...

...
M.

czwartek, 31 grudnia 2015

Tryb - energooszczędny...

Chce mi się już do pracy.
Bardzo mi się chce.
Chce mi się tak bardzo, że chyba oszaleję siedząc w domu ;P.

Ogólnie wypoczęta byłam już po dwóch dniach wolnego.
Ogólnie to po trzech dniach miałam już dość.
Ogólnie to mam wolne dopiero nieco ponad tydzień i już fiksuję.

Oczywiście nie narzekam na brak zajęć.
Zajęć nudnych, codziennych i mało wyzwaniowych.
Pisanie, czytanie, kolorowanie, znajomi, znajomi z dziećmi, dzieci ze znajomymi, psy, koty, spacery, ciocie, gry, "Kamuflaż", książki, składanie ciuchów, składanie książek, gotowanie, pranie, sprzątanie...
I tak w kółko.
Już mam ochotę na obowiązki, poranne wstawanie i cele.
Już mi się znudziło szukanie sobie zajęcia na siłę.
A szukam sobie bardzo umiejętnie.
Chodzę po mieście z nogi na nogę i kupuję po jednej bułce w każdym z trzech sklepów.
Chodzę po drogerii i uzupełniam braki kosmetyków, chociaż na żadne braki nie cierpię.
Chodzę do biblioteki, chociaż książek mam tyle, że nie wiem czy przeczytam je w pół roku.
Chodzę do sklepów z ciuchami, chociaż moja szafa się już nie domyka...
W zasadzie to chodzę po mieście bez celu.
Po domu też chodzę bez celu, a to wycierając blat w kuchni, a to siedząc na fotelu głową w dół i szurając kucykiem po panelach.
Po pokoju chodzę bez celu od szafy do stolika i w ramach rozrywki przekładam książki i ciuchy w inne miejsce.

Po prostu już mnie nosi!
Roznosi nawet ;).
Ćwiczyć chwilowo nie mogę, piszę do porzygania...
Codziennie odwiedzam inną koleżankę, a potem inna koleżanka odwiedza mnie, ale to i tak nie zajmuje mi całego dnia.
Nie chce mi się jeść, nie chce mi się pić.
Chce mi się robić.
Coś.
Coś konstruktywnego.
Chcę już znów działać, nooo ;>.


Cieszę się, że jeszcze tylko tydzień (!!!) i wracam na swój normalny tryb.
Aż się boję co będzie jak skończy mi się umowa na zastępstwo w szkole.
Nie chce mi się nawet myśleć, że mogłabym skończyć bez pracy, siedząc w domu i chodząc po ścianach.
Brrr!

W przyszłym roku życzcie mi więc zdrowia, szczęścia i zajęcia w formie dobrej, satysfakcjonującej pracy.
Aaa  - i pisarskiej sławy, bo to marzenie nigdy mi się nie znudzi ^^.
Ja Wam życzę szczęścia, powodzenia w każde sferze życia i spełnienia Waszych osobistych marzeń.
Pozdrawiam ;)







 


wtorek, 29 grudnia 2015

Hu huuuu! ;]

Kiedy dzisiaj po szóstej mama obudziła mnie, mówiąc: "Wstawaj i jedź, póki nie ma śniegu", miałam ochotę wyjęczeć spod kołdry: "Are You fu***ng kidding me...?" po kilku wolnych dniach, które zaczynałam między 9.55 a 10.00 ;].
Wprawdzie w niedzielę ostrzegłam familię, że istnieje prawdopodobieństwo, iż w poniedziałek pojadę do Rzeszowa (w razie gdyby rano zastali puste łóżko i rozbebeszoną byle jak kołdrę w sowy), ale było to przed wypiciem kawy i nie spaniem pół nocy...
Po piątej rano (noc była upojna po małej czarnej. Byłam mniej więcej tak spokojna jakby ktoś naszprycował mnie dopalaczami...) zignorowałam więc budzik, zignorowałam rozsądek, pomyślałam: "SPAĆ!".
I zaraz potem zwlekłam się z łóżka, ziewając...


Jechałam spokojnie, leniwie, od niechcenia.
A w Rzeszowie co?
Dałam się pokłóć w laboratorium, pocałowałam klamkę u ortopedy i poszłam w tango.
To znaczy do galerii.
Na śniadanie walnęłam sobie koktajl - buraczkowy z nasionami chia, truskawkami i malinami, czyli "Czerwono Mi" w pełnym wydaniu.
Na miły początek zakupów kupiłam dwie planszówki.
"Party Time", którego tłukłam już z dziewczynami "od planszówek" (gdzieś tam w archiwum są pełne emocji wpisy o moim talencie do upijania się oparami piwa i śmiechawach w pubie przy grach) i "Ego", którego nie znałam, ale który skusił mnie śmiesznymi pytaniami na opakowaniu ;)
Tak więc objuczona jak mały wielbłąd (swoja torba w OczywiścieŻewSowy z książką i wodą, pod pachą zwinięta kurtka z merdającą z niej apaszką, dwie reklamówy z grami) potoczyłam się na obchód po sklepach.
Czasu miałam dużo.
Aż za dużo.
Wyniki miały być dopiero koło 13-14, a stwierdziłam, że skoro z ortopedy i komisji (Policja. Komisja. Badania. Jasne?) nici to przynajmiej wyjdę ze szpitala triumfalnie ściskając zielony papierek z wynikami w garści.
Kiedy obeszłam wszystkie swoje ulubione sklepy (a musiałam chodzić bardzo ostrożnie z powiększającym się bagażem, który "pogrubiał" mnie trzy razy) i kiedy doczołgałam się do kawiarni, moje ramiona omdlewająco upuściły deszcz pakunków na wielką kanapę.
A co kupiłam?
Same najpotrzebniejsze rzeczy...

Parę skarpetek w sowy, bo przecież biedactwo nie mam skarpetek ani rzeczy w sowy... (ale w sumie skarpetek to akurat nie miałam ^^).
Dwie pary podkolanówek w jakże przewidywalnym szarym kolorze - dla szaleństwa w dwóch odcieniach.
Bluzo - golfo - bluzka w równie ulubionym i szałowo stonowanym szaro - białym kolorku, którą zdobycznie wyciągnęłam za metkę z napisem XS (ostatnia sztuka, ostatnia sztuka ;P).
Koszula.
Koszulaaaaa!
Elegancka, błękitna, droga (kupiłam drogą rzecz i nie jest to bluza ani buty do zumby. Kupiłam drogą rzecz i nie ma na niej napisu: "Nike". Kupiłam drogą rzecz i będę w niej chodzić do pracy... Chyba dorosłam ^^), zapinana, ze wstawkami w biało - niebieską krateczkę. Wyglądam w niej jak prawdziwa pani nauczycielka ;]
Czarny T-shirt. Eeee, to już chyba setny. Ale z gładkich czarnych dopiero trzeci. Z Reserved pierwszy. No i dłuższy niż te, co już mam ;>.
Sweterek - lekki, jasny (popiel), długi, cienki, zwiewny. Taka tam szmatka na wyprzedaży (XS! Wiecie jak trudno dorwać małe rozmiarówki na wyprzedaży? Wiecie? ;P).
Ciemno szara bluzka z dziewczyną od tyłu z warkoczem. W sensie dziewczyna jest od tyłu. I ma warkocz. A bluzka napis: "Princess" co mi bardzo odpowiada w związku z tym co ostatnio piszę ;). I nie - nie jest to poradnik: "Księżniczką być" ;P.
Dwa kremy do stóp (...), bawełniane skarpetki do stóp, maska na noc do stóp... M. jesteś nienormalna... Ekhm...
W kawiarni zajęłam się rozgrzewającą herbatą z pomarańczą i góździkami i książką J.Ch.Grange (nie owija facet w bawełnę, czy to zbrodnia czy opis samozadowalania się pani adwokat - ciśnie jak trzeba).
I rozmową przez telefon.
Na miłe zwieńczenie dnia odebrałam wyniki i prawie padłam, bo morfologię, którą musiałam powtórzyć, miałam jeszcze bardziej niedopuszczalną (chociaż piękna, krągła 15-tka w hemoglobinie poprawiła mi nastrój) niż wcześniej...
Humor poprawiłam sobie obiadem w wegańskim barze. Zupa krem z kalafiora była bardzo smaczna i pachniała mega aromatycznie, zwłaszcza kiedy wzięta na wynos wylała mi się w aucie, a kotlety z kaszy jaglanej smakowały wybornie grzane na szybko w mikrofali, kiedy znużona dojechałam do domu, zawlekłam toboły za próg i ostatkiem sił pacnęłam na taboret.
O.
I tyle właśnie załatwiłam w Rzeszowie w związku z Policją ;).

Kolorowe sowy mnie wzywają, więc idę, frunę, lecę.
Dziś bez kawy, może nie będzie mnie nosić po łóżku ;)
Dobranocnych snów!

PS Jak ktoś się nie zorientował - wpis jest wczorajszy ;)


http://apetycznewnetrze.blogspot.com/2012/01/ze-sklepowej-poki-trend-sowa.html











niedziela, 27 grudnia 2015

Z dopiską ;]

Wigilia zaczęła się od przyjścia pałaźnika gdzieś koło piątej nad ranem.
Oczywiście o tej śmiesznej porze nikt nie wyszedł spod pościeli, ignorując całkowicie szczekanie psa i dźwięk domofonu, uważając te odgłosy za podkład muzyczny do głębokiego, zdrowego snu.
Koło szóstej, kiedy pałaźnik ponowił próbę - został wpuszczony, wysłuchany i nawet obdarowany dychą.
Przez moją mamę.
Reszta domowników dalej spała ;).
Ale przynajmniej w większym stopniu zdała sobie sprawę, że to dzwonienie w uszach to kolędnik, a nie efekty dźwiękowe marzeń sennych.
Potem odwiedziłam siostrę w łóżku, gdzie złożyłam jej urodzinowe życzenia i pojechałam z tatem kupić parę rzeczy na ostatnia chwilę.
Porządki, lepienie uszek i pierogów poszły nam całkiem zręcznie, więc udało mi się jeszcze skrobnąć pół strony (niby przesądna nie jestem, ale niech będzie, że skoro piszę w Wigilię, będę pisać cały rok ;)) i przeczytać parę stron książki (nie thriller ;)).
Umyłam podłogi, zrobiłam sobie peeling dłoni, zajęłam się skórkami i pomalowałam krótkie paznokcie bezbarwnym lakierem (co uważam za wielki przełom w swoim niekobiecym podejściu do kwestii pazurów), wzięłam prysznic, ubrałam szarą koszulę w gwiazdki iii....
Stwierdziłam, że źle się czuję.
Zaczęło się od mdłości, za które obwiniłam podjadanie uszek przed kolacją, kiedy jednak zaczęłam cierpieć na jadło i światłowstręt, a w głowie pojawiło się przykre pulsowanie - wiedziałam, że w roli nieoczekiwanego gościa na kolację wprosiła się do nas migrena.
Lokując się na nieszczęście w mojej głowie.

Sama kolacja wigilijna była wesoła i spokojna, bez rozlewania barszczu i bez kłótni, za to z kupą śmiechu i braku należytego savoir vivru, co tłumaczę spędzaniem Wigilii w ścisłym gronie czterech osób, które nie muszą udawać, że są "ę", "ą", bo wszyscy wiedzą, że tak nie jest.
Najpierw zdezorientowana faktem, że jemy w salonie przy stole (a nie każdy gdzie kto znajdzie miejsce) kotka wskoczyła na stół, lawirując między białymi talerzami, potem mieliśmy dylemat czy modlić się na stojąco czy klęcząco, kiedy padliśmy na kolana, syknęłam do psa, żeby nie lizał mnie po rękach, bo dopiero je umyłam, mama nie wiedziała od czego zacząć modlitwę, a że żadne z nas nie jest zbyt religijne (plus ja nie lubię klepać zdrowasiek) modlitwa była zaczęta od "Eee... Ojcze nasz..." .
Następnie usiedliśmy do stołu.
Ja mieszałam w barszczu, blada i niemrawa, mamrocząc pod nosem, że przeszkadza mi światło i blask świeczki, a do taty w trakcie kolacji zadzwonił telefon, więc przez parę minut bawiłyśmy się poza jego plecami w zgadywanki: "Kto dzwoni", próbując na migi uzyskać od niego odpowiedź, chichrając się i zakłócając rozmowę.
Nie było pierwszej gwiazdki, śniegu za oknem, ognia w kominku, kolęd w tle, jemioły nad drzwiami ani zapachu świerku.
Było za to swojsko, miło, przytulnie.
Było normalnie ;].

I wiecie co?
Może spędzamy Święta trochę inaczej i podchodzimy do nich mocno na luzie, ale ja się tam cieszę, że spędzamy ten czas tak niekonwencjonalnie.
Cieszę się, że nie muszę wciskać się w niewygodne bezpłciowe sukienki, udawać grzeczniejszej niż jestem i rozdawać słodkie uśmieszki, gruchając i świergocząc.
Że nikt nie zmusza mnie do jedzenia, nie pyta kiedy wyjdę za mąż i czy chciałabym już mieć dzidziusia.
Że nikt nie mówi, że jestem za niska na policjantkę i że mogłabym się zacząć rozglądać za inną pracą niż uczenie cudzych dzieci.

Może dla kogoś z boku - zwłaszcza jakiegoś obcego osobnika z chromosomami XY byłoby ciężko wpasować się w moją specyficzną, niezbyt tradycyjną i standardową rodzinę i pewnie poczułby się na początku jak w wariatkowie, ale mi jest dobrze tak jak jest ;)
I najlepsze jest to, że w Wigilię nigdy, ale to nigdy się nie stresuję, nie martwię, nie śpieszę, nie złoszczę i nie spinam.
A czegóż chcieć więcej w ten dzień, który ma przewidywać cały rok? ;]


Wesołych Świąt wszystkim! :)
Spokojnych i dobrze spędzonych.
Bez fałszu, udawania i zgrywania lepszych i mądrzejszych niż jesteśmy ;).
Ze sztuczną choinką, ale bez sztucznych uśmiechów i życzeń.

                                                                                ***

Nie miałam weny wrzucić wpisu... ;).

Po domowej Wigilii tradycyjnie wbiłyśmy z siostrą na drugą - większą, bo z babcią, ciocią, wujkami i kuzynostwem.
Było bardziej tradycyjnie, ale też miło i na luzie.
Bez pytań o chłopaka, bez życzenia mi szybkiego zamążpółścia, bez mojego wywracania oczami ;).
Dwa dni Świąt i niedziela upłynęły mi tak spokojnie, że aż prawie nudno.
Pierwszy dzień spędziłam nie wystawiając palca u stopy za drzwi.
Czyli - dużo czytania, trochę pisania, jeszcze mniej kolorowania, siedzenie w fotelu i oglądanie tv z rodzinką, granie w planszówki i coś co mi ostatnio mega podpasiło - kamuflowanie zwierzaków w genialnej grze: "Kamuflaż". Nad niektórymi łatwymi planszami kminę i głowię się, a niektóre trudniejsze ciacham w parę sekund, więc - aż takim logicznym tłukiem jak myślałam, że jestem - nie jestem, ale mistrzynią gier logicznych też pewnie nie zostanę ;).
Drugi dzień Świąt = wycieczka w singielskim składzie (ja, moja siostra, koleżanka), czyli wypad na Polańczyk.
A niedziela to błogie lenistwo u cioci za płotem i niepotrzebnie wypita kawa, która do teraz wywołuje u mnie lekkie drżenie rąk (chociaż przynajmniej zmotywowałam się na tyle, żeby po paru dniach lenistwa solidnie poćwiczyć).

No i tyle.
Wybaczcie, że dostaliście przeterminowane życzenia, ale przecież wszyscy wiecie, że dobrze Wam życzę ;]
Nie wrzucam zdjęcia choinki, siebie pod choinką ani tyle, wrzucam za to oczywiście kota i parę pierdół.
W tej kwestii niczego nie zamierzam zmieniać ;P.

Pozdrawiam idących jutro do pracy.
Mówiłam już, że mam wolne do siódmego stycznia...? ;] ;]














środa, 23 grudnia 2015

Od trzech dni ;]

Od trzech dni nie bawię się w składanie i rozkładanie kanapy, prześcielając byle jak kolorową kołdrę w sówki i rozrzucając wkoło jaśki.
Od nie wiem ilu tygodni nie spędziłam większości soboty na pucowaniu pokoju.
Na fotelu zalegają ciuchy z prania, których nie mam natchnienia poskładać.
Na stoliku leżą cztery kubki po herbacie - w dwóch pływają farfocle po cytrynie, a dwa mają brzydkie ciemne obwódki po czarnej herbacie.

Mam pomysł.
Mam chęci.
Mam wenę.
Mam jedenaście stron ;).



PS Oczywiście byłoby miło, gdybym miała kontrakt i pewność, że wydam to, co piszę, ale w pisarskim szale tworzenia takie drobiazgi liczą się najmniej. Minęło już pięć dni, ale nie miałam czasu wrzucić wpisu, więc są dresy, miękka bluza, wielki kubek herbaty z cytryną i długo oczekiwana wena ;)

PPS Stron jest siedemnaście ;).


poniedziałek, 21 grudnia 2015

Pół żartem, pół serio o... pisaniu ;]

Nawet nie wiecie, jak bardzo lubię pisać.
Choć z jednej strony przychodzi to tak łatwo i lekko, to jednak ile jest celebracji i podniety w związku z zasiadaniem po turecku na łóżku i słuchaniem tego jednostajnego charakterystycznego stukania palców w klawiaturę.
Palców, które tak szybko znajdują odpowiednie literki, jakby same myślały za mnie.
Ile to kubków po herbacie zasila mój stolik, kiedy sięgam jedną ręką na oślep po napój, a potem dalej stukam, stukam i stukam...
Bez końca.
Są dni, kiedy nie wychodziłabym z domu tylko siedziała i pisała, pisała, pisała.
Są dni, kiedy wzdrygam się na myśl, że miałabym pisać.
Bywa.

Zawsze chciałam pisać książki.
Banalne zdanie, ale nie da się bez niego obejść.
Bo to marzenie chyba nigdy mi się nie znudzi.
Pisanie fikcyjnej opowieści, gdzie samemu tworzy się rzeczywistość, wymyśla bohaterów, imiona, nadaje się im cechy, jak za pomocą czarodziejskiej różdżki wyczarowuje wydarzenia, które ich spotykają...
Przeplatanie i przenikanie się rzeczywistości i fikcji, bo któryś bohater zawsze dostanie coś ode mnie, a ja zawsze przejmę coś od któregoś bohatera.
Wymyślanie, beztroskie krążenie wkoło tematów, które nie zawsze można poruszyć na blogu.
No i właśnie - blog.
Pisanie bloga jest dla mnie i błogosławieństwem i przekleństwem.
Z jednej strony traktuję go jako formę warsztatu pisarskiego.
Piszę dużo o codzienności, a ponieważ zaczęłam iść w stronę obyczajówki - takie ćwiczenia bardzo mi się przydają.
Z drugiej strony humorystycznie podchodzę do przykrych wydarzeń, a czasami oswajam ponurą rzeczywistość.
Minusy uzewnętrzaniania się to uzewnetrznianie się właśnie.
Coś, co potem szybko się na mnie mści.
Szczególnie kiedy jakiś facet czytając mnie, dochodzi do wniosku, że dobrze mnie zna, albo kiedy bazując na moich tekstach próbuje mnie podejść. Brawo dla Was ;).
Szczególnie jak ktoś mówi, że poczuł się urażony albo że coś mu się nie spodobało i wtedy zaczynam się zastanawiać, czy nie lepiej zacząć pisać wegańskie przepisy na zupę z brokuła...

Co mnie jedynie powstrzymuje przed rzuceniem w diabły bloga to to, że lubię pisać.
O ile w przypadku książki, wyssanej z palca historii - na blogu zawsze jest co napisać, bo dopóki żyję, dopóty coś się dzieje.
Po drugie - są też miłe słowa, motywujące słowa, słowa zachęty.
I one dopingują bardzo mocno.
A wreszcie gratyfikacyjna rola bloga.
No nie czarujmy się.
Można ściemniać, można machać ręką, można wywracać oczami.
Ale wszyscy chcemy widzieć efekty swojej pracy.
Jasne - mogę napisać pięć książek do szuflady.
I nieważne czy będą bestsellerem czy shitem - grunt, że będą.
Tylko, że nawet jak się pisze dla siebie, i tak pozostaje ten cichutki szept w głowie, że chcemy się tym z kimś podzielić.
To tak jak z ćwiczeniami - niby ćwiczymy dla zdrowia, endorfin i własnego samopoczucia, ale jak koleżanka powie: "Ojej, jak schudłaś" albo "Ale masz płaski brzuch!" to motywacja wzrasta.
Podobnie jak magistra robi się po to, żeby później pracować, a nie stać w kolejce po zasiłek i podobnie jak dobrze się człowiek czuje, jak dostanie się podwyżkę za siedzenie w pracy po godzinach ;).
A statystyki, lajki i komentarze pełnią właśnie tę rolę motywacyjną.
Ja piszę - ktoś czyta.
Ja spędzam wolny czas płodząc wpis, ale ktoś to później docenia.
Wpis posyłam w Internet za pomocą jednego kliknięcia "opublikuj".
Książkę pisze się miesiącami, potem tygodniami poprawia, a na koniec martwi się czy jest do przełknięcia i modli, żeby ktoś łaskawie na nią popatrzył, co dopiero wydał.

Inna sprawa - co można, a czego nie powinno się na blogu pisać.
Kwestia sporna.
Nie mam anonimowego bloga i chociaż piszę o sobie szumnie "M.", to biorąc pod uwagę fakt, że wrzucam linki na fb  - wszyscy wiedzą, kto kryje się za tą literką.
Jakbym dobrze poszukała, znalazłabym na blogu mnóstwo rzeczy, które ujawniłam niechcący, przez przypadek.
Jest też sporo prywaty, podtekstów, własnych przemyśleń.
No trudno.
Takie właśnie jest założenie bloga.
Nikt mi za to głowy urwać nie może.
Jak ktoś się poczuje czymś urażony - z góry przepraszam.
Chociaż na końcu języka mam ochotę syknąć, że lepiej szczerze sarknąć niż fałszywie milczeć ;).
Jak kogoś coś zmierzwi - mówi się trudno.
Przecież pisząc wpis nie da się myśleć o tym, co kto sobie pomyśli i jak to odbierze...
A jak się coś komuś wybitnie nie podoba - to niech nie czyta ;)


I tym pozytywnym akcentem kończę pisanie o pisaniu i zbieram się do pracy.
Miłego poniedziałku! ;]






piątek, 18 grudnia 2015

Pierniczę ;]

Miał być wpis o pechu, będzie wpis o niczym ;)
Pech na szczęście trwał tylko chwilę i nie zapisał się szczególnie w mojej głowie, a wszystkie przykre wydarzenia zepchnęłam daleko i głęboko.
A zaczęło się od pośpiechu, gorączkowego powrotu z pracy do domu po kalendarz nauczyciela z zapisanymi zastępstwami, przez bieg na dyżur, pomylenie się w dokumentach, próbie pożyczenia korektoru od dzieci, które piszą jeszcze ołówkiem, wylaniem przez dziecko korektora na siebie, swoje ciuchy i podłogę, po zrobienie klasowej Wigilii, na której połamał się opłatek, pokruszyły ciastka cynamonowe, zabrakło gąbki do zrobienia stroika, a na podłogę wysypały się skórki po mandarynkach.
Koniec końców (chyba nadużywam tego zwrotu ;P) dzieciaki połamały się opłatkiem (chociaż większość zjadły same), pokłóciły się przy tym o naklejki, które dostały i zaśpiewały gromkie: "Świeć gwiazdeczko" razem z zacinającą się płytą.
Potem zostałam ja, mama jednego z uczniów i bałagan ;)
Który zresztą szybko został ogarnięty.
Później odchudziłam portfel z większości tych ładnie uskładanych przez tydzień banknotów, kupując mleko sojowe, jarmuż na koktajl, sałaty, mandarynki i kremy do stóp (endorfiny endorfinami, spalanie spalaniem, ale koszmarne stopy mnie kiedyś dobiją... Jakieś złote rady na stopy, które pięć razy w tygodniu są katowane w butach do ćwiczeń...?).
Piątek zakończyłam złamaniem diety zbożowymi ciastkami, migdałami i czekoladą, które niebezpiecznie skakały mi w brzuchu podczas zumby (biedny żołądek, biedne łydki, biedna ostatnio wyeksploatowana podczas obrotów prawa kostka) i zielonym koktajlem na kolację.

Powoli zaczynam już czuć świąteczne klimaty, zwłaszcza dzięki dzieciakom, opisywaniu im wigilijnych potraw i rozmowach o świątecznych tradycjach, chociaż jabłkowo - cynamonowy odświeżacz powietrza w pokoju i mydło o zapachu piernika też zrobiły swoje.
Ale nawet zapachy, jedzenie i nowe ozdoby na nową choinkę nie sprawią, że przestanę marzyć o co bólu spokojnych, nawet wręcz nudnych, pozbawionych atrakcji Świętach.
Chociaż ostatnio trochę za dużo ćwiczę (ale nie mogę się oprzeć zumbie, skoro coraz lepiej mi idzie) i wiem, że w takim tempie zamiast efektów nabawię się zakwasów, to jednak jest jeden bardzo mocny pozytyw - jestem tak zmęczona ćwiczeniami, że genialnie sypiam.
Początkowo zmiana przyszła niezauważalnie, bo zaczęłam po prostu trochę mniej kręcić się w pościeli, potem bezsenność pojawiała się sporadycznie, a teraz zasypiam całkiem przyzwoicie, a budzę się sama z siebie bez uczucia zmęczenia zmęczeniem.
Nie mówiąc o tym, że wczoraj położyłam się o dziewiątej i spałam. SPAŁAM! ;P.
Wprawdzie nad ranem obudziło mnie szczękanie własnych zębów i ręce zimne jak lody (krótki rękawek to niezbyt dobry pomysł, jak ma się zakręcone kaloryfery), ale kiedy rano okazało się, że przepadło mi zastępstwo, a pod pościel w sowy wlazła moja kotka - skusiłam się na dodatkową warstwę ochronną zrobioną z koca i wylazłam z łóżka dopiero kiedy musiałam, co też planuję powtórzyć jutro i w niedzielę ;).

Miłego, wyspanego weeekendu wszystkim! ;]


PS Jeszcze dwa dni pracy, a potem dwa tygodnie chodzenia w bluzach i dresach ^^.

PPS Równocześnie będą to dwa tygodnie bez zumby, a już wykazuję lekkie uzależnienie, więc chyba będę musiała znaleźć w zastępstwie coś taneczno - wyciskowego albo zapisać się na terapię leczenia z uzależnień od aktywności fizycznej ;).



http://czarnulkamadzia.pinger.pl/m/14525439

wtorek, 15 grudnia 2015

Morelowy ;]


Wysiłek kojarzy mi się z wieloma rzeczami.
Z mokrym odbiciem spoconych rąk na panelach.
Z łaskoczącą kroplą potu, spływającą po czole, żeby zahuśtać się na nosie.
Z trzęsącymi się rękami, nie mogącymi poradzić sobie z odkręceniem butelki z wodą.
Ze sponiewieraną matą do ćwiczeń i fruwającymi po panelach farfoclami z karimaty.
Z przyśpieszonym oddechem.
Z policzkami, które są słone od potu.
Z mocnym i miarowym biciem serca.
Z bólem łydek.
Z wilgotną koszulką, którą można wyciskać i myć nią podłogę.
Z włosami mokrymi od nasady po końcówki.
Z twarzą, która nie przypomina mi mojej twarzy, bo jest obrzęknięta i czerwona.
Z oczami, które wyglądają jak rozgorączkowane, choć wcale nie jestem chora.
Ze smugami rozmazanego tuszu na powiekach.
Z wywieszonym językiem.
Z trudnościami w podnoszeniu się z maty.
Z koszulką klejącą się do pleców. 
Ze ślizganiem się na macie, mokrej od własnego potu.
Z bólem mięśni, objawiającym się niemożnością chodzenia.
Z zakwasami.
Z frottową opaską na rękę.
Ze sportowymi butami.
Z zapachem moreli ;).
Taaak.
Szczególnie z tym ostatnim.
Bo choć morele umieściłam na końcu tej listy, o morelach myślę na początku.
Bo dla mnie wysiłek pachnie morelami.
Słodko, orzeźwiająco, przyjemnie.
I paradoksalnie – pachnie nie z przyjemnego ani subtelnego powodu.
Nie dlatego, że mam morelowy odświeżacz powietrza albo morelową świeczkę zapachową.
Morelowy mam… szampon.
Najintensywniej pachnie podczas nakładania go na włosy.
Potem, po spłukaniu i wysuszeniu, włosy praktycznie zostają pozbawione zapachu.
Zaczyna się on wydzielać, kiedy spocona od ćwiczeń, czerwona od wysiłku i drżąca ze zmęczenia, jestem tak mokra, że włosy zaczynają oddawać zapach szamponu.
I dopiero czując ten zapach, zaczynam czuć satysfakcję.
Satysfakcję, samozadowolenie i szczęście.
Kiedy mieszkałam w Rzeszowie i chodziłam regularnie na siłownię, największą satysfakcję czułam dopiero wtedy kiedy mocniej od zmęczenia czułam morele.
Dopiero wtedy na trzęsących się nogach schodziłam z bieżni.
Przecierałam czoło ręcznikiem, a urządzenie świstkiem papieru skroplonego płynem dezynfekującym.
Ściskając do połowy pustą butelkę wody, niezdarnie złaziłam po schodach, czując jak pracują mi wszystkie mięśnie.
Uśmiechałam się do mijanych osób.
Uśmiechałam się do recepcjonistek.
Uśmiechałam się do dziewczyn w przebieralni.
I nie przeszkadzał mi zaduch w damskiej szatni.
Intensywny i niezbyt przyjemny zapach rozgrzanych i spoconych ciał.
Zimny pot spływający po tyłku.
Ani kolejka do WC.
Grunt, że pachniałam morelami.

Teraz nie mam siłowni o rzut beretem.
Nie mam całomiesięcznego karnetu, na który wchodziłam ile i kiedy chciałam.
Ale wciąż mam matę, ciężarki i możliwość zumbowania cztery razy w tygodniu.
Mam nowe czarne Reeboki do tańca, mam grafitowe dresy i nie niebieski T-shirt, a czarny podkoszulek, a mimo to jedno jest takie samo.
Motywacja, którą czuję za każdym razem jak wskakuję w sportowe buty.
Może nigdy nie będę wyglądać tak jakbym chciała albo tak jak wyglądają inni.
Może nigdy nie będę mogła pochwalić się brzuchem z wyćwiczonymi mięśniami.
Ale nikt nie zabierze mi endorfin, satysfakcji i zapachu moreli ;).

PS Wpis archiwalny, lekko tylko poprawiony.
PPS Morelowy szampon został wycofany z obiegu i chociaż upolowałam dwie ostatnie butelki, używam go bardzo oszczędnie. Przeważnie przed wysiłkiem fizycznym, który planuję skończyć ślizgając się na macie... ;).

http://www.ofeminin.pl/odchudzanie/cwiczenia-na-klatke-piersiowa-s1134514.html



poniedziałek, 14 grudnia 2015

Ósma ;]

Poranny, poranny! ;]
Wstać przed ósmą w poniedziałek brzmi nieprzyzwoicie, kiedy do pracy idzie się na dwunastą czterdzieści, nieprawdaż? ;].
Jeśli jednak zbudzi nas chłód, głód i ochota na poczytanie w łóżku - przyczyny wczesnej pobudki stają się w pełni uzasadnione.

Zastanawiam się tylko po co rozsiadłam się z pełnym już brzuchem (kanapki z wegańskim serem i pomidorem po raz pierwszy ^^) pod szarą satynową kołdrą z kubkiem zbożowej kawy i próbuję coś napisać, skoro mam kilka gotowców na bloggerze, ale to chyba kolejny fenomen -  gotowce mogą być użyte wtedy, kiedy mam na to wyraźną ochotę.
A teraz mam ochotę na gadanie głupot ;).
Szczególnie tych weekendowych.
Bo weekend był...
Zajęty ;)

W piątek był nieadekwatny do przymiotnika odpoczynek.
Z książką i kolorowanką.
I wieczornymi ćwiczeniami, oczywiście.
Ostatnio ku mojemu zadowoleniu, jestem zdecydowanie mniej zmęczona po pracy.
Nie wiem, czy to efekt przyzwyczajenia się do specyfiki pracy nauczycielki, czy zaaklimatyzowanie się dzieci i ich większe ogarnięcie się czy może fakt, że zaczęłam sypiać po nocach, stąd większa tolerancja na stres i zmęczenie, a także mniejszy poziom ogólnego sfrustrowania ;)
Tak więc pochłaniałam thriller Tess Geritssen, kolorowałam wstęp do Tajemnego Ogrodu, a potem katowałam matę.
Już nawet nie pamiętam jakim zestawem ćwiczeń ;).
Pamiętam za to, że kiedy zeszłam na żer (tak przeważnie oznajmiam rodzince powody do zjawienia się w kuchni wieczorną porą, kiedy zmachana i spocona opadam ciężko na kuchenny taboret, nasypując do miski płatki i zalewając je sojowym mlekiem), moja kotka ukradkiem wpełzła mi do pokoju i gdy do niego wróciłam, zastałam Kiarę czającą się na mnie spod maty.
Zobaczyć błyszczące ślepka pod zrolowaną matą w ciemnym pokoju po przeczytaniu thrillera ("Dolina umarłych") - bezcenne ;P.

W sobotę odwiedził mnie kolega i jego odwiedziny zmotywowały mnie do ogarnięcia nieładu twórczego w pokoju.
Wprawdzie jak już wszyscy wiecie, pokój mam wysterylizowany do czysta, jednak kubki, rozbebeszone sportowe torby, sól fizjologiczna tu i ówdzie, a także książki, paczki z Zalando, poduszki i poćwiczeniowe ciuchy rządzą się w moim pokoju swoimi prawami.
Wieczorem zaś pojechałam na koncert.
Koncert za połowę ceny, bo organizowany przez szkołę.
W sensie pracę :)
Jeśli wydaje się Wam, że pójście na "Czerwone Gitary" jest stratą czasu, to chyba Wasi rodzice nie puszczali Wam piosenek Czerwonych Gitar, kiedy bawiliście się na dywanie ani nie śpiewali "Małego Misia" do Waszych uszek przed snem ;).

Niedziela była dniem całkowicie niemalże całkowicie wyjazdowym.
I to nic, że wstałam po dziesiątej, skoro już o jedenastej ruszyłam na wycieczkę z mamą i siostrą.
Pojechałyśmy do Krosna do nowo otwartego Leroy Merlin po ozdoby na choinkę, kupiłam sobie pęd bambusa w OBI, zjadłam obiad w Jasiu Wędrowniczku.
Oczywiście szkoda, że nie widzieliście mojej miny, jak zobaczyłam kartę dań (same mięsne) i minę kelnera, jak powiedziałam: "Będę dla pana wyzwaniem. Jestem wegetarianką".
Ogólnie weganizmem nie chciałam straszyć. Uznałam, że trzeba mieć serce dla kelnerów.
Dlatego jak już zrobił minę pt. "Hmm, czym by wykarmić to biedne odmawiające normalnego jedzenia dziewczę" spytałam czy można połączyć makaron i szpinak, ulokowany w dodatkach i skomponować z nich danie i zamówiłam grecką z awokado, zamiast fety, na co kelner prawie odetchnął z ulgą ;).
Ostatecznie jako jedyna zjadłam cały swój posiłek (choć nie jadłam potem nic do dziesiątej wieczorem), nie narzekając na twarde mięso i tłusty sos ;].
W drodze powrotnej zaczął mnie nużyć sen, więc zakupy w Kauflandzie pamiętam jak przez mgłę (chociaż polowanie na płatki kukurydziane, odżywkę do włosów Nivea i szukanie oleju z pestek winogron Borgesa zakończyło się pełnym sukcesem), a droga do domu jest nieco zamazana, to jednak wieczór spędziłam w kinie z przyjaciółką, podskakując na każdą gwałtowniejszą scenę podczas ostatniej części "Igrzysk śmierci".
A potem czytałam do jedenastej kolejny thriller, również z doliną w nazwie ("Rajska dolina").

Pięknie.
Ja tu gadu gadu, a to już dziewiąta ;>.
No nic.
Plan na dziś wygląda tradycyjnie, czyli dwie lekcje, zajęcia wyrównawcze, korepetycje z angielskiego, urodziny cioci i dwie godziny zumby.
Lecę gotować krem z zielonego groszku i kombinować jakiś obiad, żeby mieć jakiegoś gotowca między tym wszystkim.
W odróżnieniu od postów - wcześniej zrobione jedzenie zawsze łatwo mi przychodzi ;)
Miłego tygodnia! ;]