...

...
M.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Stalker ;]

Jesienią zeszłego roku miałam straszne problemy ze snem.
Zaczęło się od duszącego kaszlu niepozwalającego przespać nocy i odsypiania zerwanej nocki w dzień, a skończyło klasyczną, ciągnącą się trzy miesiące bezsennością.
Próbowałam wszystkich możliwych sposobów, a i tak kręciłam się godzinami zanim zasnęłam albo wybudzałam się w nocy i nad ranem.
Od kiedy zaczęłam pracować, a potem odkąd K. zagościł w moim domu jako stały, przysposobiony bywalec, bezsenne historie zredukowane zostały do incydentalnych problemów z zaśnięciem (najczęściej, kiedy K. chrapał albo jak miałam jakiś problem lub stresor), a kiedy skończyłam studia i obroniłam pracę magisterską - nieprzespane noce skończyły się na dobre.
Nieważne, czy chodzę spać po 23 czy koło 2.
Kładę się, zasypiam.
Nigdy nie budzę się w nocy, chyba, że po to, żeby pójść półlunatycznie do łazienki, a zdarcie mnie z łóżka przed ósmą graniczy z cudem.
Nie słyszę krzątania się domowników, którzy wychodzą do pracy na siódmą.
Nie słyszę co K. ględzi mi coś romantycznego do ucha.
Jestem nieprzytomna, porozumiewam się ze światem niezrozumiałymi pomrukami i daleko mi do promyczka szczęścia.
Ale odkąd mamy kotkę wstaję nad ranem, kiedy słyszę że stąpa miękkimi łapkami do kuwety i bez marudzenia sprzątam zawartość.
O szóstej bawię się z nią w łóżku.
O siódmej tulę i pozwalam sobie wchodzić na głowę.
W przenośni i dosłownie ;).

Taa...
Będę teraz zanudzać o nowym nabytku ;)
Każdy dzień jest dniem pod znakiem kota.
Cały czas nasza uwaga jest skupiona na jej wysokości Kiarze ;).
Pierwszą spędziła z moją siostrą, w łóżku, zwinięta w kłębek przy jej karku.
Drugą ze mną i K., trzecią ze mną i z A. Z powodu upału chciała się ochłodzić przy moim 35 stopniowym ciele, a ja zagrzać nerki dzięki jej gorącej krwi ;P.
Wracając do kotki...
Co dzień jesteśmy w niej bardziej zakochani.
Wszyscy.
Bez wyjątku.
Nawet psa...
Jest nią tak oczarowany, że nie daje jej żyć.

W zasadzie to zmienił się w stalkera.
Chodzi za Małą krok w krok i dręczy ją merdaniem ogona, sapaniem i wachlowaniem języka.
Kiara, jak na waleczną lwicę przystało syczy, pręży się i warczy, jak pies przekracza granice namolności i bycia upierdliwym.
Ogólnie w domu jest więc wesoło.
Pilnowanie psa, żeby nie męczył kota.
Pilnowanie kota, żeby nie atakował psa.
Pilnowanie, żeby kotka miała swobodny dostęp do jedzenia (pies jej wyżera), wody i kuwety (zagradza drogę i próbuje się bliżej zapoznać).
Pilnowanie, żeby Kiara nie wspinała się po zasłonie, nie drapała pazurkami po meblach i nie bawiła się kablami.
Plus malowanie (wczoraj kończyłam z siostrą malowanie drugi raz na miętowo. I z radością oświadczam, że kolor wyszedł miętowy ;]), sprzątanie po malowaniu etc.
Plus imieniny mamy, więc goście, kawki, sałatki.
I szukanie dekoracji do pokoju, w którym jeszcze nie ma mebli... ;]



PS Czy ten pies nie wygląda jak mój Pedro? I jeszcze to psychopatyczne spojrzenie... ;P.

http://www.tapetus.pl/84035,kot-pies-zabawa.php






czwartek, 27 sierpnia 2015

Szary mary ;)

Powoli zaczynam oswajać się z bałaganem.
Coraz szybciej lokalizuję poszczególne ubrania w workach.
Coraz mniej frustruje mnie brak swojego miejsca.
A tak w ogóle to co tam remont - mam kotaaa ;P.
Kotkę w zasadzie ;]
Robocze imiona Furia (piękne, krwiste ślady po drapnięciach na moim lewym przegubie) i Puma (zręczny atak na psa), ustąpiły wdzięcznej Kiarze ;)
Na chwilę obecną... ;)
Niestety próby zapoznania Młodej z Pedrem nie zakończyły się zbytnim sukcesem.
Nasza charakterna kolorowa zaatakowała psa sykiem, warczeniem (?!) i szybką transformacją ze słodkiej kici w małego diabła tasmańskiego.
Skończyło się zapięciem psa na sznurek i ulokowaniem kota w domu.
Kiedy nie widzi psa jest kotem idealnym.
Skrada się lekkim krokiem, zagląda w każdy zakamarek, łasi się, przytula i mruczy.
Nie atakuje, nie gryzie i nie drapie.
Gorzej, kiedy zobaczy siersiastego...
Póki co powoli oswajamy je ze sobą i czytamy na necie, co robić w takiej sytuacji ;)
Żal mi trochę zdegradowanego Pedra, choć z drugiej strony odkąd został sam (o jednego kota i szynszyla mniej) zaczął się okropnie panoszyć.
Jest zaborczy, zazdrosny, niedobry i zbyt pewny siebie.
Do mnie nie pozwala się zbliżyć, na K. fuczy i najchętniej dałby mu zakaz wchodzenia do mojego łóżka ;).
Może potrzebny mu nowy futrzasty członek rodziny, żeby przestał się tak spoufalać ;].
Kiara wyczerpała akumulatory i śpi na oparciu sofy w salonie.
Śmiejemy się z niej, że księżniczkuje, bo chodzi majestatycznym krokiem i zachowuje się w typowo babski sposób ;P.
Nie mogę oderwać się od koszyka i na okrągło albo patrzę albo się z nią miziam.
Taka nowa miłość ;)

Pytacie o remont.
Remont w pełni.
Był chwilowy zastój przez brak farby i trzykrotne malowanie sufitu, ale już sytuacja opanowana.
Myślę o zamówieniu mebli na wymiar.
Postępy posuwają się w tempie ślimaczym, ale się posuwają.

Szkoła... ;)
Wszyscy wiedzą, że będę uczyć.
Wszyscy.
Wypytują o mnie sąsiadów, nauczycielki, mieszkańców Leska ;D.
Komedia ;)
Wczoraj byłam na pierwszej konferencji, a dziś dekorowałam salę gimnastyczną na rozpoczęcie roku. Podnieta na maxa ;).

Kończę.
Muszę dopieścić psa i nacieszyć się kotem.

PS Wczoraj w Majstrze widziałam trzy szynszyle. K.łapie się już za głowę... ;]





wtorek, 25 sierpnia 2015

Biało Mi ;]

Mogę sikać w krzakach.
Umiem żyć ze świadomością, że nie jestem tak wypicykowana jak Miss World.
Nie boję się ścierki.
Mopa i gąbki też nie.
Nie potrzebuję pełnej kosmetyczki, żeby przeżyć weekend poza domem.
Większość moich ciuchów nie wymaga prasowania.
Ale czuję się koszmarnie bez swojego pokoju i wygód z nim związanych ;P.


Aaaaj.
Wiedziałam, że tak będzie i przygotowałam się psychicznie na takie perypetie.
Brak czasu, brak koloru farby, brak jasnoszarej kanapy, która nie zajmie połowy pokoju.
Pechowo remont połączył mi się z początkami pracy (bieganie do lekarza pracy, badania, pierwsze dyżury w szkole, papierki), więc nie jest tak wesoło, jak być powinno.
Dziś brakło mi czasu na obskoczenie Sanoka i sklepów meblowych.
Póki co wizji mebli brak.
Nie znalazłam nic ;).
Ani szafy, ani regałów ani kanapy.
Pokój jest przyjemnie pusty i względnie czysty.
Porozkładane gazety pochlapane białą farbą.
A ja muszę szukać poszczególnych części garderoby w workach, porozwalanych po łazience.
Hm.
Jadalnia, salon i kuchnia nie wydawały mi się dobrymi miejscami na składzik.
Pokój rodziców zapełniłam książkami.
Sypialni siostry nie ruszyłam.
Chciałam jeszcze pożyć ;).
Wyjęłam sobie parę ciuchów i rzuciłam je "na wierzch" sterty na przedpokoju.
Niestety szybko utonęły one pod roboczymi ubraniami K., kocami i innymi rzeczami, wyniesionymi z pokoju.
Dezodorant i perfumę jestem w stanie zlokalizować między stosami książek.
Skarpetki też wiem, gdzie mam.
Dziś po południu udało mi się nawet wydobyć z tego bałaganu thriller Cooka z biblioteki ;).
Ale o reszcie rzeczy mogę zapomnieć.

Poza tym czuję się bezużytecznie jak alarm przeciwwłamaniowy w Multipli ;P. Czy jak się to dziadostwo odmienia ;).
Siedzę, zmywam kropki po białej farbie na panelach, świecę latarką na trawniku, kiedy tato i K. myją pędzle i wałki nocną porą (malowanie zaczynamy wieczorem, jak chłopaki kończą pracę...), kręcę się i próbuję być użyteczna.
Wychodzi średnio.
Rozkładam więc gazety, przeganiam Pedra, pomagam robić kolację dla mojej kochanej siły roboczej, siedzę na biurku na wdechu i staram się nie myśleć o smrodzie farby.
Wiem, że remont jeszcze chwilę potrwa i że to dopiero początek...
Tęsknym wzrokiem patrzę więc na połowicznie pomalowane ściany (okej, póki co na pomalowany sufit i skos) i ścielę sobie sofę w salonie.
Dzisiejszy, w zasadzie dopiero drugi dzień wlecze się jak flaki z olejem.
Nudzę się okrutnie i nie mogę sobie znaleźć miejsca, więc kręcąc młynka palcami, wizualizuję sobie efekt finalny i chcę tylko, żeby wszystko szło elegancko i bezproblemowo i żebym już wkrótce cieszyła się zrobionym pokojem, Amen.


http://www.tapetus.pl/74544,pedzel-bobas-farba.php


poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Na spontana ;]

Najpierw kupiłam sobie dwa komplety ślicznej (i porządnej ;P) pościeli w Home & You.
Potem domówiłam na necie ozdobne poszewki i prześcieradło.
Następnie zaczęłam gruntownie odkurzać pokój.
W trakcie porządków odsunęłam łóżko i biurko z myślą, że je przestawię.
Ściany przedstawiały swoim widokiem obraz nędzy i rozpaczy (m.in. dzięki działalności twórczej świętej pamięci jaśnie szynszyla Borysa), a odrapane, obgryzione i zniszczone regały wywołały zawroty głowy.
Już mnie zaczęło mierzwić w żołądku...
Jeśli dodam do tego ciemne, ponure i stare meble, straszące wyglądem, niebieskie kinkiety do zielonych ścian (pozostałość po dwunastoletnim rozumie do urządzania wnętrza - żółte ściany, niebieska wykładzina i dodatki), biurko z tysiącem zakamarków, niebieskie obrotowe krzesło (na cholerę mi ono? Chyba tylko po to, żeby się kręcić z braku pisarskiej weny...) i masę pierdół pochowaną po szafkach, a także fakt, że skoro zostaję w rodzinnym domu to nie będę płacić połowy pensji na czynsz, a połowy na rachunki i utrzymanie się...

- Zmieniam wystrój pokoju! - przywitałam wczoraj rodziców, wracających z leśnej wyprawy życia.

Oczywiście zaczęły się pytania, kręcenie głową, próby odwołania mnie od tego zamiaru.
Jednak ja jak to ja, nie dam sobie przegadać.
Bo doszłam do wniosku, że miarka się przebrała ;>.
Po mamci i babci jestem typem klamociary.
Tego szkoda, tamtego szkoda.
A pokój pęka w szwach.
Najwięcej mam książek, ubrań, zeszytów, gazet i artykułów plastycznych. I sportowych też. Z rowerkiem treningowym, piłką, hantelkami i matami na czele.
Ale klamoty w postaci pasków do spodni (nie używam), gier planszowych (nie gram) czy plastikowego Bambiego z dzieciństwa też się znajdą w pudełkach i szufladach.
Nie muszę się chyba przyznawać, że dzięki stypendium naukowemu mam trochę oszczędności, a ogólnie jestem wyśmiewana z chomikowania i duszenia pieniędzy na koncie? ;P.
Noo... Niestety tak jest ;).
Auta póki co nie kupuję, na wycieczkę dookoła świata też się nie wybieram.
Nie muszę kupować wyprawki do szkoły ani dla niemowlaka.
Nic nie muszę obecnie kupować.
Ale to nie powód, żeby wiecznie kisić pieniądze w banku...
Tak więc postanowione - remont generalny.

Dziś pojawiły się pierwsze problemy.
Najpierw - wybór koloru na ściany i dylematy z tym związane.
Potem - szukanie tych kolorów w sklepach (brak) i frustracja.
Następnie wynoszenie dobytku życia z pokoju: szubrowanie po półkach z książkami (kurz, kręcenie w nosie, kichanie), ciuchów (kurz, kręcenie w nosie, kichanie), zeszytów (kurz, kręcenie w nosie kichanie) i reszty.
Ubrania i bieliznę powrzucałam do worków na śmieci i niczym Święty Mikołaj targałam je na taras.
Książki układałam w stosy i słaniając się pod ich ciężarem człapałam, żeby poukładać je na przedpokoju.
A potem było opróżnianie pudełek, szafek, szuflad...
Masakra ;]
Zeszło mi cały dzień, a już w połowie pracy byłam zakurzona, zmęczona i spocona.
Większość rzeczy poszła w kosz (tzn. zasiliła kotłownię i szopę w kolejne wory ze śmieciami), a spora część ozdobiła strych. W sumie to myślę, że pozbędę się jeszcze całkiem sporej grupki klamotów, bo nie zamierzam zagracać pokoju.
Właśnie.
Jaką mam wizję i jaki jest plan?
Minimalistycznie - to przede wszystkim.
Szaro - biało - miętowo (o ile uda mi się wreszcie znaleźć miętową farbę ;P).
I klimatycznie.
Dwie ściany planuję machnąć na miętowo, dwie na popielato.
Sufit na biało.
Nad skosem (poddasze) się waham ;). W sensie jakim go pomalować kolorkiem.

Łóżko też chcę kupić nowe, bo moje łóżeczko 90x200 może i nadaje się do spania w pojedynkę, ale z K. męczymy się okropnie. Nie mówiąc już o tym (a mówiłam o tym kilkakrotnie...), że odpadają z niego listewki i często gęsto śpimy w dziurze.
A skoro nowe łóżko to raczej rozkładana kanapa niż małżeńskie łoże.
Meble planuję kupić białe, ale też bez szaleństw - proste regały na książki, szafa na ciuchy, komódka.
Może szarpnę się na rattanowy fotel z białą poduchą do czytania i stolik ze skrzynek albo nową ławę, ale zobaczymy jak mi pójdzie pierwszy etap remontu.
Na razie musimy wynieść te ohydne meble, ogarnąć pokój z pajęczyn, wywalić łóżko i ławę.
I kupić farbę.
A potem zająć się malowaniem.
Jak będzie pomalowane, mogę zacząć bawić się w kupowanie i meblowanie.
A potem wyrzucanie tego, co zbędne i upychanie tego, co konieczne ;).
I dekorowanie, ach dekorowanie ;D.

Na początku obawiałam się, że pastelowe barwy, w dodatku zimne, znacznie ochłodzą mój pokój.
Teraz przestałam mieć takie wątpliwości.
Zawsze mogę ożywić pokój dodatkami (brązowy drewniany słoń od kuzynki, czekoladowe poduszki, może jakiś obrazek), a po zaciemnieniu sypialni ciemnobrązowymi meblami, z niecierpliwością czekam na trochę światła.
Nawet jeśli zafunduję sobie zimne i babskie wnętrze ;P.
Póki co wsłuchuję się w echo własnych kroków w pustym pokoju i biorę się do pracy... ;)
A Wy czekajcie na efekt końcowy ;D.


http://kb.pl/teksty/categories/porady-budowlane/




piątek, 21 sierpnia 2015

W szelkach urodzona ;P

Tak coś czuję, że ten wpis będzie miał dużo wyświetleń ;]
Będziecie musieli przeczytać go po trzy razy, żeby załapać, o co w nim chodzi... ;)

"Po pedagogice nie znajdziesz pracy" - słyszałam wszędzie, odkąd zaczęłam studia.
Bałam się tego okropnie i gryzłam paznokcie z nerwów.
Większość czasu na studiach gorączkowo marzyłam, żeby po studiach mieć pracę. Już nawet nie koniecznie w zawodzie, bo przecież szanse marne. Chciałam tylko pracować. Gdziekolwiek.
A teraz?
Teraz odmówiłam dwóch staży w prywatnych przedszkolach w Lesku i Sanoku, bo miałam ofertę dalszej pracy w prywatnym przedszkolu językowym w Rzeszowie.
Potem odmówiłam kontynuacji pracy w prywatnym przedszkolu językowym w Rzeszowie, bo miałam tam śmieciówkę, a dostałam propozycję rocznego etatu na zastępstwo na prywatnej świetlicy w Rzeszowie.
Dziś odmówiłam na świetlicy, bo zostałam propozycję pracy w publicznej szkole podstawowej w swoim mieście na roczne zastępstwo.
Piętnaście minut po przyjęciu etatu w leskiej podstawówce dostałam telefon z prywatnego przedszkola językowego w Rzeszowie, że mają dla mnie etat w zerówce i czy jestem zainteresowana...


- Mamo, czy ja się urodziłam w czepku?
- Niee. Miałaś szelki z pępowiny wzdłuż brzuszka i pętlę wkoło szyi.
- Boże, mogłam się udusić!
- Mogłaś. Ale byłaś tak silna, że rzucałaś się po stole, kiedy Cię badali. 10/10 w skali Apgar.

Okej.
Czepki, szelki, obręcze.
Nieważne.
Grunt, że złapałam trochę szczęścia ;).


Pewnie jesteście ciekawi, co wybrałam. Tak? ;P.
No to Wam powiem, że zdecydowałam się na publiczną szkołę w Lesku.
Ta daam.
Jeśli myślicie, że decyzja była prosta - jesteście w błędzie ;P.
Korcił Rzeszów.
Korciły wyzwania, praca z młodzieżą, nowe doświadczenia.
Korciło mieszkanie z koleżanką, pokój jednoosobowy (!), galerie, znajomi, możliwość rozwoju i duże światła wielkiego miasta (;P).
Korciła szansa na asystenturę na uczelni, bo podczas studiów tak ochoczo angażowałam się w pracę naukową, że teraz nie chcieli mnie z niej puścić.
Korciły pieniądze, które zarobiłabym w prywatnej placówce, na korkach i na uczelni.

Wygrała intuicja.
Chęć skorzystania z tej szansy, jaką dała mi dyrekcja.
Wyciągnięta ręka do młodej dziewczyny zaraz po studiach.
No i fakt, że to praca państwowa.
Oraz to, że naprawdę nie chciało mi się znów pakować klamotów do Rzeszowa.
Że chcę przygarnąć kota, a nie miałby się nim kto zająć.
Że będąc w domu mogę sobie kupić szynszyla.
Że mam swój pokój, swoje łóżko z wypadającymi listewkami, regały z książkami, czepialską mamę, siostrę, z którą się będę pewnie kłócić, K., który z radości na pewno umyje mi naczynia ;P.
Że nie będzie dojazdów, horrendalnych opłat za mieszkanie i stresów.
Że nie będzie pracy popołudniami, późnych powrotów z pracy, wpadanie do domu na weekendy w biegu.
Że nie będzie widywania znajomych od święta.
Że będzie chodzenie do pracy na nogach, a w razie gdybym miała parcie na kasę - bawienie dzieci i korki. I teksty ;)
Tak więc od września będę nauczycielką i wychowawczynią klasy I.
Mmm... ;]

Uh.
Przewraca mi się jeszcze w żołądku ;D.
Takie decyzje nie są wcale proste ;).
Nigdy nie wiemy, co by było gdyby.
I nie mówcie mi, że zrobiłam źle, bo tu zarobię mniej, a większą karierę zrobię tam.
Pieniądze jak to pieniądze
Fajnie je mieć.
Fajnie mieć Air Maxy i fajnie mieć kasę na borówki w środku zimy.
Ale nerek za nie przyjaciółce nie kupię.
A mieszkając w domu mam ją na wyciągnięcie ręki, więc mogę przynajmniej mieć z nią regularny kontakt ;).
K. nie ugłaskam wieczornymi rozmowami i związkiem na odległość.
On woli słuchać mojego marudzenia, że przytyłam na żywo i miziać mnie godzinę po stopach na codziennie, nie tylko w weekend ;P.
Babcia z wiekiem nie młodnieje, więc jak ją odwiedzę w tygodniu będzie pewnie bardziej zadowolona niż jak wpadnę na Święta.
Nie powiem już, co zrobią okoliczne dzieci, jak dowiedzą się, że będę pracować w szkole.
Jezu.
Pewnie mnie zaściskają na śmierć ;D.
Póki co wydaje mi się, że podjęłam dobrą decyzję.
Niech nie będzie, że jestem zimna i nieczuła, bo nie lubię dziubdziać, że ale kieruję się czasem czymś innym niż rozsądkiem ;D.
A teraz z tej okazji zmieniam wystrój pokoju, zadomawiając się w nim i zastanawiając, gdzie do cholery upchnąć te wszystkie książki, kosmetyki, koce i kubki ;).
Pozdrówkaaa!!!

PS Wybaczcie, że nie wszystkich informuję o tym osobiście, ale obdzwanianie znajomych zabrałoby mi za dużo czasu, którego nie mam ;]. W razie życzliwej ciekawości i zainteresowania szczegółami, proszę o osobisty kontakt pod numerem, który mają ci, którzy mnie znają ;].



http://ka-in-progress1.pinger.pl/




czwartek, 20 sierpnia 2015

Zwroty ;)

Rano miałam pisać zachrypniętego posta, ale dobrze, że się wstrzymałam.
Po sorbecie i mrożonej kawie dochodzę do siebie i obecnie tylko kaszlę, urozmaicając nocną ciszę dudnieniem dobiegających z głębi oskrzeli ;).
Nie - nie jestem chora! ;>
Najwyraźniej to tylko klimatyzacja z hotelu, w którym spędziłam weekend.
Weselny weekend, jak ktoś jest niewtajemniczony i już sobie tworzy teorię, że w weekendy sypiam po hotelowych łożach ;D.
Rano i wieczorem wciąż rycham, ale jednak swojskie powietrze w domu + zimne desery i napoje leczą gardło błyskawicznie.
Nie przemęczam się oczywiście i czas dzielę uczciwie na książki, K., spotkania ze znajomymi (i znajomymi dziećmi ;P), domowe SPA, pisanie i Mel B.
O - i jeszcze na malowanie pazurów.
Obecnie gustuję w popielato - żółtych i szaro - morelowych lakierach. Ich ładne kolory osładzają mi fakt, że co chwilę się ścierają (siedź tu spokojnie i się nie ruszaj, nie dotykaj nic, nie oddychaj...).
Mama gotuje mi łazanki, K. myje naczynia, a ja siedzę na kuchennym blacie i macham mokrymi od lakieru pazurami, pokazując co jeszcze trzeba zrobić.
Masakra jakaś ;D.
Zepsucie hard level ;P.

Poza tym to w sumie mam wakacje.
Wakacjeee!
Rano śpię do oporu, a po dziesiątej zwlekam się do kuchni z nieprzyzwoicie rozwaloną fryzurą, co moja mama kwituje słowami: "Ale Ci ładnie w takich włosach, rozczochrańcu!".
Mama ma urlop, więc codziennie rano zamiata, K. ma L4, które na szczęście nie zwalnia go z chodzenia rano po bułki i robienia mi śniadania.
Bo ostatnio zaczął u mnie pomieszkiwać, więc musi sobie jakoś odrobić miejsce w sypialni i skrawek kołdry, który uda mu się (albo i nie) wydrzeć spod mojej samolubnej okrągłej wyćwiczonej ;P.
Najchętniej bowiem owijam się pościelą jak naleśnik i wypinam się samolubną okrągłą wyćwiczoną na wyziębionego K. ;P.
I na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że noce są okropnie zimne, działam na śnie, więc nieświadomie, a w nogach łóżka mam mnóstwo kocyków i kołderkę, więc nie jestem aż taka niedobra, żeby zostawiać go z niczym ;).
Żeby nie było, że wszystkich wkoło wykorzystuję, powiem Wam, że zdarza mi się robić coś dobrego.
Np. robię dobry sorbet z mrożonych malin i bananów i muffinki z cukinią i szpinakiem ;P.
Często też aktywnie uczestniczę  w rodzinnych dyskusjach (najchętniej na leżakach przed domem)  pt. "Przygarnąć rudego kota czy nie?", bo za pusto (i za czysto ;D) w domu z jednym psem. 
("Oj, weeeźmy małego kotka. Będzie fajnie" - grunt to mocne argumenty dyplomatycznej Miss M.).
Poza tym w domu jak to w domu.
Trochę obowiązków, z których obecnie jestem wyręczana (nie wiem czemu właściwie, ale niech ta chwila trwa ;D).
Codziennie kładę się na chwilę na swoim łóżku i podziwiam kolekcję książek na półce.
Czasami tak się jaram ich ilością, że z podekscytowania zawalam trzy nieszczęsne listewki w łóżku ;P. Jeszcze do niedawna potrzeba było większego ciężaru, żeby rozwalić łóżko (czyt. chłopak/koleżanka/pies), teraz wystarczy się poruszyć, żeby wylądować na podłodze ;].
Czytać też czytam całkiem sporo, choć zwykle wybieram kilkuset stronnicowe książki, więc ilości nie są zabójcze ;).
Odwiedzam z K. jego dziadków. Daję się podkarmiać gorzką holenderską czekoladą i poić kompotem.
Klepię przez telefon z koleżankami.
Chodzę na spacery z kolegami. Okej. Jeden spacer. Żeby nie było, że widujemy się tylko przypadkiem i w biegu, a kontaktujemy przez telefon, skoro mieszkamy w jednym mieście ;D.
I na basen z koleżankami... No w sumie to też byłam raz ;P. I w dodatku zapomniałam okularów do pływania... Ale było całkiem fajnie. Nawet, kiedy skóra zaczęła mi się marszczyć ;).

Tak więc tyle.
Z małoistotnych newsów.
Istotne newsy napiszę, jak się odważę.
A Wy czekajcie na zwrot akcji ;P.
Pozdrawiam!

PS Dziękuję kuzynowi ze Śląska za bransoletkę dziewczęcą i słodką do bólu, ale usprawiedliwioną za miętowy kolor ^^.







wtorek, 18 sierpnia 2015

Po ;)

Kurczę.
Nie wiem od czego zacząć ;)
Na ogół nie mam tego problemu i nie wiem, jak się rozwiązuje kłopot z brakiem właściwego pomysły na wstęp.
Chętnie zaczęłabym od początku, ale pogubiłam się w wydarzeniach.
Co było najpierw...?

Chyba gorączkowe pakowanie bez robienia listy (niczego mi nie brakło), nerwy, pech i opóźniony piątkowy wyjazd.
Potem dłużąca się droga, słońce palące w oczy i spanie na fotelu pasażera na poduszce Little Miss Naughty.
Szukanie czegoś do zjedzenia w przydrożnym grill barze i ostateczne znalezienie kawałka pleśni na fecie, która - choć w sumie była zielona - nie została przeze mnie skonsumowana.
Brak chęci robienia przykrości miłej właścicielce i dojście do wniosku, że niezbyt wiele zielonożerców jada w grill barze, stąd łatwo wyjaśnić nieświeżość sera ;).
Sensacji żołądkowych brak.
Pewnie dlatego, że sałatka została przepita gorącą herbatą i wyżerającą wszystko Colą.
Potem było szukanie noclegu i formułka: "Dzień dobry, szukam dwóch pokojów dwuosobowych na dzisiejszą noc, czy mają państwo wolne miejsca?" , którą po kilku telefonach klepałam jak zacięta płyta.
Wreszcie znalezienie tanich, acz czystych i przytulnych pokoi (mogę spać w każdych warunkach, przecież mówiłam, że nie księżniczkuję ;P), z wspólną kuchnią wyposażoną jak trzeba, a nawet z łazienką przy pokoju i białymi ręcznikami ;).
Prysznic, wieczorny wypad po jakieś żarcie (miętowy zestaw do manicure/pedicure, dwa lakiery do paznokci, żel pod prysznic o oszołamiającym zapachu - mniam :P), szybka wizyta u wujków i powrót na kwaterę.
Prysznic, brak chęci na sen, czytanie książki, inne.

Rano śniadanie, czytanie, pisanie. Czyli prawie jak w domu ;].
Prysznic.
Znów czytanie, znów pisanie. Peeełnia szczęścia ;P.
Przygotowania do wesela polegające na umyciu włosów i pozwoleniu im schnąć na wolnym powietrzu i pomalowaniu rzęs.
Znów prysznic. Trzeciokrotny.
Nic nie dający, bo upał i duchota robiła prysznic na bieżąco ;P.
Dotychczas taki detoks miałam na siłowni, ostatnim czasem wystarczy siedzieć, żeby czuć się jak na bieżni ;).
Miętowa sukienka - pierwsza tak dopasowana i krótka kreacja ;).
Szukanie właściwego kościoła, utrzymywanie powagi na nabożeństwie (mam wrażenie, że tylko ja chichotałam do drżenia ramion i nie rozumiem, czemu innych nie śmieszyło to co mnie...).
Atakujący i zacinający deszczyk, przechodzący w bombardujący wystrojonych gości deszcz.
"Biały Dom" i białe obrusy, czekające na obiad.
Goście, równie mokrzy co głodni.
Wegetariańska zupa krem, która o mało nie trafiła do na oko siedmioletniego chłopca, bo moim rodzicom zachciało się przemieniać karteczki z imionami ;].
W zasadzie wegański obiad, który o dziwo dostałam jak VIP pierwsza, po raz pierwszy w życiu nie śliniąc się z głodu, kiedy inni kończą jeść ;).
Deser, z którego zjadłam zielony listek. Niestety nie mięty ;].
Królowe parkietu czyli ja, moja mama i ciotka, próbujące rozruszać czekające aż się ściemni towarzystwo.
Wygłupy, szaleństwa, wino, śpiew do zdarcia gardła i skakanie w butach na obcasach.
Wjazd sałatek, które po raz pierwszy zaspokoiły moje wymagające podniebienie ;).
Ból stóp, zmasakrowane palce, akcja - szukanie balerinek w bagażniku.
Zabawa ile tylko miałam sił ;).
Zdrowy, mocny sen w hotelowym łożu.
Szwedzki stół na śniadanie, herbatowanie w ogródku.
Wizyta u wujka, uczenie K. imion wszystkich członków rodziny i powiązań między nimi.
Poprawiny - czyli znów wypasiony obiad, znów taniec od pierwszych taktów melodii, znów wygłupy, znów dobra zabawa. I dla odmiany niebieska sukienka ;)
Kuzynka, pytająca, czy nie myślałam o napisaniu i książki i mój wyszczerz na ten komentarz ;] ;] ;]
Pożegnania, całusy, przytulasy.
Kraków Balice.
Euforia przy kupowaniu książki za ostatnie pieniądze w portfelu (Camilla Lackberg "Pogromca lwów") i czytanie na terminalowej ławeczce przy szmerze głosów obcokrajowców.
Zabranie mamy K. z lotniska, jedzenie greckiej (bez pleśni ;P) i bułki z mozzarelą w aucie.
Przymulanie, spanie, momenty ożywienia, dalsze spanie.
Powrót do domu po pierwszej, świętowane protestem w rozpakowywaniu i rześkim prysznicem.
Noc w swoim łóżku, z którego nad ranem odpadły trzy listewki, powodując "lekkie" zapadnięcie się materaca, ale wcale nie zaburzając błogiego snu i dalej utwierdzając mnie w przekonaniu, że nie ma to jak w dooooomu! ;]



http://tohavefabulousday.blogspot.com/2014/08/mietowy-dzien.html


środa, 12 sierpnia 2015

Gwiazdorzę ;)

Czy ja mówiłam coś o końcu lata?
To chyba ta gorączka mi padła na mózg ;P.
A lato chyba usłyszało i postanowiło pokazać, że jednak nie powiedziało ostatniego słowa.
Grzeje, grzeje i nie chce przestać.
No i dobrze.
Upały przestały mi już zupełnie przeszkadzać. Przeszkadza mi jedynie paradowanie w ciepłych kapciach i pilnowanie, żeby nie zmarznąć w plecy, co przy takich temperaturach aż prosi się o wybuch śmiechu ;).

Swoją drogą - ten "zapalony" pęcherz to mi się trafił jak ślepej kurze ziarno.
Nie dość, że szybciej wróciłam do domu, to jeszcze trafiła mi się idealna pogoda i wysyp znajomych.
Oprócz jednego dnia, kiedy byłam ciut zmarnowana, nie przegapiłam ani jednej chwili żeby spędzić czas aktywnie.
Nie miałam kiedy podrapać się po tyłku, więc o czytaniu czy pisaniu mowy nie było, ale - nie ma tego złego.
Polańczyk i rowerki obskoczyłam kilka razy. Za każdym razem z fajną (czyt. dobrze pedałującą) ekipą.
Znajomi z piątką dzieci (w tym trójką własnych) odwiedzeni kilka razy.
Wypite mrożone kawki i wody z lodem i cytryną - niezliczone ilości.
Altankowanie, spacerki z psem...
Sielanka ;]
Do tego pobyt przyjaciółki, która była u mnie kilka dni i codzienne wspólne pichcenie, robienie sobie SPA w salonie, oglądanie filmów i pogaduchy ;).
Mmm... ;)

Przestałam się nawet tak bać końca sierpnia....
Bo był czas, że zaczęłam panikować.
Z powodu zmian, z żadnej innej przyczyny.
Boję się ich jak cholera, choć tak bardzo ich chciałam.
To jest dopiero ból - zamiast cieszyć się ze spełniających się marzeń, bać się tego, co przyniesie ze sobą ich spełnianie ;].
No nic.
Dziś noc spadających gwiazd.
Może pożyczę sobie, żebym nie sfiksowała z powodu tego, co wydarzy się na moje własne życzenie.
I wymyślę nowe marzenia do spełnienia ;)


http://www.yourtango.com/2015272677/night-owls-are-smarter-make-more-money-says-science






poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Boso, nieboso ;)

Jeśli w tempie błyskawicznym nadrobiliście błyskawicznie wrzucone (dzięki Ci Panie za szybki Internet!) linki, wiecie już, że jestem w domu.
Początkowo byłam zniesmaczona, że o tydzień za szybko. Wolałabym siedzieć zdrowa w Rzeszowie niż chora w domu.
Na szczęście z dnia na dzień czuję się coraz lepiej, chociaż uważam z jedzeniem, chodzeniem po schodach i wywracaniem oczami.
Jedzenie zwyczajnie mi nie wchodzi i jem zachciankowo jak ciężarna - albo coś ze szpinakiem albo coś z borówkami, wchodzenie po schodach sprawia, że robi mi się słabo, a wszelkie ruchy gałek ocznych to momentalne zawroty głowy.
Dlatego jestem grzeczna, miła i powiedziałabym nawet, że wyciszona ;).
Poza tym nic.
Zero bólu gardła, kaszlu czy innych narządów.
Badania porobione, wyniki jutro, wiązanek nie zamawiajcie - zamierzam żyć dalej ;P.
Oszczędzam siły, rozpakowuje powoli książki i ubrania, kupuję antyramy i spotykam się z przyjaciółmi...

Ten wpis zaczęłam robić w czwartek.
Do dziś nie miałam czasu dokończyć ;).
Samopoczucie szybko mi się poprawiło (antybiotyk na "zapalony" pęcherz, zakaz przemęczania i paradowania boso - niestety ;/), no i zaczęłam swoje prawdziwe wakacje ;P.
O ile wakacjami można nazwać czas na lekach, samych zakazach i niemożności skonsumowania Radlerka po upalnym dniu, na co jak nigdy, teraz mam ochotę ;).
Począwszy od spędzania całych dni u znajomych z małymi dziećmi (leżenie na trampolinie, łuskanie słonecznika, kolankowanie 7-miesięcznej panny M., picie mrożonej kawy), przez spontaniczny wypad na Słowację (Shirava wita ;D), po zaproszenie do siebie drugiej przyjaciółki na wakacje, czas spędzam na wcinaniu owoców, siedzeniu w altance przed domem, pisaniu i czytaniu (choć nie aż tyle, co myślałam) i ogólnym obijaniu się ;).

Jeśli się martwiliście moim omdleniem to spokojnie ;P. Już nic mi nie jest, śmigam dalej.
Oprócz tego, że teraz wakacyjnie ;)
Pozdrowionka od bosej (nietrzymającej nóg na podłodze) M. ^^



http://www.trendycamp.pl/najlepszy-masaz-stop-tylko-w/




czwartek, 6 sierpnia 2015

Halo, podłoga...? ;]


Wkoło mnie pudełka, torby i reklamówki.
Zza łóżka pozbawionego pościeli wylazły dwa kurzowe koty.
Szafki puste.
Półki wyczyszczone.
Książki spakowane.

Przede mną talerz ze stygnącą kaszą i warzywami.
Przeżuwam powoli brokuły, które stają mi w gardle.
Smętnym wzrokiem patrzę na walizki, z których wysypują się kartki i długopisy.
Nie mam siły nabić marchewki na widelec, ułożenie książek w torbie stało się wyzwaniem stulecia.
Nieee!
Nie tak miało być!


Ogólnie ten tydzień miał być moim ostatnim tygodniem na rzeszowskiej Legionów 16.
Później miałam mieć wolne do końca sierpnia i ten czas miałam spędzać w domu.
Od września miałam zacząć nową pracę.
W tym tygodniu chciałam się więc wyluzować, spędzić czas tak jak lubię, spotkać się ze znajomymi.
W piątek po pracy miałam się zacząć pakować, w sobotę wyprowadzić.
Na spokojnie, w miłej atmosferze, do wtóru muzyki sączącej się ze Spotify.
Niestety…

Poniedziałek był całkiem miły.
Trochę pisania, trochę pracy, trochę luzu przy herbatce z koleżanką.
Od rana miałam mdłości i dokuczał mi ból głowy, ale zepchnęłam je na dalszy plan.
A potem przyszedł wieczór.
I gorączka.
Wiecie już, że jestem typem niskotemperaturowca, prawda?
Że u mnie 34,7-35,2 to norma, a powyżej 36 to już jak stan podgorączkowy.
Wieczorem temperatura podskoczyła mi do 36 z haczkiem, ale nie przejęłam się tym zbytnio.
Potem głowa zaczęła mi pękać na pół i w końcu kapitulując wzięłam tabletkę.
Poszłam spać przed dziesiątą, bez ćwiczeń, bez długiej kąpieli i bez czytania.
Obudziły mnie dreszcze.
Tak silne, że skakałam w pościeli.
Termometr pokazał 37 stopni, a ja dygotałam jak w febrze.
Zapadłam w ciężki, gorączkowy sen.
Obudziłam się po trzeciej.
Ponad 38 stopni. Dla osoby, dla której normą jest 35 – to już porządne rozpalenie.
W głowie karuzela, w skroniach ćmi, czoło rozpalone, a ogólne odczucie to takie, że ktoś wali mi w łeb młotkiem.
Błądząc dłonią po szafce natrafiłam na pusty kubek.
Wstałam powoli i zaczęłam iść do kuchni.
Miałam takie zawroty głowy, że szłam jak pijana.
W kuchni chwyciłam za butelkę z wodą, nalałam trochę do kubka, sięgnęłam po tabletkę i…
Obudziłam się na podłodze.
Ciut zdziwiona, że leżę na zimnych płytkach między ladą, a koszem na śmieci.
Nie wiem, ile czasu spędziłam na podłodze.
Nie wiem jak spadłam i czy miałam na tyle przytomności umysłu, żeby zamortyzować upadek.
Raczej tak, bo guzów brak ;P.
Podłoga była mokra od wylanej wody, ja byłam mokra z potu.
Włosy były wilgotne  jak po umyciu, piżama lepiła mi się do ciała.
Oblepiły mnie mokre kosmyki włosów, zimny wilgotny materiał przylgnął do ciała i znów zaczęłam się trząść.
Ledwo wstałam, nieprzytomnym wzrokiem rejestrując przewrócony kubek i wylaną wodę.
Zażyłam tabletkę, poszłam do łazienki.
W lustrze zobaczyłam trupiobladą twarz.
Wróciłam do łóżka.
Nie mogłam się rozgrzać mimo skarpetek, ciepłej piżamy, polarowej bluzy, szlafroka i kołdry.
Gorączka telepała mną do rana.
Po ósmej obudziły mnie trzy esemesy, ciężka głowa i uczucie pływania we własnym pocie.
Po prysznicu byłam świeża i pachnąca przez jakiś kwadrans.
Później znów zalały mnie siódme poty, robiąc z włosów niewyżyniętą ścierkę i spływając zimnymi strumieniami po kręgosłupie.
Mdłości i ból głowy prześcigiwały się w uprzykrzaniu życia.
Żołądek przyjął jedynie kaszkę na wodzie.
Potem walnęłam się na łóżko i spałam tak przez pół dnia.
Do pracy szłam ponad pół godziny, a sekretarka widząc, że moja twarz przybiera zielono – przezroczysty koloryt, krople potu roszą moje czoło w tempie godnym pożałowania, a na koszulce zaczynają rozlewać się plamy potu mimo klimatyzacji – kategorycznie nakazała wracać do domu.
Szłam powoli, śmiejąc się ironicznie, że nigdy tak mocno nie czułam swoich perfum, jak wtedy kiedy gorączkowe poty spotęgowały zapach od Calvina Kleina.
Na mieszkaniu musiałam odpocząć po katorżniczej wspinaczce na czwarte piętro.
Ugotowałam sobie obiad, zjadłam marną odrobinę.
Padłam, pospałam, wstałam.
Zaczęłam się pakować i sprzątać mieszkanie.
A teraz zasiadłam na kanapie z laptopem.

Chwilowo przestałam się zalewać potem, więc może za chwilę wezmę prysznic.
Przeraża mnie burdel na dywanie i fakt, że będę musiała w końcu spakować resztę rzeczy.
W głowie wciąż się mąci, żołądek dalej ściska.
Temperatura spadła do przyzwoitych 35,6, a twarz z zielonego przybrała lekki żółtawy odcień.
Po wizji słuchania muzyki i tańczenia po mieszkaniu ze ścierką nie pozostało nawet wspomnienie.
Jestem słaba, jestem rozgoryczona, jestem zła, zmulona i spocona.
Tylko Klein wciąż pachnie tak samo ładnie, jakby za doskonały dowcip uważał fakt, że choć ledwo żyję, pachnę jak świeży fiołek...

http://likely.pl/zdjecie/282162/dziewczyna-siedzaca-na-podlodze




poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Koniec lata? ;]



Zawsze ciężko mi było określić, kiedy kończy się lato.
Kiedy zaczyna – jest znacznie prościej.
Po prostu jednego dnia zaczyna robić się ciepło, drugiego gorąco, trzeciego wyciągam letnie ciuchy i chowam ciepłe bluzy, a w nocy zrzucam z siebie kołdrę i piżamę.
Jem sorbety, piję zimną wodę z lodem i cytryną, a przy tym nie choruję.
Chodzę na spacery do lasu, jeżdżę nad wodę albo na rowerki wodne i mam choć trochę wolnego, o ile nie wakacje.
W nocy śpię przy otwartym oknie, noszę klapki zamiast sportowych butów i nie zakładam skarpetek do spania.
Narzekam na upały, biegam dopiero po dziesiątej wieczorem, marudzę, że znów nie zdążyłam wystarczająco wysmuklić się do lata i nigdzie nie ruszam się bez okularów przeciwsłonecznych.
Moja skóra przestaje być upiornie blada i nabiera lekko złotawego odcienia, noszę sukienki i sandały, a zamiast kremu ochronnego używam mleczka z filtrem.
Tak wygląda to przejście i tak wygląda dla mnie lato.

To lato było o tyle gorsze, że przez cały maj i czerwiec, kiedy dni były długie, ciepłe i słoneczne – ja tkwiłam w pracy, na uczelni albo pisząc pracę magisterską.
Przez cały lipiec pracowałam z dziećmi, a dopiero po 15-tym, kiedy się obroniłam, mogłam naprawdę odetchnąć.
W zasadzie mam więc wakacje dopiero od dwóch tygodni.
I w te „wakacje” codziennie pracuję na ósemki, siedząc sama w mieście ;P.
Średnio to wygląda… ;).
A najgorsze jest to, że jak dla mnie to wakacje powoli się kończą, choć tak naprawdę jeszcze ich nie zaczęłam ;].
Okej – dni wciąż są ciepłe, a nawet duszne albo upalne. Dalej noszę okulary przeciwsłoneczne, śpię przy otwartym oknie, piję zimną wodę i biegam w nocy.
Ale do okularów często dorzucam też bluzę, bo wieczory robią się naprawdę chłodne.
Kiedy budzę się rano, jestem skostniała z zimna i przeprosiłam się już z kołdrą i piżamą.
Po zimnej wodzie nabawiłam się bólu gardła.
A kiedy ostatnio biegałam, nie dość, że było mi zimno, to jeszcze wszędzie napotykałam na opadnięte liście i kwitnącą jarzębinę.
Czyżby więc powoli lato dobiegało końca?
Hej, to nie fair!
Nie zdążyłam nawet ubrać połowy swoich letnich ubrań!
Do pracy wciąż staram się ubierać jak na nauczycielkę przystało, a popołudnia i wieczory są zbyt krótkie, żeby wynosić wszystkie te swoje zwiewne sukieneczki, szorty i bawełniane bluzki.
Nie byłam nigdzie na wakacjach i nie miałam choćby tygodnia wolnego ;>.
Nie odwiedziłam połowy miejsc, które chciałam odwiedzić.
Dlaczego lato nie poczekało na mnie, aż skończę szkołę i pracę?
Dlaczego dało mi pstryczka w nos i zamiast kusić ciepłymi nocami, ono funduje mi szczękające z zimna zęby?
Pewnie dlatego, że i ja przestałam już mieścić się w kategorii „wakacyjna”.
Skończyłam studia, zaczęłam pracę.
Koniec cudownej beztroski i wolności.
Ale wiecie co?
W sumie to ja lubię mgliste poranki i chłodne wieczory.
W sumie lubię zimne noce, kiedy można zacząć ubierać długie spodnie od piżamy i skarpetki na stopy, a do tego opatulać się w miękki koc.
W sumie to zapach jesieni, szeleszczące pod nogami liście, kolorowe drzewa w lesie i jesienne warzywa też lubię.
Więc może nie będę płakać za tym, co straciłam i co mnie ominęło, a zacznę cieszyć tym, co dopiero przyjdzie.
I może uda mi się szybko wyłapać, kiedy jesień zacznie przechodzić w zimę, zanim obudzę się pewnego ranka i zamiast przez szeleszczące liście pójdę do nowej pracy brnąc w śniegu ;P.


http://123hdwallpapers.com/pl/girl-summer-sunflowers-mood.html