...

...
M.

środa, 29 marca 2017

Magia ;)

Nie wyjechałam na urlop, nie wynajęłam domku do pisania, nie chodziłam po górach.
Ale i tak odpoczęłam wyjątkowo dobrze.

Wstawałam kiedy chciałam i to już jeden z cudownych aspektów urlopu, bo mogłam wstać i o szóstej i o dziesiątej.
Rano pisałam w łóżku, potem czytałam w wannie, czyli najpierw głowa w chmurach, potem włosy w pianie.
Pisałam jak potłuczona i gdybym była bohaterką filmu, zadzwoniłabym z pasją w głosie do wydawcy i powiedziała dumnie: "Napisałam ponad trzydzieści stron!", a on zacząłby mi bić brawo i dawać motywacyjne kopniaki. No, ale że nie jestem to pisałam i liczyłam, żeby móc się cieszyć jak produktywnie spędzam urlop ;)
Produktywne było też to, że chyba jednak nie mam nic w mózgu, żadnego guza czy choroby psychicznej, która powoduje problemy z pamięcią i koncentracją, bo na wolnym myślę wyjątkowo dobrze i szybko. Kojarzę, zapamiętuję i utrzymuję ciąg przyczynowo - skutkowy.
Nie mam podków pod oczami - praktycznie w ogóle. Nie choruję. Nie przymulam. Nie nosi mnie. Nawet rzęsy mam dłuższe i oczy bardziej niebieskie ;). Magia.
Do tego ochrzciłam damsko - męską planszówkę ze znajomymi, byłam na siłowni i robiłam bicki, nogi, tyłek i wszystko do kupy razem z udzielającą profesjonalnych porad koleżanką, codziennie piłam sobie kawę w fotelu z książką i ogólnie książkę brałam ze sobą wszędzie i jak mój kot wszędzie śpi - tak ja wszędzie czytałam.
Odkryłam basen, odkryłam saunę, odkryłam, że nie przeszkadza mi chlor, pomarszczone palce i szorstkie włosy. Wprawdzie kariery pływackiej nie zrobiłam i więcej było paniki w oczach niż pływania, ale - i tak mi się podobało.
Szkolenie w Rzeszowie uczciłam zakupami (dżinsy, legginsy, bluzki), no i odwiedziłam większość fajnych miejsc w okolicy, z Basztą, Soliną, Kamieniem Leskim i Sobieniem włącznie.


Wycieczki, spacerki, zabłocone buty, zachwycony pies z zabłoconym nosem, babskie wypady z mamą i siostrą.
Topienie żółtej łodzi podwodnej w herbacie, kotka udająca maskotkę i zwłoki, mgła za oknem i widok na góry.
No i ten czas.
Czas wolny, przeznaczony na nic.
Zero przestawiania kawy (*wyłuszczę. Kiedyś), zero pośpiechu, zero stresu.
No cudownie.
Idę szykować cudowny mundur. Jutro wstaję po szóstej. Ouch... ;] ^^

































niedziela, 19 marca 2017

Zwoje

Zastanawia mnie jeden fenomen.
I każdy komu o tym powiem dziwi się, czemu właściwie tak mnie to boli.
- Naprawdę się tym przejmujesz? Tyy, skoro dla ciebie tylko książki i pisanie? A może masz ból d***y, bo zawsze byłaś szarą myszką i nie miałaś powodzenia?

Nie. Mogę być myszką, mogę być kotem, mogę być nawet termoforem.
Ale tak.
Mam ból d**y.

Pewnie nikt mi na to nie odpowie, ale i tak będę to rozkminiać i wałkować.
Dlaczego faceci lecą na plastikowe dziewczyny?
Bo to ogólnie jest dla mnie ciut głębsze niż sam fakt lecenia na coś zrobionego.
Ta.
Wiem, wiem. Pytania zaczynające się od "dlaczego" są żałosne i w ogóle po co je zadawać. Najlepsze pytanie z tego cyklu to "dlaczego niebo jest niebieskie", bo odpowiedź na nie znajdziemy w książce o zjawiskach naturalnych i internetach, ale...
Zrobione dziewczyny.
No bo... Ja wszystko rozumiem. Że się podobają, że ładne, że wyglądają, że są, że mają, że fajnie, że inni zazdroszczą takiej dziewczyny, że mają takie wielkie oczy i takie proste włosy, że tyle tuszu na rzęsach i taki słodki dziubek, ale...
Ale.
Są plastikowe.
Więc może się zdarzyć, że nie są ładne. Że nie wyglądają. Że nie mają, że nie fajnie, że inni nie mają czego zazdrościć, a one nie mają wielkich oczu tylko dobry eyeliner, a dziubek może i mają duży, ale mózg to już nie bardzo.
Bo żeby nie generalizować. Można być ładnym naturalnie, można to lekko poprawić, można mocno poprawić i jeszcze mieć dobrze zwinięte zwoje, a można być tępą dzidą z lekką domieszką plastiku.
Tylko że...
Że to... (szepczę) przecież widać gołym okiem, prawda?
To nie wymaga sokolego wzroku czy bógwieczego.
To po prostu tak świeci i oddaje po uderzeniu, że naprawdę nie ma innej opcji, bo natura tam niewiele zdziałała.

I tu właśnie ten fenomen. Plastikowe wcale nie znaczy ładne.
Bo - ej, ja też umiem powiedzieć, które dziewczyny są ładne, mają ładną twarz albo figurę. To nie tak, że dziewczyny nie potrafią docenić urody innej dziewczyny. Potrafią. I to bardziej obiektywnie, bo nie chcą jej przelecieć.
Ale nie mówimy o ładnych tylko o plastikowych.
O tych co spływają tapetą, specyficznie się noszą, stroją, wypinają.
I efekt?
Ta daaa.
Czary.
Czary mary, kur**.
Takie dziewczyny są w oczach niektórych facetów "łał".
Im bardziej się pręży do zdjęcia tym bardziej łał.
Im większe ma usta tym głośniejsze to łał.
A jak pokaże cycki to już w ogóle szał łał, jakby te bez dziubków i błyszczyka nie miały już cycków.


I tak, tak. Makijaż dla ludzi, prostownica dla ludzi, puder dla ludzi, błyszczyk dla ludzi, fajny tyłek dla ludzi, selfie dla ludzi, nawet dziubek dla ludzi.
Tyle tylko, że mi - szarej, małej, myszokototermoforowej i innym mało widocznym, nudnym, przeciętnym, zwyczajnym, niezrobionym albo po prostu - normalnym, w miarę naturalnym, nie przesadzającym w żadną stronę dziewczynom przychodzi do głowy jedno. Każdego faceta, który leci na takie lale, który takie wyrywa, zalicza, lajkuje czy cokolwiek, z góry uznaje się za takiego, który... nie jest w typie dziewczyn, które lecą na facetów z ładnymi, fajnymi... zwojami w mózgu.
No i my - proste, zwyczajne dziewczyny lubimy powynaciągane męskie koszulki, nie boimy się rozmazać pod prysznicem i pokazać bez makijażu, uroczo wyglądamy rozczochrane po nocy i przede wszystkim - skoro same nie jesteśmy zrobione i nie składamy się w 90% z tworzywa sztucznego to nie będziemy leciały na wygląd, powierzchowność, auto, kasę, bo lecimy na to, co owy facet ma w głowie. W głowie.

Tyle.
Już mnie mniej boli.
I plus dziesięć do zajebistości dla facetów, którym podobają się do bólu zwyczajne dziewczyny. Nawet jeśli te nie mają stu osiemnastu lajków, za to którym ładnie z rozpierdzielem na głowie i w za dużej męskiej koszulce ;).




sobota, 18 marca 2017

Krótki ;P

No i urlopuję ;)
Najwięcej ponchuję, zwłaszcza jak piszę (a urlop ma być z założenia "przepisany") albo uaktualniam najnowsze newsy z Watykanu sącząc herbatkę u babci. Myślę, że jeszcze jedna wizyta u niej, a będę mogła śmiało zostać ekspertką w dziedzinie najnowszych święceń.
Z poncha robię też pelerynki dla odwiedzanych pięcioletnich księżniczek - przynajmniej kiedy razem z księżniczką nie bawię się w robienie pompek albo nie aresztuję jej brata i nie spinam go kajdankami z rąk ;).
 
Nie gotuję i nie sprzątam. Prawie.
Upiekłam za to szarlotkę i dochodzę do wniosku, że może jednak faktycznie warto dodawać proszek do pieczenia do wypieków. Szarlotka zjadliwa, o dziwo słodka.
Poza tym kawkuję, piwkuję, znieczulam się "Znieczuleniem" (*Polecam. Najlepiej wchodzi jak planuje się zabieg w szpitalu albo się w nim leży i oczekuje na jakieś badanie/zabieg. Wiem, bo praktykowałam w wieku piętnastu lat czekając na badanie i czytając o przekrętach w szpitalu w wyniku, którego znikali ludzie. Genialne. I to wieczorne wsłuchiwanie się w szum urządzeń i emocje, jak słyszy się stukanie drewniaków na podłodze. Mmmm... Ze specjalną dedykacją dla "Eeeeem z kropką" ^^), no i rano śpię ile wlezie, żeby w nocy nie spać do drugiej albo budzić się o czwartej i czytać przy latarce.

Zumbuję, maluję pazury (byłam nawet u kosmetyczki. Pierwszy raz takie historie ze wdzięcznym wykładaniem rąk jak dama i pozwalaniem by kosmetyczka ubierała mi parkę, żebym się nie drasnęła. Oczywiście się drasnęłam ;P), zmieniam wystrój pokoju (np. kolor poszewek od jaśków). Same ważne rzeczy ;).
Ooo, i jeszcze szpanuję nowym wisiorkiem i bransoletką i zgrywam w pośpiechu wszystkie "ważne" czyt. zawierające milion znaków pliki po śnie z wybuchem suszarki i zniknięciem danych z laptopa.
Fotografuję podnieconego widokiem słodkości psa, przyczajoną kotkę albo kotkę w pudełku no i masę pierdół, bo ja lubię pierdoły.
Poza tym dostałam jeszcze opierdziel w bibliotece za zalaną książkę, kupiłam cztery miękkie ołówki do rysowania, którymi póki co pisze pomysły w owocowym notatniku i świeczkę zmieniającą kolor i zapach, o której przypominam sobie w ciągu dnia, a zapominam wieczorem ;)

No to wchodzę w kolejny tydzień urlopowania.
Ktoś coś? Kawka, herbatka, akcesoria dla księżniczek? ;)
Mogę też machnąć kolejnego placka, obiecuję, że z cukrem i proszkiem do pieczenia ;)






















sobota, 11 marca 2017

Roczek ;)

W dzień moich urodzin stuknął mi równocześnie rok w Policji.
Przez ten rok zdecydowanie więcej spałam w ciągu dnia (szkółka, nocki), częściej narzekałam, awansowałam na marudę, którą wiecznie boli głowa i pewnie już zdążyłam nabawić się wrzodów przez nieregularne posiłki, jedzenie w stresie i na zimno ;)
Przez rok wypiłam zdecydowanie więcej kawy niż w ciągu całego życia.
Antybiotyk brałam sześć razy, chorowałam niezliczoną ilość.
Miałam lekki kontuzje i nadwyrężenia (szkółka) każdej możliwej części ciała, przez oba nadgarstki po kolana i barki.
Do pracy muszę dojeżdżać, spędzam w niej całe dnie, mam okazję sprawdzić jak to jest pracować na nocki.
Nigdy nie wiem co przyniesie mi nowy dzień, im spokojniejszy mam ranek, tym ciekawsze popołudnie, widzę różne rzeczy i spotykam różnych ludzi, a czasem wracam z pracy grubo po ustalonej porze.
Zamieniłam dziennik na bloczki z mandatami, pisanie uwag na pisanie notatek służbowych, opierdzielanie za dłubanie w nosie na ganienie za przejazd na czerwonym świetle, a sukienki, tuniki i bluzki na ciężkie buty i mundur.
Pracę z dziećmi zamieniłam na pracę z facetami, ale do "moich" dzieciaków wciąż mam sentyment i ku mej radości z większością mam kontakt.
Na zimę miałam misję "Wysusz dzieci", kiedy spotykałam moją niemoją klasę na basenie i w ramach rozrywki (i uchronienia dzieci przed zawianiem) pomagałam im dosuszać łepetynki wysłuchując pytań o moją nową pracę, zapewnień o ich wielkiej tęsknocie i miłości (no do mnie, noo) i o to, czemu już nie uczę w szkole.
Miałam też akcję czytania dzieciom i spełniałam się pedagogicznie - literacko czytając w trzech klasach mimo swej nieidealnej dykcji "Szary domek" (polecam. Dzieciom przeczytałam dwa rozdziały, sama w łóżku całą książkę. Wzruszyłam się bardziej niż po jakiejkolwiek książce dla dorosłych).
Zdążyłam zaprzyjaźnić się z dwiema mamami, które dawniej znałam tylko z wywiadówek; z kilkoma z nich przeszłam na Ty.
Jedna jest specjalistką od raczenia mnie laurkami jej córć, które dzwonią do mnie w urodziny, robią mi kartki w kształcie munduru i mówią do mnie "ciociu" (miód na serce), z drugą umawiamy się na kawki, winka, pogaduszki.
Z dyrektorem i wicedyrektorką szkoły dalej mam kontakt i odwiedzam im czasem, sącząc herbatkę w gabinecie i rozmawiając o tym i owym, gawędzę też z woźną, konserwatorem i całą masą dzieci ze szkoły.
Dzieci ze szkoły spotykam na łyżwach, na mieście, na spacerze. Zawsze są uśmiechy, grzeczne "dzień dobry", czasem rozmowy, często uściski.

Mile wspominam swoje pięć minut jako nauczycielka, ale teraz mimo różnych dni też jestem zadowolona i wiecznie uśmiechnięta.
Nocki mnie kopią, kawa mnie kopie, dwunastki męczą, ale praca cieszy ;)
I tym optymistycznym akcentem zaczynam urlop i odbieranie nadgodzin ;P.
Co chyba cieszy mniej jeszcze bardziej.
Mmmm ;)