...

...
M.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Skup się!

Skup się.
Łyknij herbaty z cytryną; może zneutralizuje to espresso, które wchłonęłaś.
Nie zwracaj uwagi na palce plączące się po klawiaturze jakby zapomniały jak się pisze.
Udawaj, że wcale cię nie nosi i że wcale nie trzęsą ci się nogi. Ani ręce. Ani palce.
Nie patrz na telefon.
Nie włączaj facebooka.
Nie wódź oczami po pokoju. I tak nic nie zobaczysz. Chyba, że te owocówki, które latają wkoło szafki, gdzie miałaś skitraną cytrynę i która ci przejrzała, bo przerzuciłaś się na kawę, która ci nie służy.
Nie inspiruj się białą ścianą, bo i tak masz większą pustkę w głowie.
Nie ciesz się, że na jutro nie masz nauki, bo pojutrze egzamin.
Nie baw się włosami.
Nie poprawiaj bluzki.
Nie pocieraj palcami o palce.
Nie rozkojarzaj się.
Nie wkładaj końcówek włosów do ust. Morelowy szampon (w dodatku wycofany już w produkcji; pewnie miał więcej parabenów niż ja bluz) nie jest do jedzenia. Do wysysania z kosmyków włosów też nie.
Nie myśl o tym, że w nocy obudziłaś się o drugiej i nie mogłaś zasnąć w związku z czym przypomniałaś sobie wszystkie fazy bezsenności (przez frustrację, syndrom nadpobudliwych palców u stóp i irytację po zmęczenie materiału i bezsilność) plus udało ci się prawie zwariować, czego objawem był fakt, iż miałaś ochotę ZACZĄĆ SIĘ UCZYĆ (istne szaleństwo), ale nie chciało ci się podłączyć lampki do prądu.
Nie myśl o tym, że wczoraj do późnego wieczora miałaś służbę i że w zasadzie to nie odespałaś jeszcze weekendu, który składał się z wypadu na strzelnicę (kałachy, odrzuty, komary, ognisko), imprezy (babski wypad, kiecki, taniec do wtóru disco polo) i jezioro (facet w stringach, brak upału, spanie na kocu).
Nie myśl o tym, ile kofeiny buzuje ci teraz w krwioobiegu.
Pisz.
Usiądź spokojnie na tyłku, nie kręć się, nie wariuj.
Tak dla picu, weź coś w końcu napisz...

Ostatnio nie mogę się w ogóle zmobilizować, żeby tu zaglądnąć.
Nie mogę przekonać się do wrzucenia jakiegokolwiek gotowca, bo trąci refleksją albo cynizmem. Albo jest zbyt moralizatorski. Albo za głęboki. Za płytki. Za długi. Niedokończony. Nieaktualny. Nudny. Zbyt osobisty. Podobny do poprzedniego. Zbyt wylewny. Za szczegółowy. Zbyt znaczący. Za bardzo aktualny, a po co ma ktoś wiedzieć coś...

Co zatem możecie wiedzieć?
Możecie wiedzieć, że ostatnio mam więcej wolnego czasu.
Naprawdę więcej wolnego czasu ;).
Rozkład dnia uległ więc małej zmianie. Zamiast po południu spać - kilka razy w tygodniu chodzę na Crossfit i szaleję albo na matach (zostałam nazwana nazwami wszystkimi gatunkami węży, od boa po anakondę, z naciskiem na żmiję) albo na drążkach, a zamiast herbaty piję kawę.
Jak jestem przytulona - kawa pobudza mnie na tyle, że funkcjonuję powiedzmyżenormalnie.
Jak jestem powiedzmyżenormalna - pobudza mnie na tyle, że zaczynam szaleć po pododdziale jak naspeedowany królik.
Najczęściej wykorzystuję energetyczny potencjał do ćwiczeń, ale zdarzy mi się też pomęczyć towarzystwo swoim nieokiełzaniem i dopóki nie wyżyje się i nie wytrzęsę z siebie kofeiny - jest ze mną jeden wielki sajgon.
W szczegóły nie będę się zagłębiać, powiem tylko, że większość osób zdało sobie już sprawę, że kofeina nie działa najlepiej na mój organizm i na ogół zabiera mi kubek, jak widzi czarną zawartość.
Niestety - zakupiłam puszkę mocnego aromatycznego esspresso i z natury - ciężko mnie upilnować, więc teraz też jestem już po wpływem kofeiny i atakuję klawiaturę z bombardującą siłą.
Zamiast wieczorami się uczyć - czytam. Albo łażę po pokojach. Albo kładę się szybciej spać.
Piję też Colę. COLĘ. Wierzycie, że porzuciłam koktajliki z jarmużu dla gazowanego napoju? Zaczęło się od paru łyków, teraz daję radę małej butelce. A jak mi dobrze wchodzi. Haa! Lepiej niż woda ;P (choć nie powiem, żebym po wodzie miała taką głupawę jak po miksie kofeiny z cukrem...).
Jem też krakersy z tłuszczami trans. I słone paluszki też jem. I to nie takie, które mają "bio" albo "eko" w nazwie i horrendalną cenę 12 zł na opakowaniu.
Duszę facetów. Na ogół od tyłu, co ich z lekka deprymuje. 
Poza tym chyba reszta w normie.
Nie piszę - ale to już wiecie.
Czytam namiętnie jak zawsze, mam nadzieję, że równie chętnie będę się wczytywać w notatki, jak zaleje mnie fala egzaminów... ;)
Okej.


Skup się.
Zakończ przyzwoicie wpis.
Walnij jakąś puentę, sypnij żartem, wstrzel się z ironią.
I zmykaj zużyć tę energię, bo cię rozsadzi, rozpichrzy, rozniesie...
No dobra.
Nie musisz się silić na dowcip.
Wciśnij "opublikuj" , idź podduś kogoś, a potem poproś niech zrobi ci taczki na korytarzu ;).














niedziela, 7 sierpnia 2016

Spokojny ;)

Moje weekendy są tak spokojne, że pewnie dla większości z Was przewidywalne i nudne.
Tyle że po tygodniu latania, stresu i nauki ja nie marzę o niczym innym jak o takiej przewidywalnej nudzie.

W zasadzie moje weekendy wyglądają praktycznie tak samo i polegają głównie na chłonięciu spokoju.
Taak.
Spokój.
Kto by pomyślał, że ja - której po kawie lepiej ubrać kaftan bezpieczeństwa albo smycz (*ostatnio na szkole wybyłam po kubku rozpuszczalnej na Małpi Gaj. Wszystkie ścianki, drążki, tunele i przeszkody były moje, a siniaki na nogach wyglądają bardzo malowniczo i ładnie komponują się z tymi na rękach dzięki ćwiczeniom na matach. Gdyby zaś ktoś postanowił nagrać jak wspinałam się po po linie i właziłam po schodach nie nogami, a rękami z boku, wieszając się stelażu albo jak skakałam przez okna - mógłby się ładnie uśmiać, bo stopień niewyżycia, który prezentowałam był doprawdy godny pożałowania...), która jest wiecznie nakręcona, robi milion rzeczy na raz i nie umie usiedzieć spokojnie nagle zmieniła się w zwolenniczkę spokojnego trybu życia.

Och, moje soboty oczywiście są zabiegane i wieczorami też zwykle biegam, ale dzień przypomina raczej dzień z życia emeryta niż szalony weekend ;).
Rano przeważnie nastawiam budzik, ale na ogół go lekceważę.
Wstaję koło dziewiątej albo i dziesiątej rozczochrana i zadowolona.
Idę pod prysznic, jem płatki, piję herbatę, mruczę coś ospale jak ktoś żąda ode mnie odpowiedzi na jakieś pytanie, które nie może się przebić przed moją senną zasłonę.
W ciągu dnia znajduję sobie mnóstwo dziwnych zajęć, przez jazdę do sklepu po gumki do włosów, do warzywniaka po zapas zieleniny, której nie zdążę przerobić w dwa dni, do bibliotek i antykwariatów, do koleżanek, do banku, bankomatu, serwisu Plusa, sklepu z akcesoriami do komórek, tego z wydziwioną żywnością dla osób, którym przewróciło się w głowie i piją mleko z roślin zamiast od krowy, drogerii, sklepów z ciuchami i szmateksów, księgarni i sklepów z pieczywem... Przeważnie znikam wtedy z domu na parę godzin i przeważnie napawam się tym, że nie muszę mieć przepustki, żeby to robić.
Zwykle w soboty dopieszczam swój pokój, który - w zależności od nastroju - cechuje nieład artystyczny ze stosem prania na pufie, rozrzuconą nonszalancką kołdrą, drobnymi elementami garderoby zwisającymi smętnie z szuflady lub fotela albo w którym kosmetyki są poukładane w równej linii, książki przetarte z kurzu, ołówki i kredki są tak ostre, że stwarzają zagrożenie zranienia, a w pokoju pachnie Prontem, świeżością i miętowo - herbacianym odświeżaczem.
Odkurzam dokładnie podłogę, szczeliny między rozsuwanymi drzwiami od szafy i karnisze albo siedzę na łóżku z podwiniętymi nogami i liczę kurzowe koty w kącie pokoju.
Często też siedzę na poduszce w sowy i przekładam ciuchy z miejsca na miejsce, żałując w duchu, że tego lata nie miałam możliwości ubrać tych wszystkich zwiewnych sukienek, kusych topów i mega krótkich szortów. Przymierzam większość swoich rzeczy, ze szpilkami, bielizną, strojem kąpielowym, sukienkami na wesele, koszulami i eleganckimi spodniami włącznie.
Huśtam się na hamaku, robiąc sobie peeling złuszczający do stóp, a potem maluję pazury na czerwono siedząc na dywaniku rozłożonym na tarasie i dla rozrywki czytam kodeks karny, wykroczeń albo postępowania karnego, żeby zdać prawo w pierwszym terminie.
Popijam a to gorącą herbatę z cytryną, a to sok marchewkowy i robię w głowie listę rzeczy, które muszę spakować na wyjazd.
Jak jest upał - chłodzę się na hamaku w cieniu za domem, jak jest burza - wykładam po łóżku i mruczę do wtóru grzmotów.
Zrywam sobie marchewkę w ogródku, rzucam psu oślinioną gumową piłkę z wypustkami, razem z mamą i siostrą robimy sobie sabat czarownic, obgadując całe męskie plemię i bujam się w hamaku, szurając dłońmi po trawie.
Idę do cioci na szarlotkę, do babci na porzeczki, do koleżanki na mrożoną kawę.
Słucham muzyki, wsiadam do auta i jadę nie wiem gdzie i nie wiem po co, jak nie mam co ze sobą zrobić to idę pod prysznic ;)
Coś tam czytam, coś tam piszę, coś tam robię niekoniecznie mądrego ani ciekawego.

Popołudniami przeważnie zaczyna mnie ciągnąć do ludzi, więc jest to czas na spacerki z koleżankami, wychodzenie na soczek albo ewentualnie gadanie przez telefon.
Dla odmiany jest jeszcze opcja znajomych, więc czasem jakiś grill, jakieś imieniny, jakieś procenty, jakaś odmiana.
A jak bez odmiany to wieczorem biorę na spacer psa, który wącha z zapałem każdą grudkę ziemi, nasza kotka idzie parę kroków za nami, a ja kopię kamyki czubkiem buta i zrywam źdźbła długiej trawy.
Potem zakładam adidasy i śmigam przed siebie, słuchając tylko głuchego bębnienia butów o podłoże.
W domu robię sobie jakąś sałatkę, tradycyjną herbatę i idę pod n-ty tego dnia prysznic.
Na koniec gramolę się do łóżka z książką i balsamem Nivea albo bez książki i bez światła, za to ze świetlnymi kulkami i otwartym oknem.
Czasami próbuję obejrzeć jakiś film, ale takie bierne siedzenie dalej wyjątkowo mi nie leży, więc przeważnie odpuszczam po kwadransie.
Czytam, zasypiam, śnię całą noc, a średnio o piątej nad ranem zamykam okno szczękając zębami i owijam się ciaśniej szarą pościelą w białe groszki.

Niedziele są podobne, o ile nie jeszcze bardziej spokojne.
Piszę, czytam, uczę się, wykładam się na kocu albo hamaku i pakuję się do wyjazdu.
No i zawsze muszę zrobić coś głupiego, żeby nie było, że jestem całkiem normalna ;).
Dziś na przykład zaczęłam dzień od kręcenia hula hopem w piżamie.
W sumie za piżamę (i tak dziwne, że w ogóle spałam w piżamie; chyba lato się kończy) służyły mi szorty i sportowy top, a przez otwarte okno sączyło się duszne powietrze, więc gdzieś po pół godziny wypustkowe koło kleiło się do mojego brzucha, a przez drugie pół godziny ja kleiłam się do maty robiąc brzuszki, planki i pompki.
Prysznic był nieprzyzwoici długi, sukienka którą ubrałam do bólu grzeczna.
Kiedy wysuszyłam włosy, a te rozłożyły się równo na ramiona doszłam do wniosku, że wyglądam jak dziewczynka z wioski Amiszów.
Naturalna, czysta i na wskroś niewinna.
Tak inna od tej, która ma rozbiegane oczka, rozhuśtany kucyk, wyszczerz na ustach i zawsze gotową cyniczną odpowiedź.
Z niepomalowanymi oczami poszłam do mamy, składając dłonie na podołku i mrugając niewinnie oczami.
Zmierzyła wzrokiem jaskółki na mojej łososiowej sukience, siniaki na kolanach i poranione od boksowania kostki.
Popatrzyła na grzecznie uczesane włosy i jasne rzęsy bez tuszu, co zawsze nadaje mi wygląd lekko zdziwionej, lekko zaspanej.
Prześlizgnęła się wzrokiem po moich guziczkach zapiętych po szyję i porządnie wyłożonym kołnierzyku.

Nie wiem, co było śmieszniejsze.
Ja, kiedy słodkim głosikiem spytałam, czy odmówi ze mną modlitwę dziękczynną przed śniadaniem, jej mina, kiedy dodatkowo zobaczyła moje pozacinane kostki u nóg czy tato, który patrzył na nas spod byka widząc jak chichramy się na podwórku, burcząc, żebyśmy były ciszej i nie robiły wiochy... ;)


No.
Wpis napisany tydzień temu, ale ostatecznie dopieszczony w na wskroś spokojną sobotę, ze spaniem do dziesiątej, kilkoma prysznicami które zliczone do kupy zajęły pewnie jedną trzecią dnia, czytaniem "Pokolenia Ikea", sklepami, książką i grillem z różową zawartością kieliszka, a wrzucony w leniwą niedzielę, która zaczęła się od półgodzinnego przewracania w pościeli, czytania książki przy ziewaniu na całą szerokość szczęki, a skończyła sześciogodzinną jazdą na stare śmieci ;)