...

...
M.

sobota, 30 kwietnia 2016

Efekt cieplarniany ;]

Jest mi tak zimno, że nie przeszkadza mi nawet, że jest gorąco ^^.
Serio.
Jestem tak dogłębnie wymarznięta, że chociaż kaloryfer w pokoju mam rozgrzany do czerwoności i siedzę wyrozbierana plus boso, to i tak piję gorącą herbatę.
Ciekawe, że całą zimę przeżyłam praktycznie bez włączania kaloryfera, a teraz przeprosiłam się ze wszystkimi urządzeniami wytwarzającymi ciepło... Ale może przebywanie w nieogrzewanym starym budynku przy jednoczesnej małej ilości snu tak właśnie wpływa na ludzi ;).
 
To tak w skrócie co u mnie słychać.
Bo w zasadzie to nic nie słychać ;)
Poza tym, że ostatnie dwa tygodnie spędziłam głównie jedząc i śpiąc.
Czyli już ewidentnie zmieniłam się w kota ;P.
Na szkole to już nawet nikt się specjalnie nie dziwi, że kiedy wchodzi do mojego pokoju to widzi tylko wystającą spod kołdry (i koca) rękę.
Śpię tym chętniej i więcej chociażby dlatego, że kaloryfery przestały już emanować przyjemnym ciepłem (a przypomnę, że nawet kiedy nim emanowały to i tak spałam w kombinezonie do spania ^^) i najlepszy sposób, żeby nie myśleć o zimnie to zakopanie się pod kołdrę. Spanie jest genialne i dziwię się, że przeżyłam prawie ćwierć wieku myśląc, że spanie w ciągu dnia to strata czasu. Teraz śpię dużo i często. W sumie to śpię na okrągło ;]. I to nic, że szykowanie się do snu przypomina wyprawę na K2, bo do łóżka ubieram długą termoaktywną bluzkę, termoaktywne getry i kombinezon ;]. Spanie stało się moją ulubioną czynnością w ciągu dnia. Czyli całą moją aktywność i bieganie na siłownię szlag trafił.

Na ogół dzień wygląda tak, że prosto z zajęć idę do łóżka. Chyba, że postanowię wcześniej coś zjeść, bo jedzenie też jest jedną z moich najczęstszych czynności. Uczę się wieczorem, jak już się wyśpię w dzień. I przestaję prawie od razu, kiedy poczuję senność.
Taktyka okazała się całkiem skuteczna, bo po pierwsze - zdecydowanie lepiej znoszę zimno owinięta w koc, a po drugie - wypoczęta i wyspana lepiej wchłaniam wiedzę. Plus nie zasypiam na zajęciach ani nie przymulam więc zapamiętuję znacznie więcej treści.
No i jestem zdecydowanie bardziej bezpieczna dla otoczenia kiedy sobie pośpię. Nie nosi mnie, nikogo nie zaczepiam ani nie proszę, żeby poćwiczył ze mną obezwładnianie (które przeważnie kończy się tak, że kotłuję się z kimś po podłodze albo jak ktoś wspaniałomyślnie podniesie mnie w górę, pokazując mi jaka to niby jestem lekka - robię pożytek ze swoich anakondzich zdolności zaplatania wkoło tułowia).

Ponieważ na szkole z powodu zimna posunęłam się do takiego aktu desperacji, że zaczęłam sypiać w rękawiczkach do biegania, już w czasie powrotu do domu zaczęłam zapewniać sobie warunki bardzo cieplarniane.
Większość drogi spędziłam grzejąc się intensywnie przez operujące przez szybę słonko, a potem kokosząc się jak kwoka na podgrzewanym siedzeniu. W opcji maksymalnej. A potem na optymalnej, czyli na 4 w 6stopniowej skali.
Zamówiłam sobie też mocno dogrzany pokój 5 gwiazdkowym hotelem zwanym Domem ;]
Pokój tak śliczny, że nie mogłam zasnąć z podniecenia, że mam kolorową pościel, bibeloty wkoło i ciepło. Ciepło! ;]
Tak więc ciepłem jaram się cały dzisiejszy dzień.
Cały dzień paraduję po domu w koszulce na ramiączkach i bez skarpetek. Dziwne, że nie ubrałam bikini i nie popijam wody ze szklanki z parasolką.
Jeść też mi się o dziwo nie chcę, a spać ani tyle.
Dzień upływa mi na spacerkach z psem (i kotem, bo mam kota, który chodzi na spacery razem z psem) i słuchaniu muzyki.
I chyba na tym zakończyłam swoją szeroko pojmowaną aktywność.
Noo, jeszcze rozpakowałam torbę i wrzuciłam łachy do prania.
Póki co nie zhańbiłam się żadną robotą, pracą, nauką ani obowiązkami.
Póki co łapię oddech i włączam tryb: Chillout.
I podkręcam kaloryfer.
Niech nadrobi te lutowe mroźne wieczory, podczas których stał bezużytecznie ;)








poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Pieszczotliwy ;]


Żeby być twarda, zahartowana i nie do zdarcia – wyznawałam zasadę: „Zero pieszczenia się ze sobą”.
Zero wymówek, zero okazywania słabości, zero podniecania się pierdołami.
Zero łez, zero mówienia, że nie dam rady, zero proszenia o litość.
Zero bycia żałosną, zero proszenia, zero bycia milutką.
Zero.

Jak leczenie zębów to bez znieczulenia, żeby móc ponapawać się swoją odpornością na ból.
Jak kręcenie hula hopem z wypustkami to na goły brzuch, żeby było bardziej czuć. I na następny dzień też kręcenie, żeby poprawić siniaki.
Jak chodzenie na siłownię to dzień po dniu, żeby mięśnie błagały o litość.
Jak ćwiczenia to do upadłego.
Jak zumba to nie raz, a cztery razy w tygodniu.
Jak siłownia to nieważne, że zmęczona, głodna czy chora.
Jak zajęcia grupowe to mało istotne czy muszę na nie iść na piechotę czy jechać autem w śnieżycę. Nieważne też jaka faza cyklu czy który dzień przeziębienia.
Jak zaczynałam się ślizgać na macie, bo była śliska od potu - brałam drugą.
Jak miałam kontuzję nadgarstka – ćwiczyłam w opasce elastycznej.
Jak nie mogłam przesilać nóg – ćwiczyłam brzuszki.
Jak się spociłam podczas pierwszej godziny fitnessu, to oblatywałam jeszcze kolejne dwie, bo i tak przecież byłam mokra.
Jak zrywałam z facetem to bez sentymentów.
Jak oglądałam coś wzruszającego to się nie wzruszałam.
Jak oczy mnie piekły i wiedziałam, że powinnam sobie popłakać – kupowałam sól fizjologiczną do oczu.
Jak było mi z jakiegoś powodu przykro to wyżywałam się idąc pobiegać.
Jak ktoś mnie niesprawiedliwie oceniał, mówiłam „Chrzanić to”.
Jak chciałam coś robić to to robiłam. Nieważne, że musiałam się przy tym namęczyć.
Męczyć też się nie bałam.
I nawet bardzo to lubiłam, a zmęczyć mnie było ciężko.
Jak nie miałam sił biec to biegłam szybciej.
Jak nie miałam sił skakać – skakałam wyżej.
Jak nie chciało mi się ćwiczyć to nie ćwiczyłam. A potem ćwiczyłam podwójnie ;)
Jak coś mi nie wychodziło – próbowałam dalej.
Jak ktoś na mnie krzyczał – odkrzykiwałam mu albo zakładałam na siebie nieprzepuszczalną kapsułę, po której wszystko spływało jak kaskady wody po fontannie w parku.
Jak coś mnie bolało - nie brałam leków przeciwbólowych. No Spę wzięłam trzy razy w życiu i do dziś szczycę się tym tak, jakbym zdobyła Mount Everest.
Siniakami podniecałam się bardziej niż nową bluzą, przyglądając się im z podziwem i błyskiem w oku.
Ranami też się jarałam i do lekarza chodziłam na ogół wtedy, jak przez jakieś schorzenie czy uraz nie mogłam ćwiczyć ;).

Nie pozwalałam sobie na słabości.
Nie kierowałam się emocjami.
Nie poddawałam się.
Nie przejmowałam się głupotami.
Nie przejmowałam się niczym.

Wszystko pięknie się posprawdzało i choć dziś wszyscy śmieją się z mojego wzrostu i gabarytów (ej Wy, nie ważę 43 kilo, nawet bez cycków, butów i obiadu! ;>) to wszyscy mówią, że po niebezpiecznym błysku w oczkach i pobudzonych ruchach widać, że jest ze mnie mały harpagan, chodzący charakter i temperamentna istota.
Nikt nie mówi, że jestem "słodziutka" albo "milutka", choć oczy wciąż mam tak samo przejrzyście niebieskie, a dołki jeszcze głębsze niż miałam.
Nikt nie mówi, że jestem słaba, bo skaczę po bloku jak króliczek Energizera, a oprócz uśmiechu chętnie pokazuję też pazurki.
I usłyszałam nawet, że jestem wredna co ucieszyło mnie chyba nawet bardziej niż te komplementy odnośnie pisania (;]), bo wredna jestem i doskonale o tym wiem, a to, że wszyscy mają mnie za aniołka, bo szczerzę się radośnie do wszystkiego co się rusza to już insza inszość.

To co śmieszy mnie najbardziej to to, że choć nie pieściłam się ze sobą psychicznie i nie oszczędzałam fizycznie to zrobiłam jeden mały, malutki błąd.
Pieściłam się ze sobą pod względem odpoczynku i nauki ^^.
Spałam zdrowe 8-9 godzin na dobę, a jak spałam krócej - nie umiałam normalnie funkcjonować.
Jak nie wyspałam się w nocy - spałam w ciągu dnia.
Jak miałam zarwaną nockę - nie robiłam potem nic bardzo obciążającego.
A do nauki siadałam tylko i wyłącznie w "warunkach sprzyjających".
Wyspana, wypoczęta, najedzona.
W ciszy, spokoju, względnym porządku.

Nigdy nie uczyłam się rano przed egzaminem.
Nie uczyłam się w autobusie, jak jechałam na studia.
Nie uczyłam się na korytarzu przed klasą.
Do nauki potrzebowałam idealnych warunków i terroryzowałam wszystkich (głównie domowników - jak zawsze), którzy przeszkadzali mi we wchłanianiu wiedzy.
Miałam swoje kolorowe zakreślacze, czyste notatniki, porządek wkoło i zakładki indeksujące.
Miałam ciszę i spokój, a jak jej nie miałam to się o nią upominałam.
Nie siadałam do nauki głodna, zmęczona, chora.
Nigdy ;P.

Dlatego dziś sytuacja przedstawia się następująco:
Nie mam żadnych zakwasów w brzuchu, nogach, pośladkach czy gdziekolwiek indziej (w rękach po pompkach – były, ale się zbyły).
Mam masę siniaków i drobnych zranieniem. Zaklejam je plastrem jak sobie o nich przypomnę (czyli najczęściej jak się w nie drasnę i zaczynam zalewać krwią).
Boksować się nie umiem i pozycji odpowiedniej złapać też nie umiem, ale kopać, biegać i skakać mogę do oporu.
Psychicznie nie idzie mnie złamać ani stresem, ani pośpiechem, ani obciążeniem psychicznym ani koniecznością podporządkowania się.
Nie denerwuję się, nie irytuję, nie frustruję, nie smucę, nie tęsknię, nie mażę, nie zmulam, nie stresuję…
ale łamie mnie brak snu i przeciążenie umysłowe ^^.

Nie umiem się skupić, nie umiem się uczyć, nie przyswajam wiedzy.
Mogę się udzielać, trajkotać jak karabin maszynowy, kiedy mamy zajęcia w grupie, zgłaszać się do scenek i gadać coś, o czym nie mam jeszcze pojęcia, ale nie umiem wyuczyć się na pamięć regułek i definicji.
Siedzę więc nad notatkami starając się ignorować tępe pulsowanie w głowie i lekceważyć kolejne osoby, wpadające do pokoju albo śmiejące się na korytarzu i próbuję wchłonąć wiedzę.
Która wchodzi mi równie opornie co zimna herbata bez cytryny ;).
Uczę się i uczę, robię notatki i koloruję definicje na zielono, ale nawet pachnące markery nie pomagają i nie odtykają mi zatkanego przewodu, który łączy to co czytam z moją pamięcią, choćby nawet krótkotrwałą.
Spać mi się chce, głowa mnie boli, drażni mnie hałas, irytuje brak optymalnych warunków do nauki.
Oczy się kleją, szczęka opada na podłogę od ziewania, w skroniach ćmi, a potrząsanie głową daje mniej więcej tyle co wkładanie pod poduszkę notatek, żeby nauczyć się tego, co w nich jest.
Zasypiam na siedząco, jestem otumaniona i nie wiem nic z tego, co czytam.
Nic ;].


Tak więc pukam się w główkę i śmieję sama z siebie, patrząc triumfalnie na przegub, który jeszcze wczoraj wyglądał jak jeden wielki siniak i nie czując najmniejszego nawet pulsowania w tyłku po wszystkich tych godzinach ćwiczeń, równocześnie ziewając jak smok i w głowie mając tak namacalną pustkę, że myśli kręcą w niej potrójne salta, taką tam mają przestrzeń… ;]


PS Zaliczyłam nieszczęsne prawo, z którego miałam pałę. Po tym, ile czasu (i nocy) spędziłam na nauce powinnam się wstydzić, że dostałam trzy, a nie pięć, ale po tym jak zbladłam kiedy zobaczyłam pytania - jestem szczęśliwa, że w ogóle zdałam ;P.

PPS Równocześnie po kilku powiedzmyżepełnowartościowych nockach i dwóch niedzielnych drzemkach w ciągu dnia, w dziesięć minut przyswoiłam sobie 34 znaki ostrzegawcze wraz z opisami numerycznymi (A21 - tramwaj, A 17 - uwaga dzieci A...), które wprawdzie mi się jeszcze nie przydały (chyba że po to, żeby wyrecytować je tacie - instruktorowi nauki jazdy - przez telefon), ale udowodniły, że mam mózg, tylko trochę przeciążony ;)















sobota, 23 kwietnia 2016

Zepsucie hard level ;]

Zaczęło się w pierwszy weekend, kiedy wróciłam do domu.
- Uhh, nie mogę się doczekać jak wejdę pod prysznic! - wyjęczałam już od progu.
- Nie weźmiesz prysznica. Zasłonka jest w praniu - moja mama zrobiła przepraszającą minę.
- Jak to zasłonka jest w praniu? - osłupiałam, jakby fakt prania zasłonki był równie zaskakujący co śnieg w lipcu.
- Oj normalnie. Wyprałam ją i jeszcze nie wyschła - moja rodzicielka wzruszyła ramionami.
- To ja wracam z koszar zmęczona i niewyspana z prymitywnym marzeniem, żeby iść pod prysznic i tak długo stać pod orzeźwiającym strumieniem wody aż mi wyrosną błony między palcami, a Ty mi mówisz, że wyprałaś zasłonkę? - palnęłam bez zastanowienia.

I tak się właśnie zaczęło...
Przeżyłam tamten wieczór kąpiąc się w wannie (co było frustrujące ze względu na to, że z wanny korzystają trzy osoby i trzeba czekać na swoją kolej, a prysznic jest tylko dla mnie) i walnęłam się do łóżka.

Pierwszy poranek w domu.
Pierwsze śniadanie jedzone bez pośpiechu i bez stresu.
Pierwsze sięgnięcie po miskę i...
- A gdzie są płatki?
- Nie ma.
- Jak to NIE MA?
- No nie ma.
- Przecież zanim wyjechałam to były.
- Ale się skończyły.
- To czemu nikt nie kupił?
- Nie mówiłaś, żeby Ci kupić.
- Bo zawsze były w domu!
- To nic. Zjesz coś innego.
- To ja wracam z koszar, zmęczona i niewyspana z myślą, że na śniadanie zjem namoknięte płatki kukurydziane zrobione na ciepłym mleku, bo od tygodnia jadę na suchej bułce popijanej słodką herbatą, a Ty mi mówisz, że nie ma płatków? - wysyczałam i z nafuczoną miną usiadłam na taborecie.

Sytuacja nr 3.
Pod lodówką.
Otwieram lodówkę, oczka mi się świecą, a tam...
- Szynka? Na MOJEJ półce? Awrrrr i to jeszcze na mojej sałacie!
- O, widzisz. Nie zauważyłam...
- Wystarczyło mi wyjechać na tydzień, żebyście zawłaszczyli moją przestrzeń przeznaczoną na warzywa i położyli na nią szynkę? To ja wracam z koszar i awrrr, awrrrr, awrrr!

Przyjechałam do domu, przetarłam półprzytomne oczy i zagnęłam beztrosko rodziców.
- Co słychać, jak się czujecie?
- Tato jest chory.
- Cooo?
- Jest przeziębiony.
- Jak to przeziębiony? Tato przeziębiony?! Ostatnio był chyba przeziębiony w '97!
- Ma katar i boli go gardło. Mnie też zresztą boli.
Zonk.
- No pięknie. To ja wracam z koszar zmęczona, niewyspana i do tego nafaszerowana Neosine, które brałam dłużej niż powinnam, bo wszyscy wkoło zginali się w pół od ataków kaszlu, a Ty mi mówisz, że jesteście chorzy?  - naburmuszyłam się jak Mała Mi i poszłam do swojego pokoju.



Dziś rano z kolei rozsiadłam się w fotelu, uniosłam brodę patrząc z góry na siostrę i sarknęłam dobitnie przez cynicznie:
- Masz zakaz rzygania w nocy, jak przyjeżdżam do domu z koszar, zmęczona i niewyspana, marząca o ciszy, spokoju i swoim łóżku. Jak ja mam spać spokojnie, skoro Ty pół nocy rzygasz? A jeśli to grypa żołądkowa i złapię rotawirusa, a potem pojadę na koszary i nie będę biegać, tylko kiblować...?


;];];]
Oczywiście wiadomo, że wszystkie wyżej opisane sytuacje zostały naciągnięte na potrzeby bloga, bo ja to ja, a mój blog tak jak ja rządzi się swoimi własnymi nie do końca porządnymi prawami, a powyższe zdania cedziłam mocno ironicznie - cierpkim tonem (co nie znaczy, że w głębi swej rozpuszczoności nie twierdziłam, że wszystkich domowników obejmuje zakaz panoszenia się na mojej półce w lodówce i narażania mnie na choroby ;P), ale jedno jest pewne. Jestem zepsuta.

Byłam zepsuta jako dziecko, bo zawsze wszystko uchodziło mi płazem z racji dołeczków w policzkach i iskierek w oczkach.
Byłam zepsuta, bo byłam najmłodsza.
Byłam zepsuta, bo wszyscy mnie psuli.
Doszłam do wniosku, że zepsucie nic mnie nie nauczy, więc skoro wszyscy mnie psuli - ja się naprawiałam.
Odmawiałam sobie wiele przyjemności (* wyłączywszy kupowanie ciuchów w kolorze miętowym), tłukłam sobie do głowy, że nie jestem pępkiem świata i że to nie tak, że wszystko mi się należy.
Poświęcałam się do takiego stopnia, że trąciło to wręcz dziwnym stanem lekkiego popier***enia.
W każdym razie - pilnowałam się, żeby nie być (aż) taką straszną egoistką.
A potem pojechałam na szkółkę.
I choć bez marudzenia znoszę poranne wstawanie, asfalt za paznokciami po pompkach na stadionie i odciski na stopach, to do domu jadę z przeświadczeniem, że: "Wracam z koszar to mi się należy".


Na szczęście oprócz umiejętności budowania zdań długich jak tasiemiec, otwierania mocno zakręconych butelek, składania się jak scyzoryk podczas spania w aucie i śpiewania piosenek z bajek Disneya na całe gardło (WTF, nie mogłam dostać w pakiecie zestawu cech i kompetencji, dzięki którym można zdobyć rynek pracy, albo które można chociaż wpisać w CV? ;/) mam też odrobinę samokrytycyzmu. I zdrowego rozsądku. I nawet posiadam minimum sumienia.
Dlatego jak już przemyślałam swoje niechlubne zachowanie, zeszłam do domowników ze skruszoną miną.
- Ja wiem, że nie jestem pępkiem świata i że to nie tak, że wszystko mi się należy i nawet dobrze, że mi się nie należy, bo nie można wyrastać w takim przeświadczeniu, że cały świat kręci się wkoło nas, bo to niczego nie uczy i wiem, że nie powinnam się wyżywać za swoje niewyspanie, pałę z prewencji i inne niezaspokojone potrzeby, których lepiej nie mówić na głos. Ja wiem, że jestem okrutna, zła i podła i jednymi z moich nielicznych zalet jest sprawne operowanie podtekstami, cięty język i cycki, ale przecież Was nie interesują moje cycki, a ten cięty język to jeszcze raczej sprawi, że zamiast być znaną pisarką to ja będę starą panną z kotem/dwoma/trzema albo pięcioma i przez to nie uraczę Was gromadka radośnie roześmianych wnucząt/dwoma/trzema lub pięcioma, ale wiedzcie, że ja naprawdę, naprawdę nie oczekuję zbyt wiele i wcale, ale to wcale nie chcę się rządzić i panoszyć, bo przecież mnie tu w domu praktycznie nie ma, nie dokładam się do domowego budżetu, nie myję naczyń ani podłogi i nie obieram ziemniaków do obiadu, a jak przyjeżdżam to tylko jem i śpię, śpię i jem, a jak nie śpię ani nie jem to się uczę, a jak się uczę to też Was terroryzuję, żebyście byli cicho, ale proszę Was, proszę, proszę, proszę przymknijcie na to oko, nie zwracajcie uwagi na mój dziwny stan pobudzenia, te dziwnie błyszczące oczka - nie, Boże nie, nie zakochałam się! Chyba... Chyba, że w tym moim wygodnym łóżeczku z pościelą w kolorowe sowy, w tej herbacie, którą mogę sączyć godzinę, w tym makaronie ze szpinakiem, bo przecież cierpię na zespół odstawienia szpinaku, w tych książkach na półce, na które patrzę tęsknym okiem, bo wiem, że czytać to ja teraz mogę tylko o użyciu środków przymusu, a nie o seryjnych mordercach i zmutowanych wirusach. I jeszcze w tych drożdżówkach z makiem, ommm, a mak to też w sumie może wywołać dziwne stany, więc nie patrzcie się tak na mnie i najlepiej to mnie nie słuchajcie, tylko pozwólcie, POZWÓLCIE mi zaspokoić moje podstawowe potrzeby i nie ściągajcie mi tej piep****ej zasłonki spod prysznica nawet jak zaczyna się po niej piąć grzyb aż po sufit, nie kładźcie Waszej szynki na moje warzywa i postarajcie się zapewnić mi zaplecze płatkowo - sojowe jak wracam z koszar zmęczona i niewyspana, bo pierdzielić zepsucie i niebycie pępkiem świata - tym będę martwić się później, podobnie jak tym że jak dalej będę tyle jeść pod przykrywką "Jestem weganką, dużo ćwiczę i muszę nadrobić kalorie" to przytyję pięć kilo i wtedy na pewno się załamię i niechybnie umrę, ale to nic, wszystko jest nieważne i mało istotne, bo chodzi mi tylko o to że jak wracam z koszar zmęczona i niewyspana, to mi się należy nawet wtedy kiedy mi się nie należy, o!


^^




czwartek, 21 kwietnia 2016

Dzień z życia bieszczadzkiego kota (czyt. kot w niewoli) ^^



Bieszczadzki kot jest doskonałym przykładem zwierzęcia niewpisującego się w żadne powszechnie obowiązujące kanony. 
Oprócz specyficznej dzikości i niecodziennego charakteru, gatunek ten charakteryzuje się nietypowym połączeniem wykluczających się na ogół cech. Chęć dominacji i tendencje do rządzenia kłócą się ze zdolnością podporządkowania się w grupie, zaś nieokiełzaność i spontaniczność równoważy chłodne i racjonalne działanie.
Wnikliwe badania i analiza indywidualnego przypadku wniosła wiele wartościowych spostrzeżeń do ogólnego zarysu charakterystyki tego gatunku.


Tym co napędza jedną z ostatnich żyjących w niewoli przedstawicielkę dzikiego bieszczadzkiego kota jest jej silny instynkt przetrwania. Samica tego gatunku ukierunkowana jest na przeżycie w warunkach silnie niesprzyjających, a także na zdobywanie umiejętności przydatnych do życia na wolności.
Tryb życia bieszczadzkiego kota ulega nieustannym przemianom na skutek zmian występujących w jego otoczeniu, jak również przez nieco wymuszone warunki bytu, jednakże dzięki elastyczności i łatwości w aklimatyzowaniu się w nowym miejscu, kot ten doskonale radzi sobie w obliczu wyzwania.
Bieszczadzki kot budzi się w godzinach wczesnoporannych, przeciągając się i wydobywając z siebie ciche, niemalże subtelne mruczenie, oznaczające gotowość do działania. Jest to faza zasadniczo małej aktywności kota, a także czas, kiedy zwierzę jest stosunkowo łagodne, potulne i skore do współpracy.
Kot każdy dzień zaczyna od porcji ruchu. Poranna przebieżka dodaje mu wigoru i energii, a dopływ świeżego powietrza sprawia, że w jego oczach pojawia się błysk zainteresowania. Ruch i wysiłek fizyczny pobudza także ślinianki i układ trawienny kota, toteż zaraz po przebieżce udaje się on na żer.
Dieta bieszczadzkiego kota dość mocno odbiega od standardowej diety dzikich kotów. Koty te na drodze ewolucji odrzuciły produkty zwierzęce, opierając swą dietę na substancjach pochodzenia roślinnego i pokarmach bogatoresztkowych. Szczęki bieszczadzkiego kota zostały przystosowane do intensywnego przeżuwania i gryzienia pokarmu, jednak ostre zęby są wciąż przygotowane do kąsania przeciwnika, który w jakikolwiek sposób próbuje zagrozić jego poczuciu niezależności i bezpieczeństwa. Z racji niskiej kaloryczności diety, zwierzę posila się często, spędzając znaczną część dnia na wcale niełatwym zdobywaniu wegańskiego pożywienia, spożywaniu go i trawieniu, co dość mocno podkręca jego metabolizm i pobudza apetyt.

Bieszczadzkie koty mimo ich niepozornego i na pozór niegroźnego wyglądu cechują się zręcznością i refleksem, a także skłonnościom do niezdrowego podniecenia, zwłaszcza gdy kot jest głodny lub zmęczony. 
Bywa, że nadmiernie pobudzony kot staje się agresywny. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy nałoży się na siebie kilka czynników, zarówno wewnętrznych (np. samopoczucie i ogólny stan zdrowia kota) jak i zewnętrznych (m.in. wpływ otoczenia, środowisko, negatywne bodźce napływające od innych zwierząt). Akt agresji poprzedza czujne zwężenie oczu przy równoczesnym rozszerzeniu się źrenic, zjeżanie się, a także lekkie warczenie przypominające przeciągły pomruk. 
W początkowej fazie można łatwo zapobiec wybuchowi złości umiejętnie uspokajając kota poprzez zaspokajanie jego naturalnych potrzeb, niestety niewłaściwe postępowanie lub natarczywość w działaniu przeważnie zostaje odebrane przez niego jako prowokacja i prawie zawsze kończy się jednym.
Atakiem. 

Atak bieszczadzkiego kota jest gwałtowny, nieoczekiwany i szybki, a sam kot działa w sposób nieposkromiony i nieprzewidywalny. Niewielkie wymiary i niska masa ciała zrekompensowane zostają gibkością, elastycznością i sprężystością, dzięki której koty są bardzo skoczne. Naturalne predyspozycje i cechująca bieszczadzkie koty odwaga sprawia, że są one niezwykle waleczne i - co gorsza - nieustępliwe.  Zęby dzikiego kota z Bieszczad są drobne, ale za to niebywale ostre, przez co kot potrafi dotkliwie kąsać, zostawiając liczne ślady i narażając przeciwnika na niekoniecznie widoczne, acz trudno gojące się rany. Niepokorność i przewrotność kota działa na jego korzyść, nie należy więc lekceważyć jego możliwości ani – tym bardziej - prowokować go do ataku.
 
W ciągu dnia bieszczadzki kot staje ospały i przytępiony. Brak działania osłabia jego czujność i powoduje senność, więc najedzony i zadowolony kot chętnie udaje się na sjestę trwającą średnio od jednej do dwóch godzin.
Po wypoczynku kot znów jest skory do zabawy i chętny do zaczepki. Błyska wtedy ślepiami, w których gołym okiem widać jego żywiołowy temperament i przewrotny charakter. Jest to pora, w której bieszczadzki kot jest nadaktywny i nader chętnie rozładowuje się zaczepiając osobniki innych gatunków, drocząc się z nimi oraz prowokując ich do zabawy. 

Usatysfakcjonowanego kota łatwo poznać po charakterystycznej iskrze w oczach i miękkości ruchów, zmęczony - wygląda na przygaszonego. Zadowolony kot przeciąga się, prężąc całe swoje ciało, natomiast zły mruży ślepia i zaciska mocno szczęki.
Ziewanie i mruczenie zwykle zwiastuje ochotę na sen. Śpiący kot potulnie udaje się na spoczynek, który trwa średnio 5-6 godzin.
Wypoczęty bieszczadzki kot łagodnieje, co nie oznacza wcale, że robi się uległy i grzeczny. Czułość i subtelność także nie są naturalne dla dzikich kotów i przeważnie oznaczają one problemy natury zdrowotnej lub są oznaką słabości. Bieszczadzkie koty nie są typem kotów, które leżą i wylizują łapki, robiąc koci grzbiet i przewracając się z boku na bok. Koty lubią zarówno biegać i wspinać się, jak też drapać i kąsać. Stworzenia te zdecydowanie preferują intensywniejsze atrakcje i mocniejsze doznania, chociaż miewają też momenty wyciszenia, podczas których robią się nieco bardziej finezyjne. Kiedy bieszczadzki kot zaczyna łasić się do innego zwierzęcia na ogół oznacza to że szuka sposobu na wytracenie swoich niespożytych pokładów energii (co jak wynika z obserwacji dzieje się najczęściej) lub też cierpi na brak bodźców (czytaj: najzwyczajniej w świecie się nudzi). Przywiązanie i zaufanie nie są mocnymi stronami bieszczadzkich kotów, co wcale nie oznacza, że oswojenie ich jest niemożliwe. Choć zdecydowanie jest to trudne przedsięwzięcie.
Bieszczadzkie koty są uczulone na zbyt dużą dawkę emocji łamane przez subtelności i reagują alergicznie na próby ograniczania ich wolności lub wszelkie formy nacisku. Upajając się swoją niezależnością ewidentnie dają do zrozumienia, że nie podoba im się jakakolwiek próba sterowania ich życiem lub wpłynięcia na ich decyzje.
Presja wywierana na dzikie koty powoduje, że stają się one zdystansowane, niezaangażowane i nieufne.
Stworzenia te nie znoszą kiedy traktuje się je jak zwierzątko domowe lub co gorsza - jak maskotkę.
Nie lubią zagłaskiwania, a zamiast wysublimowanych czułości - wolą zdecydowany repertuar określonych i konkretnych zachowań.
Drażni je czyjaś nieustępliwość, irytuje skłonność do przesady, męczy nadgorliwość.
Najbardziej cenią sobie bezpośredniość, śmiałość i otwartość.
Twardość i mocny charakter także są mile widziane.


Choć bieszczadzkie koty nie należą do zwierząt łatwych w obsłudze, a ich enigmatyczność i hart ducha bywają mylnie odbierane jako cechy trudne w pożyciu, istoty te mają swój nieoparty urok i bezpretensjonalny wdzięk, będący połączeniem nieokrzesania, zagadkowości i buntu. 
Jak też powszechnie wiadomo każde zwierzę (w tym również bieszczadzkiego kota) można podejść i istnieje na to kilka niezawodnych i sprawdzonych sposobów, jednakże z racji rzadkiego występowania prawdziwych bieszczadzkich kotów lepiej będzie zostawić je owiane nutką tajemniczości, a fakt ich spotkania lub możliwość obcowania z nimi niech stanie się zaskakującą przygodą tudzież drogą okraszoną wyzwaniami i szczyptą ryzyka.






sobota, 16 kwietnia 2016

Dzisiaj ;]

Dzisiaj spałam osiem godzin.
Osiem!
Pełną, wspaniałą ósemkę!
(I jak widzicie jaram się tym tak, jakbym co najmniej spała w hamaku nad przepaścią albo na latającym dywanie...)

To nic, że na trasie szkółka - dom piłam napoje zawierające substancje, które na ogół mocno mnie pobudzają.
I tak prawie całą drogę kimałam.
To nic, że jedynymi momentami aktywności były w zasadzie zmiana pozycji na bardziej wydziwioną i wykręconą oraz splatanie i zaplatanie nóg.
I tak do łóżka prawie się doczołgałam.
Nie pofatygowałam się żeby poszukać piżamę, co dopiero ją ubrać.
Jeszcze nigdy nie zasnęłam w takim tempie (*chociaż od jakiegoś miesiąca cały czas tak mówię ;P). Zdążyłam tylko zarejestrować, że jest godzina 00:00 i od razu straciłam zdolność trzeźwego myślenia.

O czwartej piętnaście, kiedy zazwyczaj próbuję wstać i się uczyć (*na ogół próba ta kończy się na włączeniu drzemki i spaniu dalej ;]) dziś spałam snem sprawiedliwego.
O piątej dwadzieścia nie zdałam sobie nawet sprawy, że zaczyna się nowy dzień, choć zwykle wtedy ubieram w biegu majtki i skarpetki.
O szóstej dalej spałam, a biegać to mogłam ewentualnie przez sen (*chociaż wątpię, bo prześcieradło było nienaruszone).
Przed siódmą pomlaskałam przez sen, zamiast jeść płatki w pokoju, szykując równocześnie  mundur.
O ósmej otworzyłam zalepione snem oczy i poprzeciągałam się rozkosznie myśląc o tym, że na ogół o tej godzinie zaczynam zajęcia.
Śniadanie jadłam na spokojnie, jeszcze spokojniej brałam prysznic.
Po dziesiątej, kiedy zwykle sięgam do przeładowanego plecaka po zwiniętą ze stołówki bułkę i banana - zaczęłam rajd po galerii z siostrą ("Czy Ty musisz tak zapie***lać po tych sklepach...?").
Miętowy duży zeszyt, kilka kolorowych zakreślaczy, dwie bluzy (szara z łososiowymi wstawkami z używki i nówka w kolorze tak oczywistym, że aż nie muszę o nim wspominać), kilka bluzek i jedną (wreszcie porządną mam nadzieję wytrzymającą dłużej) suszarkę później kimałam na siedzeniu pasażera, kiwając głową w rytm pracy silnika.
W porze, o której zazwyczaj zaczynam zasypiać na siedząco i walczyć ze zmęczeniem - kupowałam sobie chleb na zakwasie w lokalnej piekarni i pastę z suszonych pomidorów w Biedronce. I bynajmniej nie byłam wtedy senna ;].
Zamiast jeść na obiad ziemniaki z surówką - wciągnęłam warzywną zupę krem i rukolę z tofu, a na deser bułkę z gorzką czekoladą do smarowania.
Po obiedzie nie gnałam na zajęcia tylko sączyłam herbatę z kubka większego ode mnie, z ilością cytryny, która wystarczyłaby na litr lemoniady.
Koło czwartej (* pora przysypiania na ławce/zrzucania z siebie od drzwi butów. I pasa. I czapki. I w ogóle całego moro) usiadłam w fotelu i zamknęłam oczy, prężąc się w zadowoleniu jak kot.
Na regenerację wystarczyło mi sześć minut, a nie dwie godziny pełnego snu, więc zamiast w ramionach Morfeusza - popołudnie spędziłam na pogaduchach z mamą i siostrą.
I jeszcze z ciocią, babcią i kuzynką (* w godzinach kiedy zwykle obejmuję kurs - lodówka i paraduję przez korytarz z sałatą i pomidorami).
Zamiast na wieczory apel - wybyłam na wieczorny spacer. Długi, pełnowartościowy, trwający ponad dwie godziny. Naćpałam się świeżym powietrzem (taa, bo na szkole powietrza nie ma ;)), przegadałam godzinę przez telefon, wymęczyłam psa i znalazłam dwa pająki na chodniku i kolejne dwa na bramce.
O godzinie, o której zwykle biorę głęboki wdech i siadam do nauki - usiadłam do laptopa, żeby bezmyślnie przeglądnąć facebooka (* brawo M. - nie czytasz książek, zbierasz pały, jesz codziennie czekoladę i jeszcze wolny kwadrans przeznaczasz na głupoty ;P) i pisać wpis na bloga.
Znów zafundowałam sobie długaśny prysznic, znów odpuściłam piżamę.

Zasypiałam zadowolona, dotleniona i wypoczęta.
Zasypiałam słuchając deszczu bębniącego o poddasze.
Zasypiałam w cieple.
Zasypiałam o przyzwoitej 23.
Zasypiałam z ciuchami rzuconymi byle jak na ziemię.
Zasypiałam w pozycji "Na rozgwiazdę" tylko po to, żeby ponapawać się szerokością łóżka.

Zasypiałam co najmniej czterdzieści minut, układając się z rozgwiazdy na koalę, na żmijkę (czy jaki tam gad się najbardziej zwija) i oposa, kręcąc się po łóżku jak fryga i nakrywając głowę poduszką, bo najwyraźniej było mi za wygodnie i za dobrze, żeby normalnie po ludzku zasnąć... ;P.


PS Wpis wczorajszy, ale chyba już wiecie, że daję posty po dacie przydatności do spożycia ;)















poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Syndrom opadających powiek ;]

Zaczyna się w miarę subtelnie i łagodnie.
Powolne mruganie. Delikatne, prawie niezauważalne.
Powieki zaczynają lekko ciążyć, ale jak zacznie się odpowiednio szybciej mrugać – można bez problemu z nimi wygrać.
Na chwilę.
Potem – nie wiadomo skąd i dlaczego - powieki robią się coraz cięższe.
Można wtedy spróbować skupić na czymś wzrok i udać, że nie czuje się tego lekkiego uczucia lepkości, sprawiającej wrażenie, że ktoś wlał nam jakiejś kleistej substancji do oczu.
Na ogół się to jednak nie sprawdza.
Mruganie znów nabiera tempa i zaczyna się prawie że kokieteryjny trzepot rzęs.
Kiedy trzepot rzęs przyśpiesza, dołącza do niego uczucie nieznacznego mrowienia. Ot, takie minimalne. Jakby ktoś naprószył nam odrobinę drobnego piasku pod powieki.
Po chwili wachlowanie rzęs wzmaga się, a zamiast prószenia mamy wrażenie, że ktoś wsypuje nam do oczu piasek niczym złośliwe dziecko w piaskownicy.
Zaczyna się seria wdechów i wydechów, rozglądanie wkoło jakby to miało ustrzec przed sennością i potrząsanie głową jak narowisty koń.
Robi się to chyba tylko po to, żeby rzęsy zaczęły trzepotać się już jak mały koliber.
Piasku robi się nagle tyle, że mamy wrażenie, że wjechała tam cała piaskarka.
I wtedy powieki zaczynają opadać.
I nie jest to już ani łagodne ani powolne ani subtelne.
Po prostu powieki zaczynają zjeżdżać na sam dół gałki ocznej, zasklepiając się na niej jak plomba na puszce.
Początkowo łatwo można je otworzyć.
Jednym nerwowym ruchem.
Robi się to bardzo szybko z nerwowo z gwałtownym szarpnięciem głowy i nagłą myślą: "O, Boże! Przysnęło mi się?!".
Dzięki temu przez chwilę udaje się powstrzymać powieki na swoim miejscu.
Przez chwilę nawet udaje się zachować czujność.
Przez chwilę.
Bo potem znów zaczyna się mruganie... Trzepot... Piasek...
I wtedy powieki znów samoistnie opadają.
Walka jest bardzo nierówna, bo praktycznie nie ma na nią żadnego sposobu.
Mruganie nie pomaga.
Szerokie otwieranie oczu też nie.
Podpieranie powiek palcami - niet.
Może pomogłoby wlanie do nich pół litra wody, ale skąd nagle wziąć pół litra wody?
Trzepocze się więc rzęsami dalej i próbuje się utrzymać głowę w pionie.
A utrzymanie jej we właściwej pozycji wcale nie jest takie proste...
Powieki opadają nie powoli i spokojnie.
One zjeżdżają z ciężkością drzwi garażowych, nie pozwalając na jakąkolwiek obronę.
Oczy nie pieką, nie bolą, nie swędzą.
One się po prostu zamykają.
Głowa leci.
Nie w kosmos, ani nie na Hawaje.
Spada bezwładnie ciągnięta siłą ciążenia.
Albo raczej - zmęczenia...

Dużo się wtedy ziewa.
Ziewa się mocno i głęboko. Na całą rozpiętość szczęki.
Trze się oczy pięściami i kombinuje, co można by było wsadzić pod powieki albo co można by było zrobić, żeby zachować je w pożądanym miejscu.
Przykleić na czole taśmą?
Zszyć zszywaczem?
Przyczepić żabkami jak firankę?
Próbuje się skupić wzrok na jednym punkcie, ale to szybko nuży i rzęsy znów zaczynają swój trzepot.
Próbuje się szybko mrugać, ale z każdym mrugnięciem ma się uczucie, że próbuje się odkleić gumę do żucia od podeszwy buta.
Próbuje się myśleć o czymś miłym, szukać jakiegoś pobudzenia, motywacji, żeby nie zasypiać, ale powieki i tak opadają, a wszelkie próby opanowania ich kończą się fiaskiem.
Jak głowa opadnie nam na pierś, można się na chwilę otrząsnąć i obudzić.
Przynajmniej na tyle, żeby żywcem nie zasnąć.
Potem tę czynność należy powtórzyć stukrotnie, żeby wytrwać do końca zajęć.
Po zajęciach można iść spać.
Tylko, że wtedy na ogół spać już się odechciewa...

                                                                            ***

Od prawie miesiąca cierpię na syndrom opadających powiek.
Mam wrażenie, że zainstalowałam sobie na oczach rolety z funkcją szybkiego opadania.
Niestety działają one w najmniej oczekiwanym i najmniej pożądanym momencie.
Oczy mi się kleją, powieki lecą na łeb na szyję.
Walczę, mrugam i trzepoczę, ale średnio mi to wychodzi.
Chcąc wygrać ze zmęczeniem pobudzam się działaniem, ale przeważnie jestem potem tak zmęczona swoją nadpobudliwością, że mam problemy z uspokojeniem się.
Uspokajam się jak się rozładuję, więc żeby to zrobić najczęściej droczę się z chłopakami, strzelam oczkami gniewno - niespokojne błyski, buszuję po pokoju jak nakręcona zabawka i gadam wyrzucając z siebie słowa jakbym je katapultowała z ust, żeby wyzbyć się nadmiaru energii i niezdrowego podekscytowania.
Nabuzowana wskakuję pod prysznic, a potem równie nabuzowana wskakuję pod kołdrę.
Wzbudzam ogólną radość u wszystkich, którzy mają okazję zaobserwować jak żywiołowo rzucam się po łóżku, szukając odpowiedniej pozycji.
Zasypiam dopiero wtedy jak się wyciszę, a co nie jest ani łatwe ani szybkie, ale zabijcie mnie - nie wiem co opada mi pierwsze; nabuzowanie, powieki czy głowa ;].




PS Przez ostatnie kilka dni kładę się spać godzinę szybciej i zdarza mi się kimnąć w ciągu dnia. Z moich obserwacji wynika, iż długość snu rzeczywiście wpływa na ogólną kondycję, samopoczucie i poziom zadowolenia. Jednak zdecydowanie lepiej jest spać sześć niż cztery godziny na dobę... ;]

PPS Równocześnie dzięki temu, że jestem bardziej wyspana - mogę obserwować osobników przytępionych niedoborem snu, przysypiających na zajęciach. Pozdrawiam więc wszystkich niedospanych, zwłaszcza tych, których rozpaczliwy trzepot rzęs mogę oglądać z boku, ciesząc się trzeźwością umysłu i lekkością powiek ^^.





                                               

czwartek, 7 kwietnia 2016

Czytelnicy! ;]

Czytelnicy!
Zasada numer 1 - nie upominamy się o wpisy.
Gdybym mogła to bym pisała. A zresztą - narzekaliście, że daję za częste i za długie posty to teraz powinniście być zadowoleni.
Po 2 - nie mówimy głośno, że tęsknimy.
No weźcie... Jestem przecież nieczuła. Na mnie to nie robi wrażenia. No i powinniście wiedzieć, że nie wolno przywiązywać się do ludzi. Ani ich tekstów ;].
Po 3 - jak się Wam nudzi to przeszubrujcie archiwum. Tylko niezbyt wnikliwie, bo będziecie o mnie wiedzieć więcej niż ja sama...
Albo po 4 - znajdźcie sobie innego bloggera, który nie ma zamiaru spędzić pół roku w koszarach ;].

A tak całkiem serio...
Wiem, że przyzwyczajenie drugą naturą człowieka.
Sama mam w głowie wspomnienie, jak uwzięłam się na "Pamiętnik Hermiony" pisany gdzieś na stronie harrypottercośtam i jak namiętnie śledziłam dalsze losy bohaterów książki. Miałam wtedy jakieś dwanaście lat, ale do dziś pamiętam to podniecenie, kiedy zasiadałam przy zmulającym komputerze i chłonęłam słowo pisane.
Czytywałam też czasami jakieś blogi i wiem, że po pewnym czasie to wchodzi w nawyk.
Rozumiem więc, że czytanie mnie to takie przyzwyczajenie.
Z jednej strony to miłe, że mnie czytacie i że chcecie czytać dalej.
Z drugiej - naprawdę żałuję, że nie mogę się rozdwoić i naskrobać parę słów, żebyście się mogli pochichrać do komputera. Nie no, spoko... Wiem, że nie wchodzicie tu, żeby wykreślić punkt z listy: "Czytać coś ambitnego".

Najchętniej zostawiłabym hasło do bloggera siostrze i mamie i poprosiła, żeby wrzuciły czasem coś od siebie. Oj, ale byście wtedy mieli radochę...
Dowiedzielibyście się trochę o moim roztrzepaniu, miganiu się od palenia w piecu, terroryzowaniu rodzinki, żeby pod żadnym pozorem nie kładła na MOJEJ półce w lodówce kiełbasy, warczeniu, jak ktoś zada mi pytanie, na które nie chce mi się odpowiadać.
O tym jaka męcząca jestem, kiedy wpadnę w fazę głupawkową albo w istny słowotok, mieląc językiem tak, że sama się zastanawiam jak to możliwe, że mózg tak szybko przesyła informacje do narządów mowy.
O tym, jaka jestem wredna, kiedy się nie wyśpię i jaki straszny ze mnie samolub.
O charakterku i temperamencie nie musiałyby nawet wspominać, bo pewnie pomyślelibyście "Ta niewinna, niebieskooka LittleMiss M.?" i zwalili te jadowite uwagi na niewłaściwą fazę cyklu mojego domowego babińca.
Chociaż... Może nie byłoby tak źle, bo odkąd wyjechałam z domu, domownicy traktują mnie z jednej strony jak księżniczkę, z drugiej jak śmierdzące jajko, które trzeba obchodzić wkoło, żeby nie wybuchło ;). Jest więc odkurzanie pokoju przez siostrę przed moim przyjazdem (wprawdzie po wielokrotnych technikach negocjacji użytych przez moją mamę, no ale...), robienie uszek z barszczem (nie te Święta, ale co tam), wydawanie mnóstwa kasy na zdrowe żarcie ("I co Ci jeszcze kupić, córeczko?" - pytała mnie ostatnio przez telefon mama, a w tle pikały kolejne dziwadła, przechodzące przez czytnik na kasie), robienie rano herbatki i podsuwanie jej pod nos ("Zwykła czy owocowa?" "Plasterek cytryny odpowiednio gruby czy jeszcze Ci wdusić odrobinkę?"), pytanie po sto razy, czy nie bolą mnie plecy (podpinanie mnie na siłę do grzejącej maty, przypominającej kaftan bezpieczeństwa też już było) i wpatrywanie się we mnie jak w zjawisko, ósmy cud świata i cudowne dziecko razem wzięte.
Ach, gdyby to moja mama dopadła laptopa, usłyszelibyście, że jestem chodzącym ideałem i że wszystko robię cudownie, nawet oddycham i przełykam ślinę, więc może lepiej niech nikt nie tyka mojego magicznego, blogerskiego kokpitu.

Tak więc moi mili, opcji jest kilka.
Albo nie będę spać po nocach tylko pisać (przykro mi, aż tak Was nie kocham. Nawet jak mi nasłodzicie do próchnicy zębów ^^) albo będę wrzucać gotowce (ale gdzie ja je teraz znajdę w tym stosie wpisów na bloggerze...) albo będę pisać w domu (ale moja mama będzie mega zawiedzona, że nie może patrzeć na mnie jak siedzę/przeżuwam sałatę/naciągam i całuję kota/wykładam się po taborecie/mieszam łyżką w zupie...) albo będę pisać wtedy kiedy będę mieć czas, więc niekoniecznie regularnie i niekoniecznie często, za to z pasją, ironią i zjadliwością jak zwykle. Pod warunkiem, że się wcześniej wyśpię ^^.
Mogłabym jeszcze wrzucić Wam parę linków do moich ulubionych wpisików, ale póki co mi się nie chce, bo zanim wrzuciłam wpis, musiałam przeczytać to co napisałam siedem razy i już mi się niedobrze robi od czytania samej siebie... ;]
Ach - i wszystkich znajomych proszę o wyrozumiałość. Taaa, mam nielimitowane rozmowy i mam nielimitowane smsy. Nie mam tylko czasu. Do mamy piszę eska: "Wstałam"', "Jadłam" albo "Żyję" raz dziennie, więc nie spodziewajcie się elaboratów ani telefonicznych relacji na żywo z mojego obecnego życia. Tyle co złapiecie na blogu to Wasze, przyjacielskie pogaduchy i zwierzenia będą na żywo, jak się oswoję, ogarnę i odpocznę. A Wy ode mnie też możecie sobie odpocząć i myślę, że to wyjdzie wszystkim na zdrowie ;].
Pozdrawiam! ;]


PS Wpis, który miał się samoistnie wrzucić na bloga, gdybym nie dawała znaku życia przez minimum 10 dni wrzucam jednak sama, bo post nie znalazł odzwierciedlenia w rzeczywistości. Wytrzymuję góra tydzień i zaczynam pisać, nawet wtedy jak ledwo widzę na oczy abo łeb mi pęka ze zmęczenia ;].

PPS Równocześnie pozdrawiam wszystkich nowych czytelników z mojego plutonu, którzy zgłosili się dziś jak wykładowca spytał: "Kto czyta Pani bloga?". I oczywiście cały drugi pluton. I parę osób z trzeciego. I z pierwszego. No dobra... Z czwartego też. O, i jeszcze tych, którzy jak mijają mnie na korytarzu to mówią na mnie "Mikrokomandos"  i tych, których nie znam nawet z imienia, za to oni mnie znają z bloga i z tego, że zapełniam lodówkę mlekiem sojowym i sałatą ^^.






środa, 6 kwietnia 2016

Prymitywny ;]

1. Łóżko

Dawniej:

Materac z włókna kokosowego z powłoką antyalergiczną i pięcioma tysiącami oddychających warstw, potem rozkładana kanapa. Jedna z droższych, żeby łóżko było ładne, pasujące do wnętrza pokoju, odpowiednio twarde, wygodne.
Nowe - kurzu i roztoczy brak.
Pościel - tylko markowa/z dobrej jakości bawełny/mikrofibry/satyny. Ładna. Droga. Pasująca do wnętrza pokoju. Stonowana/ czarno - biała/ kolorowa/ z motywem odpowiednim do nastroju lub aktualnych zainteresowań/ szara. Ciesząca oko. Delikatna. Gładka. Miękka. Przyjemna w dotyku. Delikatna. Czysta. Wyprana. Wypłukana.Wywietrzona.
Prześcieradło - bawełniane, miękkie, gładkie. Z gumką, żeby nic się nie mierzwiło, nie drapało, nie gryzło, nie zwijało się, nie naciągało.
Kocyk - a właściwie cztery kocyki o różnych stopniach miękkości, grubości i delikatności. Do nakrycia, położenia pod głowę, na stopy.
Piżama - markowa, przewiewna, dopasowana, czysta, świeża, pachnąca, w odpowiednich kolorach.
Skarpetki - zawsze i wszędzie. Bawełniane. Pielęgnujące stopy. Lekkie.
Poduszka - albo raczej poduszki - duża i dwanaście (...) małych, artystycznie porozwalanych po całym łóżku w pięknej estetycznej kompozycji zwanej ładnie: "nieładem"/ewentualnie robiących za barykadę chroniącą przed zimną ścianą/ułożonych na parapecie, żeby wiatr nie wdzierał się do pokoju.
Sypialnia - wywietrzona, sterylnie czysta, z zapachem Pronta i naturalnego, odpowiadającego mojemu wymagającemu nosowi zapachowi (mięty/białej albo zielonej herbaty/ innego zielonego badziewia).
Wkoło - porządek, ale bez przesady.
Obok - szklanka ze świeżą wodą, chustecznik, telefon, książka (zmieniana maksymalnie co trzy dni).
Wielkość - podwójne, prawie jak małżeńskie.
Twardość - idealna.
Ilość użytkowników - 1.
Pozycje przyjmowane podczas snu - jak najbardziej wydziwione, od leżenia na brzuchu ze zgiętymi nogami skierowanymi ku górze i rękami wzdłuż ciała, przez zwijanie się w precel po rozciąganie jak anakonda.
Światło: naturalne, okno bez zasłon, firanek, pierdół.
Temperatura: chłodna, rześka, sprzyjająca zdrowemu snu.
Długość snu: 7-9 godzin.
Budzenie - zgodnie z potrzebami organizmu, na ogół bez budzika.
Sny - cała masa. Nie do policzenia. Co noc kilka/kilkanaście.
Problemy z zaśnięciem - mnóstwo. Od kręcenia się w pościeli, po nocne spacery do łazienki, zmiany pozycji leżenia co minutę, wybudzanie etc.
Średni czas zasypiania - do godziny albo dłużej.
Pobudki w środku nocy i nad ranem - bardzo częste.
Gadanie przez sen -  o tak, bardzo często.
Chrapanie - nie.
Ślinienie się - brak.
Poziom wysypiania się - zadowalający. Promieniste spojrzenie, dobry humor, zdrowy wygląd. Energia. Zapał. Dobre samopoczucie.
(Plus w razie tak zwanego "w" - możliwość odespania w ciągu dnia nieprzespanych nocek w wygodnym fotelu).

Dziś:
Stary tapczan (nie mam sił po nim skakać, żeby zobaczyć, ile kurzu jestem w stanie z niego wydusić podczas żywiołowych ruchów i nie mam licznika, mierzącego ilość roztoczy).
Łóżko - opis ogólny:
Małe, wąskie, twarde.
Jęczy przy rozkładaniu.
Ilość użytkowników - niezliczona. Tzn. przede mną ;P. Obecnie: 1.
Pościel - biała. Często zmieniana. Nie wietrzona. Sztywna. Szorstka. Czysta, jeśli nie licząc starych plam nie do usunięcia (etiologia nieznana).
Prześcieradło - za duże. Za szorstkie. Bez funkcji zapobiegania zwijaniu. Muszę mówić, że białe...?
Piżama - na ogół najgrubsza i najcieplejsza (patrz: temperatura).
Skarpetki - brak. Stopy po całym dniu chodzenia w ciężkich buciorach błagają o litość.
Koc - jeden bardzo miękki. Ciepły, gruby. W lamparcie cętki ^^ (nie lubię lamparcich cętek ;>).
Idealny do zawinięcia się w kokon i udawania larwy - biorąc pod uwagę wycieńczenie i panujący w życiu chaos to całkiem przyzwoite określenie.
Światło - eee...?
Temperatura: zimno mimo sprawnego kaloryfera (Najbardziej prawdopodobna diagnoza to wychłodzenie organizmu spowodowane wysiłkiem, małą ilością snu i stresem).
Pozycje: jak padnę tak się budzę. Brak możliwości zarejestrowania częstotliwości zmian pozycji, brak miejsca na ulubione pozycje, brak sił, żeby kręcić się po łóżku jak bąk.
Gadanie przez sen: nie wiem, bo współlokatorka śpi snem jeszcze bardziej kamiennym niż ja.
Lunatykowanie: haha, a czy ja wygrałam nogi na loterii, żeby jeszcze w nocy łazić?
Chrapanie: raz.
Ślinienie się: tylko na wspomnienie tych poduszek... Kocyków... Książek... Wolnego czasu...
Ilość czasu w nim spędzonego - ok. 9 godzin.
W tym:
Ilość czasu spędzonego na ślęczeniu nad notatkami: 5 godzin.
Ilość snu: 4-5 godzin.
Problemy z zaśnięciem: Niet. Chyba że z pobudzenia albo zmęczenia. Czyli całkiem często, ale...
Czas zasypiania: odlot następuje tak szybko, że ciężko zarejestrować fakt, że odpływa się w niebyt.
Ilość nocnych pobudek: 0 (* pomijając codzienny, rytualny wręcz spacer do łazienki po ciemku - już w pierwszym tygodniu poczułam się na tyle domowo, że zaczęłam poruszać się w trybie półlunatycznym)
Ilość snów: 2 przez 4 tygodnie.


2. Prysznic

Dawniej:

Tylko do mojego użytku, przez co był trochę zapuszczony, bo ja jak to ja - roztrzepana, zakręcona, nieogarnięta ("Prysznic ma być niezatkany przez włosy i bez pająków. Błyszczeć jak brokatowa bombka nie musi...")
Kosmetyki - cała masa.
Cztery do pięciu żeli pod prysznic - orzeźwiające/Nivea/ sezonowe (korzenne/wiosenne/inne).
Mydło.
Maszynki do golenia.
Płyny, żele.
Trzy szampony.
Dwie odżywki.
Balsam pod prysznic.
Częstotliwość - prysznic brany od 2 do 4 razy na dobę. Zawsze rano i wieczorem, po siłowni albo w ciągu dnia - w zależności od potrzeb.
Opis procesu:
Celebracja już w momencie przekroczenia progu łazienki.
Subtelne zsuwanie z siebie ubrań i kładzenie ich na komodę (dot. tych nowszych łamane przez droższych części garderoby) lub nieco mniej subtelne rzucanie łachów na podłogę.
Przegląd w lustrze.
Rozplatanie włosów.
Czesanie ich szczotką.
I szczotką z włosia (dwukrotnie).
Puszczanie wody, żeby zagrzać brodzik.
Wchodzenie pod prysznic.
Polewanie się ciepłą wodą.
Gorącą wodą.
Chłodną wodą.
Mydło.
Spłukiwanie mydła.
Żel nr 1 - mydlenie, napawanie się zapachem, gładkością, kremowością, delikatnością.
Spłukiwanie żelu.
Gorąca woda.
Ciepła woda.
Szampon. Wcieranie we włosy. Masaż cebulek. Wdychanie zapachu. Masaż głowy.
Spłukiwanie.
Drugi raz szampon. Jak wyżej.
Spłukiwanie letnią wodą.
Orzeźwiająca odżywka na włosy.
Spłukiwanie zimną wodą.
Odżywka na końcówki.
Spłukiwanie wodą.
Żel pod prysznic nr 2 - jak wyżej.
Spłukiwanie - gorąca woda naprzemiennie z chłodną.
Balsam pod prysznic.
Spłukiwanie.
Stanie pod strumieniem wody i wpatrywanie w płytki.
Czytanie składu pierwszego żelu pod prysznic.
I drugiego też.
Rozkoszowanie się ciepłą wodą. Gorącą wodą. Ciszą. Spokojem. Zapachem. Relaksem.
Słuchanie krzyków siostry pt: "Znowu wychlapałaś całą ciepłą wodę?!?!".
Rozważanie za i przeciw wyjścia spod prysznica.
Koniec ciepłej wody pomagający w podjęciu decyzji.
Otrząśnięcie się z wody.
Owinięcie w ręcznik.
Paradowanie po domu w turbanie i w ręczniku owiniętym wkoło ciała.
Balsamowanie ciała.
Suszenie włosów.


Dziś:
PRYSZNIC MA LŚNIĆ.
Brokatowa bombka mogłaby się przy nim nabawić kompleksów ;).
Faza 1:
Desperacja.
- Mogę ja, mogę ja pod prysznic...?
Faza druga:
Wpadnięcie do łazienki.
Opis procesu:
Zrzucenie z siebie munduru, który opada ciężko na płytki.
Pozbawianie się bielizny z prędkością światła i rozrzucanie jej gdzie popadnie.
Faza trzecia:
Wchodzenie pod prysznic.
Polewanie się wodą.
Żel.
Szampon.
Spłukiwanie.
Trzy minuty oddechu.
Faza czwarta:
Wychodzenie.
Ręcznik.
Energiczne wycieranie.
Energiczne ubieranie.
Energiczne suszenie głowy.
Faza piąta:
Ubieranie munduru, bo apel.


3. Posiłki


Dawniej:
Marudzenie przy wyborze arsenału warzyw i owoców.
Odpowiednio ładne naczynia. Sztućce, które lubię. Kubki, z których piję ja, ja i tylko ja, bo są moje, bo je lubię, bo mi z nich smakuje.
Miejsce: przy wyspie w kuchni.
Pozycja: na siedząco.
Czas: ile potrzeba.
Taktyka: Mieszanie w talerzu. Powolne przeżuwanie. Dokładne gryzienie. Smakowanie na języku.
Jedzenie: samo ulubione. Dobrej jakości. Świeże. Dobrze doprawione. Smaczne. Zdrowe. Naturalne. Wegańskie.
Dieta: oparta na lekkich warzywnych zupach, sałatach z oliwą, gotowanych na parze warzywach, robionych na świeżo smoothie.


Teraz:
Jedzenie jak leci, byle by było względnie bez nabiału.
Na talerzu albo i bez niego. Za pomocą sztućców, a czasami palcami.
Talerze: jak znajdę.
Miejsce: przy stoliku.
Czas: SZYBKO, SZYBKO, NIE MAMY CZASU!!!
Taktyka: Omm, ommm, ommmm... (napychanie policzków jak chomik, żeby szybko zjeść i jeszcze zmagazynować na zapas).
Jedzenie: w granicach normy - sałatki, ciemne pieczywo, płatki z mlekiem sojowym, plus - dużo bakalii, gorzkiej czekolady, wegańskich batonów i musów owocowych dla dzieci.


PS Obecnie znajduję się w stanie, który wyklucza istnienie świata zewnętrznego.
Nie interesuje mnie nic, co nie jest obowiązkiem, rozkazem lub prymitywną potrzebą.
A prymitywne potrzeby są tym, co mnie napędza.
Bo dziś w codziennym biegu, szybkim wstawaniu, rutynie i podporządkowaniu się liczy się tylko jedno.
Łóżko.
Prysznic.
I żarcie ;).





wtorek, 5 kwietnia 2016

Nie.

 Sytuacja nr 1 - znajomy lekarz, lustrując wzrokiem świstek papieru z wynikami badań.

- To Twoje ostatnie wyniki?
- Tak.
- Nie miałaś podwyższonych leukocytów?
- Nie.
- Białko w moczu?
- Nie.
- Bakterie?
- Nie.
- Kreatynina podwyższona?
- Nie.
- A mocznik?
- Też nie.
- Brałaś coś oprócz furaginy?
- Nie.
- Masz gorączkę?
- Już nie.
- Boli Cię brzuch?
- Nie.
- Więc bolą Cię w zasadzie plecy i tylko plecy?
- Tak.
- Czy lekarz sprawdzał Ci nerki? 
- Postukiwał mnie w plecy.
- Bolało?
- Nie.
- Pokaż, zbadam Cię i ja.
Łup, łup.
- Boli?
- Nie.
Łup, łup, łup.
- A teraz?
- Nie.
Łup!
- A tu?
- ... Nie.
- Byłaś u ginekologa?
- Yyy... Nie.
- No to idź.

Lekarz nr 2, jeżdżąc głowicą ultrasonografu po moim brzuchu.
- Tu Panią boli?
- Nie.
- A teraz?
- Nie.
- A jak ucisnę to boli?
- Nie.
- A teraz?
- Nie.
- A jak ucisnę w TYM miejscu?
- ...
- Boli?
- Eee... Nie.

Wszystko zdrowe. Wszystko w normie. Wszystko podręcznikowe. Wszystko wzorowe.

- Poklepię Panią po plecach i powie mi Pani czy boli, dobrze?
- Dobrze.
- Boli?
- Nie.
- A tu?
- Nie.
- Nie boli?
- Nie.
- A teraz?
- Nie.
- A jak TU ucisnę to boli?
- Nie.
- A jak TAK ucisnę to boli?
- Hm. Boli.
- Boli, bo boli czy boli bo naciskam?
- Boli, bo pan naciska...
- To boli, czy nie?
- ...Nie.
- A jak Panią TU klepię to boli?
- Nie.
- A jak uciskam?
- Nie.
- A jak zrobię to mocniej?
- Nie.
- To nie nerki. Nie przydatki. Raczej nie pęcherz. Może biodro? Staw? Była Pani u ortopedy?
- Nie.


Sytuacja nr 3.
Koleżanka fizjoterapeutka.
- Posmarujesz mnie maścią?
- Jasne.
- A możesz mnie obmacać (JezuJakToBrzmi), żeby sprawdzić, GDZIE mnie boli?
- No pewnie. Pokaż brzuch.
- Okeeej.
- Boli, jak tu dotykam?
- Nie.
- A jak dotknę tak?
- Nie.
- Podnieś nogę. Wykręć ją. Boli?
- Nie.
- A teraz?
- Nie.
- Okej. Na plecy. Boli?
- Nie.
(Zmiana miejsca ucisku)
- Boli?
- Nie.
(Zmiana)
- Boli?
- Nie.
(Zmiana)
- A teraz?
- ... Nie.
- Daj tę maść.
- O.
- Co?
- Teraz boli.
- Gdzie?
- Tu gdzie masujesz.
- Hm.
- Wiesz co to może być?
- Nie.



                                                                                     ***

Plecy bolały mnie jak leżałam na brzuchu.
Jak leżałam na plecach też mnie bolały.
Nie bolały przy porannej zaprawie, na której kicałam jak młode źrebię ("Wiesz, że podskakujesz jak gazela, kiedy biegniesz?" "Naprawdę?" "Noo... Tracisz w ten sposób energię", "Ale mnie roznosi energia").
Nie bolały na TI, na których ciachnęłam 10 kółek, nie spuszczając z tonu i lecąc przodem, jak lubię.
Nie bolały, kiedy wchodziłam na przeszkody, przełaziłam przez tunel, wspinałam się, skakałam.
Nie bolały jak wdrapywałam się na wysoką ścianę (nie przeskoczyłam, choć niewiele brakło, zwłaszcza jak przeorałam pazurami murek).
Nie bolały podczas pompek, przysiadów, wyskoków i delifinków.
Nie bolały, jak truchtałam do szatni.

Bolały, jak mokra koszulka zaczęła mi się kleić do pleców.
Bolały, jak siedziałam na zajęciach.
Na obiedzie.
Na zajęciach.
I po zajęciach.



Mam plastry borowiny. Mam leki przeciwbólowe. Mam koleżankę, która umie masować. Mam pół plutonu, który też może mnie masować. Mam maść rozgrzewającą.
Czy mam pojęcie co mi jest?
Nie ;)


PS Zrobiła się ze mnie mała terrorystka i każę wszystkim zamykać okna i nie robić przeciągu, a oprócz tego latam za każdym, kto mi się nawinie pod rękę (od znajomych ze szkoły, z którymi łączy mnie mniejszy lub większy stopnień spoufalenia, przez mamę, po kuzynkę, która przyjechała do nas na weekend) z maścią w ręce i pasem cnoty w zębach i już nawet nie muszę prosić, o co mi chodzi - to raz; dwa - wpis jest przeterminowany o co najmniej tydzień, a ja przesiąkłam zapachem maści rozgrzewającej do tego stopnia, że mówię: "Bengay" za każdym razem, kiedy ktoś wchodzący do pokoju, w którym urzęduje podciąga nosem i otwiera usta... ;)