...

...
M.

niedziela, 26 czerwca 2016

Sznurówka

Jak musisz szybko przemieścić się z miejsca na miejsce (czyt. jak się pieruńsko spieszysz, bo masz ważną sprawę do załatwienia) istnieje duże prawdopodobieństwo, że nagle rozwiąże Ci się sznurówka.
Jak nagle rozwiąże Ci się sznurówka, prawdopodobnie potkniesz się i wybijesz zęby albo zakładając mniej hardcorowy wariant - wylądujesz na dupie.
Jak wylądujesz na dupie i kiedy odetchniesz z ulgi, że w pobliżu nie było nikogo, może się okazać, że masz całe spodnie w błocie albo że potłukłeś sobie kość ogonową.
Jak pomyślisz: "Oj tam, oj tam, już nic niemiłego mnie dziś nie spotka" to wybacz, ale Cię zmartwię.
Istnieje ryzyko, że jednak spotka.
Złe rzeczy przytrafiają się na ogół hurtem, zupełnie jakby jedno przykre wydarzenie otwierało obszerny worek z najbardziej niefortunnymi zdarzeniami tego świata.
Tak więc zapewne spóźnisz się, wpadniesz do dziury i skręcisz kostkę albo dostaniesz reprymendę na tym ważnym spotkaniu, na które tak się śpieszyłeś.
Jak w ciągu jednego dnia spotka Cię tyle przykrości, że będziesz marzył o tym, żeby ktoś Cię pocieszył to wysoce prawdopodobne jest to, że akurat tego dnia wszyscy i wszystko będzie przeciwko Tobie. Nawet najbliżsi albo raczej - głównie najbliżsi.
Ale to nic. 
Jak Cię to zezłości to się pozłość, bo przecież masz prawo wyrazić swoją frustrację.
Emocje trzeba wyrażać i trzeba wyrażać siebie.
I jeszcze robić to, na co się ma ochotę, bo niby czemu masz sobie czegoś wiecznie żałować?
Żałuje się na ogół rzeczy, które robi się z lekkimi wyrzutami sumienia.
I jeszcze tych, które ukrywa się przed całym światem, bo kiedy robi się z czegoś tajemnicę, najprawdopodobniej to co się robi jest złe, niemoralne albo przynajmniej niemądre.
Niemądre jest robienie wielu różnych rzeczy, ale najgorsze z najgorszych są:
- bycie żałosnym, jeśli czujemy że postępujemy żałośnie,
- upokarzanie się, kiedy zdajemy sobie sprawę, że się upokarzamy,
- robienie czegoś wbrew sobie, na siłę i na czyjeś żądanie,
- robienie czegoś co z góry skazane jest na niepowodzenie,
- robienie sobie nadziei na coś, na co nie możemy liczyć,
- czekanie na to, czego się nie doczekamy.

Ale ejj! Nie notuj tego w notatniku, bo to tak nie działa.
Nie uda Ci się wcielić tego w życie, bo jest to tak proste, że pewnie dlatego właśnie takie trudne.
Bo jeśli sądzisz, że wszystko w życiu uda Ci się zaplanować to się mylisz.
Jeśli uważasz, że masz na wszystko wpływ - patrz wyżej.
Jeśli łudzisz się, że masz kontrolę nad swoim życiem - wyobraź sobie, że zdarzają się rzeczy, na które nie masz wpływu.
A te rzeczy, na które nie masz wpływu najczęściej mają duży wpływ na Twoje życie.
Na Twoje życie mają wpływ Twoje decyzje, ale nikt jeszcze nie odkrył czy decyzje najlepiej podejmować szybko i spontanicznie czy z należytą rozwagą i rozrysowaniem drzewka decyzyjnego.
No i dalej nie wiadomo czy lepiej myśleć sercem, intuicją czy rozumem.
Jest jeszcze jeden element, który może mocno namieszać w naszym życiu.
Człowiek.
Niestety na tym świecie nie żyją leśne wróżki tylko ludzie.
A ludzie to ludzie.
Mają całkiem pokaźną listę wad i usterek fabrycznych, a niektóry to już chyba rodzą się tylko po to, żeby mieszać w życiu innych.
Jeżeli znasz takich ludzi to ich unikaj.
Jeżeli ich lubisz to brawo.
Jeżeli im bezgranicznie ufasz to chyba nikt Cię nigdy porządnie nie kopnął w dupę.
Więc kopię Cię ja. Telepatycznie.
Kopię, bo czasami słowami nic się nie zdziała.
Wiesz o tym, że słowa mają naprawdę małe znaczenie, prawda?
Słowa to tylko słowa.
Wylatują z ust i są bardziej ulotne niż bańki mydlane.
Dlatego ja tam wolę wierzyć w czyny.
Mówią więcej niż mówią słowa.
I są bardziej namacalne.
Chociaż i to czasami jest bez sensu, bo gatunek ludzki wyspecjalizował się w udawaniu i czasami po prostu trzeba kierować się rozsądkiem.
Rozsądek ma to do siebie, że doskonale wie, kiedy coś jest bez sensu.
No bo bez jaj, czasami z góry widać, że coś jest pozbawione logiki. Dziwne tylko, że zwykle nawet jak zdajemy sobie z tego sprawę, brniemy w coś co jest z góry skazane na niepowodzenie.
Więc Ty bądź mądrzejszy.
Jeśli podejrzewasz, że coś jest bez sensu to pewnie takie jest.
Jeśli wiesz, że jak coś zrobisz i będzie to głupotą - to tego nie rób.
A jeżeli masz swoje zasady i postanowienia to się do nich stosuj, do cholery.


I wiąż mocno sznurówki, to się na nich nie potkniesz.









niedziela, 19 czerwca 2016

O stokrotkach ;]

Zrobiłam bałagan w pięknie wysprzątanym przez mamę pokoju (za tę rozchyloną zachęcająco kołdrę, bukiecik stokrotek i krople do uszu przygotowane koło łóżka powinnam ją ozłocić).
Zafarbowałam włosy na lekko ciemniejszy odcień.
Usłyszałam, że przytyłam w "barach".
Pojechałam do ulubionego pięciolatka, który namalował mi tulipan na chodniku i zrywał dla mnie listki pietruszki w ogródku.
Nie zjadłam obiadu, zjadłam truskawki.
Nagminnie spóźniałam się z porą zażycia antybiotyku.
Spałam do dziewiątej.
Nie kupiłam żadnej części garderoby ani bielizny.
Czytałam tylko u fryzjera.
Ściskałam do oporu psa, który ostatnio był chory i brał kroplówki, czym wystraszył wszystkich członków mojej rodziny i pół naszej ulicy.
Rozpakowywałam się, równocześnie się pakując.
Śmiałam się więcej niż w ostatnim czasie, co ciekawe skoro na liście skutków ubocznych mojego nowego medykamentu nr jeden była "depresja" ;)
To teraz jak plecy nie bolą mnie już, jakby ściskała mnie w nich niewidzialna zimna obręcz, poproszę o więcej takich pogodnych dni, bez zmęczenia, smęcenia i przymulania.
I samych wpisów o stokrotkach ;)
Miłego nadchodzącego tygodnia wszystkim życzę! ;]






środa, 15 czerwca 2016

Złoty ;]

"Słowa to przecież moja specjalność" - powiedział kiedyś dziennikarz (w jednej z książek, którą czytałam) w odpowiedzi na maślane oczy dziewczyny, chwalącej jego elokwencję i umiejętność doboru słów adekwatnych do danej sytuacji.
Czytając to zdanie poczułam ten charakterystyczny klik w mózgu, kiedy coś nam się spodoba i kiedy zdamy sobie z tego sprawę.
Dużo piszę, piszę często, dużo mówię, a że na dokładkę piszę, czytam i byłam nauczycielką - można powiedzieć, że słowa to też moja specjalność.
W zasadzie.
Bo ostatnio mam wrażenie, że słowa są strasznie niepotrzebne...

Zawsze byłam tą osobą, która ma najwięcej do powiedzenia.
Zdania wielokrotnie złożone?
Proszę bardzo.
Zręczni3 dobrane i dobitne równoważniki zdań?
Ależ proszę.
Frazeologizmy, oksymorony, metafory, onomatopeje?
Bez problemu.
Wnikliwe przemyślenia, okraszone szczyptą ironii?
Na zawołanie.
Żarty, anegdotki?
At hock.
Swoje poglądy recytowałam, jakbym najadła się książek.
Kłóciłam się, kiedy ktoś mówił coś, z czym się nie zgadzałam.
Broniłam swojego.
Stawiałam się jak lwica, gdy mój tato krytykował mnie za coś, co moim zdaniem było okrutną i rażąca niesprawiedliwością.
Zawsze wszystkich wysłuchiwałam, próbowałam radzić coś mądrego.
Na poczekaniu mówiłam mądre słowa, słowa pocieszenia, dobre rady.

Będąc w związku - mówiłam o tym, co mi się nie podoba, bo przecież facet sam by na to nie wpadł.
Mówiłam, co mnie boli, co mnie drażni.
Mówiłam, co myślę, mówiłam, co chcę.
Podczas rodzinnych spięć - mówiłam.
Bo przecież ja wiedziałam, w czym leży problem, więc musiałam przekazać to innym.
Produkowałam się, spalałam, oczy mi płonęły, ja wpadałam w emfazę mówcy i...
Nic się nie działo.
I jeśli cały czas myślałam, że tym mówieniem spowoduję ten "klik" w mózgu rozmówcy, to się myliłam.
Bo czasem właśnie tak bywa.
Że słowa trafiają w próżnię.
W końcu więc przestałam.
Przestałam przekonywać kogokolwiek do swoich racji.
Przestałam się kłócić.
Przestałam tłumaczyć. Się tłumaczyć.
Przestałam wypowiadać się na tematy, których nie znam i których nie rozumiem.
Przestałam mówić o tym, o czym nikt nie chce słuchać.
Przestałam się zwierzać.
A potem poszłam o krok dalej i przestałam odzywać się pierwsza do osób, które nie wykazują chęci utrzymywania znajomości.
Przestałam inicjować rozmowy, zaczepiać rozmówców, nawiązywać kontakt, podtrzymywać rozmowę.
I mówić, żeby mówić.
Nauczyłam się dla odmiany milczeć, choć słowa cisnęły się na usta.
Nauczyłam się wyłączać, kiedy ktoś zaczyna narzekać.
Kiedy wpada w pretensjonalny ton.
Kiedy dziewczyny rozmawiają o przewadze paznokci żelowych nad hybrydami.
Kiedy ktoś się popisuje.
Kiedy kłamie i myśli, że ja o tym nie wiem.
Kiedy zapewnia mnie o czymś, o czym ja wiem, że to nieprawda.
Kiedy się chwali.
Kiedy obraża.
Kiedy krytykuje. Zwłaszcza mnie i zwłaszcza kiedy nie ma racji.
Kiedy obgaduje kogoś za jego plecami.
Kiedy się wymądrza.
Kiedy wpada w pompatyczny ton.
Kiedy widzę, że moje produkowanie się nie ma sensu.
Kiedy mam uczucie, że moje słowa odbijają się jak grochem o ścianę.
Kiedy widzę w czyichś oczach pustkę na tyle wymowną, że o żadnym "kliku" nie a mowy.
Bo chociaż pustka w oczach jest bardzo wymowna, jeszcze bardziej wymowne jest milczenie.
Nie cięty komentarz.
Nie właściwie dobrane słowa.
Nie złośliwe, nie dobitne, nie sprytne.
Czasem wystarczy jedno słowo.
A czasem jego brak.
Bo czasem cisza mówi więcej niż jakiekolwiek słowo.

Milczenie jest złotem?
Milczenie jest lepsze niż złoto.
Tańsze, bardziej dosadne w swej wymowie i nie bije blaskiem po oczach, a mimo to działa jak najlepszy komentarz, będąc komentarzem samym w sobie.

PS Obiecuję, że jak odtaję, odetchnę i wrócę do siebie, będę znów pisać o jaśminowych herbatach, twardych łapkach i kortyzolach ;]. Promise ;).

PPS Oczywiście, że to gotowiec, w dodatku listopadowy gotowiec, na szczęście bardzo uniwersalny i wybitnie świadczy o tym, że:
- nie mam czasu pisać,
- nie chcę pisać nic za bardzo zwierzeniowego, więc mogę wrzucić wpis o niezwierzaniu,
- pora oczyścić kokpit z wersji roboczych ;)


http://sianeta.pinger.pl/m/11670613



piątek, 10 czerwca 2016

Nie chce mi się

Nie chce mi się pisać.
Nie chce mi się przecierać laptopa z kurzu, nie chce mi się czekać aż załaduje się strona, nie chce mi się myśleć jaki jest synonim do słowa, które użyłam już dwa razy i nie chcę tego zrobić po raz trzeci.
Nie chce mi się wrzucać gotowców, nie chce mi się wymyślać nic nowego.
Nie chce mi się nawet poruszać palcami po klawiaturze, bo wydaje mi się to nazbyt męczące.
Nie chce mi się ;]
I nie mam sił - to swoją drogą.

Gdybyście mnie spytali co robiłam w ciągu ostatnich dwóch tygodni to rozłożyłabym szeroko ręce.
Nie wiem.
Nie pamiętam.
Śpię codziennie w ciągu dnia, spałam nawet w czasie weekendu.
A w trasie nie spałam - dla odmiany.
Choć powinnam była po trzech godzinach snu w nocy, bo efekt zmęczenia jest katastroficzny, a ja wyglądam średnio ciekawie.
Jestem masakrycznie niedospana. Chodzę jak zombie, oczy z zacienionych stały się już ewidentnie podkrążone. W oczach mam wypisany głód snu, a zamiast źrenic mam pewnie w tęczówkach małe łóżeczka z poduszeczką i kocykiem.
Zaliczyłam dwa ważne egzaminy (z broni i z prawa), ale nie mam nawet sił poskakać z radości.
Przeczytałam za to trzy książki. Na szkółce. W ramach rozrywki. W łapanych chwilach czyli tylko na przerwach, nigdy w pokoju.
W domu też chwilę czytałam. Na leżaku. Przynajmniej dopóki burza nie przegoniła mnie do łóżka, w którym napawałam się słuchaniem deszczu bębniącego o poddasze.
I do wtóru którego to bębnienia spałam rozkosznie równo w południe ;).

Oczywiście nie byłabym sobą gdybym na zmęczenie nie zareagowała dziwacznie, czyli - im bardziej zmęczona, tym bardziej męcząca dla otoczenia (pobudzenie i nakręcenie wciąż na wysokim poziomie), ale dla odmiany jestem też ciut przygaszona i przytępiona, jakby ktoś walnął mnie porządnie patelnią po głowie.
Może i ma to swoje plusy, bo nigdy nie miałam tak szybkiego tempa zasypiania jak na szkole, za to fakt, że równie szybko zasypiam na zajęciach jest już średnio przeze mnie pożądany ;)
Okej.
Koniec pisania, bo mi się nie chce.
Idę się ogarniać, bo spałam po południu i nie obudziłam się do teraz.
A potem?
Oczywiście, że to co muszę zrobić i... znowu spać ;] ^^.