...

...
M.

sobota, 10 grudnia 2016

Karolinka ;]

Ostatnio w nocy nie mogłam zasnąć.
Głównie z tego powodu, że tego dnia została mi wytknięta moja nieumiejętność palenia w piecu, którą osobiście uważam za lekkie upośledzenie, bo niby nic trudnego, ale te pompki, srompki, cugi i srugi to dla mnie koszmar.
Było mi wstyd, że nie umiem tego zrobić, a przecież piec jak piec.
No kurde, przecież to nie statek kosmiczny.
Zwyczajny, normalny, durny piec.

Pamiętam nawet jak go kupowaliśmy i chociaż miałam wtedy jakieś osiem lat - pamiętam, że był to Sas 17. Pamiętam, że sprzedał go nam pan z plakietką "Mariusz" i że oglądałam wtedy w sklepie dużą trójkątną wannę i strasznie marzyłam, żeby taką mieć.

Ogólnie to pamiętam praktycznie wszystko z dzieciństwa.
Nawet to jak byłam ubrana na zabawie andrzejkowej w zerówce.
Miałam ubraną granatową sztruksową sukieneczkę z paletą farb i białą bluzeczkę w kolorowe kropki.
Pamiętałam nawet, że na zabawie mojemu ulubionemu koledze puściła się krew z pękniętej wargi i że wylosowałam z wielkiego worka małego żółtego bardzo mięciutkiego misia z niebieskimi i żółtymi łatkami na łapkach (*ale to tylko dlatego, że wyciągając zabawkę z wora wymacałam, że to mały badziewny plastikowy Mikołaj bez grama mięciutkiego pluszu, jakiego wylosowała połowa grupy, więc niby przypadkiem go upuściłam i macałam dalej).
Pamiętam też, że później tę sukienkę ubierałam lalce, którą się bawiłam. Masakra, że w wieku 5 lat byłam wzrostu lalki.
Ale ta lalka była ogólnie duża.
Taka wysoka i w sumie to strasznie brzydka.
Pamiętała jeszcze czasy mojej mamy.
Miała wyrwaną połowę włosów i jedno niedomknięte oko, przez co wyglądała trochę upiornie.
Była paskudna jak noc listopadowa, ale zawsze było to o jedno "dziecko" do ubierania w ciuszki więcej.
O, i miała jeszcze odgryzione paluszki u rąk, bo mój pies jako szczeniak poniszczył mi połowę zabawek (łącznie z nogami jedynego Kena z mydełkowatym wyrazem twarzy i włosami w sraczkowatym kolorze, którego w sumie nie lubiłam i nogami pięknego karego konia nad którym płakałam dwa wieczory).
Nazywała się Kasia, bo kiedyś była taka bajka o dziewczynce, której ktoś tam (a może ona sama, w końcu bajki są czasem brutalne) odciął nóżki, bo miała na nich tańczące pantofelki, w których nie mogła przestać tańczyć i nie mogła ich zdjąć więc polecieli po całości i obcięli jej buty razem z nogami...
W każdym razie:
Miałam jeszcze drugą lalkę.
Ta - równie stara i równie brzydka (też po mamie) miała porcelanową buźkę i oczka, które tak śmiesznie klikały jak się zamykały.
A zamykały się i otwierały za każdym razem jak się ową lalką potrząsnęło i w sumie jak się głębiej zastanowię to to klikanie było strasznie wkurzające.
Ona dla odmiany miała imię ruchome, w zależności od tego jak nazywało się najnowsze niemowlę w sąsiedztwie.
Akurat wtedy miała na imię Karolinka, bo tak - dla odmiany - miał na imię szczeniak sąsiadów.

Marzyłam o lalce z prawdziwego zdarzenia - takim bobasie jak z reklamy.
Najlepiej, żeby sikał i był łysy.
Ciocia z Ameryki obiecała mi, że taką wyśle i chociaż miałam już jakieś osiem lat - czekałam na tę lalkę jak na zbawienie.
Miała mieć w zestawie wanienkę, ręcznik i mydełko, więc byłam podjarana, że na pewno jest łysa i sikająca i przełknęłam nawet to, że wanienka i gadżety były różowe.

Lalki ostatecznie nie dostałam.
Przepłakałam kolejne dwa wieczory, bo pochwaliłam się koleżankom z klasy, że dostanę "bobasa" i śmiały się, że jestem kłamczuchą.
Ponieważ budowaliśmy się i mieliśmy w huk wydatków (np. zielony piec marki Sas 17), mama nie bardzo chciała mi dać kasę na lalkę, ale moja siostra mnie wsparła emocjonalnie i ostatecznie dostałam pieniądze.
Lalka kosztowała całe 38 zł i choć nie sikała to i tak byłam w siódmym niebie.
Nie pobawiłam się nią zbyt długo, bo szybko wyrosłam z lalek, ale i tak było fajnie ;)

Przewracając się więc w pościeli, tchnęło mnie refleksyjnie, jakie to dzieciństwo było proste, słodkie i niewinne i jaka byłam wtedy grzeczna, beztroska i naiwna, aż dotarło do mnie, że przecież naiwna to niestety dalej jestem.
Przykro mi się zrobić nie zrobiło, bo nie jestem zdolna do uczuć wyższych, ale udało mi się wykrzesać z siebie na tyle uczuć, że zaczęłam płakać (ostatnio dobrze mi to wychodzi, a najlepsze jest to, że nauczyłam się płakać równocześnie z uczeniem się strzelać, bić i dusić. Teraz to płaczę już prawie rekreacyjnie, przeważnie z byle główna albo żeby zasnąć) nad tym, że dziś mam pieniądze i widzę, że pewnych rzeczy i tak kupić nie można, no i z tą naiwnością najbardziej mnie jednak tchnęło, więc - płakałam całkiem żwawo.
Cicho, acz treściwie jeśli chodzi o ilość łez i ich szybki strumień.
Było to kojąco oczyszczające doznanie.
Takie w sam raz do poduszki.
Zrobiło mi się tak dobrze, że już myślałam, że odpłynę, ale wtedy przypomniałam sobie jeszcze, że ta lalka o którą tak jęczałam ostatecznie została w starym mieszkaniu, kiedy wprowadziliśmy się do domu i że jak pojechałam na mieszkanie robić porządki to była zarośnięta pajęczyną i było na niej chyba z sześć pająków wielkich jak pięciozłotówki.
Wtedy przypomniałam sobie jeszcze, że będąc kiedyś u babci - cioci - zakonnicy (...) w piwnicy były taaakie wielkie pająki, które mogłyby zjeść kota, a oprócz pająków to był tam cudowny, duży i strasznie zapuszczony ogród z trawą wyższą niż ja i że w tej trawie wylądował kiedyś cały garnek rosołu, który ugotowała ciocia, bo był tak ohydny, że wszyscy prawie rzygali na jego zapach.
Jak przypomniałam sobie tę konspirację żeby wygonić ciotkę - babcię - zakonnicę z kuchni, żeby pozbyć się zupy, jak przypomniałam sobie te długie obleśne kluski na krzakach, jak przypomniałam sobie te wakacje i te pająki to zaczęłam się strasznie śmiać.
Tak się śmiałam, że zaczęłam się cała trząść, wiercić, chichotać i kręcić po łóżku.

No i nie zasnęłam do trzeciej, a jak się obudziłam rano to byłam niewyspana, zła, wymęczona i miałam spuchnięte od płaczu oczy.
O.
Więcej nie będę myśleć o piecu...






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz