...

...
M.

wtorek, 31 maja 2016

Hamaczek

- Co będziesz robić przez długi weekend? - spytała mnie smsem współlokatorka (czyli moja towarzyszka koszarowej niedoli), kiedy wyciągałam się na całą długość tylnego samochodowego siedzenia w drodze do domu.
- Spędzać czas z siostrą. Pisać. Huśtać się w hamaku. Pić kawę mrożoną. Czytać. Malować paznokcie na czerwono. Robić peeling stóp. Kupować miętowe ubrania ...  - wymieniłam za jednym zamachem. I z mocnym postanowieniem, że postaram się choć raz zrealizować swoje (jakże ambitne) plany.
Po cichu dołączyłam do nich pielęgnowanie pokoju, żeby utrzymać go w czystości spęłniającej moje wydziwione standardy, spotkanie ze znajomymi z dziećmi, spacerki z psem, bieganie i naukę na prawo. Po cichu, bo wiedziałam, że plany rządzą się czasem swoimi prawami.

W głębi czaszki miałam jednak wizję, że wszystko uda się tak jak sobie obmyśliłam.
W głębi czaszki widziałam już siebie, jak konwersuję z siostrą na leżaczkach ubrana w zwiewną sukieneczkę, sącząc kawę.
Jak piszę głębokie treści na bloga popijając herbatkę.
Jak chodzę po sklepie i przebieram w ubraniach bez pośpiechu i bez spiny.
Jak biegnę równym sprężystym krokiem, a kucyk huśta mi się majestatycznie za głową w rytm głuchych stąpnięć.
Jak przecieram ładnie półeczki z niewidocznych pyłków i ustawiam równo książki.
Jak siedzę w skupieniu nad notatkami i jak wszystkie artykuły chętnie wchodzą mi do głowy...

Hm.
Jakby to ładnie ująć...
Większość rzeczy udało mi się zrealizować.
Tylko trochę inaczej niż myślałam i trochę mniej idealistycznie jak sobie założyłam.
Bo:
Byłam na spacerze z psem. Nie jednym, nie dwóch i nie trzech.
Za każdym razem atakował nas jakiś pies; większość obszczekańców jazgocząc tylko zza ogrodzenia lub kończąc atak na sadzeniu się, ale jeden wyjątkowo napalony bokser przygwoździł mojego wiernego kundelka o poczciwym spojrzeniu do ziemi warcząc i śliniąc się, czym sprawił, że w ciągu minuty byłam cała mokra i do tego roztelepana jak osika.
Spędziłam czas z siostrą.
Pierwszego poranka zlewając ją totalnie, kiedy siedziała w moim pokoju i próbowała zainicjować rozmowę, a ja intensywnie stukałam w klawiaturę.
Drugiego dnia, kiedy pojechałam "po chleb" (*moje jazdy "po chleb" kończą się trzygodzinnym zaginięciem w akcji, a po tych trzech godzinach wracam do domu z naręczem książek z dwóch bibliotek, nowymi ubraniami, połową sklepu ze zdrową żywnością i jeszcze z zaliczonym bankiem, pięcioma sklepami i dziesięcioma pogaduszkami ze znajomymi. I z bułkami z makiem zamiast chleba ^^) i kiedy w ciągu mojego "zaginięcia" usłyszałam od niej przez telefon trzy razy "No gdzie Ty jesteś, Młodaaa?!".
Potem wymieniając między sobą burzliwą dyskusję, która z nas ma zamiatać, a która myć naczynia. I na koniec znów "spędziłam z nią czas" zlewając jej skromną osobę siedzącą w moim fotelu i zagadującą mnie, bo przecież dorwałam laptopa i doznałam ataku świerzbiących paluszków... ;]
No bo właśnie - pisać też pisałam;
- w ręczniku, z burdelem wkoło, z mokrą głową, pustym żołądkiem.
- bez obiadu (sałatka i bułka z gorzką czekoladą się liczy?), z brudnymi stopami, którymi dzień po zakończeniu kuracji furaginą przełaziłam po (ciepłym, suchym, nooo) trawniku,
- z siostrą żądającą mojej uwagi i wymagającą, żebym udzielała jej pytań na tak trudne i szczegółowe pytania, że musiałabym przede wszystkim jej słuchać, żeby na nie odpowiedzieć,
- z rozrzuconymi ubraniami, potreningowymi ciuchami suszącymi się na kaloryferze, stertą pustych kubków na stoliku (zgodnie z dewizą życiową - jest wena, są i kubki) i zwierzakami natrętnie kręcącymi się po pokoju.
Huśtać też huśtałam. Się - trzy minuty przed przyjazdem kolegi na kawę (*mam nadzieję, że nie widział jak opieram się na łokciu i zamykam oczy, gdy tylko spuszczał ze mnie wzrok. A jeśli to teraz czyta - ale na pewno nie, bo gdzież by mu się chciało - no ejjj, weź, to tylko niedospanie ;P) i córeczki koleżanki, które pilnowałam jak oka w głowie, żeby nie rozbiły głowy na tarasowych płytkach.
Kawę piłam. Nawet dwie. I to obie mrożone, ze słodzonym mlekiem sojowym i chroboczącymi się o ścianki kostkami lodu. Jedną wypiłam prawieżeduszkiem zanim wyszłam na spacer z psem. Pobudziła mnie na tyle, że miałam ochotę przeskakiwać przez smycz Pedra jak przez gumę, ale powstrzymywał mnie fakt, że szłam ulicą, na której ktoś mógł mnie zobaczyć. Drugą piłam do momentu aż mnie przymuliło i wtedy uznałam, że nie powinno łączyć się bułki z czekoladą, wygłupów z dziećmi i muląco słodkiej kawy.
Sukienka... Hym... Sukienkę ubrałam i nawet cieszyłam się, że wyglądam w niej tak dziewczęco i niewinnie dzięki kolorowym paseczkom, ale jak nogi zrobiły mi się sine z zimna, a na całym ciele wyskoczyła mi gęsia skórka skapitulowałam i ubrałam szare dresy i szarą bluzę w jaskółki.
Czytać... No czytać nie zdążyłam, ale pożyczyłam osiem książek w bibliotece, a zanim je pożyczyłam to standardowo przeczytałam recenzję z tyłu, nazwisko autora, nazwę wydawnictwa i sponsorów. Bez bicia przyznaję, że rok wydania i tytuł w oryginale (w przypadku tych spoza granic naszego kraju) pominęłam.
Paznokci u rąk nie pomalowałam (przez dwa dni nie było czasu, na kolejne dwa się nie opłacało), ale u nóg i owszem. I jeszcze wymoczyłam odciski w ciepłej wodzie z solą i oliwką, a potem nawet użyłam elektrycznego pilnika do stóp, który tak warczy i wibruje podczas złuszczania naskórka, że zamykam okno, żeby sąsiedzi nie myśleli, że używam innego sprzętu warcząco-wibrującego.
Peeling stóp zrobiłam i tu - brawo dla mnie - zrobiłam to jak należy, bez pośpiechu, z należytą celebracją, rozchlapaniem wody na płytkach, zrobieniem mokrych śladów stóp na panelach i nasmarowaniem się taką ilością kremu dla ciężkich przypadków sponiewieranych do granic możliwości stóp, że wchłaniał się przez kolejne trzy dni.
Z jednej pary (odłożonej dla mnie pod ladę) miętowej części garderoby zrobiły się trzy, różniące się od siebie tylko krojem, ceną i marką (i po co? Po cooo?), a dodatkowo szarpnęłam się jeszcze na wiadomojaką czapeczkę z daszkiem, morelowe szorty (*luźne, bo przez tę szkółkę, ćwiczenia i gorzką czekoladę uda mi się rozrosły i nawet babcia powiedziała mi, że przytyłam, czego o mało nie przypłaciłam życiem) i pas z bidonem do biegania. Zakupy - nadmienię - robiłam bardzo szybko, strącając wieszaki w przymierzalni, nie licząc cen na metkach i oglądając bluzy z kapturami, choć zabroniłam sobie kupować kolejną bluzę przynajmniej do końca tego półrocza.
Pokój sprzątałam pół godziny przed przyjściem koleżanki, psiocząc na końcówkę Pronta, odsuwając nogą pudełka po butach, wrzucając niesparowane skarpetki do szuflady i mając nadzieję, że fakt iż lustro ma milion smug, a na oknie są ślady łapek mojej kotki, która rozpaczliwie drapie nimi w szybę, kiedy wraca do domu z całodniowej (albo całonocnej) włóczęgi (nie wiem po kim to ma...) nie rzuca się w oczy. Nie miałam czasu wystawić dwóch par adidasów do ćwiczeń na taras, więc wetknęłam w gniazdko odświeżacz i szybko pozbyłam się rozgrzewającego pasa, kapci i termoforu wrzucając je do szafy i równie szybko zasuwając drzwi, żeby nie wyleciały z niej czarne szpilki, które pełnią tylko funkcję dekoracyjną.
Mój kołtuński uśmiech, który wykwitł mi na twarzy kiedy znajoma stwierdziła, że sterylnie u mnie jak w szpitalu chętnie bym Wam sfotografowała i wrzuciła jako uzupełnienie wpisu, ale na brodzie mam tak wielkiego i ohydnego czerwonego syfa, że chyba nie będę Was straszyć. Myślałam (no właśnie, to też obejmował mój Plan przez duże "P"), że nikczemny pryszcz zniknie jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy moja skóra oświadczy zbawiennego wpływu bieszczadzkiego powietrza, domowej atmosfery i wyspania, a cera nabierze przy tym promiennego blasku, ale... No właśnie. Nie zniknął i nie nabrała...
Znajomi i dzieci - tu jak najbardziej przyznam, że wypoczęłam i miło spędziłam czas, a dzieci nie zawiodły mnie niczym i ich radosny świergot, śmiech i wygłupy były bardzo miłym akcentem podczas weekendu. No i dostałam laurki i bukieciki stokrotek ^^. Boże, kiedy ja ostatnio dostałam laurkę namalowaną kredkami? Chyba w poprzednim życiu (czyt. dwa miesiące temu).
Biegać...
Biegać też biegałam. Wieczorem, jak lubię. Najpierw ubrałam się za lekko (chciałam chyba błysnąć umięśnionymi rękami i tymi udami nieszczęsnymi), bo ubrałam koszulkę na ramiączkach i krótkie szorty. Niestety kiedy między luźnymi połami koszulki zaczęło mi świstać zimne powietrze, wróciłam do domu po przebiegnięciu dwóch długości ulicy, na której mieszkam. Kiedy ubrałam dry fitową koszulkę i osiągnęłam optymalny stopień ciepła - mój towarzysz biegania pies zbuntował się przeciwko wysiłkowi i walnął jak długi w trawę. Próbowałam przekonać go do zmiany decyzji prośbą, zachętą i groźbą, ale jak już przechodzący chodnikiem ludzie zaczęli się śmiać (pies leżący na plecach z łapkami w górze w geście poddania i ja, podrygująca w miejscu, gotowa do puszczenia  się biegiem jak strzała) doszłam do wniosku, że wegance nie wypada męczyć zwierzaka. Bieg z psem zakończyłam długim spacerem, na który Pedro łaskawie zgodził się tylko dlatego, że szedł z nami sąsiad z suczką. Odprowadziłam psa i podjarana późną porą, pustką na ulicy i chłodem uznałam, że definitywnie idę pobiegać. Pechowo nie zabrałam ze szkółki legginsów, termoaktywnej bluzki i nowych butów, więc musiałam założyć ciemnozielone legginsy, w których wyglądam niezbyt korzystnie, bluzę w gwiazdki i buty, które mają małe dziurki w miejscu dużego palca. W połowie trasy rozgrzałam się na tyle, że bluzę musiałam związać w pasie. Z trudem powstrzymywałam się, żeby zwolnić tempo na nieoświetlonych częściach chodnika (bo skręcić nogę to nie sztuka), a potem triumfalnie wbiegłam pod górkę (zziajana i dysząca, a potem wzdrygająca się na widok pająków na budynku, o który się chciałam oprzeć).
Do domu wróciłam skocznym biegiem, równie skocznie pokonałam ogrodzenie. I chyba nawet kucyk mi się majestatycznie zahuśtał... ;].
Na prawo uczyłam się w hamaku. Po przeczytaniu trzech artykułów głowa zaczęła mi się kiwać w rytm balansującego beztrosko ciała. Kolejne trzy artykuły męczyłam, walcząc z opadającymi powiekami aż wreszcie pozwoliłam opaść głowie na bok, a notatkom sfrunąć na tarasowe płytki i tak rozkosznie się huśtając dobiłam do końca weekendu ;).


PS Na szczęście w niedzielę udało mi się wygospodarować na tyle czasu sam na sam z notatkami, że prawo zdałam na piątkę. Poczułam się prawie jakbym dostała stypendium naukowe dla najpilniejszych uczniów ;]

PPS Widok z okna to widok o piątej nad ranem, bo wciąż nie udaje mi się przespać tej godziny bez zerwania się ze snu. Pechowo od mglistej łąki i konia lepiej widać ciapki Kiary na szybie, ale co tam. Podtrzymam Waszą wizję, że poranki w Bieszczadach spędzam pląsając boso po rannej rosie i wdychając rześkie powietrze ;]
Aaa... Mówiłam już, że zaczęłam swój sezon na letnie kombinezony i że pokusiłam się o kupienie pierwszej czerwonej części garderoby? ^^ Jak nie to na zdjęciach macie żywe dowody w postaci jednoczęściowych stroików (tzw. antygwałtów). Miętowych części garderoby, herbaty z cytryną, piżamowych popołudni, chaosu podczas tworzenia, kolejnych zdjęć kota i innych głupot nie muszę chyba komentować? ;]






























czwartek, 26 maja 2016

W ręczniku ;]

Połoga pełna porozrzucanych ubrań.
(Wcale nie lepsze) Łóżko ze zmierzwionymi kocykami i nowymi letnimi ciuchami, które trzymam w zasięgu wzroku, żeby nacieszyć nimi oko.
Wielki kubek herbaty z wielkim plastrem cytryny. Przestudzonej, kwaśnej i lekko gorzkawej.
Tysiąc pięćset elementów bielizny na każdej wolnej przestrzeni.
Poduszka w sowy.
Samotne, nieco obite jabłko na panelach.
I ja w niebieskim ręczniku z kocem na głowie ;].


Tak właśnie wyglądają moje powroty do domu.
Tzn. niekoniecznie zawsze z kocem na głowie i owocami poniewierającymi się na podłodze ^^.
Jednak procedura jest na ogół taka sama:
Najpierw śpię w aucie przybierając najgłupsze z możliwych pozycji.
Potem - jak przejmą mnie rodzice - przytomnieję i nawijam do ochrypnięcia.
Następnie znów jest kimanie na siedząco i udawanie, że głowa wcale nie leci mi na łeb na szyję.
Kiedy wysiadam z auta zaciągam się bieszczadzkim powietrzem i mówię, że na szkole takiego nie ma. Bo nie ma ;).
Od progu domu zrzucam z siebie buty, torby i torebki.
Od progu łazienki ubrania.
Od progu pokoju ręcznik.

Do łóżka wpełzam.
Nie chodzę, nie wskakuję.
Wpełzam.
Wpełzam i dodatkowo mruczę.
Mruczę, prężę się, przeciągam i jeszcze wzdycham.
A potem rozkładam się na całą długość i szerokość tylko po to, żeby za chwilę zwinąć się jak precel.
Wyłączam się jednym pstryczkiem, chociaż za ścianą gra telewizor, a kotka namiętnie drapie w drzwi, żeby ją wpuścić.
Nad ranem przeważnie się przebudzam, zwykle kiedy robi się widno, albo kiedy zegar wybija piątą.
Zdarza mi się nawet powywracać oczami wkoło, lustrując wzrokiem wszystkie te osobiste akcenty pokoju jak zdjęcia, poduchy, książki i stos kosmetyków na komodzie i prześlizgnąć się wzrokiem po uspokajającej bieli mebli albo chociaż popatrzeć przez chwilę na sufit.
Na ogół jednak tylko mruczę i jeszcze bardziej się przeciągam.

Wstaję jak już się wyśpię.
Czyli przeważnie przed ósmą, co i tak jest nadprogramowymi 2-3 godzinami snu.
Poświęcam się na tyle, że zarzucam na siebie jakąś luźną koszulkę albo dresy.
Kiedy otwieram lodówkę, błogosławię mamę i jej szósty zmysł, skoro stoi w niej świeże sojowe mleko, na półce jest tyle warzyw, że wiem, że nie zjem ich w tydzień, a na paterze przewalają się owoce.
Oczywiście z tego powodu wcale ich nie jem tylko sięgam po płatki ;].

Następnie następuje okres zwany nierobieniem niczego.
Przeważnie polega on na tym, że wywalam zawartość torby i torebki na środek pokoju, załadowuję pralkę swoimi ciuchami (Tylko moimi! Mnóstwo sznurków do powieszenia tylko dla mnie!), resztę układam w szafie i głównie pod szafą spędzam pół poranka.
Nie pytajcie mnie co pod nią robię ;P.
Przeważnie układam ciuchy, czasem je przymierzam, czasem tylko przekładam z miejsca na miejsce.
Potem podobnie robię przed komodą i przed szkatułką z biżuterią. Chociaż "biżuteria" to może zbyt szumnie powiedziane, bo oprócz kolekcji nietypowych kolczyków nie mam nic wartościowego.
Ale mogę na sobie nie mieć nic, ale obwieszam się bransoletką i łańcuszkiem z nieskończonością niezmiennie, zawsze, za każdym razem ;).
Podobnie jak za każdym razem idę pod prysznic i myję głowę tak długo, jakbym próbowała się co najmniej odwszawić... Co po doświadczeniach z kaskiem do boksu, z którego spływa niezbyt apetyczny pot facetów, którzy nosili go przede mną (*niestety nie ma czasu i możliwości wziąć prysznica, dzięki czemu przemysł artykułów niemowlęcych w postaci mokrych chusteczek i odświeżających odżywek do włosów w sprayu o zapachu zielonej herbaty kwitnie).
Po prysznicu dalej wracam do ręcznikowania i w ręczniku snuję się mniej więcej do popołudnia.
Włosy mam w nieładzie, wciąż wilgotne po kąpieli i absolutnie nie tknięte szczotką.
Najczęściej taka nieogarnięta ponownie wchodzę do swojego centrum dowodzenia czyt. łóżka i zasiadając na nim po turecku oddaję się ulubionym czynnościom, jakimi jest naprzemienne pisanie i czytanie (przeważnie tego, co napiszę, bo jakże by inaczej) połączone ze słuchaniem muzyki.
Jak mi zimno to nakrywam się kocem, z głową włącznie.
Suszarki używam dopiero wtedy, gdy cebulki włosowe zaczynają mi przymarzać. Dogrzewam się wtedy ciepłym strumieniem powietrza, machając głową w rytm wyimaginowanej muzyki.
Znów wracam do pokoju.
Dalej nieogarnięta.
Wciąż z nieładem wkoło siebie.
Wciąż niepomalowana.
Wciąż w ręczniku ;)

Tak mija mi pół dnia.
Pół dnia praktycznie bez odzywania się do nikogo, bez robienia niczego, a już na pewno niczego pożytecznego.
Poję się herbatką, rozwalam na łóżku, słucham muzyki, milczę.
Już nawet nie mruczę ;).
Trudną decyzję o ubraniu się podejmuję dopiero jak zaczyna mnie ssać z głodu.
Nie ubieram na siebie nic co nie jest gładkie, miękkie, wygodne.
Począwszy od skarpetek, na bluzie kończąc wszystko ma być przyjemne w dotyku i ładne.
Włosy przeważnie szczotkuję długo szczotką z włosia i traktuję prostownicą, ale nie związuje ich, pozwalając im rozlać się ciemną kaskadą po plecach.


Te pół dnia w błogim nieróbstwie i nieładzie doładowuje mnie i dopieszcza, rekompensując wszystkie te niemożności wzięcia porządnej kąpieli po bieganiu w upale, rzucaniu się po trawie, zbieraniu ziemi za paznokciami i śmierdzącym potem spływającym po wnętrzu kasku, które choć w pewien patologiczny sposób przyjemnie poniewierają i hartują to jednak finalnie i tak wymuszają konieczność otulania się w przyjemności, kiedy tylko mam taką możliwość.
Do normalności wracam wychodząc z ręcznika, wychodząc z pokoju, wychodząc z tego bezpiecznego kokonu, w który dla równowagi otulam się co weekend, żeby odbić sobie wszelkie możliwe niewygody koszar.


A kiedy już mi się znudzi miękkość bluzy, markowe majtki i za gładkie stopy, idę biegać, pocę się na macie albo idę z psem do lasu, żeby znów mieć błoto za paznokciami i siniaki na przedramionach... ;).









środa, 18 maja 2016

Nauczyłam się ^^

Nauczyłam się powstrzymywać lecące z nosa smarki siłą woli podczas biegania wkoło placu apelowego o szóstej rano.
Nauczyłam się jeść śniadanie przy równoczesnym przecieraniu kontaktów, parapetu i klamek ściereczkami nawilżającymi.
Nauczyłam się myć naczynia w umywalce i suszyć je w brodziku.
Nauczyłam się co to jest numer VIN i gdzie należy go szukać.
Nauczyłam się wrzucać ciuchy bardzo szybko i bardzo bezskładnie do tapczanu i szafy, nie myśląc o tym, że w zwykle sortowałam koszulki według koloru, a bluzy według poziomu miękkości.
Nauczyłam się iść zgrabnym krokiem przez długi korytarz z naręczem sałaty, rzodkiewek i oliwek i nie upuścić nic na podłogę.
Nauczyłam się podstawy prawnej legitymowania i zatrzymania.
Nauczyłam się myć kubki pastą do zębów i wodą z Listerinem przy pomocy płatka kosmetycznego.
Nauczyłam się głupich słów głupich piosenek podczas jazdy przez sześć godzin z czterema facetami.
Nauczyłam się trzymać gardę (*powiedzmy ^^), zadawać kopniaki i ciosy z wyskoku, obezwładniać i powalać (okej. Kłaść) na ziemię.
Nauczyłam się zasad przechowywania broni.
Nauczyłam się jeść na drugie śniadanie banana z białą bułką. Albo dwiema. Lub też trzema.
Nauczyłam się bezceremonialnie i bez zbędnych podniet mówić: „Zrób”, „Weź”, „Pokaż”, jak czegoś potrzebuję, siląc się jedynie na dodawanie „proszę” na końcu zdania.
Nauczyłam się wykonywać większość pozycji z jogi podczas spania w aucie, z nogami na suficie włącznie.
Nauczyłam się co to jest KSIP i SEWIK.
Nauczyłam się pisać wpisy na pół śpiąco/przy obrocie średnio siedmiu osób na godzinę, które wchodzą i wychodzą, pytają i żądają odpowiedzi (najczęstszą opcją jest: „Yhm”)/w przerwach między wkuwaniem przepisów prawnych/w nocy.
Nauczyłam się spać kilka godzin na dobę i w miarę dobrze funkcjonować*.

*ale dla zdrowia i bezpieczeństwa osób postronnych nauczyłam się też spać w ciągu dnia, żeby być bardziej spolegliwa i grzeczniejsza.
Przy czym zwrot  SPAĆ znaczy SPAĆ; nie leżeć, nie kimać, nie drzemać, tylko odlatywać w nicość i hibernować twardym mocnym snem, choć jest jasno i nie do końca cicho, a naturalny biorytm nakazuje wtedy działać, a nie zakopywać się pod kołdrą.

Nauczyłam się pastować skórzane czarne buty do głębokiego połysku, odpowiednio trzymając szczotkę i wykonując nią odpowiednio szybkie ruchy.
Nauczyłam się suszyć mokre skarpetki na drążku w szafie.
Nauczyłam się pisać smsy w telegraficznym skrócie – „Żyję”, „Kocham”, „Będę” zamiast układać zdania wielokrotnie złożone z dowcipem, ironią, mądrością życiową, pięcioma orzeczeniami i puentą.
Nauczyłam się biegać w ciężkich butach z plecakiem uderzającym równomiernie o pośladki (*dopóki nie wpadłam na pomysł poproszenia kolegi o skrócenie pasków).
Nauczyłam się co to jest kordon rozczłonkowany.
Nauczyłam się rozmawiać o męskich częściach ciała, stopniu spocenia (różnych części ciała) i różnych czynnościach (przy użyciu różnych częściach ciała).
Nauczyłam się cedzić ziele uczepu przez zęby, kiedy piję je bez kubka do zaparzania ziółek.
Nauczyłam się  co to jest wstrząs i nagłe zatrzymanie krążenia.
Nauczyłam się wykorzystywać ludzi (czyt. facetów) w celu osiągnięcia zamierzonego celu i efektu (zwłaszcza, gdy cel znajduje się na wysokości powyżej 2 metrów albo gdy w grę wchodzi PAJĄK).
Nauczyłam się jeść gorzką czekoladę bez najmniejszych wyrzutów sumienia.
Nauczyłam się przebierać w szatni z osobnikami płci przeciwnej i podchodzić do tego mniej więcej tak samo naturalnie jak do tego, że jabłka mają pestki.
Nauczyłam się malować rzęsy podczas mycia zębów.
Nauczyłam się zasypiać w ciągu minuty w łóżku, w aucie, w południe i na zajęciach.
Nauczyłam się robić X przewrotów w przód, w tył, w przód i w tył bez puszczenia pawia.
Nauczyłam się, że nieważne jak wygląda się w czapce do biegania (jak kosmita w sportowych butach i w czepku kąpielowym), skarpetkach frotte, kombinezonie do spania, bo grunt, żeby było ciepło i dobrze.
Nauczyłam się rozmawiać przez krótkofalówkę. I za drugim podejściem zdałam nawet łączność na piątkę ;].
Nauczyłam się 100 niekonwencjonalnych zastosowań dla chusteczek nawilżanych dla dzieci, zwłaszcza kiedy ściągam z siebie kask do boksu, który jest przesiąknięty potem miliona (głównie męskich) istnień lub kiedy muszę szybko doprowadzić baterię w łazience do stanu głębokiego połysku.
Nauczyłam się, że czasami lepiej położyć się spać o przyzwoitej porze po to, żeby coś umieć niż uczyć się lekceważąc potrzebę snu po to, by nie umieć nic.
Nauczyłam się biegać z rozwiązanymi sznurówkami. I wiązać je w biegu też.
Nauczyłam się, że ziemniakami i surówką jednak nie można się najeść i że po obiedzie należy wyciągnąć cięższą artylerię w postaci hummusa, bakalii, pasztecików ze szpinakiem i sałaty.
Nauczyłam się spać w bluzie. Rękawiczkach. I kapturze.
Nauczyłam się nie czytać do poduszki i przeżyć ;).
Nauczyłam się technik negocjacji („Jak nauczysz mnie postawy bokserskiej, oddam Ci mięso na stołówce”) i perswazji („Jak natychmiast nie ściszycie głosu, zakleję Wam usta taśmą!”).
Nauczyłam się czego dotyczy artykuł 190a KK i kiedy można użyć broni palnej.
Nauczyłam się że są rzeczy ważne i ważniejsze, ale najważniejsze jest zdecydowanie spanie.
Nauczyłam się przepijać większość posiłków gęstym sokiem marchewkowym, przegryzania większości śniadań gorzką czekoladą i spędzania większości przerw na jedzeniu owoców. Bo tak w ogóle nauczyłam się jeść. Dużo jeść. Naprawdę dużo jeść. A jeśli myślicie, że po zjedzeniu dużej ilości jedzenia mam w sobie na tyle przyzwoitości, żeby czuć się objedzona, to jesteście w błędzie ^^.
Nauczyłam się kroku defiladowego, meldowania i salutowania.
Nauczyłam się brać leki przeciwbólowe. Przeciwwirusowe. Przeciwgorączkowe.  I suplementować witaminy i mikroelementy. Przeginać z farmakologią też się nauczyłam, zwłaszcza w sezonie ostro przeziębieniowym i choróbsku mocno przewlekłym.
Nauczyłam się algorytmu przy zadławieniach i pierwszej pomocy.
Nauczyłam się, że kiedy trzeba przyswoić znaczną ilość suchych prawniczych faktów, fascynujące staje się wodzenie palcem po obrzeżach lampki, a pasja z jaką znudzony człek wpatruje się w drobinki kurzowego pyłu, które przylegają do opuszka jest niewspółmierna do tej z jaką powinna towarzyszyć czytaniu o wymuszeniu rozbójniczym.
Nauczyłam się robić ładne oczka na stołówce, żeby pani kucharka posypała mi ziemniaki koperkiem i dała więcej surówki (*a może to ta ślina kapiąca mi po brodzie i zbyt obszerne moro motywują ją do kopsnięcia mi większej porcyjki…).
Nauczyłam się robić masaż na nadwyrężone mięśnie barku i poznałam sześć nowych pozycji. Bezpieczną czterokończynową, zastaną, biodrowo - kolanową, półsiedzącą i przeciwwstrząsową ;].
Nauczyłam się patrzeć jednym okiem. Na zajęciach ze strzelania i popołudniami łypiąc spod byka na wszystkich tych, którzy mają czelność wchodzić do pokoju, kiedy śpię i zadawać mi pytania, kiedy nie trybię jak się nazywam.
Nauczyłam się, że można wstać o piątej rano i dobrze się czuć, że można odsypiać nieprzespane nocki w ciągu dnia i dobrze się czuć i że można iść późno spać i mimo to dobrze się czuć, ale…
Nauczyłam się też że zdecydowanie najgorszą porą jest trzecia nad ranem. I że ludzki organizm reaguje dreszczami i uciążliwym tępym uciskiem na czaszkę, gdy próbuje się go przełączyć na stan wzmożonej czujności o trzeciej w nocy, skoro na ogół jest to pora głębszego zagrzebywania się pod kołdrę i mruczenia do poduszki.
Nauczyłam się 34 znaków drogowych łącznie z ich oznaczeniami (A 1 – niebezpieczny zakręt w prawo, A 18a – uwaga zwierzęta gospodarskie…).
Nauczyłam się, jak szybko znaleźć właściwą salę w budynku, w którym jest tyle pododdziałów i sal, a zajęcia są tak porozsiewane i tak szybko się zmieniają, że aż tylko czekam aż schody zaczną się ruszać jak w Hogwarcie.
Nauczyłam się, że kiedy pracuje się w nocy, w ciszy, w samotności, uwagę przykuwają tak nic nie znaczące elementy życia jak dźwięk zasysanego powietrza w bidonie, szum automatu z batonikami i Red Bullem czy migotanie lamp.
Nauczyłam się jakie są przypadki użycia środków przymusu bezpośredniego.
Nauczyłam się, jak się szybko i efektownie sprzątać niepotrzebne klamoty tj. ciuchy i książki (*usuwać wszystko z pola widzenia w najłatwiejszy sposób – wrzucając do obiektów, które można zamknąć/zatrzasnąć/zakręcić) i jak w pięć minut ogarnąć podłogę i wszelkie dostępne powierzchnie przy pomocy mokrych chusteczek do sprzątania.
Nauczyłam się uczyć się. W nocy przy lampce, w zaciszu własnego łóżka, w pokoju, w którym jest kilka osób, na korytarzu przed zajęciami, na półśpiąco, na szybko.


Nauczyłam się tylu różnych rzeczy, ilu można nauczyć się tylko wtedy, kiedy jest się w nowym miejscu, z nowymi ludźmi w nieznanej sytuacji.
Bo w każdej nowej sytuacji uczymy się mnóstwa rzeczy.
Pożytecznych lub mniej, ważnych albo i nie, mądrych czy też niekoniecznie.
Grunt, żeby z każdej lekcji wyciągnąć wniosek, a do tych które wydają się absolutnie niepotrzebne podejść z dystansem ;].








niedziela, 15 maja 2016

Dla zdrowej równowagi ;]

Dla zdrowej równowagi piję gorącą herbatę z cytryną, a nie przestudzony czaj, który zaparza się rano i który wciąga się duszkiem kiedy wraca się sponiewieranym do pokoju.
Dla zdrowej równowagi mam na sobie skudłaczoną bluzkę z Myszką Minnie i dziurą gdzieś w okolicy pępka, a nie czarną bluzkę z napisem "Policja".
Dla zdrowej równowagi pasowałoby mi napisać post o niczym konkretnym.
Ostatnie parę wpisów było dość pojechanych (ciągle zastanawia mnie fenomen ile podtekstów można świadomie bądź mniej świadomie zmieścić w pozornie błahym wpisie), a kolejne przygotowane na zaś wpisy (tzw. gotowce) są mocno tematyczne.
Nie mówiąc już o tym, że zawsze jak sznuruję usta i nie piszę co się u mnie dzieje na bieżąco, macie dziwne wyobrażenie, że coś się stało.
Nie, nic się nie stało - jestem cała, zdrowa i nawet w dobrym humorze.
Ostatnio miałam parę dni kiedy nie strzelałam uśmiechem jak zawsze i byłam dziwnie małomówna, ale nie wynikało to z żadnego problemu tylko raczej z dylematu.
Czasami chciałabym wiedzieć, jaki algorytm postępowania z ludźmi albo samym sobą byłby dla nas najlepszy.
I czasami dziwię się, że może nam się przydarzyć coś przyjemnego a mimo to można się tym martwić albo stresować ;).
Co jeszcze?
Byłam trochę chora i chrypiałam półtora tygodnia, a subtelne zaciąganie zostało mi do dziś, jednak czuję się dobrze i mogę normalnie oddychać podczas biegania bez obawy, że zaduszą mnie własne smarki.
Pozaliczałam też większość przedmiotów, a w przyszłym tygodniu zaliczam boks, bo nie poszło mi za pierwszym razem. Jak nie zdam to pakuję walizkę i jadę w wycieczkę dookoła świata (dobrze, że umiem sprawnie pakować torbę i całkiem przyzwoicie funkcjonuję na wegańskich batonach na bazie daktyli). Potem zaszywam się w Bieszczadach w jakimś zapyziałym drewnianym domku ze skrzypiącymi oknami i trawą po pas, gdzie będę uprawiać swoją marchewkę i pisać książki w hamaku, wiszącym przy strumyku.
Jest to jakaś alternatywa, prawda...?
Prawda.
Wiadomo jednak, że wolałabym zdać ten nieszczęsny boks, zwłaszcza, że to sprawa twardości i charakteru, której akurat w przypadku sztuk walki mi brakuje.



Kończy się właśnie mój czas spędzony w domu i nie zaskoczę Was niczym nowym, bo weekend jak zwykle był jednym wielkim pasmem rozpieszczania.
Nie zrobiłam nic poza to, co robię zawsze.
Znów od środy zaczęłam zasypywać mamę prośbami co ma mi kupić tylko po to, żeby potem siedzieć wśród jedzenia i przymulić się po dwóch kęsach.
Znów były zakupy - oczywiście ciuchowe. Czarne szorty, luźna koszulka na ramiączkach "Just do it" i czarny sportowy top na pewno mi się przydadzą do biegania, ale kolejne miętowe fatałaszki (których większość śmiertelników nie ma okazji zobaczyć z racji tego, że fatałaszki te są zbyt blisko ciała) to już lekkie przegięcie. Od kiedy jestem na szkole non stop wzbogacam zasoby swojej szafy i komody (okej. Głównie komody), nie mówiąc już o tym, że namiętnie maluję pazury u nóg na czerwono (w sam raz na koszary) i że podniecam się kosmetykami, jakbym wyszła z buszu i nie widziała na oczy peelingu do stóp...
Taaa... Rozpieszczanie to mój priorytet na weekend i zwykle stawiam na nogi cały dom, żeby w pokoju czekało na mnie łóżko pościelone konkretną pościelą. Teraz przyszła faza na pisarskie klimaty i mikrofibrę. Chyba po to tylko, żeby zaciskać zęby, że muszę odpychać od siebie wenę i ignorować pomysły, których nie mam czasu realizować. Oprócz tego, że pościel jest mocno literkowa jest też mega miękka, więc najchętniej w ogóle bym jej nie opuszczała. Jedyny minus jest taki, że budzę się równo o szóstej, nawet jeśli na siłę przymykam oczy żeby liznąć jeszcze trochę snu. Tak mi się czujnik snu przestawił dzięki porannym zaprawom ;)
Zarówno sobota jak i niedziela leci mi nie wiadomo kiedy i nie wiem nawet co dokładnie robię.
W ten weekend zaliczyłam fryzjera (zdecydowałam się na ciemniejsze włosy; pasemka sprawiały, że wyglądałam za słodko i za młodo) i dwie biblioteki. Nie, nie łudźcie się, że mam czas czytać. Byłam oddać 11 książek, które zalegało na półkach od lutego (to ten czas, zanim życie przewróciło mi się do góry nogami ;]), bo groziła mi kara za przetrzymanie książek. Kara za przetrzymanie książek u książkowego mola! Koniec świata ;D. Pożyczyłam sobie chyłkiem trzy książki i byłoby miło gdybym jednak przez kolejne cztery miesiące szkółki wykrzesała z siebie na tyle sił, żeby jednak poczytać coś zanim padnę jak długa w białą koszarową pościel...

A teraz też niczym Was nie zaskoczę, bo idę pakować manatki i szykować się na kolejne 7 godzin jazdy, kolejne 6 dni wzmożonego wysiłku i kolejne 4 miesiące koszar ;).
Pozdroooo!








wtorek, 10 maja 2016

Dlaczego nie cierpię romansów ^^

- O nie! - zerwałam się z fotela.
- Co się stało? - spytała moja siostra.
- Rozstali się! - odparłam.
Na chwilę ogłuszył mnie jej rechot.
- Nie wierzę, że zrobiło to na Tobie jakiekolwiek wrażenie...
- No wiesz? Masz mnie za aż tak zimną? - udałam oburzenie.
- Szczerze...?

Taa...
Romantyczka ze mnie słaba.
Chociaż oglądając wyżej wspomniany film "Diabeł ubiera się u Prady" (jak zawsze nie dotrwałam do końca...) naprawdę przejęłam się rozstaniem głównej bohaterki... Przynajmniej jak na moje możliwości ;).
Ogólnie związki, śluby, pocałunki i rozstania nie robią na mnie takiego wrażenia jak porwania, ucieczki, seryjni i katastrofy.
Ma się te wegańską subtelność i delikatność ^^.

No okej.
Romanse to dla mnie zwykłe smyranie się piórkiem po podniebieniu.
W książkach, które namiętnie pochłaniam nie ma miejsca na takie... takie... Takie.
Pewnie dlatego, że czytam głównie skandynawskie kryminały. I thrilery. A jak thrillery to najczęściej medyczne, psychologiczne, korporacyjne i prawnicze.
Czym się różnią?
Och, to proste.
W medycznych jest medyczny bełkot, w psychologicznych psychologiczny, w korporacyjnych korporacyjny, a w prawniczych prawniczy ;).
W medycznych thrillerach są lekarze, patolodzy i zmutowane wirusy, w psychologicznych seryjni mordercy, profilerzy i modus operandi, w korporacyjnych urzędasy, machloje i spiski, a prawniczych prawnicy.
Seks też się pojawia.
Nawet dość często.
Analogicznie - jak ktoś ląduje z kimś w łóżku to są to kolejno lekarze z policjantkami, psycholodzy z agentkami FBI, sekretarki z inspektorami i prawnicy z prawniczkami.
I bardzo proszę - niech lądują.
Nie mam nic przeciwko.
Bo plusem thrillerów jest niewątpliwie to, że zarówno opis sekcji zwłok, miejsca zbrodni czy mutowania się wirusa jest prosty jak budowa cepa, więc opisy stosunków (jeśli się takowe pojawią) są równie łatwe do przełknięcia.
Nie ma pitolenia, roztkliwiania się, walki uczuć, ferworu namiętności.
Jest bach, bach - idą do łóżka albo i nie, zostają parą albo i nie, opis jest krótszy albo dłuższy albo subtelnie zakończony trzema gwiazdkami i po sprawie.

Romanse przerażają mnie swoim ciągnięciem wątku.
Nie przeczytałam jeszcze żadnego romansu romansu, w sensie romansu typu stricte.
Greya też nie tknęłam.
Zdarzyło mi się jednak trafić na parę "ala sensacyjnych" książek, w których niby ma być akcja, ucieczka, porwanie albo katastrofa, a wszystko mimo to sprowadza się do akcji i katastrofy, ale w łóżku.

Właśnie kończę czytać książkę, w której główna bohaterka cierpi na powypadkową amnezję iii... Uh...
Ogólnie mogło być ciekawie - niepewna przeszłość, zaginione dziecko, pościgi, ucieczki, te sprawy.
Ale nie.
Nieee.
Bohaterka budzi się w szpitalu i na początku jest przyzwoicie.
Ostre światła jarzeniówek, lekarz w fartuchu, sterylna czystość.
A potem nagle z nieba spada facet.
I to nie byle jaki.
Bo chociaż wygląda "drapieżnie w niebezpiecznie pociągający sposób" (?) - bohaterka zaczyna odczuwać dziwny pociąg w dole brzucha, który u mnie zwiastowałby pewnie zapalenie pęcherza.
Do tego laska jest niepewna, przestraszona, niewinna, ale i twarda i bach - mamy standardowy wręcz przepis na romans.

A przepis na romans wygląda tak:
Oboje wyglądają jakby urwali się z okładki czasopisma typu "Be Fit".
Smukli, zgrabni, do bólu wymuskani.
Ona się go boi - on jej nienawidzi.
Nie. Nie "nie lubi". Nienawidzi.
Nienawiść jest tym mocniejsza im bardziej ona zaczyna go pociągać.
Czyli - on im bardziej jej nienawidzi, tym bardziej sam mięknie, więc mu twardnieje.
Ona trzepocze rzęsami, otwiera usta, serce jej wali ze strachu, więc on się przybliża.
Jak on się przybliża, ona tak się strasznie boi, że z tego strachu aż się podnieca.
Jak ona się podnieca to on jeszcze bardziej jej nienawidzi i z tej nienawiści postanawia ją przelecieć.
Wtedy następuje opis wymiany ich spojrzeń.
A w spojrzeniach kryje się tyle ciekawych rzeczy co w zupce chińskiej.
Jest więc pożądanie, namiętność, lęk, obawy, niewinność, twardość, światło księżyca, magia gwiazd i odbicie nocnej lampki.
Trwa to mniej więcej jedną stronę.
Jedną stronę pisania o oczach i wymianie spojrzeń!
Dopiero wtedy akcja nabiera tempa i z rejonu oczu przenosimy się niżej.
Czyli na usta.
Ona zagryza wargę, on się w nią wpija.
Choć wpija to całkiem delikatne słowo.
Wgryza. Miażdży. Wsysa.
Co przynajmniej dla mnie brzmi jak opis buldożera na placu budowy...
Znów zajmuje to z jedną stronę.
Potem jest z kolei instruktaż jak się rozebrać i cała gama czasowników typu: ująć, uchwycić, wziąć, chwycić, dotknąć, wetknąć i tych pożarniczych czyli - płonąć, rozpalać, wzniecać, gasić, parzyć, dusić.
Następnie rzuca się jeszcze garść metafor, najlepiej coś z kosmosem, wszechświatem, rollercoasterem, magią i rajem w tle i voila - przechodzimy do anatomii.
Mamy więc po kolei wszystkie części ciała, najczęściej połączone z przygłupawymi przymiotnikami, których NIE BĘDĘ CYTOWAĆ, a na koniec - haha - jest kłótnia.
Żeby nie było tak kolorowo!
Jest więc foch i ciche dni.
A potem znowu cała paleta barw i kolorów emocji, niebo w oczach i ogień w sercach.
Ona znowu zagryza wargi, on od razu chce ją zawlec za włosy do jaskini, ona się boi, on nienawidzi...
Ona ze strachu się rozbiera, on już jest rozebrany...
I od nowa, Polska Ludowa..

Uh.
I pomyśleć, że tyle pisarek zrobiło karierę pisząc takie właśnie bzdety...
Bo ja nie mówię.
Ja też nie piszę nic mądrego.
Ja piszę co mi przyjdzie do tej kosmatej rozczochranej.
A "opisy" pewnie też mam za babskie, bo jestem babą ;).
Mimo to myślę, że czasami najwięcej można zdziałać omijając niektóre niesmaczne szczegóły, robiąc krótki wstęp, rozwinięcie zbywając podtekstem, a zakończenie sprowadzić do wymownych trzech gwiazdek, czyli zaczynając równie szybko jak kończąc.

                                                                              ***


PS Książki oczywiście już nie czytam, bo czytałam ją parę miesięcy (czyli lata świetlne) temu, jak miałam na to czas, ale z braku laku (czyt. braku czasu na pisanie) posilam się gotowcem, bo widzę jakiś przebłysk zainteresowania w statystykach ;)




niedziela, 8 maja 2016

O czym się nie pisze? ;]


Wiem, że wpisów nie pisze się pod wpływem silnych emocji.
Szczególnie jeśli to negatywne emocje.
Albo emocje wyjątkowo mocne.
Nie pisze się więc, kiedy jest się zdenerwowanym, smutnym albo złym.
Nie daj Boże rozżalonym.
O nie! Nie wolno pisać rozżalonych wpisów.
Nie wolno też pisać postów pod wpływem nagłego przyjemnego wydarzenia. Ani też bezpośrednio po przykrym zdarzeniu. Bo albo wpis będzie pełen ochów, achów i westchnięć (nie, nie wierzę, że Czytelnicy nie wyczują tego entuzjastycznego tonu i nie domyślą się, że zadziorny emotikon na zadziornym emotikonie nie oznacza wyższego stopnia zadowolenia) albo będzie dołująco i żenująco smutny.
Nie wolno pisać wtedy, kiedy ktoś nas zranił, bo emocje wypłyną z nas taką falą, że potopią wszystko wkoło. No i osoby, które nas zraniły dowiedzą się, że sprawiły nam przykrość. A po co mają to wiedzieć?
Nie wolno pisać, jeśli na czymś nam zależy, bo jak to stracimy może się okazać, że zależało nam bardziej niż myśleliśmy.
Nie wolno pisać postów tematycznych jeśli temat jest bardzo aktualny, a nie chcemy o tym akurat mówić głośno. Np. lepiej nie pisać o obgadywaniu, jeśli ktoś nas obgadał.
Nie wolno pisać wtedy, gdy kiedy chcemy się podzielić z czytelnikami tym, czym nie powinniśmy się z nimi dzielić.
Ani pisać tego, co lepiej zostawić w sekrecie.
Nie wolno pisać zbyt refleksyjnych wpisów i wrzucać do niego mądrych treści, bo jeszcze ktoś w nie uwierzy. Albo pomyśli, że autor jest ogarnięty (a nie jest).
Nie wolno pisać o rzeczach, które są zbyt prywatne.
Nie wolno poruszać tematów mogących wzbudzić dyskusje, jeśli nie chce nam się dyskutować.
Nie wolno pisać zbyt głębokich wpisów. Ani wpisów zbyt płytkich.
Nie wolno być zbyt wylewnym. Ani tajemniczym, bo wtedy to już na pewno zaczną się pytania: "Emmmm, ale o co chodzi?!" .
Nie wolno pisać o tym, co nam się stało, jeśli nie chcemy zasypu troski (Spoko, spoko! Lekka chrypka to nie zawał!).
Nie wolno pisać, jak czymś się przejmujemy. Bo nie powinno się niczym przejmować, tak? A jeśli nawet, to lepiej tego szczególnie nie okazywać.
Nie wolno pisać o tym, co nie zostało jeszcze zweryfikowane, zatwierdzone certyfikatem bezpieczeństwa i potwierdzone w 100%. Na przykład o tym, że dobrze poszedł nam test, skoro nie mamy jego wyników. Na przykład ;)
Nie wolno pisać o tym, co może kogoś urazić. Bo nie lubimy nikogo urażać.
Nie wolno też pisać kiedy jest się zmęczonym, bo wtedy trzeba walnąć się pod kocyk i oddać się Morfeuszowi. Znaczy - jego ramionom.
I nie wolno pisać, jak nie ma się czasu. Ponieważ nie ma się na to czasu ^^.


Tak więc skoro już wiecie co u mnie słychać to dodam tylko, że właśnie mija drugi miesiąc od kiedy zostałam przyjęta do Policji, że znów zamówiłam nową bluzę (koralowe love ;]), że wszyscy się śmieją z mojego zachrypniętego głosu i że mam już małe bicepsiki na rękach przez co zastanawiam się jak wcisnę się w miętową sukienkę na dwóch weselach w lecie... ^^.
I że strrrrasznie mnie nosi do pisania, a jak na złość jest to ostatnia rzecz na jaką mam czas... ;)









sobota, 7 maja 2016

Nauczona doświadczeniem... ;]

Nauczona doświadczeniem wiem, że wpisów nie pisze się po kawie. Zwłaszcza małej czarnej.
Po spaniu też nie.
Ani po długim odpoczynku.
Z gorączką lub tuż po niej.
W nocy ani tyle.

Pechowo jest noc, a ja nie powinnam się rozsypiać, bo za dwie godziny muszę być na tyle przytomna, żeby ubrać buty (żegnajcie kozaki, witajcie Air Maxy!) i wytargać walizki przed dom. A o pierwszej w nocy to jest wyzwanie.
Pechowo przez weekend piłam kawę i choć od jej wypicia minęły już dwa dni to czuję ją do dziś w zbyt szybko poruszających się palcach i stopach, którymi tupię jak królik.
Pechowo odpoczywałam cztery bite dni, nie robiąc absolutnie nic, więc to samo w sobie brzmi już nieprzyzwoicie.
Pechowo gorączkowałam przez dwa dni (choć moje pożal się Boże gorączki to dla normalnych ludzi normalna ciepłota ciała) i mimo tego, że wróciłam do swoich hipotermicznych magicznych 35 stopni to dalej mam wrażenie, że jestem lekko zamroczona.

Gardło też już mnie nie boli, bo jak zwykle ból zszedł niżej i złapała mnie krtań. Oczywiście oznacza to, że każde moje chrząknięcie i jęknięcie brzmi jakbym zmieniła się w Minotaura, a kiedy się odzywam, pierwsze trzy słowa są nieme i tylko fakt, że poruszam ustami świadczy o tym, że mówię. Powinnam dodawać, że mój głos brzmi jak coś pomiędzy szczekaniem, a dudnieniem?
Ale dobra, dobra... Wiedziałam co robię jadąc na zumbę z gorączką, więc nie ma co się podniecać ^^.

Wpisów nie pisze się też, kiedy nie ma się o czym pisać, ale przecież wiecie, że dla mnie to akurat nie jest problem.
Ja nigdy nie mam o czym pisać, więc zwykle piszę o niczym i tak mi się to podoba, że nie wiem czy kiedykolwiek się to zmieni ;P.

Przez weekend nie zrobiłam prawie nic co chciałam zrobić.
A zamiary miałam baaardzo ambitne.
Plan obejmował głównie spanie, gotowanie codziennie makaronu ze szpinakiem i przeczytanie do końca książki, którą męczę drugi miesiąc.
Spać spałam, ale tylko w nocy.
Nie odsypiałam nic w dzień, nie odpoczywałam ani chwili.
Gotować zaczęłam dopiero w ostatni dzień wolnego, bo wcześniej nie byłam głodna i nie chciało mi się stać przy garach.
Czytać czytałam. A jakże... Szkoda tylko, że jedną stronę. Mistrzostwo świata ^^.
Książki podziwiałam podczas ścierania kurzy (nie mogłam się oprzeć, podobnie jak poskładaniu ciuchów w szafie. Czy to już świadczy o jakiejś chorobie psychicznej? Można uzależnić się od wycierania kurzu? A może od Pronta? Od układania też...?) i patrząc na nie z daleka, siedząc na łóżku.
Nie zrobiłam nic co chciałam. Tak jak zresztą podejrzewałam ;].

Spotkałam się za to z rodzinką, znajomymi z dziećmi, czterema koleżankami (z każdą osobno, każdej poświęcając odpowiednio dużo czasu, przemilczę to, że te najdłużej znane z nich siedziały u mnie, kiedy pakowałam dresy i mundur do torby), byłam na zumbie (po dwóch miesiącach przerwy i wyżej wspomnianej kawie myślałam, że adidasy mi spadną tak żywiołowo skakałam) i na kilku spacerach z psem, podczas których wspinałam się, grzęzłam przez las i brudziłam jasne buty w błocie ;)
Jadłam też swoje celebrowane płatki (czy ktoś tak jak ja nie wyobraża sobie życia bez płatków na śniadanie?), ciasto marchewkowe (sezon ma nadmiar karotenu uważam za rozpoczęty) i sojowy jogurt borówkowy z borówkami. Zero ziemniaków i białego pieczywa ^^. Słuchałam muzyki, pisałam, podniecałam się paczką z Zalando, chociaż doskonalne wiedziałam co w niej będzie, przymierzałam nowy wisiorek i faszerowałam się Neosine (które mi nie pomogło).

W ogólnym rozrachunku weekend był więc udany.
A tydzień zajęty - i najlepiej świadczy o tym fakt, że weekendowy wpis wrzucam w sobotę. A sobotę miałam dziś "pracującą". W sensie mieliśmy zajęcia do czwartej, co jest dość męczące zważywszy na fakt, że jestem zachrypnięta, zakatarzona i osłabiona (choć ponoć tego po mnie nie widać).

Jutro za to mam wolne i zamierzam płodzić, płodzić i płodzić dzieła, wpisy, bestsellery (chociaż znając życie to będę musiała się uczyć i będę spać na trzy raty w ciągu dnia^^) .
Oczywiście nie mogę się oprzeć nawrzucaniu niczego nie wnoszących zdjęć rozciągniętego na całą długość kota, pływających w jogurcie borówek i płatków, ale je wrzucam, bo kto zachrypniętemu zabroni? ;)

















niedziela, 1 maja 2016

Pięciogwiazdkowy ;]

Obudziły mnie ptaki, które świergotały za oknem.
Obudził mnie kot, który zaczął drapać do moich drzwi.
Obudziłam się wypoczęta, syta, zadowolona.
Obudziłam się w ciszy i spokoju.
Obudziłam się prześlizgując się wzrokiem po białych mebelkach jak z domku dla lalek, po stosie poduszek na komodzie i po kolorowych kropkach na kocyku.

Otworzyłam okno i zapatrzyłam się w dal, wciągając do płuc rześkie powietrze.
Niby zawsze doceniałam fakt, że mieszkam gdzie mieszkam, ale chyba powinnam była częściej zaciągać się głęboko tym powietrzem i chłonąć te widoki.
Jest tak prosto, że aż pięknie.
Łąka i pasące się na niej konie.
Rzut beretem do rzeki i lasu.
I to, że jest tak czysto, przyjemnie i zielono.


Wzięłam do łóżka koc, kota i laptopa.
Laptopa położyłam na kolana, koc rzuciłam na plecy, kot jak to kot - sam znalazł sobie miejsce przy moim boku.
Włączyłam sobie piosenki, włączyłam sobie bloggera.
Przez niezmierzoną ilość czasu pisałam.
W domu panowała cisza.
Niczym nie zmącona cisza.
Bez szurania krzeseł, stukania ciężkich butów o podłogę, słuchania spuszczanej wody za ścianą o piątej nad ranem.

Jedyny widzialny ruch to strzyżenie uchem Kiary, kiedy włączyłam za głośno piosenkę.
Jedyny dźwięk to melodia i oczywiście klikanie w klawiaturę.
Jedyna moja aktywność polegała na myśleniu i przelewaniu myśli na powiedzmyżepapier.

Czuję się jak na wakacjach.
Czuję się lekko gorączkowo i lekko problemowo przy przełykaniu śliny, ale wcale, ale to wcale nie robi to na mnie wrażenia (Fu **, wiedziałam, że trzeba było przywieźć sobie Neosine...).
Czuję lekki ból głowy i mocny ból gardła, ale od tego się przecież nie umiera.

Przeciągam się, kręcę karkiem, miziam kotkę za uchem.
Przełączam piosenkę, rozcieram zimne stopy jedna o drugą.
Podciągam nosem i szukam po omacku chustecznika w borówki.

Ale jest twarde łóżko, miękki kocyk i żywy termofor.
Pięć gwiazdek jak nic ;)