...

...
M.

czwartek, 22 grudnia 2016

Będę sobie :P

Kiedyś będę pisarką, wiecie?
Będę sobie hodować pleśń w kubkach i rysować herbatą esy floresy po stoliku.
Będę się drapać widelcem po głowie i zakładać ołówek za ucho.
Będę siedzieć głodna i spragniona, bo będę pisać w takim pisarskim amoku, że nie będę myśleć o przyziemnych pierdołach.
Będę mieć wymówkę jak znajomi będą psioczyć, że nie mam czasu ich odwiedzić, no bo przecież : "muszę pisać".
Będę mieć swoje wydawnictwo, swoje literki, swoją umowę i swój świat.
Będę odmawiać udzielania wywiadów, a równocześnie ćwiczyć w powietrzu zamaszyste podpisy na wyimaginowanych książkach.
Będę mówić, że "męczy mnie ta sława"i żałować, że nie pisałam o szuflady.
Będę warczeć na domowników jak będą mi przeszkadzać w tworzeniu i będę sobie warczeć do lustra jak nie będę miała do kogo.
Będę siedzieć pod kocem na fotelu z wielkim kubkiem herbaty z cytryną i laptopem, na kolanach będzie mi się mościł kot, a pod nogami pies.
Będę narzekać na ten okropny brak weny albo na tę okropną wenę, która nie pozwala spać tylko każe pisać.
Będę robić poważną minę i machać dostojnie kucykiem, kiedy będę odbierać pisarskie nagrody i będę udawać, że wcale nie ruszają mnie słowa krytyki i wylewanie na mnie wiadra pomyj.
Będę zasypiać podczas pisania i myśleć o tym co powinnam napisać zamiast spać.
Będę pisać w piżamie, w ręczniku, w kołdrze, w łóżku, w hamaku i w fotelu.
Będę sobie rwać włosy z głowy w chwilach pisarskiej niemocy, będę mieć genialne pomysły przed zaśnięciem i będę uciekać potencjalnemu chłopakowi z łóżka, żeby coś napisać, a jak będę starą panną (co jest jednak bardziej prawdopodobne ;D) będę sobie brać laptopa do łóżka razem z kubkiem i kotem.
Będę się palić do pisania i pisać, jakbym się miała zapalić.
Będę sobie chodzić na wieczorki pisarskie, chociaż cholera jedna wie co się na takich wieczorkach robi.
Będę wzruszać ramionami i na pytanie: "O czym piszesz?" będę odpowiadać: "O niczym".
Będę się szczerzyć, jak zobaczę swoją książkę na księgarnianej półce, a jak zobaczę w autobusie kogoś czytającego moją książkę to palnę z głupia frant, czy jest ciekawa i czy powinnam ją sobie kupić, skoro jest na promocji.
Będę marudzić, psioczyć, strzelać fochy, wywracać oczami, rozkojarzać się, błądzić myślami, mówić: "Co? Mówiłeś do mnie?" i odcinać się od świata, bo będę mieć do tego święte prawo.
Będę ściemniać, będę wymyślać, będę celować palcem w kalendarz, żeby znaleźć odpowiednie imię dla bohatera i głównie to będę improwizować, jak zwykle.
Będę zagryzać wargę, błyskać oczami i klikać, kiedy będę rozlewać na swojej twarzy szeroki, szeroki uśmiech jak wpadnie mi do tej rozczochranej jakiś nowy pomysł.
Będę cierpieć na niemoc twórczą, płakać, że nie wiem, co napisać, żałować, że wymyśliłam sobie takie banialuki, a potem znów się napalać i myśleć, o czym napiszę następnym razem.
Będę uważnie obserwować otoczenie, żeby wyłapać coś ciekawego do przeniesienia na papier i będę drażnić wszystkim tym wszystkomówiącym nicniewidzącym spojrzeniem pt."NieCzajęNieTrybięPłodzę".
Będę mieć hamak, bujany fotel, wielki taras, a na nim jeszcze większe takie wiszące coś z poduszkami, wygodne łóżko, masę foteli, kanapę, poduszki na podłodze i futrzasty dywan i na kaaażdej z tych miejscówek będę pisać.
Będę sobie stukać do znudzenia, do porzygu, do bólu dupy, do odcisków na palcach.
Będę magazynować ciuchy na podłodze i układać naczynia w zlewie, kiedy z pełną premedytacją będę rozsiadać się przed laptopem.
Będę udawać, że jestem normalna, chociaż sam fakt pisania z takim zapałem i pasją trąci lekkim szaleństwem.
Będę siedzieć zaaferowana przed komputerem i nie będę pamiętać o powieszeniu prania czy nastawionej kaszy.
Będę chodzić po bibliotekach i księgarniach i będę udawać, że oczami wcale nie szukam grzbietów okładek swoich książek.
Będę zanudzać wszystkich melodią tańczących po klawiaturze palców.
Będę wydawać bajki dla dzieci, ilustrować je koślawymi krzesełkami, czarno białymi pieskami z łatką wkoło oka, pajączkami w rogu i wyszczerzonymi dziewczynkami o pyzatych policzkach, a potem będę je czytać chorym dzieciom w szpitalu.
Będę wkurzać wszystkich nieogarnięciem, roztrzepaniem i gadulstwem.
Będę sobie spać w pościeli w literki i co rano zamiast porannej gimnastyki będę sobie ćwiczyć palce, biegając nimi po klawiaturze.
Będę promować czytanie, chodzić na pogadanki do szkoły i śmiać się jak zobaczę, że ktoś zamiast mnie słuchać, czyta coś po ławką.
Będę się dobrze bawić pisząc, będę w swoim żywiole przeciągając się znużona pod laptopem, będę zbyt pobudzona, żeby spokojnie usiedzieć i będę usatysfakcjonowana zasypiać.
Będę bezkarnie pisać rano, w południe, wieczorem i w nocy.
Będę rano wstawać z kołtuńskim uśmieszkiem znaczącym "Hie, hie, zostałam pisarką" , a wieczorami będę chować głowę pod poduszkę i biadolić: "O Boże, Boże! Na co mi to było?"
Będę mieć zawsze zaostrzone ołówki jako symbol weny, wytatuowane pisarskie piórko na łopatce, idealny porządek w szafie i artystyczny nieład w głowie.

Będę.
Bo będę sobie pisarką, wiecie?
;P



środa, 21 grudnia 2016

Staropanieński ;]

Będę starą panną.
Kurde, będę ją jak nic.

Kota już mam.
Chociaż nie wiem, czy kotka, która myśli, że jest lwem bo ma lwie imię się liczy.
Nie wpylam wprawdzie co wieczór pudełka waniliowych lodów do babskiego filmu i nie mam w szufladzie przy łóżku nic sztucznego o dziwnym kształcie (* chyba, że liczą się małe ampułki z solą fizjologiczną do oczu, bez których chyba bym umarła), ale i tak spełniam wszystkie staropanieńskie kryteria.
Nic, naprawdę nic nie wskazuje na to, żebym zmieniła nastawienie, styl bycia czy życia.
I z kobiecością też u mnie średnio.
Ani nie "zsubtelniałam" ani się nie ułożyłam.
I w ogóle z kobiety to mam tylko upośledzenie do techniki i bałagan w torebce.
Dalej zero tiu tiu z koleżaneczkami, zero imprez, zero flirtów i trzepotów rzęs, ę ą, make up'u i tym podobnych.
Usilnie próbuję wyciągnąć kogoś na maty, dalej szczerzę się kiedy mogę się z kimś powywracać, nawet jeśli to ja jestem wywracana, gdzie nie wejdę tam się wespnę i wskoczę, drzwi otwieram z buta, a przez bramkę skaczę.

Noo, może noszenie munduru wycisnęło ze mnie nędzne resztki kobiecości i zaczęłam bardziej uważać na to, co ubieram i jak wyglądam.
A przynajmniej pilnuję się, żeby ciuchy były w miarę ładne.
Dopasowane dżinsy (połów w Rzeszowie zakończył się upolowaniem trzech par - zielone na leśnika i dwie pary dżinsów, jedne bardziej obcisłe od drugich), dopasowane bluzki, dopasowane sweterki.
Te śliczne koszule, które sobie kupiłam też sobie często przymierzam póki co szpanując nimi tylko w pokoju, ale wierzę, że nadejdzie dzień, kiedy będę miała okazję wyjść w nich do ludzi.
Może jakiś wieczorek autorski, czerwony dywan, nagroda Nobla, te sprawy - sami rozumiecie ;)

Mam za to wenę do pielęgnacji i oprócz tego, że latam do fryzjera jak tylko włosy zaczynają mi płowieć to chodzę też do kosmetyczki, która wyciska ze mnie w równym stopniu zaskórniki, co i łzy, kiedy pastwi się nad moim nosem albo brwiami.
Znów zumbuję i to tyle ile się da, więc nawet do czterech razy w tygodniu, także kremy do sponiewieranych stóp i peelingi też na stałe włączyłam do kosmetycznego menu.
Biorąc po uwagę to, ile czasu zajmuje mi prysznic, balsamowanie się jak egipskie zwłoki z góry na dół, wszystkie te kremy i pierdolety podziwiam dziewczyny, które jeszcze spędzają tyle czasu na makijażu, bo ja pasuję i dalej jest tusz, tusz i tylko tusz. Ewentualnie kreska, która nawet nie jest kreską, bo jest tak cienka jak ja w liczeniu w pamięci.
Ostatnio jakbym trochę zmalała, buźka i ramiona mi zdrobniały i reszta w sumie trochę też, więc mam wrażenie, że składam się głównie z włosów, które za to mi bujnęły, przez co wyglądam jak elf ze spiczastym nosem i rozpuszczoną czupryną.
Dość okiełznaną zresztą, bo odkąd kupiłam spray prostujący i prostownicę, włosy mam naprawdę proste.
Trochę jaśniejsze, bo machnęłam pasemka, żeby coś zmienić, trochę krótsze, żeby wzmocnić.
No i błyszczące.
Błyszczą i błyszczą, a w sumie to jakby świecą.
Świecenie wszystkich nęciło i wszyscy pytali, czemu tak świecą.
Z tego wszystkiego to dopiero wtedy zaczęłam o nich myśleć i się z nimi pieścić.
Odżywki w liczbie milion (a w sumie to pięć) w zależności od nastroju, prostownica z keratyną (?) i inne pierdoły, chociaż ja tam i tak twierdzę, że nic nie robi im tak dobrze jak jedzenie na potęgę nasionek, awokado i duża ilość snu ;)
Paznokcie dalej krótkie i bez migdałowego kształtu.
Miałam sumienny plan się nimi zająć, ale jak skoro nie kręcą mnie małe dzieła sztuki na paznokciach? No i jak tu ćwiczyć, pisać czy obierać marchewki...
Miałam ambitny plan na rzęsy.
Odżywić, wydłużyć, wzmocnić. Misja roku.
Torturowałam je odżywką, ale jak trzecia z kolei mnie uczuliła, dałam sobie spokój.
Ogólnie to moje oczy są ostatnio dość problemowe nawet bez odżywki i przeważnie poranki spędzam wywalona rozkosznie w fotelu, z płatkami kosmetycznymi nasączonymi herbatą.
W fotelu też wykładam się z książką i choć trochę mniej czytam, to i tak czytam.
Tak więc bóstwa z siebie nie zrobiłam, nie robię i raczej nie zrobię, skoro zamiast filmików jak zrobić kreskę na powiece ja serwuję sobie kolejny thriller.
I tu nawet święty Boże nie pomoże, chociaż - o - w Kościele byłam i to nawet dwa razy.
Raz, żeby zachęcić idącą w maju do komunii dziewczynkę do pobożnego uczestnictwa we mszy (*siedziałam w pierwszej ławce otoczona dziećmi, z co najmniej jednym na kolanach, a moja babcia wychodząca z zachrystii - tak to się pisze? - prawie zachłysnęła się ze szczęścia na widok swojej cnotliwej wnuczki tkwiącej pokornie w pierwszym rzędzie, w dodatku otoczonej stadkiem małych istot, wpatrzonych w nią jak w Matkę Teresę), a drugi kiedy w pierwsze śniegi brnęłam po słabo odśnieżonym chodniku, co skończyło się mokrymi skarpetkami i szczękaniem zębami przez całe nabożeństwo, w związku z czym nie wiem z niego nic.

Z jedzeniem wydziwiam i wymyślam takie fanaberie, że głowa mała.
Gotuję i jem jeszcze dziwniej niż wcześniej.
Plus teraz jeszcze mało.
Wymyśliłam sobie za to suplementy.
Magnez mam wszędzie - w domu, w pracy i w torebce.
Coś tam na włosy i na odporność.
Na odporność to w ogóle - kolejna misja - do wszystkiego co gotuję wrzucam czosnek i na potęgę piję czystek.
Wszystkie kubki i zaparzacze zabrały zielonkawego nalotu, bo paradoksalnie jak na czystek to zielsko masakrycznie brudzi.
Czasem piję też kawę, czasem ją nawet słodzę, jak chcę, żeby mnie skopało.
O i Coli już nie pijam.
Za to mam cocacolową pomadkę.
Jest! Jest jeden niestaropanieński pozytyw - mogłabym sprzedawać całusy smakujące Colą. Może nawet byłoby to w stanie zrekompensować to, że nie odżywiam się jak reszta świata.
Bo nie odżywiam.
Na tapecie znów koktajl z jarmużu, gotowana pietruszka, zupa z brokułów i nieśmiertelne płatki.
Aaa, i surowa gorzka czekolada, a najlepiej migdały w czekoladzie, bo jak burżuj to burżuj ;)
Nie chcę - nie jem, kręcę na wszystko nosem i ogólnie do jedzenia średnio mi po drodze.
Do pisania za to i owszem.
Piszę jak nawiedzona.
Pracując nie mam za bardzo kiedy, ale w wolne dni stukam i stukam, często gęsto w piżamie nawet o dwunastej w południe.
Znów jest pisanie po przebudzeniu i pisanie do poduszki.
Raczej marny byłby ze mnie pożytek, skoro siedzę głównie zawinięta w literkową kołdrę i płodzę słowa, które mają mniej więcej tyle sensu co ten wpis.
Śpię w skarpetkach.
Kombinezonie z polaru.
Z trzema kocami.
Bez termoforu.
Mam jeszcze flanelową piżamę w kratkę.
I długą koszulkę która wprawdzie nie za dużo zakrywa, ale ma za to całkiem niepociągającego Chipa i Dala na przodzie.

Dalej nie plotkuję z koleżaneczkami, dalej wali mi co, kto, gdzie z kim, dalej nie podnieca mnie wizja kołysania wózka butem i dalej mam drgawki na myśl o pierścionkach czy obrączkach.
Dalej śluby jawią mi się jako coś kosmicznego, a wizja siebie z brzuchem to w ogóle mnie śmieszy, bo na mnie ładownice na magazynki się nie mieszczą i wyglądają jakby były jakieś strasznie wielkie, więc co dopiero brzuch z dzieckiem, wodami płodowymi i resztą...

Chwilę, tzn. parę tygodni (aż trzy) byłam bardzo spokojna.
Nienaturalnie wyciszona wręcz.
I mniejmówna ;]
Niestety to szczęście też nie trwało zbyt długo i znów robię wkoło siebie mnóstwo hałasu i bałaganu, wymyślam sobie masę rzeczy do zrobienia, wiecznie jestem w biegu, w locie, pędzie, jak nie biegam to tańczę, a jak tańczę na zumbie to jeszcze wieszam się po pasach do TRXów i albo się podciągam albo koleżanki huśtają mnie tak, że bujam się przez pół sali.
Ale jest w tym mniej więcej równowaga i na jeden pierd***nięty dzień przypada z półtora spokojnego.
Są dni, kiedy mnie nosi, są kiedy jestem nienaturalnie wyciszona i są takie, kiedy normalna.
No, o ile można być normalnym skoro wolny czas spędza się czytając, pisząc, kolorując albo kamuflując, ewentualnie męcząc planszówki ze znajomymi.
Kamuflować nie kamufluję już tak natrętnie, chociaż mam zrywy, że chce mi się pomyśleć logicznie i poukładać miśki.
Udało mi się pooglądać nawet jeden film i usiedzieć na tyłku na tyle, że obejrzałam trzy odcinki "Gry o tron". Trzy pod rząd i wcale nie musiałam być związana ;).
Tak poza tym to nadal zero telewizji, zero ogarnięcia telefonu czy innych osiągnięć technicznych.
Noszę za to drewno, migam się od palenia w piecu i sprzątam jak potłuczona.
Sprzątam tak, jakbym miała jeść z podłogi.
Najbardziej to w swoim prywatnym bunkrze czyli pokoju.
Tu to w ogóle mam wszystko co potrzebne do szczęścia.
Książki, poduszki, ołówki, bluzy, "Kamuflaż".


Nic nie spoważniałam, nie wydoroślałam.
Wyglądam wręcz strasznie dziecinnie.
Boże ja naprawdę tak dziecinnie wyglądałam czy teraz tak odmłodniałam, jak zaczęłam jeść tyle brokułów i grejfrutów?
Przecież ja się kwalifikuję do gimnazjum ze swoją twarzą i gabarytami, a to, że podrywają mnie licealiści to już zakrawa na jakiś absurd.
Próby postarzenia się przynoszą odwrotny efekt, bo wyglądam zwyczajnie śmiesznie.
No i przecież nie da się postarzeć twarzy, jeśli nie używa się całej artylerii kosmetyków, pudrów, podkładów czy produktów, których nie potrafię nazwać, a jak ich nie potrafię nazwać to co dopiero użyć.


O i właśnie.
Zdarza mi się, że marudzę i obrażam bez powodu.
Nawet strzeliłam focha.
I to co najmniej ze trzy razy.
I piszę wpis w marudnym tonie o czymś, co mi się podoba i co mnie cieszy.
Bo nawet nie wiecie jak cudownie bezpieczny, beztroski i spokojny jest ten staropanieński stan bez spiny, stresu i niedomówień, z kombinezonami i skarpetkami na czele ;)
Ileż to czasu na ćwiczenia, głaskanie włosów prostownicą i bawienie się w pseudoartystkę ;)

A czy zechcę zmienić ten stan na inny to już się okaże.
W czasie bliżej nieokreślonym ;).



środa, 14 grudnia 2016

Urlopowy ;]

Dzień I
Plan:
Chilloutować

Wpół do szóstej rano budzi mnie kotka, która wpada za moje łóżko i zaczyna dziurawić oparcie łóżka pazurkami.
Ze wszystkich odgłosów świata jedynie ten dźwięk (i świadomość nieodwracalnych zmian na eko skórze) wywołuje u mnie palpitację serca.
Zrywam się, rugam kotkę, wypadam spod kołdry jak torpeda, odsuwam łóżko, wyciągam Kiarę za futro, ciągnąc ją mało subtelnie po ziemi.
Zostaję w łóżku do dziesiątej.
Wstaję z lekkim bólem głowy, dostaję lekkiego szoku na widok swojej fryzury, idę pod prysznic.
Kolega wpada na kawę więc częstuję go ciastem i raczę swoją cudowną małomównością (*ostatnio tak mam. Siedzę, patrzę, słucham, wyglądam. Jest to tak wspaniałe, że chyba zacznę oznaczać te dni kwiatuszkiem w kalendarzu ;]).
Po jego wyjściu zaczyna wychodzić ze mnie kawa i pożytkuję energię szorując brodzik.
Dostaję weny do porządków i odkurzam cały dom wodnym odkurzaczem, w którym niedawno ktoś zostawił brudną wodę więc zamiast rozsnuwać delikatny zapach bryzy morskiej, smrodzę dom lekkim zapachem zgnilizny.
Dochodzę do wniosku, że zrobię pranie. Bach, bach, do pralki lecą szare dresy, miętowe bluzy, piżama z Minnie i reszta.
Piorę jeszcze czarną kurtkę, mundur, kapcie.
Piorę w rękach czapkę i chustkę w jaskółki.
Dalej mnie nosi, więc przecieram blaty w kuchni mokrą ściereczką.
Psikam blaty i wyspę jakimś śmierdzącym spray'em do kuchni i dalej sprzątam.
Gotuję zupę, gotuję makaron, myję gary.
Sprzątam okruchy, kawałki brokuła walające się po ladzie, mokre kubki z suszarki.
Kiedy siadam na fotelu - kot mości mi się na brzuchu, a pies w nogach, kiedy wychodzę po schodach, zwierzaki suną za mną, kiedy piorę - kot przechadza się po komodzie, kiedy idę do łazienki, muszę się przed nimi zamykać.
Ogólnie - zwierzaki chodzą za mną wszędzie.
Rozwieszam pranie, składam suche ciuchy, myślę, że przecież miałam chilloutować, więc robię sobie "zimowy peeling dłoni" i rozkładam się na łóżku z nogami do góry.
Robię zdjęcie jak leżę, potem zaczynam układać ciuchy w szafie i przecierać panele mokrymi sodowymi ściereczkami, regał Prontem, a stolik ściereczkami o świątecznym zapachu pomarańczy z cynamonem.









Dzień II:
Plan:
Zrobić coś inaczej


Myślę sobie, że dziś nie będę łapać pier***ca z porządkami.
Nie sprzątam, nie ogarniam, nic nie robię.
Wybywam z domu na pół dnia, bo chcę się spotkać z kuzynem, który przyjechał z Anglii.
Wspinam się na palce, żeby się z nim przywitać, piję herbatę za herbatą, migam się przed ciocią i jej ciasteczkami, piję kawę i dostaję głupawy. Jak zawsze.
Wracam do domu, dostaję opierdziel za nieodśnieżone podwórko, niesprzątniętą suszarkę i niezapalenie w piecu.

Dzień III:
Plan:
Odpocząć od pracy

Nad ranem budzi mnie telefon.
Z pracy.
Przed ósmą drugi - też z pracy.
Płatki, oczy, włosy, mycie, jadę.
Gadu gadu z dyżurnym, gadu gadu z każdym kogo spotkam.
Załatwiam co trzeba, podpisuję, zaglądam do szafki czy nie zostawiłam w niej nic co może odżyć (albo spleśnieć).
Po drodze z pracy zajeżdżam do koleżanki.
Tiu tiu, gadanie, poznawanie jej znajomych z pracy.
Rozmawiam o szynszylach, zgaduję miesiąc ciąży po rozmiarze brzucha, piję kawę z ekspresu, pomagam pakować paczki na Szlachetną Paczkę służąc głównie za taśmową. Robienie czegoś dobrego daje mi więcej radości niż endorfiny z zumby czy cokolwiek innego wyzwalającego hormony szczęścia.
W domu przynoszę węgiel z szopy, drewno zza szopy, wyrzucam śmieci, sprzątam suszarkę, myję naczynia, zamiatam, jem sałatę.
Biorę psa i idę na przeciw kuzyna.
Spacerujemy, brodzimy w śniegu, wracamy do domu.
Herbata, ciastka, moje anegdotki ze szkoły (mistrzostwo świata - czytać na głos swoje testy z facebooka o pracy nauczyciela i sama się śmieję...), chichotańce, moja opuchnięta krtań.
Wieczorny mroźny spacer, który miał dotlenić i sprawić, że będzie się dobrze spało.
W nocy mam problemy z zaśnięciem, nic nie pomaga, zasypiam o trzeciej.

Dzień IV:
Plan:
Odpocząć!

Rano śpię.
Nie budzi mnie kot, nie budzi mnie szef, nie budzi mnie budzik.
Nikt ani nic mnie nie budzi.
Jem śniadanie, zasiadam na fotelu oblężona przez kota i pilnowana przez psa, czytam thriller, mruczę ze szczęścia.
Jadę na zakupy, kupuję chleb z czarnuszką, surową gorzką czekoladę i trzy rodzaje szamponów.
Idę do cioci, ciocia nie namawia mnie już do jedzenia, gram z siostrą i kuzynem w "5 sekund". Po raz pierwszy przydaje się moja szybkość i wygadanie ;)
Wspinam się na palce, żegnam się z kuzynem, jadę do domu, sprzątam, ścieram blaty, robię pranie, jem sałatę (ciepłe posiłki na urlopie chyba nie są mi pisane), po południu idę do znajomych, gdzie mam gromadkę "swoich" ukochanych dzieci.
Noszę, tulę, podnoszę do góry, oglądam kolorowankę z Trollami, ściskam, daję się ściskać, rozmawiam o szkole, medalikach na Komunię i tęczowych getrach.









Dzień V:
Odpocząć!!!

Odpoczywam.
Śpię do dziesiątej.
O jedenastej idę do fryzjera.
Nakładanie farby, siedzenie z farbą, mycie, suszenie...
Siedzę.
Siedzę.
Siedzę.
Mam dość siedzenia.
Mam dość odpoczynku.
Nudzę się.
Męczę.
Czytam pół książki (*cudownej, wspaniałej, genialnej - Karin Slaughter "Płytkie nacięcia"), prawie dostaję zawału na widok swojej fryzury.
- O Boże. Ależ ze mnie... blondas - stwierdzam oszołomiona i proszę, żeby zrobić "coś", co sprawi, że jasne pasemka choć odrobinę się przygaszą.
Znów farba, znów siedzenie, znów mycie, znów czekanie.
Roznoszę fotel.
W głowie cieszę się, że nie zdążyłam wypić rano kawy.
Rozsiadam się na krześle po turecku, kręcę, wiercę jakbym miała owsiki.
Trzy godziny siedzenia?
Chryste Panie, tyle czasu na dupie?!
 
Wracam do domu, sprzątam, coś tam niby gotuję, składam wyschnięte pranie, składam ciuchy.
Przecieram podłogę w pokoju sodowymi ściereczkami.
Znowu są koty? No skąd, pytam? Skąd?
Wyrzucę te zwierzaki z domu.
Albo wygolę je na łyso.
Kapcie z biały futerkiem znowu się zabrudziły?
Wrzucam je do miski z Cocolino (jak tylko co drugi dzień).
Wyprana tyle co chustka przesiąknęła dymem papierosowym od "przyszytego" dziadka, któremu noszę swój uśmiech, młodość i dobrą energię, więc i ją szybko przepieram.
Piorę, przecieram umywalkę, przecieram meble w łazience.
Słucham muzyki, wietrzę buty z zumby, ratuję omdlewającego bambusa, układam nowe odżywki do włosów w skomplikowaną kompozycję.
Przekładam poduszki.
Książki.
Ciuchy.
Przecieram meble w pokoju.
Boże, ja tylko sprzątam i sprzątam.
Gdzież moja niezależność, młodość, staropanieńska wolność?
Taż ja się nadaję na kurę domową z tym swoim zapędem do mopa i Pronta!
Biorę się za pisanie.
Może przynajmniej zrobię karierę pisarską.
Na pewno.
Z pewnością.
Od razu.


Sobota:

Strasznie się cieszę, że zmienił mi się grafik i że w niedzielę idę do pracy.
Cieszę się tak bardzo, że jest to lekko anormalne.
Szczerzę się do swojego odbicia, szykuję ubrania, szykuję mundur.

Niedziela:

Niedzielna służba się przeciąga więc wracam do domu przed jedenastą.
Wcale, a wcale mi to nie przeszkadza.
Jem, kąpię się, czytam dwie strony książki, padam i śpię dobrze jak nigdy.

W pracy:

Szef mówi, żebym zaplanowała sobie urlop na przyszły rok.
Łapię się za głowę, wertuję kalendarz, sprawdzam kontakty do rodziny i znajomych za granicą.
Anglia, Włochy, Floryda.
Du**, nie mop!











 


 







sobota, 10 grudnia 2016

Karolinka ;]

Ostatnio w nocy nie mogłam zasnąć.
Głównie z tego powodu, że tego dnia została mi wytknięta moja nieumiejętność palenia w piecu, którą osobiście uważam za lekkie upośledzenie, bo niby nic trudnego, ale te pompki, srompki, cugi i srugi to dla mnie koszmar.
Było mi wstyd, że nie umiem tego zrobić, a przecież piec jak piec.
No kurde, przecież to nie statek kosmiczny.
Zwyczajny, normalny, durny piec.

Pamiętam nawet jak go kupowaliśmy i chociaż miałam wtedy jakieś osiem lat - pamiętam, że był to Sas 17. Pamiętam, że sprzedał go nam pan z plakietką "Mariusz" i że oglądałam wtedy w sklepie dużą trójkątną wannę i strasznie marzyłam, żeby taką mieć.

Ogólnie to pamiętam praktycznie wszystko z dzieciństwa.
Nawet to jak byłam ubrana na zabawie andrzejkowej w zerówce.
Miałam ubraną granatową sztruksową sukieneczkę z paletą farb i białą bluzeczkę w kolorowe kropki.
Pamiętałam nawet, że na zabawie mojemu ulubionemu koledze puściła się krew z pękniętej wargi i że wylosowałam z wielkiego worka małego żółtego bardzo mięciutkiego misia z niebieskimi i żółtymi łatkami na łapkach (*ale to tylko dlatego, że wyciągając zabawkę z wora wymacałam, że to mały badziewny plastikowy Mikołaj bez grama mięciutkiego pluszu, jakiego wylosowała połowa grupy, więc niby przypadkiem go upuściłam i macałam dalej).
Pamiętam też, że później tę sukienkę ubierałam lalce, którą się bawiłam. Masakra, że w wieku 5 lat byłam wzrostu lalki.
Ale ta lalka była ogólnie duża.
Taka wysoka i w sumie to strasznie brzydka.
Pamiętała jeszcze czasy mojej mamy.
Miała wyrwaną połowę włosów i jedno niedomknięte oko, przez co wyglądała trochę upiornie.
Była paskudna jak noc listopadowa, ale zawsze było to o jedno "dziecko" do ubierania w ciuszki więcej.
O, i miała jeszcze odgryzione paluszki u rąk, bo mój pies jako szczeniak poniszczył mi połowę zabawek (łącznie z nogami jedynego Kena z mydełkowatym wyrazem twarzy i włosami w sraczkowatym kolorze, którego w sumie nie lubiłam i nogami pięknego karego konia nad którym płakałam dwa wieczory).
Nazywała się Kasia, bo kiedyś była taka bajka o dziewczynce, której ktoś tam (a może ona sama, w końcu bajki są czasem brutalne) odciął nóżki, bo miała na nich tańczące pantofelki, w których nie mogła przestać tańczyć i nie mogła ich zdjąć więc polecieli po całości i obcięli jej buty razem z nogami...
W każdym razie:
Miałam jeszcze drugą lalkę.
Ta - równie stara i równie brzydka (też po mamie) miała porcelanową buźkę i oczka, które tak śmiesznie klikały jak się zamykały.
A zamykały się i otwierały za każdym razem jak się ową lalką potrząsnęło i w sumie jak się głębiej zastanowię to to klikanie było strasznie wkurzające.
Ona dla odmiany miała imię ruchome, w zależności od tego jak nazywało się najnowsze niemowlę w sąsiedztwie.
Akurat wtedy miała na imię Karolinka, bo tak - dla odmiany - miał na imię szczeniak sąsiadów.

Marzyłam o lalce z prawdziwego zdarzenia - takim bobasie jak z reklamy.
Najlepiej, żeby sikał i był łysy.
Ciocia z Ameryki obiecała mi, że taką wyśle i chociaż miałam już jakieś osiem lat - czekałam na tę lalkę jak na zbawienie.
Miała mieć w zestawie wanienkę, ręcznik i mydełko, więc byłam podjarana, że na pewno jest łysa i sikająca i przełknęłam nawet to, że wanienka i gadżety były różowe.

Lalki ostatecznie nie dostałam.
Przepłakałam kolejne dwa wieczory, bo pochwaliłam się koleżankom z klasy, że dostanę "bobasa" i śmiały się, że jestem kłamczuchą.
Ponieważ budowaliśmy się i mieliśmy w huk wydatków (np. zielony piec marki Sas 17), mama nie bardzo chciała mi dać kasę na lalkę, ale moja siostra mnie wsparła emocjonalnie i ostatecznie dostałam pieniądze.
Lalka kosztowała całe 38 zł i choć nie sikała to i tak byłam w siódmym niebie.
Nie pobawiłam się nią zbyt długo, bo szybko wyrosłam z lalek, ale i tak było fajnie ;)

Przewracając się więc w pościeli, tchnęło mnie refleksyjnie, jakie to dzieciństwo było proste, słodkie i niewinne i jaka byłam wtedy grzeczna, beztroska i naiwna, aż dotarło do mnie, że przecież naiwna to niestety dalej jestem.
Przykro mi się zrobić nie zrobiło, bo nie jestem zdolna do uczuć wyższych, ale udało mi się wykrzesać z siebie na tyle uczuć, że zaczęłam płakać (ostatnio dobrze mi to wychodzi, a najlepsze jest to, że nauczyłam się płakać równocześnie z uczeniem się strzelać, bić i dusić. Teraz to płaczę już prawie rekreacyjnie, przeważnie z byle główna albo żeby zasnąć) nad tym, że dziś mam pieniądze i widzę, że pewnych rzeczy i tak kupić nie można, no i z tą naiwnością najbardziej mnie jednak tchnęło, więc - płakałam całkiem żwawo.
Cicho, acz treściwie jeśli chodzi o ilość łez i ich szybki strumień.
Było to kojąco oczyszczające doznanie.
Takie w sam raz do poduszki.
Zrobiło mi się tak dobrze, że już myślałam, że odpłynę, ale wtedy przypomniałam sobie jeszcze, że ta lalka o którą tak jęczałam ostatecznie została w starym mieszkaniu, kiedy wprowadziliśmy się do domu i że jak pojechałam na mieszkanie robić porządki to była zarośnięta pajęczyną i było na niej chyba z sześć pająków wielkich jak pięciozłotówki.
Wtedy przypomniałam sobie jeszcze, że będąc kiedyś u babci - cioci - zakonnicy (...) w piwnicy były taaakie wielkie pająki, które mogłyby zjeść kota, a oprócz pająków to był tam cudowny, duży i strasznie zapuszczony ogród z trawą wyższą niż ja i że w tej trawie wylądował kiedyś cały garnek rosołu, który ugotowała ciocia, bo był tak ohydny, że wszyscy prawie rzygali na jego zapach.
Jak przypomniałam sobie tę konspirację żeby wygonić ciotkę - babcię - zakonnicę z kuchni, żeby pozbyć się zupy, jak przypomniałam sobie te długie obleśne kluski na krzakach, jak przypomniałam sobie te wakacje i te pająki to zaczęłam się strasznie śmiać.
Tak się śmiałam, że zaczęłam się cała trząść, wiercić, chichotać i kręcić po łóżku.

No i nie zasnęłam do trzeciej, a jak się obudziłam rano to byłam niewyspana, zła, wymęczona i miałam spuchnięte od płaczu oczy.
O.
Więcej nie będę myśleć o piecu...






czwartek, 8 grudnia 2016

Grudzień ;]

Szare dresy z plamą po lakierze do paznokci.
Czarna koszulka.
Wyprostowane włosy.
Zero makijażu.
Zero obiadu.
Dwa puste kubki - czerwony na kawę po kawie i pasiasty po herbacie (*brak pleśni - jeszcze nie ten etap).
Dwa rodzaje patyczków zapachowych, które złączyły się w jeden wielki miks - soczyście pomarańczowy z orzeźwiająco miętowym.
Ładnie zaścielona pościel, nieładnie niezłożone łóżko.
Ciuchy z prania połowicznie poukładane w równe kupki, połowicznie malowniczo rozwalone po fotelu.
Zrolowany kocyk w groszki.
Porzucone na podłodze kapcie w czerwoną kratkę.
Światło.
Światełka.
Zasunięte rolety.
Błysk w pokoju, dwa koty na podłodze.
Meble pachnące Prontem, rozsypane w nieładzie pocztówki, które miałam porozsyłać, ale oczywiście miałam nie po drodze.
Jedna skarpetka pod hula hopem, jeden przewrócony trampek, bambus wymagający podlania.
Ołówki ostre jak sztylety i pusty organizer.
Lekko przyćmiony spaniem umysł, lekki ból głowy, lekkie ssanie w żołądku.
Szmer laptopa.
Stukot palców.
Ciąg czarnych znaków wyglądających jak kontrastowy wzorek na biały tle.


Grudzień.
Grudzień zdecydowanie jest moją porą :)



czwartek, 1 grudnia 2016

Biały

Podniecałam się, podniecałam, to i mam.
Jak zawsze.
Chciałam swoją dzicz, swój spokój, swoje Bieszczady.
Kolorowe liście.
Drzewa.
Góry.
Góry, phi.

Taa...
Zaczęło się.
Zima.
Niby tak niewinnie, niby tak subtelnie.
Najpierw lekkie chłody, potem troszkę śniegu.
Małe zaspy, które posypane odrobiną brudu wyglądały jak lody straciatella.
A potem nagle bez ostrzeżenia: mróz, poranne drapanie szyb, przymarzanie rąk do kierownicy, mokre stopy, termogacie i wszystko na raz.

Niby jeszcze nie ma tragedii.
Rano ciepła kołderka, ciepły kaloryfer, ciepła piżamka i ciepłe skarpetki.
Ciepli domownicy, ciepła herbata, ciepła woda pod prysznicem.
Są poranki z płatkami przy wyspie, pakowanie, śpiewne tosty z meduzami w drodze, mówienie o nierozmawianiu, rozkołysane kołysanki, ulala i szczękanie zębami do rytmu.
Spokojna cicha droga, nucenie, skupienie.
A potem bach - i zaspy.
I zima.
I szklanka na drodze.
Mróz malowniczo malujący po szybach...
Zimny nos...
Dłonie.
Zamarzający długopis.
Zamarzający płyn do spryskiwaczy.
Zamarzające smarki...

Boże.
Ja nie przeżyję tej zimy ;D.
Ja już trzęsę tyłkiem i już zamarzam.
A ile to niby było mrozu? Pięć stopni?

Niby nie wyciągnęłam jeszcze ciężkiej artylerii w postaci miętowo szarej kurtki, futrzastego szalika i mega grubych rękawic rodem ze Skandynawii, ale to zachowuję sobie na większe mrozy. Te mrożące smarki w nosie.
Buty UGGi też będę nosić, a jakże.
Będę w nich śmigać, aż się będzie kurzyć.
I będę w nich kupować sojowe jogurciki i migdały w surowej czekoladzie, które mi tak ostatnio podeszły.


Jak już będę mieć swoje mieszkanie, będę mieć ogrzewanie podłogowe na całej powierzchni.
Będę tańczyć boso po płytkach jak elf wśród jaśminu i tylko będę uważać, żeby się nie wypier***ić na czymś mokrym.
Będę mieć gazowe ogrzewanie, centralny odkurzacz, hydromasaż pod prysznicem i futrzasty dywanik w sypialni.

Jak będę mieć swój samochód to już ja zadbam, żeby miał podgrzewane fotele, kierownicę, funkcję grzania nerek i odmarzania nosa.
I odpowiednio wielkie koła, żeby się nie zagrzebywał w śniegu.

Wszystko będę mieć.
Wszystko.



                                                                                ***
Wpis pisałam wczoraj, kiedy śnieg przy drodze rzeczywiście wyglądał jak lody straciatella, a im głębiej w Bieszczady, tym więcej zasp.
Dziś rano podwórko tonęło w bieli.
Padało całą noc i cały dzień i jakoś nie widzę, żeby w najbliższym czasie miało być inaczej.
Wieczorna droga z pracy zajęła mi masakrycznie dużo czasu.
Jest tak biało, że biel bije mnie po oczach, a wycieraczki ledwo nadążają z ogarnianiem śniegu.
Mimo to po powrocie do domu ubrałam nieprzemakalne buty i wzięłam psa na spacer.
Obojgu nam się podobało, choć oboje musieliśmy brodzić w śniegu.
On z powodu krótkich łap, ja z powodu krótkich nóg.
Oboje wnieśliśmy do domu kupki śniegu, które od razu rozpuściły się w mało apetyczną breję.
Buty mam mokre, rękawiczki mokre, chustkę w jaskółki też mokrą.
Mam też rumieńce na twarzy, wyszczerz i iskierki w oczach.

Pewnie jutro połowicznie zamarznę na nocce, ale wiecie co jest pocieszające?
Że jak w sobotę zejdę z nocy ze sponiewieranymi od czapki włosami, zasiniałymi oczami i półprzytomnym spojrzeniem, wskoczę pod gorące strugi wody i pod ciepłą kołdrę w sowy.
Uśmiechnę się do ściany i do sufitu, zmierzwię radośnie prześcieradło i poklepię poufale poduszkę.
A potem zacznę dziewięciodniowy urlop ^^ ;].
O! ;)