Jeden film przypada u mnie na jakieś dziesięć książek.
Filmy to rarytas na chorobę albo brak nastroju, chęci czy siły na coś innego.
W filmach mam ogromne, ogromne braki.
Braki zaczęłam łatać od podstaw. Czyli bajki ;). A jak bajka to znana tylko z kolorowanek i getrów siostry "Pocahontas" (szop pracz rulezzz, też sobie sprawię szopka i będzie za mną biegał i machał mi przed nosem ciastkami). Po bajce klasyki, więc "Piraci z Karaibów" jak mój dzwonek w telefonie, "Troja" (trzygodzinnie wciągająca), "Sto pięćdziesiąt" (czyli połowa "Trzystu" zanim nie padłam po dwunastce w pracy,"Lord of War" (nie lubimy polskich tłumaczeń), serial "Pitbull" w liczbie całych ośmiu odcinków. I zdecydowanie bardziej podoba mi się serial niż film ;).

Do tego korzystam z pogody, czyli bluzuję, ponchuję, maluję paznokcie albo i nie, wkładam kwiatki za włosy i jem maliny z Rafaello.
Bo pada, pada i pada.
A teraz to jeszcze grzmi.
Deszcz czy chłód mają jednak ten plus, że dużo bardziej smakuje gorąca kawa, dużo lepiej nosi się poncho, no i można wyciągnąć czerwono - kapturkowy płaszczyk i długie skarpetki ;)
Lepiej się pisze (aaale to pewnie pościel w literki), lepiej śpi pod pościelą w baranki i czyta na drobnokwiatuszkowej pościeli.
Zamiast letnich ciuchów sprawiłam sobie lampki do naświetlania pokoju (wysoką stojącą i małą koło łóżka) z ciepłymi żarówkami, trampki ubrałam RAZ, poza tym śmigam dalej w kozakach ;)
Dziwna ta wiosna, całkiem niewiosenna. Zwłaszcza z tym zerem i minusem na termometrze. Abrr ;)