...

...
M.

sobota, 8 lipca 2017

nocki

Nocą dobrze się spaceruje, ogląda świat z balkonu albo wsłuchuje w odgłosy miasta.
Większe miasto nocą nie śpi, a w upały nocą genialnie się biega.
W nocy wszystko zmienia perspektywę.
Lubiłam zaczynać w nocy podróże, lubiłam w nocy nie spać.
Do czasu kiedy zaczęłam w nocy pracować. I jeśli wydawało mi się, że pilnowanie niemowlaków jako niania przygotowało mnie na nocną pracę to byłam w błędzie. Czujna nocka to jedno, praca - zgoła coś innego. Uspokajanie, karmienie, kołysanie - nawet przewijać można na pamięć. I wszystko da się zrobić w piżamie, przy przytłumionym świetle lampki nocnej.
Ale pracować 12 godzin? Umysłowo, fizycznie, odpowiedzialnie?
No cóż...

Nocki nie są moją porą.
Nocki to zło, a po nich ja jestem zła.
Nocki wysysają ze mnie wszystko co najlepsze, więc nie zostaje tego zbyt wiele ;)
Nocki to nocki, a nocki kojarzą mi się źle.
Przed nocą nie jestem w stanie wyspać się na zaś, więc na ogół prowadzę normalny, zakręcony tryb życia, a potem biorę prysznic i wybiegam. W noc.
Nocą jestem chwilę pobudzona, chwilę podjarana wypitą kawą, ciemnością, adrenaliną.
A potem zaczyna mnie łamać.
Nierówna walka trwa niedługo i ochotę na sen zastępuje odrętwienie. Jest mi już wtedy wszystko jedno, czy stoję czy siedzę, czy mi zimno czy ciepło. Mam wtedy kryzys. Nie tylko nocny, ale i zawodowy, światopoglądowy i w ogóle zaczynam zastanawiać się wtedy nad sensem wszystkiego.
No a potem jest ranek. Wracam do domu, jem płatki, idę się pluskać i spać.
Podrę się na domowników jak zakłócą mi sen, mam ochotę powiesić psa jak szczeka, a budzę się jak zombie - rozczochrana, przymulona, nadwrażliwa na bodźce.
Dochodzę do siebie dłuższą chwilę i jeszcze dłuższą chwilę nie myślę zbyt trzeźwo. Albo w ogóle.

Nocka jest do przyjęcia, bo są po niej dwa wolne dni. Dwa dni na regenerację, odespanie, przymulanie. Dlatego opcja ciągnięcia czterech nocek pod rząd napawała mnie lekką obawą czy w ogóle będę jeszcze komunikatywna, zaś dziś - po czwartej, odespanej już nocce jestem szeroko zdumiona, że jakoś trybię i że udaje mi się układać w miarę logiczne zdania. Chyba. Okaże się za dwa tygodnie jak wejdę na wrzucony już wpis ;)

Pierwsza nocka to był nocny standard - chwilę pobudzona, chwilę normalna, trochę przymulona, resztę nocy pokornie spokojna, z rękawiczkami na dłoniach, bo na zewnątrz zimno, pięć stopni czy ileś i ubranie jak na patrolu w Bieszczadach zimą. Wróciłam z pracy, spałam raptem cztery godziny, bo obudził mnie telefon.
Wieczorem znów poszłam do pracy i o ile byłam skopana po jednej nocy, druga dokopała mi jeszcze raz. Byłam już mniej wesoła, chyba, że po termosie gorącej słodkiej kawy. Noc jawiła mi się jak misja na Marsie. Pobudzona to za mało powiedziane. Ja się zachowywałam jakbym myślała, że świat jest grą komputerową, a ja jestem komandosem. Czujna, gotowa, napięta, przydżumiona dopiero koło czwartej.
Po tej "eskcytującej" nocy spałam równe osiem godzin, w czarnej opasce na oczach i kolorowych zatyczkach w uszach. Po obudzeniu nie byłam w stanie opuścić opaski z oczu, bo światło bombardowało moje oczy, nerwy i wszystko do kupy.
Trzeci dzień był już zamotany. Nie wiedziałam, co jest, a co mi się wydaje, miałam problem z ustaleniem jaki jest dzień. W pracy rozkręciłam się, bo musiałam, ale poiłam się kofeiną żeby jakoś funkcjonować i żebym nie zaczęła mieć halucynacji.
Czwartego dnia obudziłam się mniej wypoczęta niż przed zaśnięciem i zaczęłam się zastanawiać kiedy właściwie mam iść do pracy. Wieczorem włączył mi się przycisk ziewania tuż przed samym wyjściem z domu.
Nocą o dziwo zachowywałam się całkiem normalnie, zupełnie jakbym zresetowała poprzednie nocki i spaniu. Tak mi się zdaje. Bo po trzech nockach zaczęłam mieć problemy z pamięcią i cofnięcie się o tydzień w czasie graniczy już z cudem.
A teraz?
Teraz czuję się dobrze. Normalnie.
Oprócz tych cieni pod oczami i dziwnego uczucia, że dzień jest od spania, je się w nocy, a kiedy zaczyna się robić ciemno, ja zaczynam się pobudzać do działania, a teraz zaczęłam z rozpędu robić sobie kawę... ^^



koci

Ludzie dzielą się na tych, którzy koty kochają, akceptują fakt ich istnienia albo ich nie cierpią. Nie każdy będzie chciał mieć kota, bo koty ciężko jest mieć. One z założenia chodzą swoimi ścieżkami i są tylko wtedy, kiedy chcą być.
Każdy, kto zamierza mieć w domu kota, powinien poważnie zastanowić się nad tą decyzją. Przed jej podjęciem należy rozważyć naturalne konsekwencje posiadania kota w domu, a także przemyśleć czy to stworzenie na pewno jest właściwym wyborem dla nas. Zanim zdecydujemy się na zakup, warto dowiedzieć się od innych szczęśliwych posiadaczy czworonożnego indywidualisty, czym grozi wpuszczenie do swojego domostwa oswojonego pobratymca lwa i pumy i jak zmieni się życie domowników, kiedy dołączy do nich domownik mocno kosmaty.
Należy również uprzytomnić sobie jak ciężki charakter ma kot i jak bardzo denerwujące potrafi być jego zachowanie wraz z kocimi przywrami, wadami i chimerami.
Dobrze byłoby też przygotować się psychicznie i fizycznie na przyjęcie nowego członka rodziny, zabezpieczyć przed potencjalnymi szkodami i zorganizować życie domowe tak, by być w pełni gotowym na zmiany. Dopiero wówczas można zdecydować się na zakup kota.
Taki jest plan.
Gorzej, jeśli znalezienie się w domu kota - zwłaszcza kociaka, zdarzy się samo z się i kot nie jest zaplanowanym zakupem, a zupełnym, zupełnym przypadkiem. Coś w stylu małego podrzutka, małej znajdy, niemałej niespodzianki. I nic nie świadczy o tym, że ta mała puchatość zawita w naszych skromnych progach. Żadne znaki na niebie i ziemi na to nie wskazują.

Jest sobie ktoś, kto za kotami nie przepada i kota nie potrzebuje i jest sobie kot. Kociak właściwie.
Kociak jest mały, uroczy i niepozorny. Nie reaguje na "kici, kici", nie chce miziu, miziu ani kiziu miziu. Jest radosny i pełen wdzięku. Pełen temperamentu i wredoty też, ale tego nie ma napisanego na czole. Kociak jest puszysty jak kulka i zwinny jak pantera. Wygląda jakby uciekł z witryny sklepu z zabawkami i nikt, naprawdę nikt się nie domyśli, że z charakteru raczej przypomina małego gremlina. Przyciąga i równocześnie odpycha, jest milutki, ale i zadziorny, wystawia pazurki, a mimo to wciąż jest bezkonkurencyjnie rozkoszny - jak to kociak.
Kociak nie podchodzi za blisko i nie daje się podejść. Nie oswaja się i zachowuje ciut dziko, jeśli nie aspołecznie. Mniej więcej tak jakby wypadł z afrykańskiego buszu.
Niechętnie i nieufnie patrzy, chętnie i często syczy i kąsa. Jest oporny, płochliwy i nie daje się głaskać. Nie chce, nie lubi, nie pozwala. A potem nagle chce, więc bezszelestnie i niepostrzeżenie jednym susem wkrada się w życie i ląduje w domu warując przy misce z mlekiem, robiąc tym samym rewoltę w czyimś ustabilizowanym życiu.
Bez uprzedniego przygotowania, bez dołączonej instrukcji obsługi i bez pardonu.
Początkowo z gracją, wdziękiem i słodyczą. Z miauczeniem, ładnymi oczami, wyrazem zadowolenia na pyszczku i iskierkami w oczach, które szybko przestają się niewinnie skrzyć.
I wtedy zaczyna się zabawa.

Kotek jest mały, figlarny, pocieszny i mocno upierdliwy. Pretensjonalnym miauczeniem upominający się o swoje, wyrażający chęci i niechęci, pokazujący fochy, humorki i ząbki.
Z mlekiem pod nosem, chochlikami w oczach, psotami w głowie.
Wita nas sympatycznym wyrazem mordki kiedy chlipie mleko albo wtula się w futrzastą poduszkę, jak i wtedy kiedy zasypie pół mieszkania cukrem lub też bez skrupułów nasika do pantofla. Broi, rozrabia, bałagani, a potem słodko i niewinnie zasypia. Bo kociak w domu to śpiąca słodycz. Plus chodząca demolka. Jak nie niszczy to drapie, jak nie drapie to gryzie, jak nie gryzie to psoci.
Mało subtelnie wyciąga pazurki, pokazuje charakter, zdecydowanie i bunt.
Lubi się rządzić, więc szybko znajduje sobie swoje ulubione miejsca, niekoniecznie przystosowane do wspinania się na nie lub wykładania po nich, jeszcze szybciej znajduje ich niekonwencjonalne zastosowania.
Śpi, je, sika, mruczy, powtarza przez resztę dnia i nocy.
Jest bardziej samodzielne i włochate niż dziecko, mniej usłużne niż pies. Robi łaskę, że słucha poleceń, ale już ich nie wykonuje, nie słucha tego co się do niego mówi, żyje w swoim świecie zamotany jak kłębek włóczki i kosmaty wzdłuż i wszerz.
Złakniony głaskania, wiecznie głodny, wymagający czasu, troski i uwagi.
Oczekujący na spełnianie jego zachcianek, obrażalski, humorzasty.
Kotek, kotunio, koteczek. Skarbek tysiąca imion, futrzasty łobuz, puchate szczęście i masa problemów.
Wykorzystujący słabość właściciela, zdobywający i podbijający jego uczucia, jako narzędzi do negocjacji używa głębokiego mruczenia albo zawziętych pazurków.
Obdarzony odpowiednią ilością uroku osobistego i wdzięku, żeby nie zagryźć go, nie przerobić na kebaba ani nie zrzucić ze skarpy, ale posiadający tyle wad i usterek, że nie da się go naprawić ani zmienić, a jedynie wymienić na inny model.
Wspina się na ręce i wchodzi na głowę. Dostaje co chce, bo albo nie da rady albo nie chce mu się odmawiać. Rozpuszczony i rozwydrzony, a przy tym dalej milusiński i przytulaśny.
Czekający w domu jak pies, łaszący się do nóg z zaangażowaniem godnym podziwu, tak towarzyski, a wciąż indywidualista.
Przytulaśny pieszczoch tylko czeka żeby wystawić do miziania łepek, łapkę, brzuszek, a potem obrazić się i uciec na drugi koniec pokoju. Obrażalski, przewrażliwiony, drażliwy i nerwowy.
Posługujący się językiem trudnym do zrozumienia, żyjący w swoim świecie, chodzący swoimi ścieżkami.

Zabranie go do domu graniczy z szaleństwem, bo zachowuje się jak żywa maskotka, ale i jak żywe srebro. Na drugie imię ma Trzpiot, na trzecie Chaos. Z zabaw najbardziej lubi te, które kończą się czymś stłuczonym, rozlanym albo rozsypanym albo które wymagają wdrapywania się na wysokie obiekty. Lubi aktywność, turlanie, zapasy i przewroty. Nigdy się nie nudzi, nigdy nie siedzi grzecznie w kącie. Drapie, gryzie, skacze, fika.
Jest słodki w równej mierze co uparty, tak samo śliczny co niedobry.
Najsłodszy zaspany, najgorszy - przedwcześnie obudzony.
Bardzo, bardzo absorbujący, jeszcze bardziej męczący.

Żeby go podejść, trzeba podejść jemu.
Podchodzi tylko jak chce, bywa, kiedy czuje się pewnie, a pewnie czuje się dopiero z czasem. Z czasem też zaczyna ufać, a jak już zaufa - jest cały kupiony bez kupowania.
W zamian za opiekę, troskę i uczucie odpłaca się tym samym. Daje bezgraniczne przywiązanie, mości się na kolanach, wydaje gardłowe mruknięcia przed zaśnięciem, a w nocy śpi ufnym snem zwinięty w gładki kłębek przy rozgrzanym boku.
Nigdy nie będzie usłuchany jak pies, nie da się go wytresować jak tygrysa w cyrku, nie jest nawet grzeczny, a mimo to kochany. Rozczulająco rozbrykany, cudownie niesforny, uroczo nieogarnięty i na wskroś nieznośny.
Męczący, wymagający, denerwujący, przylepny.

Wraz ze wprowadzeniem go za próg, wnosi się ślady małych łapek, masę akcesoriów z miską i poduszką na czele i nieodwołalnie nieodwracalne zmiany. Zmiany w jadłospisie, zmiany w rytmie dobowym, zmiany w spędzaniu czasu wolnego i zmiany ogólnie.
Kot robi zamęt w domu i zawirowanie w życiu.
I choć czasami chce się przez niego wywrócić oczami, czasami dać mu klapsa w tyłek, czasami zrugać, a czasami zagryźć to kociak daje jeszcze trochę pozytywnych zmian.

A gdy pewnego dnia wraca się z pracy, zmęczonym, głodnym i smutnym, w domu czeka filigranowy żywioł z bałaganem w oczach.
Nie miauczy, nie marudzi, nie focha i nie drapie.
Jest.
Tuli się, mruczy, czeka. I to wystarcza, żeby stwierdzić, że koty się kocha, koty kochają i bezapelacyjnie są kochane nawet jeśli w ten swój niedobry, koci sposób ^^ ;)