...

...
M.

środa, 14 grudnia 2016

Urlopowy ;]

Dzień I
Plan:
Chilloutować

Wpół do szóstej rano budzi mnie kotka, która wpada za moje łóżko i zaczyna dziurawić oparcie łóżka pazurkami.
Ze wszystkich odgłosów świata jedynie ten dźwięk (i świadomość nieodwracalnych zmian na eko skórze) wywołuje u mnie palpitację serca.
Zrywam się, rugam kotkę, wypadam spod kołdry jak torpeda, odsuwam łóżko, wyciągam Kiarę za futro, ciągnąc ją mało subtelnie po ziemi.
Zostaję w łóżku do dziesiątej.
Wstaję z lekkim bólem głowy, dostaję lekkiego szoku na widok swojej fryzury, idę pod prysznic.
Kolega wpada na kawę więc częstuję go ciastem i raczę swoją cudowną małomównością (*ostatnio tak mam. Siedzę, patrzę, słucham, wyglądam. Jest to tak wspaniałe, że chyba zacznę oznaczać te dni kwiatuszkiem w kalendarzu ;]).
Po jego wyjściu zaczyna wychodzić ze mnie kawa i pożytkuję energię szorując brodzik.
Dostaję weny do porządków i odkurzam cały dom wodnym odkurzaczem, w którym niedawno ktoś zostawił brudną wodę więc zamiast rozsnuwać delikatny zapach bryzy morskiej, smrodzę dom lekkim zapachem zgnilizny.
Dochodzę do wniosku, że zrobię pranie. Bach, bach, do pralki lecą szare dresy, miętowe bluzy, piżama z Minnie i reszta.
Piorę jeszcze czarną kurtkę, mundur, kapcie.
Piorę w rękach czapkę i chustkę w jaskółki.
Dalej mnie nosi, więc przecieram blaty w kuchni mokrą ściereczką.
Psikam blaty i wyspę jakimś śmierdzącym spray'em do kuchni i dalej sprzątam.
Gotuję zupę, gotuję makaron, myję gary.
Sprzątam okruchy, kawałki brokuła walające się po ladzie, mokre kubki z suszarki.
Kiedy siadam na fotelu - kot mości mi się na brzuchu, a pies w nogach, kiedy wychodzę po schodach, zwierzaki suną za mną, kiedy piorę - kot przechadza się po komodzie, kiedy idę do łazienki, muszę się przed nimi zamykać.
Ogólnie - zwierzaki chodzą za mną wszędzie.
Rozwieszam pranie, składam suche ciuchy, myślę, że przecież miałam chilloutować, więc robię sobie "zimowy peeling dłoni" i rozkładam się na łóżku z nogami do góry.
Robię zdjęcie jak leżę, potem zaczynam układać ciuchy w szafie i przecierać panele mokrymi sodowymi ściereczkami, regał Prontem, a stolik ściereczkami o świątecznym zapachu pomarańczy z cynamonem.









Dzień II:
Plan:
Zrobić coś inaczej


Myślę sobie, że dziś nie będę łapać pier***ca z porządkami.
Nie sprzątam, nie ogarniam, nic nie robię.
Wybywam z domu na pół dnia, bo chcę się spotkać z kuzynem, który przyjechał z Anglii.
Wspinam się na palce, żeby się z nim przywitać, piję herbatę za herbatą, migam się przed ciocią i jej ciasteczkami, piję kawę i dostaję głupawy. Jak zawsze.
Wracam do domu, dostaję opierdziel za nieodśnieżone podwórko, niesprzątniętą suszarkę i niezapalenie w piecu.

Dzień III:
Plan:
Odpocząć od pracy

Nad ranem budzi mnie telefon.
Z pracy.
Przed ósmą drugi - też z pracy.
Płatki, oczy, włosy, mycie, jadę.
Gadu gadu z dyżurnym, gadu gadu z każdym kogo spotkam.
Załatwiam co trzeba, podpisuję, zaglądam do szafki czy nie zostawiłam w niej nic co może odżyć (albo spleśnieć).
Po drodze z pracy zajeżdżam do koleżanki.
Tiu tiu, gadanie, poznawanie jej znajomych z pracy.
Rozmawiam o szynszylach, zgaduję miesiąc ciąży po rozmiarze brzucha, piję kawę z ekspresu, pomagam pakować paczki na Szlachetną Paczkę służąc głównie za taśmową. Robienie czegoś dobrego daje mi więcej radości niż endorfiny z zumby czy cokolwiek innego wyzwalającego hormony szczęścia.
W domu przynoszę węgiel z szopy, drewno zza szopy, wyrzucam śmieci, sprzątam suszarkę, myję naczynia, zamiatam, jem sałatę.
Biorę psa i idę na przeciw kuzyna.
Spacerujemy, brodzimy w śniegu, wracamy do domu.
Herbata, ciastka, moje anegdotki ze szkoły (mistrzostwo świata - czytać na głos swoje testy z facebooka o pracy nauczyciela i sama się śmieję...), chichotańce, moja opuchnięta krtań.
Wieczorny mroźny spacer, który miał dotlenić i sprawić, że będzie się dobrze spało.
W nocy mam problemy z zaśnięciem, nic nie pomaga, zasypiam o trzeciej.

Dzień IV:
Plan:
Odpocząć!

Rano śpię.
Nie budzi mnie kot, nie budzi mnie szef, nie budzi mnie budzik.
Nikt ani nic mnie nie budzi.
Jem śniadanie, zasiadam na fotelu oblężona przez kota i pilnowana przez psa, czytam thriller, mruczę ze szczęścia.
Jadę na zakupy, kupuję chleb z czarnuszką, surową gorzką czekoladę i trzy rodzaje szamponów.
Idę do cioci, ciocia nie namawia mnie już do jedzenia, gram z siostrą i kuzynem w "5 sekund". Po raz pierwszy przydaje się moja szybkość i wygadanie ;)
Wspinam się na palce, żegnam się z kuzynem, jadę do domu, sprzątam, ścieram blaty, robię pranie, jem sałatę (ciepłe posiłki na urlopie chyba nie są mi pisane), po południu idę do znajomych, gdzie mam gromadkę "swoich" ukochanych dzieci.
Noszę, tulę, podnoszę do góry, oglądam kolorowankę z Trollami, ściskam, daję się ściskać, rozmawiam o szkole, medalikach na Komunię i tęczowych getrach.









Dzień V:
Odpocząć!!!

Odpoczywam.
Śpię do dziesiątej.
O jedenastej idę do fryzjera.
Nakładanie farby, siedzenie z farbą, mycie, suszenie...
Siedzę.
Siedzę.
Siedzę.
Mam dość siedzenia.
Mam dość odpoczynku.
Nudzę się.
Męczę.
Czytam pół książki (*cudownej, wspaniałej, genialnej - Karin Slaughter "Płytkie nacięcia"), prawie dostaję zawału na widok swojej fryzury.
- O Boże. Ależ ze mnie... blondas - stwierdzam oszołomiona i proszę, żeby zrobić "coś", co sprawi, że jasne pasemka choć odrobinę się przygaszą.
Znów farba, znów siedzenie, znów mycie, znów czekanie.
Roznoszę fotel.
W głowie cieszę się, że nie zdążyłam wypić rano kawy.
Rozsiadam się na krześle po turecku, kręcę, wiercę jakbym miała owsiki.
Trzy godziny siedzenia?
Chryste Panie, tyle czasu na dupie?!
 
Wracam do domu, sprzątam, coś tam niby gotuję, składam wyschnięte pranie, składam ciuchy.
Przecieram podłogę w pokoju sodowymi ściereczkami.
Znowu są koty? No skąd, pytam? Skąd?
Wyrzucę te zwierzaki z domu.
Albo wygolę je na łyso.
Kapcie z biały futerkiem znowu się zabrudziły?
Wrzucam je do miski z Cocolino (jak tylko co drugi dzień).
Wyprana tyle co chustka przesiąknęła dymem papierosowym od "przyszytego" dziadka, któremu noszę swój uśmiech, młodość i dobrą energię, więc i ją szybko przepieram.
Piorę, przecieram umywalkę, przecieram meble w łazience.
Słucham muzyki, wietrzę buty z zumby, ratuję omdlewającego bambusa, układam nowe odżywki do włosów w skomplikowaną kompozycję.
Przekładam poduszki.
Książki.
Ciuchy.
Przecieram meble w pokoju.
Boże, ja tylko sprzątam i sprzątam.
Gdzież moja niezależność, młodość, staropanieńska wolność?
Taż ja się nadaję na kurę domową z tym swoim zapędem do mopa i Pronta!
Biorę się za pisanie.
Może przynajmniej zrobię karierę pisarską.
Na pewno.
Z pewnością.
Od razu.


Sobota:

Strasznie się cieszę, że zmienił mi się grafik i że w niedzielę idę do pracy.
Cieszę się tak bardzo, że jest to lekko anormalne.
Szczerzę się do swojego odbicia, szykuję ubrania, szykuję mundur.

Niedziela:

Niedzielna służba się przeciąga więc wracam do domu przed jedenastą.
Wcale, a wcale mi to nie przeszkadza.
Jem, kąpię się, czytam dwie strony książki, padam i śpię dobrze jak nigdy.

W pracy:

Szef mówi, żebym zaplanowała sobie urlop na przyszły rok.
Łapię się za głowę, wertuję kalendarz, sprawdzam kontakty do rodziny i znajomych za granicą.
Anglia, Włochy, Floryda.
Du**, nie mop!











 


 







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz